Signagi (Sighnaghi)!

Ostatnim punktem na mapie, do którego postanowiliśmy się wybrać mając bazę w Tbilisi, był słynny region winiarski Kachetia i miasteczko Signagi. To już był typowo luzacki wypad, nie zamierzaliśmy nawet ukrywać, że jedziemy tam po prostu na wino i na spacer, dalej mieliśmy jechać  w góry, gdzie śnieg, lód, zima, więc jeden dzień spokoju w miejscu, gdzie temperatura jest znośna, bardzo nam był na rękę.

By dostać się do Signagi, należy złapać marszrutkę z dworca Samgori w Tbilisi. Ważne, by pamiętać, że w Tbilisi jest kilka dworców i z każdego odjeżdżają marszrutki w innym kierunku. Pierwsza odjeżdża ok. godz. 8:00, oczywiście o ile zbierze się cały bus chętnych. W przeciwnym wypadku trzeba czekać, aż kierowcy będzie się opłacało w ogóle ruszać. Dystans – 110km, około 2 godziny jazdy. Koszt to ok. 10zł w jedną stronę. Za pierwszym razem trudno znaleźć marszrutkę właśnie do Signagi, trzeba przejść caaaaaały dworzec, a właściwie bazar i na samym końcu, gdzie wydaje się, że to już koniec świata, a na pewno tego miasta, stoją stare, zdezelowane busiki z tabliczką Signagi.

Kupiliśmy bilet od gruzińskiego staruszka i czekaliśmy jeszcze godzinę, aż zbierze się wystarczająca ilość pasażerów. W końcu ruszyliśmy w drogę. PS. Na dworcu Samgori o tej porze nie znajdziesz nic zjadliwego prócz ciastek na wagę, które już pewnie tam leżą parę dobrych lat i są z kamienia, więc warto się przygotować i zaopatrzyć gdzieś indziej. Łatwiej kupić wiadro i worek cementu.

Po ok. 2 godz jazdy, dotarliśmy na miejsce. Marszrutka zatrzymuje się na parkingu ponad miasteczkiem, dalej trzeba iść w dół ok.10 min i jesteśmy na miejscu. Signagi jeszcze śpi. Nad miastem unosi się mgła, mocno wieje. Samo miasto słynie z doskonałych win, administracyjnie przynależąc do regionu winiarskiego Kachetia oraz z produkcji dywanów. Co ciekawe, jest to jedno z najmniejszych miasteczek w Gruzji (ok. 2200 mieszkańców). Małe, ale bardzo przyjemne. Choć porównania do Toskanii są troszeczkę przesadzone :).

Jako że miasteczko wyglądało jeszcze na dosyć senne, a my nie chcieliśmy zaczynać degustacji o 10 rano, najpierw postanowiliśmy zrobić sobie spacer i zajrzeć do oddalonego o ok. 3 km Monastyru św. Jerzego w Bodbe, gdzie znajdują się relikwie św. Nino – miejsce pielgrzymek wszystkich Gruzinów. Miły spacer najpierw pośród gruzińskich domów (kolorowa brama obowiązkowo, nawet gdy dom ledwo stoi, grunt, by brama wejściowa była pomalowana na pstrokaty kolor), dalej już pośród drzew z widokiem na Signagi.

img_1900-1600x1200

img_1901-1600x1200

img_1903-1600x1200

img_1907-1600x1200

img_1908-1600x1200

Monastyr położony jest na wzgórzu, pośród cyprysów, otoczony pięknym ogrodem, o który dbali mieszkańcu tutejszego klasztoru. W środku zdjęć robić oczywiście nie można, kobiety – obowiązkowo przykryte głowy, spódnica mile widziana, choć nikt się akurat o to nie czepia.

img_1910-1600x1200

img_1916-1600x1200

img_1921-1600x1200

img_1923-1600x1200

I nasz towarzysz – Zdzisek, w Gruzji chyba nie było dnia, by nie towarzyszył nam jakiś uroczy czworonożny przyjaciel – jak już wspominaliśmy gruzińskie psy, choć w większości bezdomne, są bardzo zadbane i otaczane opieką tubylców, także weterynaryjną. Każdy jest zakolczykowany i regularnie szczepiony, dokarmiany. Są one też niezwykle przyjaźnie nastawione do każdego człowieka, wiele z nich przemierzało z nami całą masę kilometrów, potem zawsze ciężko się było z nimi rozstać.

img_1917-1600x1200

Wracając do Signagi, niebo zaczęło się wreszcie przecierać, mogliśmy więc mieć nadzieję na przyjemniejsze widoki i na degustację wina w słońcu 🙂

img_1929-1600x1200

img_1931-1600x1200

Polecamy zatopić się w boczne uliczki i znaleźć jedną z malutkich knajpek z dala od głównego placu – dużo przyjemniej, a i wino smakuje znacznie lepiej na jednym z malutkich placyków. Oczywiście można skorzystać z profesjonalnych degustacji, jakich turysta znajdzie całe mnóstwo w lokalnych sklepach. My jednak wolimy małe, lokalne, nie-turystyczne miejsca. My zasiedliśmy właśnie w jednej z takich lokalnych knajpek, zamówiliśmy  chaczapuri i obowiązkowo lokalne wino, wyrób na miejscu. Lokalnie, prawdziwie i tanio. A słońce także nie zawiodło 🙂

img_1932-1600x1200

Zaś na szczycie miasta znajduje się twierdza, pochodząca z XVIII wieku, należąca ponoć do jednych z najbardziej solidnych systemów obronnych w całej Kachetii. Całkowita długość murów to 2,5 km, warto się przespacerować chociaż częścią murów. Widoki zacne. Choć może lepiej to zrobić zanim wypije się dzban wina na głowę 🙂

img_1937-1600x1200

img_1941-1600x1200

img_1946-1600x1200

img_1951-1600x1200

img_1953-1600x1200

Tak zakończył się nasz ostatni wypad z Tbilisi. Po całodziennej wyprawie do Kachetii – gruzińskiego regionu winiarskiego, wróciliśmy do stolicy, by spakować plecaki i przygotować się do wyjazdu w góry. Opuszczaliśmy już stolicę, kierując się w stronę zachodnią, najpierw do Mestii, gdzie spotka nas sroga zima, dalej zaś ku Batumi i Kutaisi. O tym jednak w następnym wpisie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s