Canyon del Sumidero, San Cristobal de las Casas, San Juan Chamula!

Po lekko ponad 9h spędzonych w nocnym autobusie, tuż po 6 rano dotarliśmy na dworzec w Tuxtla Gutierrez. Wiedząc, że Canyon del Sumidero jest zlokalizowany pomiędzy Tuxtlą a San Cristobal de las Casas zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić z naszymi plecakami – zostawić na dworcu w Tuxtli w bagażowni czy też zabrać ze sobą do Chiapa de Corzo, gdzie startuje się łódką w stronę kanionu i tam poszukać jakiejś bagażowni czy też hotelu, gdzie pozwolą nam porzucić bagaże. Jeszcze na dworcu zaczepiła nas parka z Australii – Margo i Lucas, która miała dokładnie taki sam dylemat jak my. Ostatecznie wspólnie doszliśmy do wniosku, że całą czwórką zabieramy się razem z naszymi bagażami taksówką do Chiapa de Corzo i tam będziemy szukać bezpiecznego miejsca dla naszych plecaków. Koszt taksówki dla 4 osób to 150 pesos, czyli jakieś 30zł za trasę o długości 10 km.

W Chiapa de Corzo okazało się, że o 8 rano jeszcze całe miasto śpi, udało się jednak znaleźć hotel przy głównym placu, który aktualnie jest zmieniony z paskudne wielkie i kiczowate wesołe miasteczko, gdzie za drobną opłatą miła Meksykanka pozwoliła nam przetrzymać bagaże tak długo, jak tylko chcemy, w zamkniętym, oddzielnym pomieszczeniu.

IMG_0578

Pozbywszy się zbędnego balastu ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu śniadania i by zakupić bilety na łódkę płynącą do Canyonu del Sumidero. Wycieczki niby ruszają od 8 rano, jednak tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy akurat zbierze się na tyle osób, gdyż przy pierwszej stacji minimalna ilość osób, by ruszyła wycieczka to 20 osób. Widząc, że przy pierwszej stacji nie ma zbyt wielkiego ruchu i szanse na zebranie się grupy w ciągu najbliższej godziny są nikłe, ruszyliśmy razem brzegiem rzeki, szukając innej przystani. Przy kolejnej okazało się, że za ok. 20 min przyjeżdża mini busik z turystami, którzy już wykupili bilety, więc wiadomo, że rejs ruszy niebawem, toteż doszliśmy do wniosku, że też kupujemy – 190pesos od osoby za 2godzinny rejs – cena jak na Meksyk dość wysoka, jednak jak się później okazało – widoki są warte każdych pieniędzy.

Niewiele później otrzymaliśmy kamizelki i mogliśmy wsiąść na pokład naszej łódki. Przy okazji – Canyon del Sumidero to przepiękny kanion z rzeką pośrodku, urwiskami dookoła, zakończony tamą, gdzie prócz niesamowitych widoków można natknąć się na wszędobylskie tutaj krokodyle. Wiadomo, że huk silnika nieco je płoszy, jednak przy odrobinie szczęścia, które my mieliśmy, krokodyle same przypadkiem ukażą się oczom spostrzegawczych obserwatorów. Nie będziemy więcej się produkować na temat kanionu, zdjęcia poniżej same odpowiednio przedstawią to miejsce 🙂

IMG_0512

IMG_0533

IMG_0545

IMG_0559

IMG_0565

Obiecane krokodyle – pierwszy leniwie wylegujący się na słońcu, drugi przygotowuje się do upolowania nieświadomego rychłego końca swego żywota ptaka 🙂

IMG_0554

IMG_0575

Po dwugodzinnym rejsie, gdzie pod koniec słońce coraz bardziej dawało się we znaki (wczesne ranki, kiedy każdego dnia zaczynamy zwiedzanie są naprawdę chłodne, dopiero w okolicach 11/12 zaczyna smażyć), odebraliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy pieszo ku głównej drodze prowadzącej do San Cristobal de las Casas, gdzie zatrzymują się lokalne colectivo. Tak naprawdę nie czekaliśmy na busa dłużej niż 2 minuty, koszt godzinnego przejazdu na tej trasie to 50 pesos (ok. 10zł).

Po godzinie dotarliśmy do San Cristobal, gdzie rozdzieliliśmy się z naszymi Australijskimi kompanami, gdyż mieszkaliśmy w innych hostelach, wymieniając się jednak kontaktami, żeby umówić się na wieczór skoro zostajemy w tym samym mieście.

Tutaj wypada wyjaśnić wreszcie, o co chodzi z naszym tajemniczym planem, o którym tylko napomknęliśmy przy okazji pierwszego wpisu do Meksyku. Otóż z całego serca chcieliśmy z San Cristobal de las Casas wyrwać się na 2 dni do Gwatemali podziwiać wulkany. Taki mieliśmy plan i co z niego wyjdzie miało się okazać właśnie tutaj, w San Cristobal. Niestety, ostatecznie podjęliśmy decyzję, ze zostajemy w Meksyku. Dlaczego? Otóż transport do Gwatemali, gdy ma się tylko 2 dni, jest dosyć skomplikowany. Zwykłe lokalne busy jadą kilkanaście godzin, a i do najbezpieczniejszych nie należą, toteż tą opcję odrzuciliśmy od razu. Drugą opcją było wykupienie transportu w jednym z wielu biur turystycznych w San Cristobal. Obeszliśmy całą masę takich biur i niestety każde oferuje dokładnie to samo – transport w jedną stronę do Gwatemali – wyjazd o 7 rano, podróż trwa planowo jakieś 9h, na miejsce dojeżdża się de facto, gdy jest już ciemno. Transport w stronę powrotną (jeżdżą busy tylko do San Cristobal, nie ma połączenia np. z Palenque, które jest naszym następnym przystankiem), należy zakupić na miejscu w Gwatemali – wyjazd o godz. 6 rano, toteż na miejscu bylibyśmy tylko na noc, gdy jest ciemno i wulkanów nie widać. Z racji tego, że mamy jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia, czas goni, a chcielibyśmy też chociaż jeden dzień odpocząć na plaży nad Morzem Karaibskim, zdecydowaliśmy, że odpuszczamy wypad do Gwatemali, gdyż żeby miało to sens, musielibyśmy spędzić tam 2 noce, a na to czasu nie mamy. Do Gwatemali jeszcze przyjedziemy, więc się nie załamujemy 🙂

Co do San Cristobal de las Casas – bardzo przyjemne miasteczko, ponownie kolorowe kamieniczki, nieco więcej turystów i komercji, ale wystarczy zboczyć z głównych uliczek, by znaleźć lokalnych w swoim żywiole, przesiadujących z gitarą na jednym z mnóstwa placów, tańczących w altanie czy też zwyczajnie siedzących w grupie i rozprawiających o polityce, obdarzając białych przechodniów serdecznym uśmiechem. Kilka zdjęć poniżej:

IMG_0582

IMG_0584

IMG_0586

IMG_0611

IMG_0603

Wieczorem spotkaliśmy się z naszymi australijskimi znajomymi, by świętować z nimi Australian Day obowiązkowo przy Margaricie. Wpadliśmy na bardzo fajny pub – Revolucion, gdzie mogliśmy posłuchać muzyki na żywo, napić się świetnej Margarity i zwyczajnie się wyluzować 🙂

dav

dav

IMG_20160126_224603

Wróciliśmy tańczącym krokiem do hostelu, by odespać poprzednią noc spędzoną w autobusie. Rano zaś, pełni energii, ruszyliśmy do wioski indiańskiej San Juan Chamula. Polecamy wybrać colectivo – 15 pesos od osoby, czas jazdy jakieś 45 minut. Chamula to miasteczko zamieszkane przez Indian z plemienia Tzotzil, słynie z indiańskiego folkloru i swoistej mieszaniny głębokiej wiary katolickiej i tradycji prekolumbijskich. Turyści odwiedzają to miejsce głównie ze względu na kościół zlokalizowany na głównym placu w Chamuli, w którym to wizyta jest niesamowitym doświadczeniem. Zdjęć ze środka niestety nie mamy, bo jest absolutny zakaz robienia zdjęć i filmów. Radzimy ten zakaz wziąć tym razem całkowicie serio, bo my kombinowaliśmy z kamerką Go Pro i zostaliśmy złapani na gorącym uczynku (każdy tu jest bacznie obserwowany, non stop patrzą każdemu na ręce), przez co zabrali nam kartę z Go Pro, musieliśmy iść z tubylcami do kafejki internetowej, gdzie jest komputer i sprawdzili nam całą kartę pamięci, usunęli zdjęcia zrobione w środku świątyni. Na szczęście cała afera skończyła się pożegnaniem i uśmiechem, ale tutaj zakaz to zakaz, trzeba uszanować.

Jak zaś świątynia wygląda w środku??? Wszędzie na podłodze i na stolikach leżą zapalone świece, z których gęsty dym unosi się aż po sufit. Dookoła na podłodze rozłożona jest zielona trawa, liście palm, w szklanych gablotach psychodeliczne figury świętych ubranych w indiańskie szaty zrobione z czarnego futra przypominającego pióra. Indianie grupkami siedzący na podłodze dookoła swojego patrona i palący kolejne świece przed jego figurą, druga część skrobiąca wosk pozostały po wypalonych już świecach z podłogi. Wszystko to w półmroku, światło dają jedynie zapalone świece. Nie da się opisać tego, co jest w środku, aura jest jak z innego świata i trzeba to koniecznie zobaczyć! Wstęp dla turystów płatny – 20 pesos. PS. Za usunięcie zdjęć też trzeba zapłacić, 1 peso od zdjęcia 😀 Zdjęcia z Chamuli poniżej:

IMG_0621

IMG_0628

Po powrocie, znów colectivo, do San Cristobal, odebraliśmy z hostelu nasze plecaki i ruszyliśmy na dworzec, skąd mieliśmy autobus do Palenque. Kolejne 9h spędzone w autobusie, co najlepsze najkrótsza i normalna trasa z San Cristobal do Palenque to jakieś 150km, czyli bynajmniej nie 9h. Dlaczego nie mogliśmy jechać tą trasą? Otóż w lutym z wizytą do Meksyku przyjeżdża Papież. Co za tym idzie, należy wyremontować drogi, którymi będzie jechał, kościoły, które będzie mijał na swej drodze i sprawić, by wyjechał stąd z jak najlepszym wizerunkiem Meksyku. Przez to normalna trasa z San Cristobal do  Palenque rozporządzeniem prezydenta została zamknięta i wyłączona z użytku na czas remontu, dlatego wszystkie auta, autobusy, busy i wycieczki muszą jechać okrężną drogą trwającą jakieś 9h. Papież i jego wizyta nieco pokrzyżował nam plany, ale trudno, ponoć Papieżowi się wszystko wybacza.

Ostatecznie po ponad 9h spędzonych w autobusie dotarliśmy do Palenque,  skąd właśnie wrzucamy ten post. Jutro będziemy spacerować po zlokalizowanych tu ruinach Majów otoczonych bujnym buszem. Tutaj już wilgotność daje się we znaki, będąc na podobnym poziomie jak podczas naszej podróży po Azji – uroki tutejszej dżungli 🙂

Już jutro w nocy dotrzemy na Jukatan, skąd wrzucimy kolejny wpis, tymczasem, jak zwykle pozdrawiamy gorąco z przepięknego Meksyku i z Palenque– Adios Amigos! 🙂

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s