Sardynia + przystanek w Mediolanie!

Dziś coś szczególnie dla tych, którzy zastanawiają się nad tegorocznymi wakacjami lub już planują swój wyjazd na Sardynię – przepiękną włoską wyspę, znajdującą się pomiędzy francuską Korsyką a Tunezją. Będzie dużo zdjęć, troszkę naszych porad i doświadczeń, z których mamy nadzieję będziecie mogli skorzystać, tym zaś, którzy dotąd nie zdecydowali się na Sardynię pokażemy tu mnóstwo zdjęć, które na pewno zachęcą Was do wyprawy w to właśnie miejsce.

Jak wiecie, w zasadzie żaden nasz wyjazd nie opiera się na błogim dla większości lenistwie, mało też zazwyczaj mamy, o ile w ogóle, czasu na plażowanie. W większości bowiem skupiamy się na tym, by zobaczyć jak najwięcej, wychodząc z założenia, że jak już gdzieś jedziemy to chcemy dane miejsce wyczerpać , maksymalnie wiele zobaczyć, bo nie wiadomo przecież, kiedy będziemy mieli okazję tu wrócić.

Jednak nasz wypad na Sardynię był zgoła odmiennego typu, tym razem bowiem szukaliśmy chyba pierwszy raz od lat, odpoczynku, ciszy, szumu fal, słońca – każdy, kto jest zmęczony wie, o co chodzi. Nie zmienia to faktu, że w 4,5 dnia, które spędziliśmy na Sardynii, zdążyliśmy objechać i zwiedzić ją całą, więc bynajmniej nie byczyliśmy się całymi dniami na plaży siedząc tylko w jednym miejscu, co to to nie 🙂 Ale faktem jest, że gdzie nam się bardziej spodobało, tam zatrzymywaliśmy się na kilka godzin zażywając kąpieli w krystalicznie czystej wodzie, ciesząc się słońcem i błogimi widokami, a tego na Sardynii na pewno nie brakuje!

Do rzeczy!

Już od pewnego czasu polowaliśmy na bilety na Sardynię, decydując, że pojedziemy, jeśli uda nam się znaleźć bilety w fajnej cenie, ALE tak, by w jedną stronę lot był do Alghero – na północnym zachodzie wyspy, w drugą stronę zaś Cagliari – kolejność dowolna, ale zależało nam na tym, by zacząć i skończyć pobyt w innym miejscu, lecieć z innego lotniska niż przylecieliśmy. Tanie linie lotnicze operują z dwoma lotniskami  na Sardynii– wspomnianym Alghero i Cagliari, jednak, jak zwykle bywa w sezonie turystycznym, ceny dotąd były kosmiczne, biorąc pod uwagę ile zazwyczaj płacimy za loty na inne niż Europa kontynenty.

Ostatecznie jednak udało nam się zmontować bilety : Katowice-Alghero, powrót zaś Cagliari-Mediolan (tu kilkugodzinny postój)-Kraków za 362zł, więc nie zastanawiając się, kupiliśmy bilety, gdyż ceny z dnia na dzień rosły, a Sardynia w szczycie sezonu to nie jest najtańszy kierunek. Przystanek w Mediolanie był na tyle długi (mieliśmy 9h), że mieliśmy okazję przy okazji zwiedzić także włoską stolicę mody. Tak też w lipcu wybraliśmy się na Sardynię!

Znając włoskie tempo i „przywiązanie” do rozkładów jazdy komunikacji publicznej, wiedzieliśmy, że bez samochodu nie ma szansy objechać całej wyspy, postanowiliśmy więc wynająć samochód w Alghero, korzystając z tego, że możemy bezkosztowo auto zwrócić w Cagliari na lotnisku. Dało nam to jednak mobilność i niezależność i dzięki temu bez problemu udało nam się objechać i zwiedzić całą wyspę.

Nasza trasa mniej więcej wyglądała w ten sposób: zaczynała się w Alghero, dalej na południe od Alghero Bosa Marina, gdzie spaliśmy, wróciliśmy do Alghero z rana, dalej Porto Torres, Sassari, Castel Sardo, Santa Teresa, Palau, Porto Cervo, Olbia, La Caletta,  Orosei, dalej ścięliśmy wyspę przejeżdżając na zachód do San Giovanni di Sinis,po drodze wyspa Sant’Antioco, Porto Pino, Nora, Pula i zakończyliśmy zaś w Cagliari, gdzie na lotnisku oddaliśmy samochód, zostawiając sobie kilka godzin na obejście Cagliari przed wylotem do Mediolanu. Opisana trasa jest oczywiście tutaj mocno okrojona, w rzeczywistości zatrzymywaliśmy się co chwila w mniejszych i większych miasteczkach, przy drodze, na plażę, każdy jednak na Sardynii znajdzie coś dla siebie, co najbardziej przypadnie mu do gustu, my chcieliśmy Wam względnie nakreślić, którędy jechaliśmy, to jednak, jaką Wy obierzecie trasę, zależy od Was.

IMG_2961

dav

IMG_3044

Sardynia rozpieszcza widokami, przekona się każdy, kto się tam wybiera 🙂 Nie trudno też znaleźć dzikie plaże, gdzie będziecie mogli być całkiem sami i cieszyć się krystalicznie czystą wodą. My staraliśmy się nie tracić wybrzeża z oczu, prócz tego odcinka drogi, kiedy przecinaliśmy wyspę ze wschodu na zachód, cały czas poruszaliśmy krętymi, nadbrzeżnymi drogami, zatrzymując się co chwila, by chłonąć widoki.

IMG_2976

IMG_2986

IMG_2991

IMG_3028

IMG_3057

Sardynia jest drugą co do wielkości wyspą Morza Śródziemnego, której stolicą administracyjną jest Cagliari. Słynie głównie z wyrobów z korala, turkusów i srebra.

IMG_3000

Wybrzeża Sardynii są przeważnie skaliste, wielokrotnie wapniowe, czy bazaltowe. Można też zobaczyć ciekawe twory skalne, np. słynnego słonia. Na Sardynii wiele wieków temu postawiono całe mnóstwo baszt, według źródeł można ich dziś naliczyć nawet 7 tys. Większość z nich jest dziko pozostawione samym sobie, wstępu nikt nie pilnuje, a widoki z ich murów są przepiękne. Miasteczkom Sardynii także nie można odmówić uroku – pełne maleńkich kamieniczek z kolorowymi okiennicami, kwiatami, typowym dla południowych Włoch praniem porozwieszanym pomiędzy oknami nad ulicami. Kawiarenki i trattorie kuszą zapachami, w ciągu dnia ciche, przestrzegające włoskiej siesty, wieczorami tętniące życiem, typowo włoskimi klimatami.

IMG_3021

IMG_2996

IMG_3004

IMG_3018

dav

IMG_3065

IMG_3070

Co ciekawe, na Sardynii, choć byliśmy w szczycie sezonu turystycznego, nie spotkaliśmy zbyt wielu obcokrajowców, w większości wyspa odwiedzana jest przez Włochów, którzy ukochali sobie Sardynię jako miejsce swojego wypoczynku, uciekając z Włoch lądowych na tą wspaniałą wyspę. Nie jest też tak zatłoczona jak np. Sycylia, gdzie ciężko opędzić się od turystów. To tworzy niepowtarzalny klimat, który pewnie niedługo zostanie zakłócony ze względu na wciąż taniejące bilety na Sardynię, przez co zostanie zalana międzynarodową turystyką. Póki co jednak warto spacerować sardyńskimi uliczkami i delektować się włoskim towarzystwem, podglądając siedzących dookoła na uroczystej kolacji Włochów, całe wielopokoleniowe familie raczące się pizzą, makaronami, nielimitowaną ilością wina. Z resztą co tu dużo mówić, każdy zna włoską kuchnię na tyle, by wiedzieć, o czym mowa 🙂

mde

dav

IMG_3054

Dla ciekawskich – baza hostelowa na Sardynii nie jest zbyt rozbudowana. To, co tutaj dominuje to maleńkie Bed&breakfast i lokalne, rodzinne pensjonaty. Ze względu na to ceny nie są najniższe, w danym miasteczku ceny w każdym z miejsc noclegowych są w zasadzie takie same, a negocjacje nie wchodzą w grę. Taka mała zmowa lokalnych. W sezonie nie są to najniższe ceny na świecie – za pokój na jedną noc ze śniadaniem płaciliśmy zazwyczaj 40-60 euro, trzeba jednak przyznać, że na śniadaniach stoły uginały się pod ciężarem lokalnych przysmaków. Ceny są zazwyczaj kilka euro niższe, gdy decydujesz się wziąć pokój na więcej niż jedną noc. Jechaliśmy całkowicie w ciemno, nie wiedząc, gdzie nas poniesie i gdzie zdecydujemy się zostać na noc. Pamiętajcie jednak, jeśli macie ze sobą samochód, by zadbać o to, by miejsce noclegowe miało własny, darmowy parking/miejsce postojowe. We Włoszech praktycznie wszędzie trzeba płacić za parkowanie i to nie są symboliczne kwoty.

IMG_3107

IMG_3111

IMG_3129

IMG_3142

IMG_3143

IMG_3153

IMG_3167

IMG_3229

IMG_20160803_125335

IMG_3193

IMG_3223

IMG_3209

IMG_20160803_100302

IMG_3197

W ostatni dzień z samego rana oddaliśmy samochód na lotnisku w Cagliari i mieliśmy jeszcze dosłownie kilka godzin na obejście samego Cagliari zanim wyruszyliśmy samolotem do Mediolanu. Przyjemne miasteczko, choć nas nie urzekło tak, jak inne nadmorskie, dużo mniejsze mieściny. W Cagliari czuć, że jest to stolica wyspy i mimo że na starym mieście zobaczymy całe mnóstwo maleńkich kamieniczek, tak poza starym miastem widać sporo fabryk, wielkomiejskich zabudowań.

IMG_3237

IMG_3239

IMG_3242

IMG_3247

IMG_3254

IMG_3255

Dalej wyruszyliśmy do Mediolanu, skąd późnym wieczorem mieliśmy lecieć do Krakowa. Zanim jednak powróciliśmy do Polski, mieliśmy kilka godzin na spacer dookoła włoskiej stolicy mody. Od razu uderza dużo bardziej poważna, nieco nawet sztywna atmosfera, charakterystyczna dla północnych Włoch. Ten, kto miał okazję zwiedzić i południe i północ Włoch zrozumie, co mamy na myśli 🙂 Dla tych, którzy nie mieli okazji – północ jest raczej poukładana, uporządkowana, bardziej wyniosła i poważna, południe jest tego przeciwieństwem – na południu bowiem charakterystyczne jest lekkie podejście do życia i obowiązków, miasta są dużo mniej poukładane, niekiedy można powiedzieć, że panuje w nich nieład i chaos, którego na północy Włoch nie zaznacie.

Mediolan – przyjemny na kilka godzin, może jeden dzień, nam osobiście nie przypada do gustu, ale o gustach się przecież nie dyskutuje 🙂

Do katedry Duomo wejść trzeba i to nie podlega dyskusji, pamiętajmy jednak o kolejce i obowiązkowej kontroli przed wejściem. Szczególnie w dobie współczesnych zagrożeń, kontrole są bardzo dokładne. By wejść na szczyt katedry wymagany jest bilet, za wejście do katedry także należy zapłacić za bilet, jest to jednak symboliczne 2 euro od osoby. Katedra jest oblegana przez turystów od wczesnych godzin porannych, warto więc o tym pamiętać planując swoje zwiedzanie, by nie narazić się na wielogodzinne oczekiwanie na wejście w pełnym słońcu – cienia nie zaznacie 🙂

IMG_3309

IMG_3291

IMG_3294

Kolejnym charakterystycznym punktem Mediolanu jest oczywiście galeria Wiktora Emanuela II, czyli pasaż pełen najdroższych i najbardziej luksusowych sklepów z pięknym szklanym sklepieniem po środku.

IMG_3285

IMG_3278

Przy okazji wizyty w Mediolanie warto także zaglądnąć do Zamku Sforzów i parku Sempione – wejście bezpłatne. Przed wejściem do Zamku znajduje się sporej wielkości fontanna, gdzie tubylcy i turyści szukają ochłody w upalne dni do tego stopnia, że ciężko znaleźć wolne miejsce dookoła fontanny 🙂

IMG_3312

IMG_3319

IMG_3321

IMG_3320

I oczywiście charakterystyczny dla Mediolanu tramwaj:

sdr

Podsumowując, Sardynia jest naprawdę piękną wyspą, pełną wspaniałych plaż, krystalicznie czystej wody, maleńkich uliczek, klimatycznych kafejek i knajpek, jeszcze wciąż niezdeptaną masową turystyką jak inne włoskie miejsca, ALE z drugiej strony nie należy do najtańszych kierunków i o tym należy pamiętać. Z racji tego, że właśnie nie jest jeszcze tak oblegana, brakuje tu konkurencyjności cen i walki o klienta. O ile w knajpkach ceny są niemal takie same, jak we Włoszech lądowych, tak ceny choćby noclegów i ilość miejsc, w których można nocować, nie należą do konkurencyjnych, a Sardyńczycy nie są zainteresowani walką o klienta za wszelką cenę. Wolą nie wynająć komuś pokoju wcale niż wynająć za cenę niższą niż sąsiad. Dodatkowo to, co my odczuliśmy to fakt, że Sardynia jest jednak na tyle dużą wyspą, że poruszając się po niej traci się wrażenie, że jest się właśnie na wyspie – kompletnie się tego nie czuje. Przejechaliśmy kilkaset kilometrów wzdłuż i wszerz i poczucie wyspiarskości gdzieś ulatuje. Jeśli jednak ktoś szuka odskoczni, pięknych widoków i wciąż jeszcze niezadeptanych szlaków, a dodatkowo kocha krystalicznie czystą wodę, dzikie, puste plaże – Sardynia jest świetną urlopową propozycją. Myślimy jednak, że lepiej rozważyć wyjazd tam poza sezonem, tj. początek maja (kiedy jednak woda jest jeszcze chłodna!) lub najlepiej wrzesień/początek października, kiedy ceny są niższe (poza wysokim sezonem), a i upał nie daje się aż tak odczuć. Z naszej jednak strony oczywiście zachęcamy do wyjazdu na Sardynię szczególnie tym, którzy są zmęczeni tłumem oblegającym nadmorskie, słynne kurorty – nie będziecie żałować ! 🙂

Mediolan zaś…nie odradzamy absolutnie, choć dla nas samych to nie ten sam klimat, co nasz ukochany Rzym i dalej południe Włoch. Dla nas osobiście kilka godzin w Mediolanie zupełnie wystarczyło i nie czujemy niedosytu, inni, szczególnie wielbiciele mody i sztuki oczywiście znajdą tu coś dla siebie, by spędzić kilka dni i wciąż czuć głód, ale każdy lubi przecież co innego. Z resztą nasz wypad do Mediolanu był podyktowany przesiadką w drodze do Krakowa i dzięki temu mogliśmy zobaczyć więcej niż samą Sardynię i tego absolutnie nie  żałujemy, bo każde miejsce na świecie uczy i pokazuje coś zupełnie innego i karmi zupełnie innymi, zawsze cennymi doświadczeniami! 🙂

A na koniec nie mogło się obyć, jak zawsze, bez Aperitivo! Arrivederci, do następnego razu! 🙂

IMG_3265

I jeszcze ostatni kadr z Sardynii! 🙂

IMG_3152

 

Advertisements

Autostopem do Barcelony + przystanek w Paryżu !

Oglądając naszego bloga, mogłoby się wydawać, że nie podróżowaliśmy i nie podróżujemy zbyt wiele po Europie, podczas gdy rzeczywistość jest zgoła odmienna. Właściwie nie wiemy, dlaczego dotąd nie opisywaliśmy naszych europejskich wojaży (prócz Ukrainy i Portugalii), skoro olbrzymią część naszego kontynentu zwiedziliśmy razem i to właśnie tutaj zaczęła się nasza miłość do podróżowania i odkrywania świata niezależnie, z plecakiem. Pewnie skupialiśmy się na opisywaniu podróży pozaeuropejskich głównie z braku czasu, a może ze względu na to, że dziś, gdy loty są tak tanie, a globalizacja robi swoje, podróżowanie w ramach Europy zdaje się większości niczym specjalnym.

Doszliśmy jednak do wniosku, że może warto opisać także wyprawy po naszym kontynencie, gdzie to wszystko się zaczęło, a także dla tych, którzy na dalsze wyjazdy pozwolić sobie jeszcze nie mogą. Dlatego też ruszamy ze sporym projektem, biorąc pod uwagę ilość naszych europejskich wypadów, ale mamy nadzieję, że Wam się spodoba i będziecie mogli czerpać z niego porady, ciekawostki, z których skorzystacie podczas Waszych europejskich wojaży 🙂

Cofniemy się więc najpierw do roku 2011, pomijając rok 2010, kiedy to owszem, wyjeżdżaliśmy, ale z racji lat wczesno studenckich, były to wyjazdy o nieco innym zabarwieniu, każdy wie, jak to jest wyrwać się spod matczynego klosza, zachłysnąć studencką wolnością, nowymi znajomościami, toteż np. Czechy chwilowo pominiemy i zaczniemy od naszego pierwszego wyjazdu autostopem do Barcelony! Z racji tego, że minęło już parę lat, nie będziemy mogli się z Wami dzielić cenami i konkretami, jak w przypadku najświeższych podróży, wybaczcie. Nie chcemy też przynudzać i się rozpisywać, więc w razie pytań, wątpliwości – zawsze możecie do nas napisać 🙂

Wyjazd do Barcelony był tak naprawdę pierwszym konkretnym, wspólnym wyjazdem niskobudżetowym z plecakami, który zapoczątkował nasze przyszłe przygody. Zupełnie przypadkiem wpadliśmy na bardzo fajną cenę biletów z Barcelony do Paryża, potem zaś z Paryża do Wrocławia. Wtedy było to około 150zł na każdej trasie, co dziś może nie jest już fenomenem, ceny tanich linii lotniczych spadają w dół z roku na rok, my jednak, młodzi, początkujący studenci zapatrzeni w daleki świat w swoich marzeniach, nie myśląc zbyt długo, kupiliśmy bilety. Cóż jednak zrobić, skoro loty z Polski DO Barcelony nie są w jakiś fenomenalnych cenach? Dodatkowo termin – weekend majowy, nie sprzyja znalezieniu tanich biletów. Rozważając wszelkie opcje i zasobność naszych studenckich portfeli, zdecydowaliśmy się spróbować dostać się do Barcelony autostopem, bo niby czemu nie???

Tak też zaczęła się nasza przygoda – pakowanie, wiedząc, że cały dobytek, zanim dotrzemy do Barcelony, będzie jechał z nami, być może będzie trzeba nieść go na plecach, gdy będziemy zmuszeni iść pieszo. Nie mając jeszcze doświadczenia w podróżowaniu autostopem, zdecydowaliśmy, że na wszelki wypadek zabierzemy ze sobą namiot i śpiwór – kto bowiem wie, gdzie przyjdzie nam spać po drodze, gdy utkniemy gdzieś, gdzie ciężko będzie złapać stopa?

Pełni entuzjazmu, z plecakami na plecach, dotarliśmy na wylot autostrady z Krakowa w kierunku Wrocławia i zaczęliśmy szukać szczęścia próbując łapać kierowców, którzy mogli by nas zabrać ze sobą. Przez Polskę, do granicy niemieckiej, jechaliśmy głównie z kierowcami tirów, słuchając ich przeciekawych opowieści z dalekich podróży, ot np. trafił nam się starszy kierowca, który swego czasu jeździł do Iranu i Syrii. Nikt, kto nie miał okazji jechać z kierowcą tira nie wie, ile historii można od niego wysłuchać 🙂 a przy okazji, dzięki ich uprzejmości, wielokrotnie sami nagrywają Ci dalszy transport posługując się swoim radiem – wiele razy kierowcy wiedząc, że dalej nie mogą nas już zabrać, bo jedziemy w innym kierunku, nagrywali nam przez radio kolejnych kierowców, którzy nas zgarniali z parkingów i zabierali ze sobą dalej. Ot, przejazdy tirami wspominamy z uśmiechem na twarzach 🙂

Schody zaczęły się, gdy dojeżdżaliśmy do granicy niemieckiej. Tu Karolina, zgodnie z zaleceniem kierowcy, musiała się schować pod kocami za siedzeniem kierowcy, gdyż wg prawa kierowca tira może przewozić tylko jednego pasażera, przejechaliśmy jednak i zakończyliśmy swą podróż pod Dreznem na stacji benzynowej. Większość kierowców udała się na spoczynek, przerwy, toteż nikt dalej nie mógł nas zabrać, był środek nocy. Widząc, że aut nie przybywa, a te, które przyjeżdżają, nie mają ochoty nas brać w środku nocy, postanowiliśmy rozbić nasz namiot na trawie za stacją benzynową 🙂 Tak, żółtodzioby i młodziaki nie przejmowały się za bardzo tym, że to nielegalne, z latarką w ręce rozbiliśmy namiot i przespaliśmy kilka godzin, próbując nie zamarznąć (cóż, koniec kwietnia może nie jest najlepszym terminem na spanie w namiocie!).

2011-04-27 16.31.42

2011-04-28 00.14.59

IMG_0534

Z samego rana wstaliśmy, złożyliśmy nasz namiot, o dziwo nikt nas nie złapał, odświeżyliśmy się na stacji i ruszyliśmy przez parking, pytając kierowców, czy nie udają się w kierunku Francji. Nagle powoli obok nas przejeżdża srebrny mercedes, uważnie nam się przyglądając. W końcu zatrzymują się, wysiada dwóch Niemców w cywilnych strojach, zza kurtek wyciągają jednak odznaki policyjne i zaczynają nas wypytywać, kim jesteśmy, co robimy, gdzie jedziemy, Czemu stopem itd. W końcu pytają nas, czy mamy ze sobą narkotyki i chcą przeglądać nasze bagaże. No nieźle zaczyna się kolejny dzień! Ostatecznie jednak zostawiają nas w spokoju, a nam udaje się złapać stopa z młodziutkim Niemcem.  Tym razem większość trasy przejechaliśmy samochodami osobowymi, ostatecznie jednak zamiast do granicy z Francją, kierowca pojechał kawałek za daleko i zostawił nas bliżej granicy ze Szwajcarią na stacji benzynowej przy autostradzie, co nam nie odpowiadało, gdyż nie chcieliśmy jechać przez Szwajcarię, byłoby do bez sensu. Postanowiliśmy więc dostać się na własną rękę do Francji, do której mieliśmy ok. 9km pieszo. Autostradą. Musieliśmy jednak się cofnąć, więc samochody odpadały. Tak też zarzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy wzdłuż autostrady ku
Francji. Było to o tyle niekomfortowe, że zaczynało się ściemniać, a pieszy przy autostradzie to raczej ewenement. Założyliśmy sobie więc czołówki na głowy (latarki) i szliśmy przed siebie. Przed nami nagle zaczęło się błyskać, co oznaczało, że idziemy pieszo ku burzy, nie wiedząc nawet, czy tuż za granicą będzie jakaś stacja benzynowa. Ostatecznie nastała noc, my zaś, by dotrzeć do Francji, musieliśmy przekroczyć mostem na autostradzie rzekę, co oznaczało, że tu już nie będzie bezpiecznych dotąd barierek, za którymi szliśmy, teraz rzeczywiście musimy iść albo poboczem autostrady, albo środkiem pomiędzy barierkami odgradzającymi przeciwne pasy na autostradzie. Na szczęście ruch zelżał, dzięki czemu mogliśmy swobodnie, choć nie bez obaw, poruszać się tak poboczem, jak i środkiem autostrady, ale jakoś rzekę trzeba przekroczyć. Przed nami burza rozpętała się na całego, ostatecznie jednak zmęczeni dotarliśmy do Francji, maszerując zaś jeszcze 4km dotarliśmy do stacji benzynowej, gdzie po prostu padliśmy. Postanowiliśmy wziąć tu najpierw prysznic, a potem zastanowić się, co dalej. Około 2 w nocy byliśmy odświeżeni i widząc, jak leje i wali piorunami, wiedzieliśmy, że na namiot nie ma szansy. Rozsiedliśmy się więc na stacji z mapą i próbowaliśmy łapać kierowców, którzy się zatrzymują na stacji.

Tak udało nam się zaczepić przemiłego starszego Niemca, który jednak nie za bardzo mówił po angielsku, powiedział więc, że przyśle do nas swojego syna, by z nami porozmawiał. Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się wysoki, zafarbowany na czarno, cały zakolczykowany i ubrany w skórę młody mężczyzna przedstawiając się jako syn wspominanego Niemca. Dowiedzieliśmy się, że jadą w trójkę na 80-te urodziny babci, która od lat nie widziała jego i brata (o jakież musiało być jej zdziwienie! Nas to jednak nauczyło, by nie oceniać człowieka po wyglądzie, dobra rada! 🙂 ) na Lazurowe Wybrzeże, więc jeśli chcemy, mają miejsce w samochodzie, mogą nas zostawić w okolicach Nimes, gdzie autostrada rozwidla się w kierunku Lazurowego Wybrzeża lub Hiszpanii, ALE jedna osoba będzie musiała jechać na podłodze. Nie zastanawiając się i wiedząc, że o tej porze nie znajdziemy pewnie już nic, od razu zgodziliśmy się. Tak też wylądowaliśmy w samochodzie z trzema Niemcam i – ojcem i dwoma młodymi „metalowcami”, którzy okazali się przemili, Karoliny podróż na podłodze skończyła się tak, że wyścielili jej podłogę kołdrą i poduszką i z uśmiechem zachęcili do spania, ciężko jednak było zasnąć, bo buzie nam i synom Niemca się nie zamykały, okazali się wspaniałymi ludźmi i przewieźli nas przez pół Francji, zostawiając na samym południu kraju, skąd mieliśmy nasz cel już naprawdę blisko. Pożegnaliśmy się, żałując, że do tej pory nie robiliśmy sobie zdjęć z każdym, kto nas zabierał i byliśmy na ogromnym parkingu ze stacją benzynową, restauracjami i mnóstwem kierowców wierząc, że znalezienie tu kierowcy nie będzie trudne.  Jakież było nasze zdziwienie, gdy musieliśmy tu spędzić niemal 4godz., gdyż absolutna większość kierowców jechała stąd na Lazurowe Wybrzeże, praktycznie nikt nie wybierał się w kierunku Hiszpanii, albo nie mieli miejsca.  Dodatkowo sprawę komplikował fakt, że w tym samym terminie były zawody autostopowe z Wrocławia do Barcelony, więc nie byliśmy jedyni, a poszukiwanie kierowców przerodziły się w zażartą walkę.

Ostatecznie jednak pracownicy stacji widząc, ile już czekamy, szukamy, sami nam pomogli, wysyłając do nas starszego, siwiutkiego Hiszpana, który właśnie ruszał tirem do…Barcelony właśnie! I choć nie mówił ani słowa po angielsku, sam zaproponował, że nas zabierze! Jakież było nasze szczęście! Mieliśmy 400km do celu i właśnie udało nam się znaleźć ostatni transport, dzięki czemu w dwa dni dojedziemy za kilka godzin do Barcelony!

Bez namysłu wsiedliśmy do tira, komunikując się z naszym kierowcą na przysłowiowe migi i ruszyliśmy w drogę do celu! Kierowca Karolinie nakazał wziąć sobie poduszkę i kołdrę i przespać się na łóżku za kierowcą, gdy ta powiedziała, że naprawdę nie trzeba, on zjechał na parking, by zaścielić jej łóżko i zachęcić do spania. Zbędne luksusy, bo przecież jak tu spać, kiedy zaraz będziemy na miejscu i nasz cały plan uda się zrealizować? 🙂

IMG_0545

Ostatecznie późnym popołudniem dotarliśmy do Barcelony, gdzie zarezerwowaliśmy sobie hostel tuż przy Placu Kolumba, gdzie, jak się okazało na miejscu, piętro niżej nocowały Karoliny koleżanki ze studiów – ot, świat jest mały!

IMG_0566

Podsumowując, w 2 dni dotarliśmy autostopem do Barcelony, wydając po drodze…2 euro na sok pomarańczowy na stacji, jedzenie zaś na drogę zabraliśmy ze sobą. Jakież było zdziwienie dziewczyn, gdy usłyszały za ile dotarliśmy do Barcelony, podczas gdy one zapłaciły ok. 400zł od osoby za samolot. My zaś dotarliśmy pełni entuzjazmu, przygód, poznawszy wspaniałych ludzi, czując na plecach przyjemny ciężar plecaków i w ten sposób zakochaliśmy się w niezależnym, niskobudżetowym podróżowaniu i już wiedzieliśmy, że to dopiero pierwsza nasza przygoda, przed nami zaś jeszcze całe mnóstwo, a świat jest za wielki i zbyt fascynujący, by go nie odkrywać!

Z samej Barcelony wrzucimy Wam zaś po prostu zdjęcia, nie spodziewaliśmy się, że sam opis podróży autostopem rozrośnie się do takich rozmiarów, więc teraz coś dla Waszych oczu 🙂 Jakość nie ta, do której Was przyzwyczailiśmy, pamiętajcie jednak, że było to 6 lat temu, nie dysponowaliśmy wtedy jeszcze takim sprzętem i udogodnieniami, jak dziś 🙂

IMG_0582

IMG_0587

IMG_0588

IMG_0595

2011-04-30 13.44.28

IMG_0607

IMG_0631

IMG_0641

IMG_0642

IMG_0644

IMG_0657

IMG_0706

IMG_0724

IMG_0733

IMG_0736

IMG_0742

IMG_0770

IMG_0784

IMG_0801

IMG_0899

IMG_0915

IMG_0916

IMG_0924

Po kilku przemiłych dniach spędzonych w Barcelonie, czas było zbierać się do Paryża, gdyż zgodnie z tym, o czym pisaliśmy na samym początku, mieliśmy bilety z Barcelony do Paryża. Lot o samym świcie, autobusy na lotnisko nie jeździły wtedy przez całą noc, musieliśmy więc przyjechać ostatnim (tuż przed północą) i spędzić swoją pierwszą, a jak dziś już wiadomo, jedną z wieeeeelu, noc na lotnisku. O świcie zaś wylecieliśmy do Paryża, dla większości miasta zakochanych, dla nas samych inne europejskie miasto pełni tę funkcję 🙂

W Paryżu nocowaliśmy u znajomego polskiego małżeństwa z dwójką przezabawnych dzieciaków, choć absolutną większość czasu spędziliśmy penetrując Paryż, który pamiętaliśmy z podróży z dzieciństwa, ot chociażby na koncerty ze szkołą muzyczną, do której oboje chodziliśmy, jednak każdy wie, że samodzielne odkrywanie miasta to nie to samo, co będąc prowadzonym za rączki 🙂

Kilka zdjęć z Paryża obowiązkowo:

IMG_0978

IMG_0981

IMG_0983

IMG_0984

IMG_0988

2011-05-03 19.25.32

2011-05-03 19.31.36

IMG_0999

IMG_1014

IMG_1025

IMG_1030

2011-05-03 19.47.06

2011-05-03 19.43.10

IMG_1031

IMG_1035

IMG_1045

Tak też po tygodniu, który najpierw spędziliśmy w podróży autostopem, dalej zaś w Barcelonie i Paryżu, wróciliśmy do Wrocławia, dalej wsiedliśmy w pociąg i dotarliśmy do Krakowa. Wróciliśmy pełni nowych doświadczeń, entuzjazmu i zarażeni podróżowaniem. Wiedzieliśmy, że to nasza pierwsza taka wyprawa, ale na pewno nie ostatnia i od tej pory postanowiliśmy wydawać wszystkie nasze oszczędności (tak, studenckie życie jest, jakie jest 🙂 ) na podróżowanie i odkrywanie nowych miejsc. Usiedliśmy i do głowy zaczęło nam wpadać tyle pomysłów na kolejne wyprawy, że ciężko było je zliczyć i jakkolwiek uporządkować. Wiedzieliśmy jednak, że każde z tych miejsc, po kolei, odwiedzimy i nie poprzestaniemy na zrealizowaniu jednego marzenia, bo jest ich w głowie tysiące, a żadne pieniądze, przedmioty, dobra nabyte nie dadzą Ci tyle szczęścia i satysfakcji, co zobaczone niesamowite miejsca na tym świecie. I z tego założenia wychodzimy po dziś dzień. Życie jest za krótkie, by cieszyć się dobrami materialnymi, najważniejsze bowiem to odkryć ten świat, jego piękno i nigdy się nie poddawać, bo życie to podróż w kierunku marzeń!

Jerozolima i Tel Aviv w drodze do Polski!

Jak zwykle okazuje się, że dużo łatwiej jest zasiąść do pisania po całym dniu zwiedzania, podróży, noszenia plecaków niż po powrocie do Polski. Stąd ponownie opóźnienie na blogu, ale czas nadrobić zaległości, nim zaczniemy tu pisać znacznie więcej, a taki pojawił się plan, ale to później 🙂 Najpierw trzeba było cofnąć się do poprzedniego wpisu i przypomnieć sobie, na czym to skończyliśmy.

A skończyliśmy na nocy na lotnisku w Tel avivie. Przebiegła całkiem spokojnie jak na lotniskowe warunki aż nadto spokojnie, ale jesteśmy w końcu w Izraelu. Po wylądowaniu dawno nikt nas tak nie przetrzepał, owszem, wiadomo, że w Izraelu na granicach i w portach lotniczych zadają zawsze milion dziwnych, czasem niewygodnych pytań, ale tym razem na naszą niekorzyść działały świeżutkie pieczątki z muzułmańskiej Malezji, toteż wokół Malezji się służby skupiły, wypytując, gdzie spaliśmy, czy jesteśmy razem, ile lat, czy mieszkamy razem, co robiliśmy w Malezji, po co tam byliśmy, z kim się spotykaliśmy, co stamtąd wieziemy, czy dostaliśmy jakieś prezenty, gdzie nocowaliśmy itd., a potem nasze plecaki kazali nam wrzucić do windy i powędrowały na dokładne przetrzepanie, bo przecież nikt nie może tak zwyczajnie być najpierw w Malezji,a potem nagle w Izraelu i nie mieć na celu zamachu 🙂

W każdym razie rano wsiedliśmy w pociąg z lotniska do centrum Tel Avivu, wysiedliśmy na dworcu i powędrowaliśmy w stronę naszego hostelu, kontaktując się z nim kilka dni wcześniej, że zaglądniemy rzucić bagaże (w Izraelu hostele raczej nie mają 24h czynnej recepcji). Wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie, rzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy z pobliskiego dworca autobusem ku Jerozolimie, raz jeszcze zachwycić się tym niesamowitym miejscem. Nawet jeśli nie jesteś zagorzałym katolikiem, wyznawcą islamu czy Żydem, to miejsce robi piorunujące wrażenie za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżasz i tego nie da się nie doświadczyć.

Jako że poprzednim razem nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by odwiedzić muzeum Yad Vashem – muzeum holocaustu narodu żydowskiego. Dla ciekawskich – wstęp darmowy, muzeum bardzo ciekawe, odczucia podobne jak podczas wizyty w Auschwitz, natomiast to, co bardzo radzi to młodzi obywatele Izraela, którzy obowiązkowo ze szkołami muszą odwiedzać muzeum, podczas gdy zainteresowanie ich własnym narodem jest tak wielkie, że w muzeum grają na telefonach, kładą się na kanapach, co wywołuje ogromny niesmak. Cóż, warto do dziś wykorzystywać swoją historię i nią się zasłaniać w kryzysowych sytuacjach i stosunkach międzynarodowych, zaś na miejscu widać, jakie rzeczywiste mają podejście do swojej historii.

W części muzeum, gdzie są wystawy, nie wolno robić zdjęć, toteż wrzucamy tylko z ogrodów okalających muzeum, gdzie znajdują się m.in. tablice upamiętniające sprawiedliwych wśród narodów, gdzie największa ilość tablic poświęcona jest Polakom. Ogród i muzeum znajduje się na wzgórzu z pięknym widokiem na pagórki porośnięte drzewkami oliwkowymi.

IMG_5713

IMG_5723

IMG_5728

IMG_5738

IMG_5740IMG_5733

Dalej zaś spacer poszczególnymi dzielnicami starej Jerozolimy – muzułmańskiej, słynącej z doskonałych, najtańszych falafeli i sporego nieporządku, katolickiej – czystej i pełnej pielgrzymów, żydowskiej – sterylnej jak żadne inne miejsce w Izraelu, pełnej ortodoksów nieufnie patrzących na turystów i ormiańskiej z piękną ormiańską świątynią. Pamiętajmy, że stare miasto w Jerozolimie to jedno wielkie targowisko, kwitnące kolorami od samego rana aż do zajścia słońca za horyzont. Dodać trzeba, że Izrael, szczególnie zaś Jerozolima, słyną z gigantycznych cen, także na ulicznych straganach, najtaniej można kupić towary w dzielnicy muzułmańskiej, możecie wierzyć, że w każdej dzielnicy są dokładnie takie same pamiątki i lokalne wyroby.

17916465_10209385004517154_824113045_o

IMG_5764

IMG_5752

IMG_5773

IMG_5756

Docieramy do słynnej Ściany Płaczu. Po drodze musieliśmy sobie zrobić zdjęcie w dokładnie tym samym miejscu, w którym robiliśmy poprzednio, gdy ponad 40stopniowy upał nie dawał nam żyć 🙂

IMG_5792

Mężczyźni obowiązkowo w mycce, każdy, kto nie ma własnej, dostanie ją przy wejściu, kobiety nie mogą wejść do części przeznaczonej dla mężczyzn, dla nich jest wąska część po prawej stronie. O tym z resztą pisaliśmy przy okazji naszej poprzedniej wyprawy do Izraela, więc nie będziemy powielać treści. Co by jednak nie było, Ściana Płaczu i górujący nad nią meczet na skale, robią wrażenie niesamowite. Pamiętajmy, by przed rozplanowaniem swojego zwiedzania Jerozolimy, sprawdzić dokładnie aktualne godziny wstępu dla turystów na meczet na skale, nie jest on otwarty dla nie-muzułmanów cały dzień!

IMG_5796

IMG_5802

IMG_5815

Dzielnica żydowska wyróżnia się niezwykłą sterylnością i olbrzymią ilością ortodoksyjnych, wielodzietnych rodzin żydowskich, zawsze patrzących na turystów z nieufnością, zaś na roznegliżowane kobiety z ogromną niechęcią.

IMG_5821

17916450_10209385017557480_1790020433_o

IMG_5825

IMG_5830

Będąc w Jerozolimie, bez względu na wyznanie, nie można nie wejść choć na chwilę do Bazyliki Grobu Pańskiego, jednej z najbardziej piorunujących świątyń ze względu na swój układ pozwalający na zgubienie się w zakamarkach bazyliki. Tym razem grób był w remoncie, stąd zdjęć wiele nie zamieszczamy. Ale nie da się odmówić wyjątkowej atmosfery temu miejscu.

17916692_10209385009717284_1128151884_o

17902650_10209385013677383_1528547298_o

IMG_5782

IMG_5835

IMG_5840

Po zajściu słońca stare miasto zamiera, stąd też wsiedliśmy w autobus i ruszyliśmy do Tel Avivu. Nasz hostel znajdował się zaledwie kilka minut pieszo o dzielnicy Old Jaffa, postanowiliśmy więc zaglądnąć jeszcze tam na spacer, pamiętając z poprzedniej wizyty, jak miła to okolica. O tej porze roku w Tel Avivie nie było zbyt wielu turystów, Old Jaffę nocą obeszliśmy jako jedyni, nie spotykając na swej drodze żywej duszy. Za dnia tętniąca życiem, pełna kolorowych galerii sztuki, małych kafejek, dzieciaków biegających po głównym placu, w nocy tajemnicza, cicha, spokojna, z pięknym widokiem na oświetloną nowoczesną część Tel Avivu.

IMG_5868

IMG_5866

17916514_10209385052678358_559373082_o

17916830_10209385054998416_1551466563_o

Od Old Jaffy odchodzi promenada zaczynająca się w starym, historycznym porcie, ciągnąca się zaś wzdłuż wybrzeża przez kilka kilometrów. Obecnie plaże miejskie są przebudowywane, tworzą się nowe altany, stanowiska gastronomiczne, przebieralnie. Świetne miejsce na spacer.

Następnego dnia wymeldowaliśmy się z hostelu…

IMG_20170208_153131

…zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na kilka godzin w miasto, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu. Najpierw ruszyliśmy na targ, który pamiętaliśmy z poprzedniej wizyty jako najbardziej chyba kolorowe miejsce w tym mieście, i tym razem się nie zawiedliśmy. Owoce, warzywa, hałwy, sery, lokalne wyroby cukiernicze, wyroby z błota z morza czarnego. Myślcie, co chcecie, my strasznie lubimy takie miejsca, bo to tutaj można zobaczyć prawdziwe oblicze danego miejsca, lokalne bogactwa i specjały, zobaczyć mnóstwo tubylców w swoim żywiole i najcenniejsze produkty.

IMG_5891

IMG_5890

IMG_5888

IMG_5881

Dalej zaś postanowiliśmy na spokojnie poleżeć sobie na plaży, przy piwku, delektując się ostatnimi godzinami słońca przed powrotem do krakowskiego smogu. Co tu dużo mówić, niebieskie niebo i widoczne na niebie słońce dla każdego, kto mieszka w Krakowie to jest COŚ, więc nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności, otrzymując niemal każdego dnia wiadomości ze zdjęciami z Krakowa, w którym nie widać było nic (były to dni, kiedy smog naprawdę dawał się Krakusom we znaki). Przy okazji, to niesamowite jak w stolicy kraju, miejscu, które tak szybko się rozwija i pnie do góry pod każdym względem, jak mimo wszystko jest tu sterylnie i czysto, o czym świadczą choćby tutejsze plaże i woda w morzu – krystalicznie czysta i niespotykana w żadnej innej metropolii tego typu.

IMG_5898

IMG_5901

IMG_5900

17916237_10209385056398451_469780462_o

Ostatnim punktem był spacer promenadą i nadszedł czas, by odebrać plecaki z hostelu i ruszyć w kierunku lotniska. A tam, jak zwykle z resztą, polskie pielgrzymki, w których nie byłoby nic złego, gdyby nie typowo polskie przepychanie się, niestosowanie się do regulaminu i ogólny bałagan i chaos wprowadzany przez rodaków. Ot, na przykład to właśnie lecąc z Izraela do Polski biedne stewardessy muszą kilkakrotnie krzyczeń na polskich pasażerów, którzy ledwo samolot postawi koła na pasie po wylądowaniu, a którzy to zbierają bagaże i biegną do wyjścia (w końcu kto pierwszy, ten lepszy), choć samolot wylądował 30sekund temu i jeszcze nawet nie stanął.  Są takie miejsca na świecie, gdzie czasem człowiek wstydzi się, że jest tej samej narodowości, co reszta w tłumie. Niektórzy pewnie nas zrozumieją 🙂

Słów kilka dla ciekawskich:

Warto pamiętać, że Izrael, szczególnie zaś Jerozolima, gdzie coś takiego, jak sezon wysoki i niski de facto nie istnieje. Podobnie jest w Rzymie. Spowodowane jest to wielowiekową historią i tym, że Jerozolima jest stolicą nie jednego wyznania. Miasto to będzie zawsze odwiedzane przez turystów, bez względu na standardy oferowane np. w miejscach noclegowych, lokalach gastronomicznych i ceny biletów lotniczych itd. Poza tym pamiętajmy, że Izrael jest BARDZO drogim miejscem i co do zasady ciężko jest rozróżnić miejsca tam na te tańsze i droższe, bo po prostu wszystko jest tam drogie. Więc nie da się tam wydać naprawdę mało funduszy. Niech każdy sobie to weźmie do serca zanim zdecyduje się tam jechać. Ponadto, mówimy to ze względu na fakt, że Wasze oczekiwania mogą się nieco rozjeżdżać z rzeczywistością, szczególnie mowa tu o noclegach. Dlaczego to mówimy? A no dlatego, że za noclegi zapłacicie DUŻO, niekiedy BARDZO DUŻO, jednak, szczególnie w przypadku Jerozolimy, jakość nie idzie w parze z ceną. Właściciele hoteli, hosteli wykorzystują bowiem fakt, że Jerozolimę, tak samo jak Rzym, turyści będą zawsze odwiedzać, bez względu na to, jaki np. oferują standard. My tym razem, po naszych przeżyciach przy okazji poprzedniej wizyty w Izraelu, kiedy to spaliśmy 2 noce w Jerozolimie, zdecydowaliśmy się na nocleg w Tel Avivie. Biorąc pod uwagę poprzedni raz, kiedy to 2 noce nie zmrużyliśmy oka przez muszki pustynne, spaliśmy w pokoju mocno odbiegającym od zdjęć zamieszczonych w Internecie, a zapłaciliśmy za nocleg w Jerozolimie naprawdę dużo, decyzja o noclegu w Tel Avivie była lepszą decyzją, na pewno też tańszą.  Zaś do Jerozolimy z Tel Avivu autobusem dojedziecie w godzinę za 8 szekli w jedną stronę zielonym autobusem. Ceny noclegów hostelach w Tel Avivie są przynajmniej o połowę niższe niż w Jerozolimie, standard o niebo lepszy, choć doskonale i tak nie jest. Pociąg z lotniska do centrum Tel Avivu to wydatek rzędu 18 szekli, więc nie należy do najtańszych, ale jesteśmy w Izraelu, tu NIC nie jest tanie. Falafel na targu w Tel Avivie to 6 szekli, podczas gdy w Jerozolimie to drugie tyle.

Mimo wszystko, my z przyjemnością wróciliśmy do Izraela. Po pierwsze potraktowaliśmy to jako stopniową aklimatyzację do chłodniejszych niż w Azji Południowo-Wschodniej temperatur, po drugie miły przystanek po drodze do domu. Jerozolima jednak, jakiegokolwiek byśmy nie byli wyznania, robi zawsze piorunujące wrażenie i jest to miasto absolutnie wyjątkowe. Zawsze chętnie będziemy tu wracać i co do tego nie mamy wątpliwości.

Tak kończymy opis naszego ostatniego przystanku podczas naszej 3tygodniowej podróży po Azji. Szykujemy ostatni wpis, podsumowujący, w którym opiszemy koszty, najciekawsze naszym zdaniem miejsca, które odwiedziliśmy, a także wrzucimy krótki filmik zawierający najbliższe naszym sercom momenty z wyprawy, który właśnie montujemy 🙂 Już niebawem będziemy tu znowu, a potem…szykujemy wpisy z naszych wielokrotnych europejskich wypadów, których dotąd tu nie zamieszczaliśmy, a doszliśmy do wniosku, że może jednak warto rozszerzyć nasz blog o Europę, co będzie w naszym przypadku i w przypadku naszych bardzo licznych wypadów, sporym przedsięwzięciem 🙂

Bangkok – pożegnanie z Azją Południowo-Wschodnią!

Do Chumphon, czyli miejscowości, gdzie prom zmienialiśmy na busa, dopłynęliśmy tuż przed 5 rano. Przespaliśmy na promie całą noc, obudziły nas dopiero światła, gdy obsługa budziła wszystkich z informacją, że zaraz cumujemy i wysiadamy. Nigdy się nie spodziewaliśmy, że na promie zaśniemy tak mocno.

Wysiedliśmy z promu, chwila oczekiwania i przyjechał po nas bus, którym udaliśmy się do Bangkoku. Bus – full, kierowca – wybitnie obrażony na cały świat, że ma o tej porze gdzieś jechać. Najpierw postój godzinny w knajpie rodziny kierowcy (włoskiej?!) – może białasy coś jeszcze zamówią i zostawią trochę kasy, punkt 6 wyjechaliśmy w stronę Bangkoku. Znów przespaliśmy całą drogę, po drodze dwa razy przerwa i o 13 byliśmy na miejscu. Bus wysadził nas tuż przy pałacu królewskim, nie jechał na dworzec, zatem mieliśmy Dosłownie kilka minut pieszo do naszego hotelu na ulicy Rambuttri, 2 minuty pieszo do Khao San Road. Tym razem postanowiliśmy, że zostaniemy w tym samym miejscu, w którym nocowaliśmy będąc 1,5 roku temu w Bangkoku,  jako że planem na ten dzień i noc był totalny chill, zabawa i godne pożegnanie się z Bangkokiem. To miała być szalona noc, rodem z „Kac Vegas w Bangkoku” i już my się o to postaraliśmy, Bangkok z resztą potrafi wciągnąć, nieuchronnie oferując zbyt wiele przygód, przyjemności i szaleństwa.

Zameldowaliśmy się w hotelu, rzuciliśmy plecaki w pokoju i od razu udaliśmy się do naszego  ulubionego ulicznego straganu na pad thai i sajgonki. Za każdym razem, gdy jesteśmy w Bangkoku, jemy tu kilka razy dziennie, nie mogło być inaczej tym razem.

17311866_10209130535635591_873412242_o

17311395_10209130535355584_1115185199_o

Krótki spacer po Khao San, shake ananasowy i wróciliśmy do naszego hotelu, na ostatnie jego piętro, gdzie na dachu mamy basen. Trzeba odpocząć i zregenerować siły przed ostatnią nocą w Bangkoku 🙂 Karolina pisze bloga, Piotrek nieco bardziej leniwie 🙂

IMG_20170205_163326

17311621_10209130427872897_1091123257_o

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi….

17310801_10209130427352884_1628325717_o

…czas więc ogarnąć się i zacząć tą noc! Najpierw ruszyliśmy tuk tukiem do dzielnicy Patpong, czyli dzielnicy rozkoszy, uciech – lokalne Red Light District. Prócz domów publicznych, dzielnica ta słynie z nocnego marketu, gdzie chcieliśmy kupić drobne upominki dla rodziny, pamiętajmy, by ceny mocno negocjować, bo są baaaardzo zawyżone. Jeśli jednak ktoś liczy na to, że tutaj kupi piękne, kolorowe, tajskie pamiątki – uwaga, nie nastawiajcie się na to i tylko na to miejsce – podstawowe, najbardziej charakterystyczne rzeczy owszem, kupicie, ale dużo lepsze i tańsze dostaniecie w Chiang Mai. Tutaj króluje chińszczyzna. Warto jednak się przejechać, przespacerować, zjeść lokalne przysmaki, których tu od groma na straganach ulicznych. Gdy byliśmy tu 1,5 roku temu, można było dostać dużo więcej lokalnych, tajskich, tradycyjnych wyrobów niż teraz, gdy można tu kupić głównie chińskie podróby torebek, zegarków itd.

Spacer jednak zaliczyć trzeba – masa Azjatów i Europejczyków przyjeżdżających tu tylko w jednym celu, a każdy oczywiście znajdzie coś dla siebie – ulica dla transwestytów, ulica dla homoseksualistów, ulice uciech dla kobiet, osobne dla mężczyzn. Przed domami publicznymi, szczególnie na ulicy dla mężczyzn jest to widoczne, na krzesełkach siedzą dziewczęta, nie raz baaaardzo młode, poprzebierane według tematyki domu publicznego. Tak możemy znaleźć stewardessy, nauczycielki, uczennice itd. Do wyboru, do koloru. Za ich krzesełkami pilnie strzeżone drzwi, po dokonaniu wyboru otwierają się dla klientów. Zdjęć nie wrzucamy za wiele, bo niestosownie było je robić.

17310757_10209130424352809_1245166131_o

IMG_20170205_211507

IMG_20170205_212406

Dalej złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy na Khao San. Impreza powoli zaczynała się rozkręcać, czas więc odpowiednio wprowadzić się w atmosferę, zaczynając od pierwszego magicznego wiaderka, może pamiętacie z wpisu z wyspy Koh Tao. Wiaderka w Bangkoku to już podstawa. Kupujemy pierwsze – wódka z redbullem i robimy mały obchód po Khao San, by wprowadzić się w atmosferę miejsca. Ostatnia noc w Bangkoku nie może jednak obyć się bez ostatniego „Foot Massage”, wracamy więc na naszą Rambuttri, gdzie atmosfera, choć wciąż mocno imprezowa, jest jednak nieco ciszej i łatwiej się tu zrelaksować. 30 minut masażu stóp – 150 bahtów za osobę, czyli mniej więcej 18zł.

17269394_10209130425472837_1546172771_o

17273730_10209130428152904_1948847822_o

DCIM100GOPRO

IMG_20170205_232232

DCIM100GOPRO

I przyszedł czas na szaloną noc w Bangkoku! Na Khao San możesz robić wszystko, o czym jeszcze nie śniłeś – pić do białego rana, tańczyć na środku ulicy ze świeżo poznanymi ludźmi, zrobić sobie tatuaż, iść na masaż, kupić milion zbędnych pamiątek, zjeść skorpiona czy pająka, wciągać gaz rozśmieszający i wiele, wiele innych. To największa azjatycka impreza, pamiętajcie jednak, że jeśli następnego dnia z samego rana macie jakieś ważne plany (jak my – samolot!), wszystko z umiarem! My z góry założyliśmy, że to będzie szalona noc, pakowaliśmy plecaki jeszcze zanim ją zaczęliśmy, wiedząc, że skończyć się może przeróżnie. Tak też ciężko stwierdzić, ile magicznych wiaderek mieliśmy w rękach, wciągaliśmy gaz rozśmieszający, tańczyliśmy na środku Khao San razem z tłumem otaczających nas ludzi, a rano ledwo zdążyliśmy na samolot, bo budzik dzwonił na tyle nieprzekonująco, że go zwyczajnie nie usłyszeliśmy.

IMG_20170205_210813

17311762_10209130425952849_925185708_o

17311559_10209130426232856_1605484958_o

IMG_20170205_235927

17269730_10209130426832871_892192678_o

Rano więc musieliśmy biec łapać taksówkę, wiedząc, że korki o tej porze będą skutecznie odwodzić nas od dojechania na lotnisko na czas. Po drodze wypadek, wszystko stoi, serio, ledwo zdążyliśmy na samolot, w głębi serc ciesząc się, bo w sumie wcale nie chce nam się stąd wracać 🙂

Ostatecznie jednak zdążyliśmy na samolot, lecący najpierw do Helsinek, gdzie mieliśmy przesiadkę, dalej zaś polecieliśmy jeszcze na 2 dni do Izraela, bo czemu nie?! Krótki postój po drodze do domu i stopniowa aklimatyzacja nikomu nie zaszkodziła. Toteż po północy, po drodze będąc w lodowatych Helsinkach, gdzie wysiadając z samolotu zgrzytały nam zęby, bo przecież kilka godzin temu było 36 stopni, a w Helsinkach -15, dotarliśmy wreszcie do Tel Avivu, gdzie z racji godziny przylotu, spać musieliśmy na lotnisku. Recepcja naszego hostelu działała tylko do 23, pociągi i autobusy z lotniska nie jeżdżą całą dobę, toteż całkowicie świadomie podjęliśmy decyzję, by noc spędzić na lotnisku. Z samego rana zaś ruszyliśmy w drogę do naszego hostelu w Tel Avivie, gdzie wzięliśmy szybki prysznic, rzuciliśmy plecaki, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na cały dzień do Jerozolimy. Poprzednio byliśmy tu w szczycie lata, w sierpniu, chcieliśmy więc raz jeszcze zobaczyć to niesamowite miasto, gdy parzące słońce nie daje się tak we znaki. O tym jednak będzie kolejny wpis 🙂

 

PS. Jakość zdjęć jest, jaka jest, bo 1. nie braliśmy tu ze sobą aparatu, 2. wiaderka robią swoje, wybaczcie 🙂

Koh Samui, Koh Tao!

Następnego dnia, jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i w drogę na postój busów, skąd mieli nas odebrać. Godzinne opóźnienie, no trudno, ale w końcu przyjechali. Bus pełny, jedziemy ściśnięci jak sardynki, ale w busie sami obcokrajowcy, który jadą przekonani, że bez trudu wszyscy przekroczymy granicę z Tajlandią. Tak bardzo się wszyscy myliliśmy.

Ok 8 rano dojeżdżamy na granicę, najpierw stempelek, że wyjeżdżamy z Malezji, bez problemu. Bus nas zostawia przed tajskimi okienkami i przekracza granicę, a my stajemy w kolejce po pieczątkę wjazdową. Celnicy co jakiś czas wychodzą ze swoich stanowisk, nikt za wiele nie wie, co się dookoła dzieje, frustracja narasta. My, wiedząc, jak dotąd bez problemu przekraczaliśmy granicę z Tajlandią, grzecznie i ze spokojem stoimy czekając na naszą kolej. Karolina dochodzi do kolejki….celniczka nie wbija pieczątki, odsyła do urzędu imigracyjnego. Ok, ale gdzie mam iść i po co, bo nawet nie wiem, co im powiedzieć? Celniczka krzyczy, że mam iść. Tak więc Karolina idzie, w urzędzie niespecjalnie ktokolwiek zwraca na nią uwagę, podchodzi więc do biurka, gdzie siedzi dość sympatycznie wyglądająca Tajka, która zaskoczona, że nikt nie dał mi pieczątki odsyła znów do okienka, mówiąc, że ma iść po pieczątkę i wjeżdżać. Karolina wraca do kolejki, wpycha się przed resztę wściekłych oczekujących po to, by zostać zbesztaną z góry na dół za to, że wróciła. Celniczka każe nam obojgu wracać do urzędu imigracyjnego do tajemniczego „bossa”, kimkolwiek szef jest. Idziemy więc do urzędu, pytamy o szefa, podchodzi do nas wrogo nastawiona celniczka i zaczyna krzyczeć, że nie mamy pieniędzy, że albo pokażemy, że mamy albo wracamy do Malezji, że wszystko jest „up to you!!!!!!!your choice, it’s up to you!!!”. Wściekła Karolina podniesionym głosem mówi, że jesteśmy z Europy i u nas takich zasad nie ma, że mamy pokazywać pieniądze, więc niech nam do cholery wytłumaczy, ile mamy pokazać i komu. Celniczka znowu „up to you, up to you!!!!” i każe pokazać 10000bahtów, co daje mniej więcej 278dolarów. Pytamy, czy możemy w dolarach pokazać, kobieta mówi, że obojętne w jakiej walucie. Piotrek idzie do busa, gdzie zostawiliśmy w gotówce 300dolarów, pokazać jednak mamy, że posiadamy tyle na osobę, a co się oszukiwać – nie posiadamy tyle w gotówce, bo po cholerę nam na ostatnie kilka dni w Tajlandii tyle pieniędzy, w razie czego możemy wypłacić z bankomatu, ale nie chcemy tego robić na granicy, bo raczej tyle nie wydamy przez najbliższych kilka dni. Piotrek daje więc pieniądze Karolinie, a sam idzie do innego okienka, gdzie usłyszał od jednego z naszych kompanów z busa, że po kilku próbach tam dostał pieczątkę. Karolina idzie do urzędu imigracyjnego, podchodzi wspominany boss, który na widok dolarów krzyczy, że ma pokazać gotówkę w bahtach, a nie dolarach. Karolina na to, że usłyszała wcześniej, że może być w dolarach i jakie to ma znaczenie w jakiej walucie, skoro ma pieniądze w gotówce. Boss odsyła do kantoru. Nie! Nie będziemy wymieniać pieniędzy w kantorze na granicy, niech się walą!

Piotrek dostaje pieczątkę w innym okienku, stojąc za całą masą Malajów, którzy każdy kolejno wsadzali do paszportu łapówki. Piotrek nie wsadził nic, ale dostał pieczątkę, a potem celnik rzucił mu paszportem niemal w twarz, widząc, że nie ma w środku pieniędzy. Karolina za to spotyka obywateli Rumunii, od których żąda się łapówki za wjazd do Tajlandii. Potem spotyka włoską parę, która z nami jechała, a od których żąda się wpłaty 40000bahtów, co daje nam 4629.85zł za wjazd przez granicę. Mimo kłótni i negocjacji, Włocha nie wpuszczają, musi wrócić do Malezji, bo nie chce tyle płacić, wcale się nie dziwimy. Karolina zaś idzie z misją ostatniej szansy do okienka, gdzie Piotrkowi udało się uzyskać pieczątkę. Cały bus czeka już tylko na nas. Dochodzi do okienka, celnik przegląda paszport, chwyta za krótkofalówkę. Cholera! Znowu nic z tego. Każe iść ze sobą do urzędu imigracyjnego. No to po Ptokach, znowu jej nie wpuszczą. Docieramy do kobiety, u której była na samym początku, gdy kazała iść po pieczątkę. Kobieta łapie Karolinę za rękę i prowadzi do celnika, który odesłał, każe wbić jej pieczątkę i wpuścić. Celnik obrażony kiwa głową. Kobieta wraca do siebie, Karolina czeka. Celnik pyta, dokąd jedzie i gdzie będzie mieszkać. A Karolina na papierach imigracyjnych wpisała pierwszy lepszy hostel z przewodnika, nie wiedząc, gdzie dotrzemy i gdzie nam się spodoba, nie mieliśmy więc żadnej rezerwacji. Celnik chwyta za telefon – no to koniec, będzie dzwonił do hostelu, zorientuje się, że ściemnialiśmy i nie wpuści nas…Ostatecznie chyba ma nas już dość, wbija obrażony pieczątkę i oddaje paszport. Uffff po niemal 3h spędzonych na granicy wreszcie możemy wjechać do Tajlandii!

Jedziemy do Hat Yai, gdzie mamy przesiąść się na busa do Krabi, skąd jest blisko na wyspy np. Koh Phi Phi, Koh Lanta . Taki był plan. Dojeżdżamy na miejsce i wpada nam do głowy pomysł, że kurcze, może byśmy jednak popłynęli na Koh Samui, po drugiej stronie lądu i potem mielibyśmy bliżej do Bangkoku? Z resztą w Kuala Lumpur wiele osób polecało nam Koh Samui. Pytamy gościa, ile kosztowałoby przebookowanie biletów – 20bahtów (2,3zł), bus może przyjechać po nas za 30min. Ok, bierzemy! Niedługo siedzimy już w busie do Surat Thani. Docieramy na miejsce ok. 17, kierowca odwozi nas na dworzec, gdzie są biura turystyczne sprzedające bilety na promy na wyspy Koh Samui, Koh Phangan, Koh Tao. Najbliżej nas jest Koh Samui, z drugiej strony Koh Phangan jest ponoć też ciekawa, no i tamtejsze Full Moon Party, a Koh Tao, choć najdalej, ale raj dla nurków….Rozważamy za i przeciw, kupujemy za 400 Bathow bilet na busa + prom na Koh Samui. Szybko rezerwujemy bungalowy przy plaży na Koh Samui w miejscowości Lamai, pod wieczór docieramy na ląd Koh Samui. Na wstępie zaczepiają nas lokalni naciągacze-taksówkarze, którzy chcą od nas 800bahtów za podwiezienie do Lamai. Pfffffffffffff po naszym trupie. W końcu udaje się załapać na dużo tańszego busa, docieramy do naszych bungalowów. I do plaży mamy TAK daleko z naszego bungalowu

16804909_10208888365421487_906438535_o

Oglądamy plażę, ale najpierw pasuje coś zjeść. Ruszamy więc w miasto. Najpierw znaleźliśmy naszą małą przystań z przemiłymi Tajkami, których uśmiech zarażał, a do których od razu wróciliśmy rano po śniadanie. Kupujemy shake’a z ananasa, dają nam spróbować pomelo – nigdy nie jedliśmy takiego pomelo! Bierzemy więc kubełek – pomelo, ananas, papaja. Zapłaciliśmy przysłowiowe grosze, a była to kolacja mistrzów!

16804735_10208888406382511_776218677_o

16735615_10208888364621467_1498041778_o

Idziemy w drugą stronę miasta i szczerze, coraz mniej nam się podoba. Naszym oczom ukazują się kolejni podstarzali Niemcy i Francuzi, którzy przyjechali tu tylko w jednym celu, nie musimy chyba nikomu mówić, w jakim. Siedzą w kolejnych pubach z młodziutkimi Tajkami, które zachwyca zawartość ich portfela. Mijamy kolejne salony masażu i tutaj nam się wydaje, że te salony masażu są ściśle powiązane z innymi usługami, o czym świadczą stroje, makijaż i pozy dziewcząt. Coraz mniej nam się tu podoba. Kupujemy piwo i wracamy na plażę naszego lokum. Nie chcemy patrzeć na tych zdesperowanych dziadków śliniących się do lokalnych panienek. Zastanawiamy się, czy aby na pewno wybraliśmy odpowiednią wyspę?

Rano wstajemy i od razu idziemy na plażę, zobaczyć, co nas tu czeka. I ku naszemu zaskoczeniu, na kolana nie powala i to nie jest to, czego się spodziewaliśmy. Pewnie nie sprzyja temu pogoda i zachmurzone niebo, jednak wrażenia z poprzedniego wieczoru są, jakie są. Promy na Koh Phangan i Koh Tao są tylko 2x dziennie – o 11 rano i o 14:30. Więc albo płyniemy tak naprawdę za chwilę, albo pół dnia siedzimy tutaj i żałujemy, że tracimy tu czas. Krótki spacer plażą…

img_5477

img_5470

img_5480

…I podejmujemy decyzję, że zabieramy plecaki i płyniemy o 11 na Koh Tao, najmniejszą z wysp po tej stronie wybrzeża. Idziemy na recepcję, gdzie mają wielką tabliczkę, że sprzedają bilety na prom. Niestety szanowna recepcja informuje nas, że na dziś już jest za późno, bo trzeba dzień wcześniej kupować bilety. COOOOO?! Pfffff nie zostaniemy tu ani dnia dłużej. Zabieramy plecaki i idziemy naszą ulicą szukać biura. Wchodzimy do jednego, który jest tuż obok naszego straganu z owocami, miła pani wypisuje nam bilet, ustalamy cenę – 550bahtów. Pyta, czy jutro (jest już 10rano). NIE! Chcemy na dziś, na zaraz. Kobieta robi wielkie oczy, woła swojego męża, ten też robi wielkie oczy – jak to na dziś, na 11?! Normalnie. Gość mówi, ok, już Wam podstawiam auto, mój kolega zawiezie Was czym prędzej do portu na prom, zdążycie. Da się? Da się.

16776287_10208888367661543_1167582554_o

Ruszamy w drogę, kierowca nie wygląda na takiego, któremu się spieszy, ale docieramy przed czasem, wymieniamy bilety na wstęp na prom, dołączamy do ludzi czekających na prom i tak naprawdę jeszcze przez godzinę siedzieliśmy w porcie czekając na prom. Na szczęście otoczenie było całkiem przyjemne, choć od czasu do czasu z nieba padał deszcz.

16732018_10208888368661568_921385758_o

Wsiadamy na prom, drzemka, po 1,5h jesteśmy na Koh Tao. Od razu nam się podoba, jest o niebo lepiej niż na Koh Samui, dużo backpackersów, wszędzie centra dla płetwonurków, małe knajpki, stragany uliczne, a i wybrzeże wygląda zupełnie inaczej. Wsiadamy na pakę samochodu, który podwozi nas do naszego hostelu. Dostajemy pokój przy plaży, rzucamy rzeczy, sprawdzamy plażę przy naszym hostelu…:

img_5529

Przyjemnie. Miasteczko też baaardzo fajne, ogólnie klimat wyspy bardzo nam się podoba. Najpierw jednak kilka spraw do ogarnięcia – 1. Jak się dostać 5.02 do Bangkoku, 2. Fajnie by było się wybrać na jakiegoś tripa dookoła wyspy, połączonego ze snorkellingiem. Obchodzimy kilka lokalnych biur, widać, że wszędzie oferują dokładnie to samo. Decydujemy się na nocną wyprawę promem do miejscowości Chumphon, skąd bus (jest też opcja z autobusem, ten jednak jedzie 1,5h dłużej niż bus) zabierze nas do Bangkoku. Zapłaciliśmy 1050 Bathow od glowy, o 20 następnego dnia mamy być w biurze, skąd taxi zawiezie nas do portu. 1sze ogarnięte, czas na 2gie – w innym biurze za 550bahtów od osoby kupujemy wycieczkę dookoła wyspy, w cenę której wchodzi sprzęt do snorkellingu, lunch, łódka, kilka miejsc dookoła wyspy zakończona 2h przystanią na pobliskiej wysepce, która później okazała się rajem na ziemi – kupione, wyjeżdżamy o 8 rano następnego dnia. Zjedliśmy, przespacerowaliśmy się wzdłuż wyspy…

img_5696

img_5506

img_5504

16804710_10208888379781846_2044834322_o

…i wracaliśmy plażą, gdy słońce powoli chowało się za horyzont.

img_5512

img_5518

img_5523

Na wieczór, jako że odkryliśmy całe mnóstwo genialnych knajpek na plaży, gdzie na piasku rozkładane są maty z leżaczkami, stoliczkami, zaplanowaliśmy wizytę właśnie w jednym z takich miejsc. Tak naprawdę był to de facto pierwszy wieczór, odkąd przyjechaliśmy do Azji, gdy nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, nie musieliśmy wcześnie rano wstawać, ani nie zaplanowaliśmy jakiegoś grubszego zwiedzania – tylko chill i święty spokój. Zamówiliśmy pierwsze drinki:

16763659_10208888384141955_1011626941_o

I spontanicznie doszliśmy do wniosku, że czemu by nie spróbować tajskiego masażu całego ciała właśnie tutaj, w rytmie szumiących fal, na tarasie jednego z wielu salonów masażu ulokowanych na plaży??? Tak wylądowaliśmy na łóżkach na tarasie, na wprost nas morze, dookoła nas zapach kadzideł i olejków i przez godzinę masowano nam wszystkie części ciała, a my odpływaliśmy. Piotrek – tradycyjny thai massage – dużo mocniejszy, Karolina – Oil massage. 300bahtów za osobę za godzinę masażu, czyli 34zł – aż głupio tyle płacić za coś takiego!

16735455_1674158885934001_1833530289_o

16776775_1674158932600663_495959039_o

Po masażu zaś natknęliśmy się na stragan alkoholowy, gdzie za grosze sprzedawali drinki w wiaderkach – nasza pierwsza przygoda z wiaderkami, w Bangkoku te wiaderka nas zgubią 🙂

16776202_1674158875934002_2016354650_o

16735300_10208888385341985_1657222276_o

Sącząc drinki spacerujemy plażą, aż tuż przy naszym hostelu wpadamy na imprezę na plaży, ognista skakanka, przechodzenie pod ogniem, dj na plaży, wszyscy tańczą, bawią się, atmosfera iście hippisowska, dołączamy! Nie omieszkaliśmy dołączyć do ognistych zabaw, tu Piotrek:

16732014_10208888385581991_759485220_o

16777019_10208888840633367_1775078046_o

Rano z hostelu odbiera nas kierowca, zawozi do portu, gdzie nasza grupa zbiera się na wyprawę dookoła wyspy. Dobieramy sprzęt do snorkellingu, wsiadamy na stateczek. Co jakiś czas zatrzymujemy się, wskakujemy do wody poobserwować koralowce, kolorowe rybki, popływać w krystalicznej wodzie. Na statku świeże ananasy, arbuzy, lunch, słońce grzeje niesamowicie. Nie ma sensu się nadto rozpisywać, tu zdjęcia, choć nie oddają kolorów, ale same opiszą wycieczkę:

img_5609

img_5599

img_5581

img_5572

img_5567

img_5565

img_5556

Aż docieramy na plażę….., która jest de facto maleńką wyspą – rezerwatem przyrody, gdzie mamy 2h aż odpłyniemy i wrócimy na Koh Tao. Raj na ziemi. Plaża pokryta jest drobniutkim piaseczkiem i kawałeczkami koralowców, tuż przy brzegu pływają kolorowe rybki, są koralowce, a woda jest w takim kolorze, że głowa mała. Dwie malutkie wysepki połączone są piaszczystą mierzeją, która w zależności od przypływu/odpływu jest przykryta wodą lub też nie. Co nie zmienia faktu, że można nią swobodnie spacerować.

img_5676

img_5674

img_5672

img_5651

img_5643

img_5636

img_5625

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

O 17 docieramy na Koh tao. Recepcja daje nam klucze do jednego z bungalowów, gdzie możemy się wykąpać po całym dniu morskich kąpieli. Idziemy zjeść i podziwiamy kolejny zachód przy piwku na Koh Tao. Ta wyspa to raj na ziemi! Kiedyś tu wrócimy zrobić kurs nurkowania i zdobyć certyfikat PADI, o czym marzymy już od dawna. Kursy są tu naprawdę tanie, a warunki do nurkowania genialne!

O 20 wsiadamy w taksówkę z naszego biura i jedziemy do portu. Meldujemy się na promie, zostawiamy plecaki i idziemy jeszcze coś przekąsić i posiedzieć sobie na plaży, mamy wrócić za 1,5h, wtedy będzie można wejść na pokład.

img_5700

img_5703

Bardzo intryguje nas sypialniany prom, zdjęć nigdzie nie widzieliśmy, ale tak nas poinformowano w biurze. Spodziewaliśmy się raczej zwykłych foteli, jak to na statkach.

Wracamy na pokład, mamy zostawić plecaki pod schodami, ściągnąć buty (standard, w każdym hostelu także chodziliśmy boso, trzeba przyznać, że nigdzie nie można było się przyczepić do czystości i nie mieliśmy żadnych obiekcji co do chodzenia boso). Pokazujemy bilety, na których mamy numery łóżek i naszym oczom ukazuje się ogromna hala, na której mieści się 88 łóżek – największy dorm, a w jakim przyszło nam spać.

16735337_10208888394782221_1366972531_o

Wszystko czyściutkie, grube koce, czysta pościel, klimatyzacja. Karolina będąc pewną, że ciężko będzie zasnąć, odpaliła komputer i zabrała się za pisanie bloga, po 10minutach już spała jak dziecko. Nawet nie wiemy, kiedy minęło 7h i dopłynęliśmy na brzeg, skąd bus odbierał nas do Bangkoku. O tym jednak kolejny wpis 🙂

My zaś wróciliśmy do polskiej, lodowatej rzeczywistości, do której baaaaaaaardzo ciężko nam się ponownie przyzwyczaić.

Penang!

Bangkok i Khao San porwał nas aż za bardzo i lekko uniemożliwił napisanie nowego posta zgodnie z obietnicą, wybaczcie. Bangkok potrafi porwać, wiemy to aż za dobrze 🙂

16651148_10208838498854854_1067907027_o

Wpis miał być jednak o Penang, więc do rzeczy…Do Georgetown, największej miejscowości na wyspie Penang dojechaliśmy po kilku godzinach jazdy autobusem, rzuciliśmy rzeczy w hostelu i od razu ruszyliśmy penetrować miasto. Widząc, że pogoda zaczyna być nieco kapryśna, tego dnia postanowiliśmy po prostu poszwendać się po mieście.

Georgetown to miasteczko pełne miejsc dla backpackersów, znajdzie tu każdy coś dla siebie – mnóstwo najróżniejszych hosteli – od kapsułowych, przez małe rodzinne hosteliki aż po party hostele. Knajpka obok knajpki, kawiarenka jedna obok drugiej. Oczywiście ma to swój swoisty urok, ale z drugiej strony, turysta siedzi na turyście, a my szukamy prawdziwego oblicza miasta. Gdzie nas to zaprowadziło – o tym później.

Najpierw docieramy do świątyni buddyjskiej tuż obok naszego hostelu…

img_5289

img_5295

Maleńka, czuć jednak we wnętrzu ducha chińskiego nowego roku, w tej części świata wszędzie widoczne jest jego obchodzenie. Setki kadzideł dają poczuć uwielbianą przez nas woń.

Wchodzimy w dzielnicę Chinatown, gdzie w najlepsze trwa mała parada smoków chińskich, tubylcy przygrywają na bębnach. Obserwują chińscy mieszkańcy miasta, obok nich hinduscy, muzułmanie i turyści. Istna mieszanka kulturowa wspólnie ciesząca się celebrowaniem chińskiego nowego roku. Obrazem napawa optymizmem.

16523324_10208823849688634_918702102_o

Docieramy do ulicznego targu aż wreszcie wpadamy do uliczki, gdzie naszym oczom ukazuje się olbrzymia kolejka do ulicznego straganu. Zastanawiamy się, o co tu chodzi. Okazuje się, że wszyscy przepychają się, by kupić lokalny deser, popularny tutaj przysmak Cendol. Uwielbiając kosztować lokalne wyroby, ustawiamy się w kolejce sami. Czym jest ów deser??? Zmrożony kokos z mlekiem kokosowym, kukurydza, fasola, czerwona i zielona galaretka owocowa, czarne żelki o posmaku anyżu. Całość miesza się w zmrożoną zupę i je. Lokalni to uwielbiają, nam szczerze mówiąc akurat ten deser niespecjalnie przypadł do gustu.  Jakoś desery bardziej smakowały nam w Wietnamie 🙂

img_5304

Dalej ruszyliśmy ku wybrzeżu, mijając brytyjski fort, wieżę zegarową poświęconą królowej Wiktorii,  idziemy przyjemną promenadą wzdłuż morza.

img_5316

img_5320

Tubylcy łowią ryby, dzieciaki boso biegają po chodniku, rodzice zadowoleni wpatrują się w uciechy. Powoli zachodzi słońce. Docieramy do pawilonu na otwartym powietrzu, gdzie znajdujemy wreszcie to, czego szukaliśmy. My – jedyne białasy otoczone samymi tubylcami jedzącymi lokalne przysmaki z kilkunastu różnych ulicznych straganów – świeżo złowione owoce morza, sajgonki, sataye, kraby, rybki, olbrzymie ananasy i papaje (tak bardzo już nam tego brakuje!!!!), wszystko, czego dusza zapragnie i sami lokalni dookoła. Jest prawdziwe Georgetown, pozbawione rozpieszczonych turystów! Jest Georgetown, gdzie wieczorna fiesta właśnie się rozpoczęła, wszyscy zajadają się, głównie owocami morza gołymi rękami, popijając świeżo wyciskane soki owocowe. Próbujemy więc kałamarnicy ze straganu, na którym gotował przesympatyczny dziadzio w sile wieku, który zdaje się gotuje tu całe życie. Smak, trzeba przyznać, bardzo pozytywnie zaskakujący, polecamy!

img_5321

img_5323

Wracamy przez dzielnicę kolonialną, wpisaną z resztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pomiędzy kolonialnymi, ślicznymi kamieniczkami porozwieszane są chińskie lampiony.

img_5331

 

Dochodzimy do jednego z lokalnych meczetów, pod którym żołnierze robią sobie zdjęcia, dumni pozują przed aparatem.

img_5340

Wieczór kończymy wreszcie małym spacerem przez malutkie uliczki, które w ciągu dnia drzemały w ciszy, teraz tętnią życiem i zapełniły się ulicznymi straganikami. Woń najróżniejszych zapachów unosi się w powietrzu. Ślinka cieknie.

img_5347

Wieczór kończymy na werandzie naszego hosteliku popijając zimny, złoty napój bogów, planując kolejny dzień i podróż do Tajlandii.

Z samego rana wypożyczamy skuter w naszym hostelu – za cały dzień 35kyat (mniej więcej 35zł). Ruszamy w drogę do parku narodowego na wyspie Penang, gdzie na wejściu kupujemy duuuużo wody, wpisujemy się grzecznie do księgi (wstęp wolny, ale trzeba się wpisać, że wchodzicie) i ruszamy na trekking przez dżunglę. Docelowo chcemy dotrzeć do Monkey Beach, na której nie spodziewamy się spotkać ani jednej małpy, podejrzewamy bowiem, że to tylko nazwa, ale bardziej cieszy nas sam trekking przez bujną roślinność lokalnego parku narodowego.

Już na wstępie czuć, że nie będzie łatwo, po 3 minutach od wejścia w busz dosłownie leje nam się z każdej części ciała, nie ma praktycznie czym oddychać, a na naszej drodze staje 1,5 metrowy jaszczur, którego na zdjęciu uwiecznić nie zdążyliśmy, gdyż tak szybko jak się pojawił, tak szybko zniknął. Przedzieramy się przez dżunglę, od czasu do czasu mijamy malutkie plaże, nie chcemy jednak jeszcze tracić czasu na plażowanie, na to przyjdzie czas na Monkey Beach. Nagle słyszymy charakterystyczne odgłosy i nad naszymi głowami zaczynają skakać po drzewach kolejne małpy, zeskakujące co chwila z drzew i biegające przed nami, niczym się nie przejmując. Nie wiemy do końca czego się spodziewać, toteż po prostu chwilowo stoimy w miejscu. Naprzeciw wyszedł nam największy samiec, pewnie głowa tejże rodziny, minę miał taką, że serio zaczęliśmy się zastanawiać, czy możemy dalej iść i co mu wpadnie do tej futrzanej główki. Bo wyglądał o tak:

img_5378

I nie wyglądał na zadowolonego z naszej wizyty 🙂 Ostatecznie stwierdziliśmy, że idziemy na żywioł, przecież nie zawrócimy przez kilka małp, nie zwracamy na niego uwagi i idziemy prosto, mijając go z lewej strony. Odwrócił się, spojrzał ostatni raz w naszą stronę i skoczył na drzewo dołączając do reszty stada.

My zaś dalej kroczyliśmy przez dżunglę, pocąc się i szukając odrobiny świeżego powietrza, którego tutaj nie zaznasz. Droga pięła się raz w górę, zaraz w dół, przechodzimy pod drzewami zwalonymi na ścieżkę pod wpływem swojego wieku. Po niewiele ponad godzinie, gdy jeszcze kilka razy spotykaliśmy na drodze małpy biegające wokół nas i zajadające owoce, docieramy do Monkey Beach. Plaży, ku której zmierza w zasadzie każdy, kto przyjeżdża do parku narodowego. Absolutna większość jednak przypływa tu łódką z przystani obok wejścia do parku, będąc zbyt leniwymi na trekking. My osobiście jesteśmy baaardzo zadowoleni, że nie przypłynęliśmy tu łódką, lecz wybraliśmy opcję trekkingu, mogąc zobaczyć tak piękną dżunglę, jak i żyjące tu stworzenia. Bo oczywiście, tak jak podejrzewaliśmy, Monkey Beach to tylko nazwa 🙂 Przyjemna plaża, choć większość ją odwiedzających to muzułmanie – kobiety wszystkie w burkach, widać im tylko oczy, nie czujemy się więc nadto komfortowo chcąc iść kąpać się w bikini i kąpielówkach. Przechodzimy na koniec plaży, tuż przed wejściem do dżungli i tam idziemy pływać. Woda? Liczyliśmy na odrobinę orzeźwienia, ona zaś jest tak ciepła, że zastanawiamy się, czy powietrze nie jest chłodniejsze. Po plaży ścigają się setki mniejszych i większych krabów i krabików. W morzu też czuć jak ścigają ci się pod nogami. Woda jest tak płytka, że idzieeeemy i idzieeeeemy, a poziom wody wciąż sięga nam kolan. Plaża więc, choć przyjemna i ładna, otoczona bujną roślinnością tutejszej dżungli, nie jest jednak stworzona do pływania, to na pewno.

img_5387

img_5382

img_5368

img_5394

16523621_10208823855688784_367700621_o

Chcemy więc przedostać się na drugą stronę cypla parku narodowego, gdzie znajduje się Sanktuarium Żółwi, kolejna plaża i jezioro Tasik Meromiktik. Gdybyśmy chcieli iść pieszo, musielibyśmy się cofnąć do wejścia do parku i dopiero dalej iść od wejścia kolejne 1,5h. Nie mamy tyle czasu. Szybciej byłoby dostać się tam łódką. Kolejne łódki chcą nas zabrać do 80kyat – no bez przesady! Nikt nawet nie chce płynąć w tamtym kierunku za niższą kwotę. W końcu udaje się wytargować do 60kyat, co wciąż jest wysoką sumą, ale niżej już nie zejdzie. Ok, płyniemy. W łódce dowiadujemy się, że na tej plaży nie można pływać ze względu na ogromne, parzące meduzy, których zatrzęsienie jest tuż przy brzegu. Szkoda, wielka szkoda, bo tu plaża jest dużo przyjemniejsza i woda widać, że głębsza. Próbujemy wejść do kostek, widzimy jednak zaraz wspominane meduzy, mieniące się na bordowo i fioletowo – tak, w takim razie parzące. Nawet na samej plaży jest olbrzymi znak informujący o meduzach, zakazie pływania i ilości osób, które zostały tu poparzone i niektóre niestety z plaży już nie wróciły. Ok, nie wchodzimy.

img_5427

img_5428

Na plaży znajduje się malutkie sanktuarium żółwi, w którym lokalni opiekują się jajami żółwi błękitnych, badają narodzone żółwie, pomagają młodziutkim żółwikom przedostać się po wykluciu z plaży do morza. Na miejscu znajdują się dwa baseny z żółwiami. Nie wolno ich dotykać, karmić, nie można przy nich spędzić więcej czasu niż 20minut.

img_5419

img_5420

Stąd udajemy się plażą do wspominanego jeziora, którego poziom wody jest aktualnie bardzo niski. Połączony jest małym kanalikiem z morzem, wpływają tu też ryby morskie. Nad jeziorem przewieszony jest drewniany most, który prowadzi znów do dżungli.

img_5437

Wkraczamy znów do dżungli i rozpoczynamy kolejny godzinny trekking ku wyjściu z parku narodowego. Po drodze oczywiście znów mijamy małpy

16593583_10208823860648908_1451207735_o

16650697_10208823859248873_166266462_o

Do wyjścia docieramy cali zziajani, spoceni, leje nam się z głów. Wsiadamy na skuter i jedziemy najpierw na plażę:

img_5453

Później do Batu Feringghi malutkiej nadmorskiej mieściny między parkiem narodowym a Georgetown, gdzie znajduje się spory targ uliczny. Znajdziesz tu wszystko i nic, w większości chińszczyznę, ale znajdzie się tu też coś do jedzenia. Szkoda tylko, że ceny jedzenia są tu najwyższe jak dotąd podczas całej naszej podróży po Azji Środkowo-Wschodniej (Singapur oczywiście droższy, ale mówimy teraz o jedzeniu straganowym). Po drodze mijamy jeszcze lokalny meczet.

img_5444

Z bazaru wygania nas ulewa, wsiadamy więc na skuter, gdy deszcz zelżał i wracamy do Georgetown. Zmieniamy hostel (w poprzednim nie było już miejsca, a docelowo nie planowaliśmy spędzić tu 2 nocy, niestety busy do Tajlandii nie jeżdżą w nocy, więc musieliśmy zabookować bilety na poranek – 5 rano). Oddaliśmy skuter i ruszyliśmy na nocny bazar w Georgetown, który słynie z lokalnych przysmaków. Karolina zjadła chińskie pierożki, Piotrek zupę z krewetkami. Kolację „umilała” muzyka śpiewana przez lokalnych wyjców, których 1. Nie dało się słuchać, 2. Nawet nie znali słów piosenek, które śpiewali, więc czytali z tabletu 🙂

16586786_10208823851528680_140664183_o

I niestety czas spać. Rano wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii, nie wiedząc jeszcze, ile przeprawa przez granicę będzie nas kosztować nerwów, bo Karoliny nie chcieli wpuścić celnicy do Tajlandii, sugerując, że powinna co nie co włożyć między strony paszportu, my zaś uparliśmy się, że nie damy mendom na nas zarobić, skoro legalnie chcemy przekroczyć granicę. Ale o tym kolejny wpis.

Tymczasem pozdrawiamy z Tel Avivu! 🙂

Kuala Lumpur, Batu Caves

Na wstępie, musimy, wybaczcie – Mamo, nie denerwuj się oglądając tu zdjęcia, NIE, nie pogryzły nas małpy, NIE, nie mamy wścieklizny, WIEMY, ŻE MÓWIŁAŚ, BY ICH NIE DOTYKAĆ, ale jakoś tak wyszło, przepraszamy 🙂

A teraz do rzeczy…

Do Kuala Lumpur dojechaliśmy ostatecznie ok. 1 w nocy. Na szczęście recepcjonista czekał na nas, byśmy mogli się zameldować. Mimo wielu godzin spędzonych w podróży i na granicy nie mogliśmy zasnąć, choć miasto dawno już zamilkło. Wiedzieliśmy już, że w związku z opóźnieniem autobusu, będziemy musieli w Kuala Lumpur spędzić jeszcze jedną noc, jeśli chcemy zobaczyć nocą słynne Petronas Tower.

Rano wstaliśmy i postanowiliśmy dzień zacząć od Batu Caves, czyli świątyń hinduistycznych odkrytych w XIX wieku ulokowanych w wapiennych jaskiniach mniej więcej 12km od Kuala Lumpur. Dojechać tam można kolejką podmiejską 2,4 myr (przelicznik waluty malezyjskiej do pln to 1 do 1, więc nie będziemy za każdym razem przeliczać) ze stacji Kuala Lumpur, na Chinatown.  Chcieliśmy tam pojechać jak najwcześniej wiedząc, że z godziny na godzinę w jaskiniach będzie przybywać tak zwiedzających, jak i przede wszystkim wyznawców hinduizmu, którzy właśnie obchodzą swoje religijne święto. Czas jazdy to ok.20min.

Dojechaliśmy na miejsce tuż po 9 rano, a ludzi już była cała masa. Jest to z resztą główne miejsce pielgrzymek lokalnych wyznawców hinduizmu, a jest ich sporo, więc nie ma co się dziwić. Ciężko sobie wyobrazić, co dzieje się później. Wejście do głównej jaskini jest za darmo, do dwóch pozostałych wstęp płatny. Wyobrażenie, które macie o Batu Caves, gdy dotrzecie  na miejsce jest zupełnie inne. Można rzec – dość zawodzi. Szczególnie ogromny plac przed wejściem do głównej jaskini, gdzie znajdziecie wszystko – od kokosów, przez frytki po hinduistyczne bransoletki i kwiaty. Nas na placu złapali dziennikarze i udzielaliśmy wywiadu do nieznanej nam telewizji, gdzie musieliśmy powiedzieć, jak cudownie jest być w tym miejscu i jak wspaniale to wszystko wygląda. Tak naprawdę – tak, w środku wygląda i robi wrażenie, jednak wspomniany plac de facto targowy – dramat!

16522371_10208814137005823_59927793_o

16586776_10208814806542561_736997733_o

img_5113

Tuż przed jaskiniami stoi olbrzymi posąg Murugana, jego największy posąg na świecie. Pilnie strzeże wrót do jaskini, w której znajdują się świątynie wyznawców hinduizmu. Wstęp do samych świątyń tylko dla wyznawców. Widać, w jaki trans wpadają stając już na pierwszym stopniu schodów do jaskini, wszyscy boso, w odświętnych strojach. W środku przy kolejnych posążkach bogów palą się świece, panuje półmrok, światło wpada przez otwór w jaskini, z którego kapią delikatnie kropelki wody.

img_5136

img_5195

img_5188

Gdzie jednak mkną wszyscy turyści? Na sam koniec jaskini, gdzie główną atrakcją są wszędobylskie małpy, na tyle bezczelne, że podchodzą do każdego i wyrywają, dosłownie wyrywają z rąk i plecaków jedzenie. Nie masz jedzenia? To spadaj, idę dalej, kto inny mi da. Karolina trzymała w zamkniętej dłoni kilka chrupek, małpa podeszła, jedną ręką przytrzymała z całej siły kciuk, drugą otworzyła sobie pozostałe palce i wyciągnęła chrupki, wybierając je do ostatniego okruszka.

img_5144

img_5142

img_5161

img_5172

img_5177

16522117_10208814141965947_287150417_o

16492263_10208814147166077_138009408_o

Po wizycie w Batu Caves wróciliśmy do Kuala Lumpur, ponownie kolejką. Docieramy do centrum miasta, mijając po drodze kolejne budynki. Najpierw teatr miejski, który aktualnie jest w remoncie:

img_5208

…dalej zaś Masjid Iamek, do którego wstęp jest zamknięty dla turystów nie-muzułmanów na najbliższe 3 miesiące.

img_5209

Na posiłek wybraliśmy oczywiście Chinatown, gdzie idąc od straganu do straganu, próbowaliśmy kolejnych specjałów. Najpierw naleśniki z miodem i orzechami, dalej zaś chińskie pierożki – najpierw na słono – z krabem, krewetkami, tofu, potem zaś na słodko – z lotosem, z truskawkami – nazwaliśmy je „chmurki”, bo ciasto było tak delikatne, że rozpływało się w ustach. Próbowanie Lokalnych przysmaków to jedna z ulubionych części każdej naszej podróży – bezapelacyjnie!

img_5212

img_5220

img_5215

16586451_10208814148366107_1092785608_o

I oczywiście kawa ze skondensowanym mlekiem, nie można jej nie pić będąc w Azji Południowo-Wschodniej. Na wynos? To w woreczku. Ta kawa w porównaniu do kawy w Birmie (tylko instant z torebki, tak samo w Singapurze) była parzona, bardzo mocna i z dużą ilością mleka. Ilość taka, że ciężko było wypić.

img_5219

Docieramy wreszcie do Narodowego Meczetu Masjid Negara. Wejście dla turystów między 15 a 16. Boso, przykryte włosy, nogi, ręce po nadgarstki. Jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, można za darmo wypożyczyć przy wejściu do meczetu, trzeba się jednak przygotować na kilometrową kolejkę przed każdym wejściem turystycznym. A co jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, a nie chce się stać w kolejce? Ubrać na siebie wszystko, co ma się w plecaku podręcznym, czyli sarong, koszulę i…przeciwdeszczową pelerynę 🙂 Można wyglądać dość zabawnie, niektórzy rzekną, jak idiota, ale czy to ważne? Wszystko zakryte, jak trzeba, można wchodzić zanim tłumy stojące w kolejce po strój wejdą do środka.

img_5232

Meczet narodowy, choć sporych rozmiarów (może pomieścić ponoć 15tys. Wiernych, choć w to nie chce się wierzyć), nie robi piorunującego wrażenia. Może dlatego, że jest on stosunkowo młodym budynkiem, pochodzi z 1965 roku, na jego ukończenie wydano fortunę. Do głównego pomieszczenia, gdzie modlą się pogrążeni w transie wierni, turyści nie mają wstępu, mogą zaglądnąć zza bramki

img_5225

img_5239

img_5238

 

Po wizycie w meczecie narodowym, ruszyliśmy do pobliskiego Perdana Botanical Garden, czyli sporej wielkości ogrodu botanicznego, 200m od meczetu. Miła przystań pośród zieleni, nad jeziorkiem, w którym pływają ogromne ryby i żółwie. W parku znajduje się też część z orchideami, jeleniami i sarnami, sztuczne wodospady czy amfiteatr. Miło tu przysiąść nad jeziorem i odpocząć.

img_5255

img_5254

 

Zaczyna zanosić się na deszcz, z resztą prognozy zapowiadały niezłą ulewę, wracamy więc do hostelu, zarezerwować autobus do Penang, znaleźć hostel, napisać bloga. Mijamy wieżę Menara Tower, do której udamy się pod wieczór, by spojrzeć z góry na miasto.

img_5257

Ledwo dotarliśmy do hostelu, z nieba po prostu lunęło, dawno nie widzieliśmy takiej ulewy i burzy, ściana deszczu, a do tego parno i duszno, że ledwo można oddychać. Mamy tylko nadzieję, że przestanie padać nim się ściemni.

Gdy tylko przestało padać, ruszyliśmy w drogę ku wieży Menara. Chcieliśmy z niej oglądać panoramę miasta, gdy wszystkie wieżowce, a przede wszystkim ten najważniejszy – Petronas, będą już podświetlone. Po ulewie praktycznie nie było powietrza, by oddychać, miasto parowało. Dotarliśmy pod Menarę tuż przed 21, na miejscu okazało się, że jest cała skąpana w chmurach i wyjazd na nią na własną odpowiedzialność, zwrotów za bilety nie będzie. Chcieliśmy zaryzykować, póki nie pokazano nam zdjęć z góry, na których nie widać dosłownie nic, prócz chmur. Ok, bez sensu, idziemy pod Petronasy.

16523951_1662960040387219_481003263_o-1

16492523_10208814150286155_307825610_o

Znowu rozlało się z całych sił, musieliśmy ubrać przeciwdeszczowe kurtki i schować całą elektronikę. Dopiero pod samymi wieżami deszcz ustał, a naszym oczom ukazał się ten niesamowity widok…

img_5261

img_5265

img_5274

16491682_10208814733580737_1219709236_o

I od teraz już wiesz, że jesteś taki malutki…

Pokręciliśmy się jeszcze po Chinatown i wróciliśmy do  hostelu, który mieliśmy opuszczać o 6 rano, by dojechać za dnia na wyspę Penang do Georgetown w Malezji. Dla tych, którzy będą się wybierać gdziekolwiek z Kuala Lumpur z dworca – przyjedźcie tam duuużo wcześniej, zanim wsiądziesz w autobus, stoisz w kilometrowej kolejce, by wymienić swój elektroniczny (uwaga, musi być wydrukowany) bilet, na malezyjski kwitek. Bez tego nikt nie wpuści Cię do autobusu. Wyjazd miał być o 7:45, ostatecznie autobus spóźnił się niemal godzinę. Ostatecznie dojechaliśmy do Georgetown na wyspie Penang, która z lądem jest połączona mostem. W ten sposób rozpoczęliśmy wreszcie zasłużone lenistwo, może nie w takim stylu, jak inni, którzy preferują leżenie do góry brzuchem i robienie NIC, bo nasz styl jest nieco inny – trekking, snorkeling, objazdy, ale dzięki temu widzimy i wiemy więcej 🙂 W każdym razie o Penang, malezyjskich plażach i dżungli będzie kolejny wpis!

Tymczasem pozdrawiamy z Bangkoku, gdzie spędzamy ostatnią noc w Azji Południowo-Wschodniej, ale za to jutro…lecimy jeszcze do Izraela, tak, by stopniowo przyzwyczajać się do niższych temperatur 🙂 Uciekamy na Khao San bawić się do białego rana, jutro wpis z Penang! 🙂

Singapur!

Do Bangkoku, skąd mieliśmy lot do Singapuru, dotarliśmy tuż o świcie, gdy miasto dopiero budziło się ze snu, a Khao San tak naprawdę dopiero kładło się spać. Złapaliśmy taksówkę z dworca Morchit i ruszyliśmy ku miastu. Mieliśmy tylko kilka godzin, ale nie mogliśmy sobie darować śniadania mistrzów na naszej ulubionej Rambuttri street. Nawet kilka godzin przerwy jest warte, by zaglądnąć do Bangkoku, to miasto ma w sobie coś, co nas przyciąga za każdym razem. I oczywiście genialne jedzenie, za którym nieco się stęskniliśmy po birmańskiej kuchni, bądź co bądź tajskie jedzenie bardziej przypadło nam do gustu. Mały spacer po Khao San, gdzie tyle co skończyła się całonocna fiesta i w drogę na śniadanie na Rambuttri.

16492328_10208795004167514_193139796_o

W Birmie nie mieliśmy czasu zrobić sobie nigdzie prania, więc z braku czystych koszulek, nakupiliśmy jeszcze na Khao San kilka koszulek, standardowo „Same, same but different” musiało być J Dla tych, co nie wiedzą – standardowy tekst na każdym ulicznym straganie, gdy pytasz o rozmiar, wzór itd. – na wszystko odpowiedź brzmi „same, same”, choć potem okazuje się, że jednak different 🙂

I w drogę na lotnisko. Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach tuż obok naszego gate’u uzupełniając blog i nawet nie zauważyliśmy, kiedy kończył się boarding i wzywali ostatnich pasażerów  na pokład. Prawie spóźniliśmy się na samolot, choć siedzieliśmy tuż obok wejścia do naszego samolotu. Cóż, opisywanie naszych przygód także może wciągnąć, czasem aż nadto 🙂

Do Singapuru dolecieliśmy, gdy zachodziło słońce. Widać, że nie tak dawno była tu niezła ulewa, teraz było parno i nie było czym oddychać. Jedziemy autobusem miejskim i musieliśmy nieźle wyglądać oglądając miasto zza szyb autobusu z otwartymi buziami J więc to tak wygląda Singapur!

Nasz hostel znajdował się na Chinatown, podlecieliśmy rzucić plecaki i od razu w drogę odkrywać to niesamowite miejsce. Nocą robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia, więc szkoda czasu na lenistwo i sen, Singapur nie kładzie się spać!

To, co od razu bije po oczach, szczególnie wiedząc, że tak, wciąż jesteśmy w Azji, tyle co byliśmy w Birmie i Tajlandii, to niesamowita sterylność Singapuru. Wszystko błyszczy, na chodnikach nie ma nawet listeczka, śmieci, wszystko jest idealnie uporządkowane, a energia w większości miejsc jest czerpana z odnawialnych źródeł. Miejsce idealne?

Mieszkamy w Chinatown, tuż obok naszego hostelu znajduje się buddyjska świątynia Buddha Tooth Relic Temple. Nie zapominajmy, że w Chinach, ale też we wszystkich miastach, gdzie znajduje się spora ilość Chińczyków, hucznie świętuje się Chiński Nowy Rok, tym razem rok Koguta. Nie inaczej w Chinatown w Singapurze. Na każdym kroku ślady chińskiej parady noworocznej – tysiące lampionów, koguty, plakaty itd. Całkiem fajnie być w tej części świata, gdy lokalni świętują swój nowy rok. Coś zupełnie dla nas obcego. W Chinatown tłuuuumy ludzi, wszyscy ucztują całymi rodzinami, nie ma ani jednego wolnego stolika, nawet przy ulicznych straganach.

img_4904

img_4905

Idziemy jednak ku centrum miasta. Mijamy pierwsze błyszczące wieżowce. Docieramy do Boat Quay, gdzie nad zabytkowymi, kolonialnymi kamieniczkami górują nowoczesne wieżowce. Wzdłuż rzeki knajpka za knajpką serwująca dania w cenach nie mieszczących się w głowach zwykłego śmiertelnika.

img_4896

Po drugiej stronie rzeki stary budynek parlamentu Singapuru bacznie spogląda na to, co dzieje się wzdłuż rzeki.

img_4912

Oraz Muzeum cywilizacji azjatyckich:

img_4920

Wszystkie oficjalne urzędy utrzymane w kolonialnym, bardzo schludnym stylu, połączonym z odrobiną nowoczesności. Idealnie wpisują się w krajobraz miasta. Mijamy drogie knajpy, luksusowe hotele, totalnie traci się tutaj poczucie, że wciąż jesteś w Azji. Docieramy do słynnego pomnika Merlion, symbolu Singapuru. Wokoło setki turystów robiących sobie selfie z pomnikiem i otaczającymi go wieżowcami. Na wprost nas hotel i galeria handlowa Marina Bay Sands, dziś chyba każdy rozpozna ten budynek, można powiedzieć, że w pewien sposób ów hotel zajął miejsce lwa. Chyba najsłynniejszy na świecie basen na szczycie hotelu to miejsce, o którym marzy każdy, kto odwiedza Singapur. Niestety wstęp tylko dla gości hotelu, turyści za opłatą 23 dolary singapurskie mogą wejść na taras, gdzie za szybą znajduje się basen, ale to już nie to samo, czyż nie? 🙂

img_4936

img_4943

img_4946

img_4962

img_4969

img_4971

Idąc promenadą, powoli zbliżamy się do Gardens by the Bay, po drodze zahaczając znów o obchody Chińskiego Nowego Roku, które trwają wzdłuż wybrzeża. Potężny lampion-kogut, mnóstwo straganów, wesołe miasteczko, tłumy chińskiej części społeczności Singapuru. Przeszliśmy przez hotel Marina Bay Sands i po drugiej stronie budynku docieramy na pomost prowadzący do ogrodów, gdzie już z oddali widać gigantyczne sztuczne drzewa – kolejny symbol Singapuru. Wstęp do ogrodów jest wolny od opłat. W ciągu dnia jedynie kryte oranżerie i Skywalk, czyli wisząca w powietrzu ścieżka pomiędzy drzewami są płatne, w nocy zamknięte dla odwiedzających. Ogród robi wrażenie tak nocą jak i za dnia.

img_4987

img_4989

img_4999img_5001

Zahaczając w drodze powrotnej jeszcze o Chinatown, w środku nocy wracamy do hostelu, by odespać nieco poprzednią dobę spędzoną w kolejnych autobusach i samolocie, wyczerpani nieco podróżą.

Wstajemy z samego rana, by zdążyć obejść Singapur zanim ruszymy w drogę do Malezji. Kupiliśmy bilety na autobus do Kuala Lumpur na godzinę 15:30 czasu lokalnego (godzina do przodu względem czasu tajskiego). Autobusów jeździ codziennie co nie miara, ceny wahają się od ok. 20 dolarów singapurskich do 60. Nasz kosztował 20 dolarów singapurskich od osoby, czyli ok. 55 zł.

Najpierw odwiedzamy wspominaną już tu świątynię buddyjską, tym razem za dnia. W środku pochłonięci w transie lokalni, składający dary mnichom. Tysiące mniejszych i większych posągów Buddy, kadzidła, kwiaty.

img_5014

img_5016

img_5019

Chinatown, mimo że jest jeszcze naprawdę wcześnie, już tętni życiem. Teraz dużo lepiej widać kolonialne kamieniczki, których nocą nie było widać pomiędzy straganami i knajpkami. Pozostałości brytyjskich kolonialistów widoczne są na każdym kroku.

img_5022

I oczywiście kolejne koguty, przypominające o Chińskim Nowym Roku:

img_5024

Mimo, iż w nocy miasto tętniło życiem, znów uderza sterylność i nowoczesność. Wszędzie wielkie telebimy, stanowiska chłodzące przechodniów, wszystko przy użyciu odnawialnych źródeł energii. I te drapacze chmur…

img_5031

img_5043

Znów docieramy do ogrodów Gardens by the Bay. Mnóstwo lokalnych rodzin z dzieciakami, mnóstwo turystów. To miejsce chyba nigdy nie jest pozbawione wizytatorów. Trudno się jednak dziwić.

img_5053

img_5056

img_5061

img_5067

Chcieliśmy wjechać na szczyt hotelu Marina Bay Sands, jednak widząc ogromną kolejkę i mając na uwadze czas, musieliśmy zrezygnować. Istniało bowiem ryzyko, że spóźnimy się na autobus do  Kuala Lumpur, a na to sobie nie mogliśmy pozwolić. Ostatni spacer przez Singapur…Nie mogliśmy wyjść z podziwu, serio.

img_5082

img_5092

img_5095

Zabieramy nasze plecaki z hostelu i ruszamy ku miejscu, gdzie ma czekać nasz autobus. Standardy autobusów malajskich linii już zupełnie inne.  Brak toalety, autobusy lata świetności mają dawno za sobą. Teoretycznie mieliśmy jechać ok. 7h, w praktyce droga się przedłużyła za sprawą….

img_5108

…tego, co działo się na granicy. To jest tylko kawałek kolejki, w której przyszło nam czekać niemal 2h. Cóż, niedziela, wiele osób wracało z weekendowych wypadów do Singapuru, poza tym lokalni mają też teraz sezon urlopowy, więc trudno się dziwić. Całe szczęście, że tym razem słońce schowało się za chmurami, bo ciężko przewidzieć, ile osób mdlałoby stojąc w kolejce w pełnym słońcu. Kolejne autobusy podjeżdżały, wypuszczały pasażerów, należało zabrać ze sobą całe swoje bagaże, by zostały prześwietlone przez kontrolerów. Nie wolno wwozić mango! Autobus czeka po drugiej stronie granicy na wszystkich pasażerów. Po dwóch fantastycznych godzinach spędzonych w tej jakże „przyjemnej” kolejce, dostajemy pieczątki i wkraczamy do Malezji – kolejne marzenie udało się zrealizować, bo przecież kto powiedział, że nie można???

Do Kuala Lumpur dojechaliśmy dopiero po 1 w nocy, musieliśmy dzwonić do naszego hostelu, by ktoś na nas czekał, byśmy mogli się zameldować –  w Malezji recepcja otwarta 24/7 to rzadkość. Znów nocowaliśmy w Chinatown, jednak o tej porze miasto było już pogrążone w głębokim śnie. Nie będziemy się tu jednak zagłębiać w kwestie Kuala Lumpur, o tym bowiem będzie kolejny wpis!

Tymczasem pisząc to jesteśmy w Tajlandii, na promie płynącym na wyspę Koh Samui, po dniu pełnym przygód na granicy, gdy ledwo udało nam się dostać do Tajlandii. Rozpoczynamy kilka dni błogiego lenistwa, będzie czas na nadrobienie zaległości na blogu!

Pozdrawiamy!

Yangon!

Na dworzec pod Yangon dojechaliśmy tuż po 6 rano, złapaliśmy taksówkę i dojechaliśmy do naszego hostelu. W Birmie co do zasady, co jest miłe, jeśli tylko mają wolne pokoje, nie każą czekać do 14 na check in, tylko meldują gości najszybciej jak się da. Szybki prysznic i ruszamy czym prędzej w miasto, które powoli budzi się ze snu.

W Yangon znajduje się najważniejsza dla Birmańskich wyznawców buddyzmu, czyli absolutnej większości mieszkańców, świątynia – Shwedagon. Będąc w Birmie tej świątyni po prostu nie można nie zobaczyć. Stąd to właśnie w tym kierunku podążaliśmy z samego rana, by w miarę możliwości ominać tłumy, które odwiedzają świątynię każdego dnia.

Po drodze zahaczyliśmy o Maha Wizaya Pagodę, która jest tuż obok Shwedagon. O tej porze była praktycznie pusta, biegały po niej jedynie dzieciaki bawiące się z psami.

img_4795

Dalej czas na najważniejszą świątynię buddyjską w Birmie – świątynię Shwedagon. Wstęp – 8000kyat za osobę (jakieś 7 dolarów). Koniecznie zasłonięte nogi – przestrzega się tego restrykcyjnie nawet u mężczyzn, ramiona, oczywiście bose stopy. Świątynia już na wejściu robi ogromne wrażenie.

Słów kilka o samej Shwedagon – legendy głoszą, że wewnątrz stupy znajdującej się w centralnej części kompleksu znajdują się włosy Buddy – ich ilość  jest inna wedle każdej z legend, jednak co do zasady przyjmuje się, że znajduje się tam 6-8 włosów. Są one przechowywane wewnątrz stupy wraz z niezliczoną ilością skarbów i klejnotów. Na teren wokół samej stupy nie mają wstępu obcokrajowcy, jest ona otoczona kratami, każdy, kto wchodzi jest dokładnie sprawdzany. Stupa jest usytuowana na najwyższym wzniesieniu w okolicach Yangon. Wierzy się, że pagoda została zbudowana ok. 2500 lat temu. Nie do końca wiadomo, co się działo ze stupą aż do XIV wieku, wiadomo jednak, że przez kolejne kilkaset lat była rozbudowywana i odnawiana przez kolejnych władców, aż osiągnęła kształt, który możemy dziś podziwiać.

Co ciekawe i może wydawać się zabawne, przy wejściu na teren świątyni pojawia się znak informujący o zakazie latania dronami nad świątynią. Dlaczego? Ano dlatego, że cała stupa jest pokryta nie mieszczącą się w głowach zwykłego śmiertelnika ilością złota i kamieni szlachetnych. Ot, na samej kopule jest 4350 diamentów, na stożku, bagatela, 1090 diamentów. Ot, teraz zakaz latania dronami nabiera nieco więcej sensu. Według badań, stupa pokryta jest 9 tonami szczerego złota.

img_4804

img_4805

img_4814

img_4828

img_4832

img_4835

img_4837

sdr

Dookoła stupy rozlokowanych jest całe mnóstwo mniejszych i większych posągów Buddy, wizerunków lwów, ogrów i innych stworzeń czczonych przez wyznawców buddyzmu. Na każdym kroku widać pogrążonych w transie mnichów buddyjskich i wiernych. Niesamowity widok.

img_4833

Na terenie kompleksu znajdziemy też małe muzeum ukazujące historię pagody oraz miniatury pagody, parasola na pagodzie, dzwonów itd.

Wychodząc z kompleksu docieramy na lokalny targ, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie – od świeżych owoców, poprzez lokalne przysmaki kuchni birmańskiej, mini wizerunki Buddy, świeże kwiaty i podarki dla Buddy, które lokalni składają w darze Buddzie.

img_4844

img_4847

img_4846

Zjedliśmy co nie co i ruszyliśmy dalej, najpierw do Mga Htat Gyi Pagoda, gdzie znajduje się olbrzymi  posąg siedzącego Buddy, wysokość  16 metrów.

img_4848

Dalej zaś, kilka minut od Mga Htat Pagody, docieramy do Chaukhtatgyi Paya, gdzie znajduje się potężny posąg leżącego Buddy, o długości ok. 72m. Rzesze wiernych odwiedzają pagodę każdego dnia, składając dary w postaci świeżych owoców i kwiatów. Może nie robi tak wielkiego wrażenia, jak ten złoty w Wat Pho w Bangkoku, gdyż przedstawiony jest w zupełnie inny sposób, jednak ogrom bije po oczach.

dav

img_4860Dookoła oczywiście mnóstwo posągów Buddy z kolorowymi ledami dookoła głowy- standard w Birmie, ważne, żeby się świeciło.

img_4862

Czas nadszedł, by ogarnąć, jak się dostać do Tajlandii i opuścić Birmę. Przeanalizowaliśmy szereg różnych opcji i za sprawą impulsu doszliśmy do wniosku, że lecimy do Singapuru! Bilety lotnicze z Birmy nie należą do najtańszych, toteż najmniej kosztowną opcją okazała się podróż do Bangkoku i dalej lot z Bangkoku to Singapuru. Za lot zapłaciliśmy 150zł liniami Tiger Air. Do tego w lokalnym biurze turystycznym kupiliśmy bilety na autobus do przygranicznej miejscowości Myawaddy, najtańszą opcją okazało się bookowanie biletu w biurze honorowanym rządowym certyfikatem – 12000kyat. W innych biurach ceny wahały się pomiędzy 18000 a 24000kyat.

Na zachód słońca wybraliśmy zaś park Bogyoke – wstęp płatny 300kyat od osoby, za fotografowanie, jeśli nie schowa się aparatu na czas – 500kyat. Park jest ogromny, więc jeśli chce się zdążyć na zachód słońca, by dotrzeć w miejsce, gdzie jest fajny widok na podświetlaną Shwedagon, warto wyruszyć dużo wcześniej.

sdr

img_4873

img_4866

img_4877

img_4894

img_4885

Dalej zaś udaliśmy się coś przekąsić i padliśmy spać, gdyż ostatnie kilka nocy, kiedy w większości podróżowaliśmy nocnymi autobusami, albo wstawaliśmy na wschody słońca, gdy jeszcze było ciemno, dało nam się we znaki, a najbardziej naszym organizmom, które postanowiły odmówić nieco posłuszeństwa. Mieliśmy iść świętować Chiński nowy rok w Chinatown, ale po prostu zasnęliśmy. Następnego dnia bowiem o bladym świcie, tak, znowu, ruszaliśmy w drogę do Bangkoku, a to miał być i rzeczywiście był ciężki dzień i noc, niemal 21h spędzonych w  autobusach, przekraczanie granicy birmańsko-tajlandzkiej.

Ruszyliśmy autobusem o godz. 8:00, był to najwcześniejszy autobus. Na dworcu trzeba być standardowo pół godziny przed odjazdem. Tym razem nasz autobus jechał dłużej niż zapowiadano i na granicę dotarliśmy dopiero o 17:40, 20minut przed zamknięciem przejścia granicznego, więc szczęście nas jeszcze nie opuściło. Gdybyśmy nie zdążyli przekroczyć granicy, nie byłoby szansy na dojazd do Bangkoku na czas na nasz wylot do Singapuru dnia następnego o 14:55. Cud.

img_20170125_200635

Przekroczyliśmy granicę, wjechaliśmy znowu do Tajlandii. Z granicy kursują busiki i tuk tuki do dworca, z którego odjeżdżają autobusy do Bangkoku. Najwcześniejszy dostępny – wyjazd o godzinie 21:00. Bierzemy. Koszt -373bahtów. Tym razem, jak to w Tajlandii, toaleta na pokładzie, woda, ciastka, nawet fotele z masażem. Wsiedliśmy w autobus do Bangkoku i ruszyliśmy w drogę, mając już w głowach, co też zjemy na śniadanie na Khao San – świeże owoce, Sajgonki czy Pad Thai? Tajskie jedzenie jest absolutnie najlepsze! I po prostu zasnęliśmy, nie wiedząc nawet, kiedy dotarliśmy do Bangkoku. Ale o tym i o Singapurze, będzie kolejny wpis. Tymczasem zamykamy tu rozdział na temat Birmy, zakończył się przepięknym Yangon, które choć będąc największym miastem Birmy, jeszcze nie tak dawno stolicą kraju, jest miejscem pełnym uroku, niesamowitej atmosfery, na którą niewątpliwie składa się najważniejsza w kraju świątynia buddyjska, do której codziennie kierują się rzesze pielgrzymów oddanych modłom. Absolutnie różni się od betonowego Mandalaj, tutaj wszystko zdaje się być dopieszczone, błyszczące, piękne. Tak, Yangon było odpowiednim miejscem, by pożegnać się z tym pięknym krajem, w którym szczere uśmiechy mieszkańców i ciepło od nich bijące na długo będą gościć w naszych sercach.

Mandalaj, Amayabuya, Inwa!

 

Do Mandalaj dotarliśmy po 5h drogi rozklekotanym, starym busem, w którym ledwo się mieściliśmy. Od razu uderzył nas widok betonowego miasta. Dotąd nie byliśmy przyzwyczajeni do takich krajobrazów w Birmie. Smród spalin od razu uderzył w nozdrza, ledwo wyszliśmy na zewnątrz.

Rzuciliśmy bagaże, szybki prysznic i postanowiliśmy najpierw ruszyć do Amaratury i Inwy, Mandalaj natomiast zostawić na dzień następny, wiedząc, że i tak spędzamy tu noc. Najlepszą opcją jest wypożyczenie skutera. W naszym hotelu życzyli sobie 12 000kyat, stwierdziliśmy więc, że nie ma takiej opcji, nawet w Bagan było taniej. Nie uszliśmy 2minut, na rogu naszej ulicy stali lokalni wypożyczający nowiutkie skutery za 8000kyat za cały dzień. Bierzemy! Najpierw musimy jeszcze zatankować, gość tłumaczy nam, gdzie znajdziemy stację, ostatecznie dotarliśmy na opisywane miejsce….:) ot standardowa przenośna stacja benzynowa

img_4711

Przy okazji – co ciekawe i od razu uderzyło nas w Birmie to fakt, że choć nie obowiązuje tam ruch lewostronny, to wszystkie samochody mają kierownice po prawej stronie. Spuścizna Brytyjczyków rzecz jasna, jednak w 1970 władze z dnia na dzień (dosłownie) nakazały zmienić ruch na prawostronny. Większość samochodów jeżdżących po Birmie jest jednak sprowadzanych z Tajlandii, gdzie obowiązuje ruch lewostronny. Z drugiej strony jeździ też sporo samochodów, które lata świetności mają już dawno za sobą. Na drogach brakuje też w większości miejsc znaków drogowych – tak naprawdę widzieliśmy wiele tylko w Yangon. To wszystko mówi wiele o bezpieczeństwie na drogach w tym państwie.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o świątynię Shwein Bin Monastery , pięknie wykonaną z drewna tekowego, kompletnie nieoblegana przez turystów, można więc swobodnie spacerować także pomiędzy budynkami, w których mieszkają mnisi.

img_4596

img_4601

img_4602

Teraz mogliśmy ruszać do Amaratury (bir. Amayabuya). Dlaczego tam? Otóż to tutaj właśnie znajduje się najdłuższy na świecie most tekowy U Bein, robiący największe wrażenie no oczywiście przy zachodzie słońca. Most pochodzi z 1845 roku, nie należy więc do najstarszych, ale rzeczywiście robi wrażenie. Idąc wydaje się, jakby nie miał końca, choć ma tylko 1,2km. Słońce grzało niesamowicie, ledwo dało się oddychać. Amarapura jest maleńkim miasteczkiem pod Mandalaj, dziś traktowanym de facto jak dzielnica Mandalaj. Na moście znajdziemy wiele stoisk z suszonymi krabami wyłowionymi niedawno z Irawady i….pieczonymi szczurami. Zdjęcia szczurów Wam darujemy. Po jednej stronie rzeki widać z resztą lokalnych, którzy gęsiego chodzą po rzece i wyławiają rękami kraby.

img_4624

img_4620

img_4610

Przerwa na odpoczynek nie zaszkodzi 🙂

16444121_10208764636968353_711014698_o

Dalej nawoływanie mnichów z głośników przywiodło nas do świątyni Kyaw Aung San Dar, która wyglądała na nieco zaniedbaną. Mnich drzemiący na krześle przy wejściu sam ukazał, czego możemy się spodziewać.

img_4605

Dalej stwierdziliśmy, że jeszcze przed zachodem słońca zdążymy zaglądnąć do Inwy, miasteczka nieopodal, które w XIV-XVI wieku było stolicą Królestwa Ava. Znajdziemy tu wielowiekowe stupy, klasztor buddyjski, czy też wieżę obserwacyjną. Bilet wstępu łączony z pozostałymi atrakcjami w Mandalaj- 10000kyat można kupić na wejściu do klasztoru. W Inwie też znajdziemy niemal 2km most na rzece Irawadi, który aż do lat 90tych XXwieku był jedynym mostem na Irawadi.

img_4626

img_4630

Dalej już musieliśmy pędem wracać do Amaratury, by zdążyć na zachód słońca. Tym razem obraliśmy inną trasę, podążając za licznymi dorożkami, by przeprawić się mini promem, wraz z naszym skuterem przez rzekę i tym samym ominąć okrążanie rzeki dookoła. Gdy dotarliśmy do Amaratury, miasteczko i most wyglądały już zupełnie inaczej, niż gdy widzieliśmy je w południe. Wtedy puste, mostem można było swobodnie spacerować, wszystkie łódki stały w równiutkim rzędzie na brzegu. Teraz tłumy przepychały się, by zdobyć łódkę. Cena – 5000kyat od osoby (ok. 12 dolarów!), gdy jest więcej osób lub 15000 za całą łódkę przy dwóch osobach. No chyba ktoś tu oszalał?! Dogadaliśmy się z trójką Chińczyków, że bierzemy łódkę w 5os za 2000-kyat. Początkowo nie chcieli nas zabrać, ostatecznie się zgodzili, 4000kyat za osobę, płyniemy na zachód słońca. Opisywać nie ma chyba potrzeby…Jak zwykle zachód słońca zapiera…

img_4642

img_4662

img_4663

img_4671

Pięknie z jednej strony, z drugiej już nieco komercyjnie…:)

img_4645

Całość trwa jakies 30minut, więc kompletnie niewarte 12 dolarów, no umówmy się. Dojechaliśmy do Mandalaj i ruszyliśmy na słynny lokalny nocny targ, który okazał się niczym innym niż chińską tandetą. Przynajmniej udało się dostać wreszcie świeżego ananasa i arbuza (w Birmie, szczególnie na północy, nie jest łatwo o świeże owoce, do których przyzwyczaja Tajlandia, łatwo dostać jabłka i coś w rodzaju czereśni, na soczyste owoce można liczyć dopiero w okolicach Yangon).

Następny dzień poświęciliśmy w całości na Mandalaj. Rano na recepcji hotelu, w którym mieszkaliśmy zabookowaliśmy bilet na autobus do Yangon, wyjazd o 21, koszt biletu 11000kyat (ok.9 dolarów), brak toalety (co do zasady raczej w birmańskich autobusach nie ma toalet, nawet tych na długich trasach, jednak kierowca konsekwentnie zatrzymuje się co 2-3h, a jeśli ktoś potrzebuje, zatrzyma się nawet w szczerym polu 🙂

Podążaliśmy w stronę pałacu, który choć czytaliśmy, że jest mocno przereklamowany, będąc w Mandalaj i mając już bilet, chcieliśmy odwiedzić choć na chwilę. Ot, typowa jezdnia w jednym z największych miast Birmy – zgrzane kamienie.

img_4680

Idąc przez Mandalaj, co chwila zatrzymują się kierowcy taksówek oferujący objazd całego miasta taksówką, my uparliśmy się, ze będziemy cały dzień zwiedzać pieszo. Odechciewało nam się już na początku, gdy musieliśmy obejść cały pałac wokół, gdyż wejście dla turystów jest tylko jedno, od strony ulicy 66.

img_4688

Już z zewnątrz widać było, że choć powierzchnia jest ogromna, w środku raczej nie ma się co spodziewać zachwytu. Po drodze zaczepił nas Birmańczyk, pytając, po co w ogóle idziemy do pałacu.  Odpowiedzieliśmy, że owszem, pewnie nie będzie fantastycznie i mamy tego świadomość, ale mamy już bilet, który kupowaliśmy, by zwiedzić Inwę, więc zaglądniemy. On odpowiedział – skoro macie już bilet to idźcie, ale po co marnować pieniądze na nasz rząd na oglądanie tego pseudo pałacu. Później przekonaliśmy się sami, jak wiele miał racji…:)

Po drodze długo wyczekiwany sok z trzciny cukrowej, który pijaliśmy codziennie w Wietnamie podczas naszej poprzedniej wyprawy do Azji. Tym razem serwowany w worku, jak większość dań i napojów na wynos w tej części Azji.

img_4691

A tu już pałac…niestety zdjęć z wnętrz nie wrzucamy, bo żywcem nie ma czego pokazać…Warto podkreślić, że oryginalny pałac został zniszczony w pożarze w II wojnie światowej. To, co możemy oglądać dziś to replika odbudowana przez robotników przymusowych. Na nas kompletnie nie zrobił wrażenia.

img_4692

img_4703

img_4707

Dalej świątynia Atumashikyaung, która w środku nie reprezentuje zbyt wiele prócz tekowych sufitów i ledów dookoła Buddy.

img_4713

I piękne Shwenandaw Monastery, w całości wykonane z drewna z pięknymi rzeźbami.

img_4718

I jeszcze cmentarz mnichów buddyjskich

img_4736

Takim sposobem dotarliśmy wreszcie do Mandalaj Hill, które według legendy odwiedził niegdyś Budda i przepowiedział, że u jego stóp powstanie wielkie, potężne miasto. Popularne miejsce na zachód słońca, może nie tyle ze względu na widok, bo szczerze mówiąc nie powala, jednak głównie ze względu na rzesze mnichów przychodzących tu tuż przed zachodem na modły i by po prostu porozmawiać z turystami i tym samym poćwiczyć język angielski. Schody na szczyt, choć samo wzgórze ma jedynie 240m, wydają się nie mieć końca, na szczycie wstęp do ostatniej pagody płatny 1000kyat od osoby. Oczywiście na dole nie ma o tym informacji, co bulwersuje wielu turystów, jednak na pewno warta jest odwiedzenia, szczególnie ze względu na piękne, szklane mozaiki pokrywające ściany całej świątyni.

img_4743

img_4753

img_4757

img_4765

img_4775

img_4781

Takim sposobem zakończyliśmy zwiedzanie Mandalaj, które szczerze mówiąc nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Wszechobecne opisy, że jest to betonowe miasto pokrywają się z rzeczywistością, a i tutaj można zauważyć chaos większego miasta. Co interesujące to fakt, że idąc de facto przez centrum miasta pomiędzy budynkami i tłumem aut i samochodów, nagle wchodzi się w totalną pustkę, czując się jakby było się w wiosce, a nie w jednym z największych miast Birmy. Osobiście, nie mieliśmy ochoty być tu dłużej i już nie mogliśmy się doczekać, gdy dojedziemy do Yangon.

Szybka kolacja na ulicznym straganie….

img_4790

I w drogę do Yangon nocnym autobusem. Mieliśmy jechać 10h, dojechaliśmy ostatecznie wcześniej, o Yangon jednak będzie kolejny wpis.

Korzystając z okazji i z tego, że u nas już 30 stycznia, Mamo, wszystkiego, co najlepsze – by nigdy nie schodził z Twojej twarzy uśmiech! STO LAAAAT! (Wybacz nasze twarze, ale tu już 4 rano)

16442782_10208765182301986_1631300770_o

Pozdrawiamy z….no właśnie…skąd? Zupełnie przypadkiem z Kuala Lumpur! 🙂