Zugdidi, Mestia!

Po kilku dniach spędzonych w Tbilisi i okolicach, postanowiliśmy opuścić wreszcie stolicę Gruzji i ruszyć w kierunku zachodnim, by ostatecznie zakończyć naszą wyprawę w Kutaisi, skąd mieliśmy lot powrotny do Polski.

Początkowo mieliśmy w planie skorzystać z awionetki. Otóż w Gruzji funkcjonują tanie przeloty awionetką z Tbilisi do Mestii, czyli naszego kolejnego przystanku. Niestety te samoloty nie odlatują codziennie, a my nie mieliśmy czasu, by kolejny dzień spędzić w Tbilisi, czekając na lot, stąd wybraliśmy opcję nocnego pociągu z Tbilisi do Zugdidi. Koszt – 17 lari, czyli ok. 27zł, 8 godzin spędzonych w czteroosobowych przedziałach z miejscami leżącymi.  Standard całkiem niezły, przygotować się jednak należy na ogromny zaduch i upał w pociągu.

mde

Dla tych, którzy chcieliby skorzystać z awionetki – wylatują w poniedziałki, środy, piątki i niedziele. Koszt przelotu z Tbilisi do Mestii, wraz z dowozem do miejsca wylotu to 65 lari, czyli ok. 105zł. Sam lot trwa mniej niż godzinę, więc zaoszczędzić można sporo czasu. Widoki są ponoć zacne, więc żałowaliśmy, że nie załapaliśmy się na lot, z drugiej jednak strony podziwialiśmy widoki z lądu i absolutnie nie możemy narzekać.

Po 8 godzinach spędzonych w pociągu, które w zasadzie w większości przespaliśmy, dotarliśmy do Zugdidi. Miasto położone w regionie Megrelia, ok. 30km od Morza Czarnego, samo w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferowania, prócz parku, zwanego ogrodem botanicznym i Pałacem Dadianich, zlokalizowanym w tymże parku. Pałac dziś jest muzeum narodowym i etnograficznym, wstęp od godz. 10. Ogród całkiem przyjemny, choć widać, że władze nie inwestują za dużo funduszy w to miejsce, które podupada i widać, czasy świetności ma dawno za sobą.

img_2056-1280x768

img_2063-1280x768

img_2065-1280x768

Obeszliśmy park, zaglądnęliśmy do pobliskiej cerkwi i stwierdziliśmy, że czas jechać do Mestii, wiedząc, że warunki pogodowe na drodze pośród ośnieżonych szczytów Kaukazu, mogą być różne. Doświadczenia z Kazbegi wiele nas nauczyły, toteż nastawiliśmy się już psychicznie na ewentualność kilkugodzinnej jazdy (odległość między Zugdidi a Mestią to 130km).

Z dworca w Zugdidi złapaliśmy marszrutkę – koszt 20 lari, ostatecznie jechaliśmy ok. 3,5h. O ile początkowo droga nie była w najgorszym stanie, tak im bliżej Mestii, tym krajobraz zmieniał się diametralnie – ośnieżone wysokie szczyty gór, oblodzona droga, sypał śnieg, było cholernie zimno, a nasza marszrutka miała tak łyse opony, że zastanawialiśmy się momentami, ile minut życia nam jeszcze zostało zanim spadniemy w przepaść na oblodzonym zakręcie.

Ostatecznie jednak udało nam się dojechać do Mestii. Kierowca, przemiły Gruzin, zaoferował nam nocleg u swojej znajomej, która wynajmuje pokoje w swoim domu. Cena za 2 osoby – 50 lari, czyli jakieś 82 zł. Pokój w tradycyjnym gruzińskim stylu, łazienka wspólna dla całego piętra, możliwość dopłacenia za tradycyjną kolację przygotowywaną przez właścicielkę domu. Wiedzieliśmy, że nie mamy za wiele czasu, toteż zaplanowaliśmy wyjazd na południe już następnego dnia. Kierowca marszrutki powiedział, że spędzi noc u znajomych w Mestii i przyjedzie po nas rano i zabierze nas do Zugdidi. Zgodziliśmy się, punkt 8 rano dnia następnego wyjazd.

Tymczasem ubieramy wszystkie nasze najcieplejsze i najgrubsze ubrania i od razu wychodzimy odkrywać Mestię.

Mestia to bardzo ciekawe miejsce, otoczone wysokimi, ośnieżonymi szczytami Kaukazu, zamieszkana przez Swanów, posługujących się własną odmianą języka gruzińskiego. Przez lata żyli w swoistej izolacji od reszty Gruzji, kształtując własną kulturę. Charakterystyczną cechą tego miejsca są wszędobylskie baszty, które służyły jako warownie i zarazem dom. Budowane były ze względu na bardzo silne przywiązanie do tradycji krwawej zemsty rodowej, najstarsze mają ponoć 800 lat.

hdr

 

Mestia to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Ludzie żyją własnym życiem, kultywując lokalne zwyczaje, z dala od zgiełku nowoczesności. Uszba – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Krowy spacerują główną ulicą miasta, nikt tak naprawdę nie zwraca na nie uwagi, dookoła wszędzie są pastwiska, gdzie bydlęta pasą się pomiędzy basztami. Miasteczko nie ma zbyt wielu sklepów, knajpek, życie skupia się w domach. Na ławkach przy głównym placu przesiadują starcy rozprawiający o codzienności. Miejsce jest tak prawdziwe i naturalne, że bardziej już nie może.

img_1972-1280x768

img_1979-1280x768

Spacerujemy między basztami, docierając na łąkę pełną krów, skąd rozpościera się niesamowity widok na Mestię i warownie. Przysiedliśmy na pniu drzewa, krowy spoglądały ukradkiem, oczywiście towarzyszy nam jeden z wielu psów. Absolutna cisza. Jest pięknie i prawdziwie.

img_1995-1280x768

hdr

dav

Schodząc z naszej polany, nieco zgłodnieliśmy, postanowiliśmy zaglądnąć więc do jednej z niewielu lokalnych knajpek i spróbować wreszcie kubdari. Jest to placek wypełniony mielonym mięsem, niekiedy przypomina chaczapuri. Bardzo smaczne i pożywne. Do tego obowiązkowo wino domowe – dzień w Gruzji bez wina, dniem straconym 🙂

12946993_10206489256645267_1970970321_o

Dalej, rozgrzani winem i ogniem z kominka, ruszyliśmy w drugą stronę Mestii, po drodze podchodząc oczywiście do wszystkich spotkanych psów.

img_2014-1280x768

Uliczkami biegają kury, spokojnie z nogi na nogę stąpają krowy, nikogo to zupełnie nie dziwi. Istna sielanka.

img_2019-1280x768

img_2024-1280x768

dav

img_2027-1280x768

Pod wieczór wróciliśmy do naszego domku, umawiając się z właścicielką, że chętnie zjemy przygotowaną przez nią kolację – 15 lari, stół uginał się od przysmaków lokalnej kuchni, wina i chachy. Wraz z nami na kolacji była jeszcze jedna para z Polski i przemiła Rosjanka, która przeprowadziła się do Gruzji i wraz z właścicielką prowadzi ten dom, w zamian za nocleg. Wieczór przeciągnął się do później nocy, kolejne butelki wina były opróżniane, jedzenie wprost niesamowite, lokalna muzyka i trzask drewna w kominku. Sielanka.

Jednak rano mieliśmy ruszać do Zugdidi, dalej zaś do Batumi, więc ostatecznie postanowiliśmy się położyć choć na kilka godzin naładować akumulatory przed tym, co czeka nas następnego dnia.

Punktualnie o 8 rano przyjechał po nas nasz kierowca ze swoją marszrutką. Śnieg sypał z całych sił, droga była nieziemsko oblodzona, opony wciąż kompletnie łyse. Może uda się dojechać w jednym kawałku do Zugdidi. O tym jednak już w następnym wpisie 🙂

dav

img_2053-1280x768

hdr

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s