Valparaiso

Na Valparaiso czekaliśmy tak długo, że trochę baliśmy się, że może zbyt wiele od tego miasta oczekujemy. Przyjechaliśmy tu późnym wieczorem i od razu z plecakami pomknęliśmy w stronę naszego hostelu. W okolicach dworca wszystko było już pozamykane, po drodze mijaliśmy zaś kolejne zamknięte już knajpki i restauracje. Wydało nam się to trochę dziwne, jednak nie przywiązując do tego większej wagi weszliśmy w uliczkę, gdzie znajdować się miał nasz kwaterunek i tu się wszystko zmieniło. Knajpki pełne życia, mnóstwo tubylców grających na ulicy na bębnach, wokoło fiesta w najlepsze. Dodatkowo otaczała nas cała masa kolorowych domków i graffiti. Coś pięknego. Już wtedy wiedzieliśmy, że to miasto nas zachwyci swoim klimatem.

Wylądowaliśmy w małym, acz bardzo klimatycznym, kolorowym hosteliku. Wszystko dookoła było tak radosne, że buzia sama się śmiała. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zostać w Valparaiso jeden dzień dłużej, stwierdziliśmy jednak, że decyzję podejmiemy rano. Dla ciekawskich- miejsce w pokoju 4-osobowym ze śniadaniem, ciepłą wodą (tak, to już zaczyna być luksus), wifi w samym centrum miasta kosztował nas 40 zł. Z resztą jak się później okazało był to najlepszy hostel w mieście, więc cena całkiem fajna. Zaraz za hotelem znajduje się kolejka, która za 100pesos wywozi na górę, skąd można podziwiać widoki na miasto, a dookoła oczywiście mnóstwo kolorowych domków i graffiti. Z tej kolejki zamiast schodów, które też są, można wyjść zjeżdżalnią, co musieliśmy wypróbować osobiście 🙂

IMG_1429 IMG_1427 IMG_1428Tak też właśnie zaczęliśmy dzień w Valparaiso-wyjechaliśmy kolejką na górę i stamtąd zaczęliśmy naszą wędrówkę po absolutnie niesamowitym mieście. Zachwycało nas dosłownie wszystko. Wszechobecne kolory i rysunki na ścianach naładowywały tak pozytywna energią, że tego miasta nie chce się opuszczać. Na górze też podjęliśmy decyzje, że zostajemy jeden dzień dłużej, by naładować akumulatory na dalszą podróż, która będzie nieco bardziej energochłonna i wymagająca niż dotychczas.

IMG_1414 IMG_1517 IMG_1484 IMG_1435Spacerowaliśmy wyżynami miasta, podziwiając widoki i ciesząc się słońcem muskającym nas wesoło po twarzach. Wcześniej też, zanim wyjechaliśmy na górę, kupiliśmy cały worek truskawek, które później na wzgórzach smakowaliśmy. Tak, Polsko, tutaj jest teraz sezon truskawkowy!

IMG_1452Dotarliśmy wreszcie do domu Pabla Nerudy, wspominanego już przy okazji Santiago chilijskiego poety, dość mocno osławionego nie tylko w Chile, ale w sporej części Ameryki Południowej. W Valparaiso zaprojektował sobie pięciopiętrowy dom z doskonałym widokiem na miasto i ocean. Na 5-tym piętrze znajdował się jego gabinet, w którym pisał swoje utwory obserwując ocean właśnie. Z resztą znajduje się w nim mnóstwo akcesoriów żeglarskich. Okazuje się, że tak bardzo bał się wody, ale jednocześnie uwielbiał ocean, że swój gabinet urządził na ostatnim piętrze domu, by mieć złudzenie, że jest blisko oceanu, wręcz w oceanie, ale jednocześnie, by czuć się bezpiecznie. Niestety w środku bardzo pilnowali, by nie robić zdjęć, ale jeśli kiedykolwiek ktoś będzie w Valparaiso to zachęcamy do odwiedzin jego domu-wystrój jest fantastyczny, a Neruda nader ekscentryczny.

IMG_1511 IMG_1472 IMG_1422Dalej schodziliśmy w niższe partie miasta, wchodząc do najsłynniejszej części Valparaiso, która jest na niemal wszystkich pocztówkach. Jest to część, gdzie każdy domek jest w innym kolorze, mnóstwo graffiti wykonanych przez artystów, mozaik, rysunków. Nie chcemy już nikogo zanudzać zdjęciami graffiti, których mamy tuzin, więc za to latarenka:

IMG_1521W ogóle trzeba powiedzieć, że Valparaiso jest położone niekiedy na tak stromych zboczach, że bardzo trudno wyjść pieszo na górę. Dlatego też prócz schodów i stromych uliczek, by ułatwić życie mieszkańcom, powstały kolejki, które wywożą za grosze na górę i zwożą na dół. Jedna z nich jest z 1883 roku i trzeba przyznać, że zjazd nią na dół był mocno psychodelicznym przeżyciem. Tu nieco młodsza kolejka:

IMG_1539Dalej zmierzaliśmy już w stronę plaży, która jest dość mocno oddalona od centrum miasta, więc dojście zajmuje sporo czasu. Droga prowadzi jednak przez miły park pomiędzy uniwersyteckimi budynkami lub można wyjechać znów kolejką na górę i zmierzając ku plaży podziwiać miasto. Ostatecznie dotarliśmy na plażę, która jak na usytuowaną w mieście portowym jest bardzo ładna i czysta. Trzeba też przyznać, że choć woda nie należy do najcieplejszych to jednak na pewno jest cieplejsza od tej w Atlantyku w Rio. Poza tym nieczęsto w dość jednak sporym i portowym mieście, jakim jest Valparaiso, spotkać można na plaży rozgwiazdy 🙂

IMG_1556 20140930_161916Długo spacerowaliśmy po plaży, podziwiając wszechobecne pelikany polujące na rybki. Było ich naprawdę mnóstwo. Wygonił nas dopiero chłód zbliżającego się zmroku i nasze zgłosowane troszkę brzuchy domagające się obiadu.

IMG_1565 IMG_1580Wróciliśmy więc do centrum, usiedliśmy w knajpce i zjedliśmy kolejne podobno chilijskie danie, którego nazwy znowu nie pamiętamy, ale było dobre i sycące J Dalej zaś kupiliśmy winko, które wypiliśmy ze smakiem próbując kupić przez Internet bilety na samolot do Calamy, czyli naszego następnego celu podróży, którym jest pobliska pustynia Atacama. Oczywiście, jak to w Ameryce Południowej, kupno biletu okazało się tak trudne, że aż niemożliwe. By kupić bilety w Sky Service, gdzie cena była jeszcze do przyjęcia (550zł), trzeba mieć chilijską kartę kredytową, której oczywiście nie mamy, zaś Lan oferował podwójną cenę biletu w Sky Service (czyli 1200zł), co było nie do przyjęcia na 2godzinny lot. Z ciężkim sercem więc pojęliśmy decyzję o tym, że rano wrócimy do Santiago i stamtąd ruszymy w ten sam dzień autobusem do Calamy. Jazda ma trwać niby 21h, oczywiście na pewno będzie trwać dłużej, ale przeżyjemy. Przy okazji warto podkreślić, że na autobus obcokrajowcy także nie mogą kupić biletu przez Internet, bo wymagany jest nr rut, czyli nr chilijskiego dowodu osobistego. Cóż, czasem ciężko być obcokrajowcem.

Przy okazji jedna cenna, jak nam się wydaje, uwaga. W Valparaiso bardzo trudno o czynny bankomat, by wypłacić pieniądze. Te sprawne można policzyć na palcach jednej ręki i zazwyczaj stoi do nich gigantyczna kolejka. Dodatkowo są nieczynne wieczorem i w nocy, niektóre tylko do 14. Dlaczego? Podobno coraz częściej zdarza się podkładanie bomb pod bankomaty, szczególnie pod te amerykańskie i europejskie. Bomby są także powodem, dla którego w Valparaiso nie ujrzy się żadnego McDonalds’a czy KFC. Podobno był, ale tam także podłożyli bombę jako wyraz sprzeciwu wobec USA i dziś już nie ma. Ciekawy i jak widać skuteczny sposób na chociaż minimalne ograniczenie obecności amerykańskiej.

Takim oto sposobem niechętnie i z ciężkim sercem musimy się pożegnać z pięknym, kolorowym i zachwycającym Valparaiso pijąc ostatnią tu butelkę chilijskiego wina i udajemy się spać, bo jutro czeka nas cała doba w autobusie. Mamy nadzieję, że w San Pedro de Atacama, gdzie będziemy mieli następny nocleg, jeszcze nie będzie problemu z Internetem, byśmy mogli zamieścić następny wpis na blogu.

Tymczasem Adios!

Advertisements

3 thoughts on “Valparaiso

  1. No, na L4 nadrobilem zaleglosci, leże i Wam zazdroszcze choc Wy mi pewnie troche tez bo dwa dni w lozku to tez Wam sie na pewno marzy 😀 ale tak wiem, za nic w świecie byscie sie nie zamienili 😉 super fotki i wpisy! Powodzenia i pozdro od calej Wielickiej 😉

    Like

  2. Witajcie moi drodzy :D! my dziś idziemy z chłopakami spotkać się na mieście, zrobimy to w rytmach http://www.youtube.com/watch?v=TfBrjqapblA !!! w ogóle dzwonił Rafał, planujemy już małe spotkanie po Waszym powrocie – nie zapominamy o Was ;)! No i cóż, super wpisy, eleganckie zdjęcia – jest co robić w pracy 🙂 pozdrawiam!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s