Chiang Rai ( Tajlandia) i wjazd do Birmy (Tachileik)

Jeszcze w ten sam dzień, kiedy wróciliśmy od słoni, udało nam się wyjechać z Chiang Mai do Chiang Rai na północ, zbliżając się tym samym do granicy z Birmą. Za bilet autobusowy zapłaciliśmy jakieś 320 bahtów za dwa bilety, czyli jakieś 18zł od osoby. Podróż trwa mniej więcej 3-3,5h.

Dojechaliśmy pod wieczór, rzuciliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy w miasto poszukać lokalnych przysmaków. Idąc za odgłosami z mikrofonu, poprzez targ, na którym można kupić wszystko i nic, dotarliśmy do placu, na którym porozstawiane było całe mnóstwo stolików, przy których tubylcy spożywali kolację oglądając na żywo koncert lady-boy’a w krótkiej czerwonej spódniczce i baaaardzo wysokich obcasach. Pewnie zostalibyśmy tutaj zjeść między lokalnymi, ale lady-boy tak wył, że nie szło tego słuchać, więc oddaliliśmy się w ustronną uliczkę, zjedliśmy i wróciliśmy spacerem do hostelu. Dzień załadowany atrakcjami w każdej minucie dał nam się we znaki, a kolejny nie miał być lżejszy.

Z samego rana zostawiliśmy plecaki w hostelu, wypożyczyliśmy skuter (250bahtów na cały dzień-mocniejszy silnik, 200bh słabszy silnik) i ruszyliśmy najpierw w stronę słynnego White Temple. Położona poza miastem świątynia buddyjsko-hinduistyczna, nie ma zbyt wiele wspólnego z wielowiekową historią Tajlandii, jej budowa została rozpoczęta w 1997 roku i trwa do dziś, ale jest to jedna z głównych atrakcji okolic Chiang Rai.

Mimo, iż byliśmy tam naprawdę wcześnie, pod świątynią stały już tłumy ludzi, pielgrzymów, turystów. Może nie jest to coś, co porywa i rzuca na kolana – budynek dla jednych jest nowoczesny i piękny, dla innych bliżej mu do kiczu – o gustach się nie dyskutuje, jednak na pewno warto zobaczyć ze względu na to, iż świątynia znacząco różni się od tych, które kolejno odwiedza się w Tajlandii. Dla nas było to aż za cudne, za błyszczące, za bardzo rażące po oczach i totalnie brakuje tu umiaru, ale co kto lubi, nie będziemy tu wnikać. Zobaczyć warto. Wstęp płatny – 50 bahtów, dookoła ogrodzonej bramkami świątyni, standardowo, targowisko, ale to już nikogo nawet nie dziwi.

img_3930

 

img_3936

img_3935

img_3944

Prócz White Temple, mieliśmy jeszcze jeden cel, do którego realizacji był nam potrzebny skuter. Otóż nie tak daleko od Chiang Rai, w wiosce nazywanej przez lokalnych Long Neck Village, można zobaczyć rozsławione na całym świecie kobiety, które noszą na szyjach charakterystyczne metalowe obręcze, dzięki czemu ich szyje wyglądają na dłuższe i smuklejsze. Mowa tu o plemieniu Karenów, ich wioski można spotkać w Tajlandii m.in. w okolicach Chiang Rai i Chiang Rai, plemię to jednak pochodzi oryginalnie z Birmy.

Tak naprawdę do dziś nie znaleziono uzasadnienia dla noszenia przez kareńskie kobiety obręczy na szyjach. Jedna z legend głosi, że obręcze miały chronić przed atakiem tygrysów, które najpierw rzucały się na szyje. Inna legenda mówi, iż mężczyźni z plemienia Karenów nakazali nosić obręcze swoim małżonkom, by były mniej atrakcyjne i w ten sposób uchronić je przed wzrokiem innych mężczyzn. Legend można mnożyć i wymieniać, do dziś ciężko doszukać się w nich prawdy.

Co jednak ciekawe, naukowcy udowodnili, że tak naprawdę, kobiety z plemienia Karenów wcale nie mają dłuższych szyi od innych kobiet. Mimo, iż obręcze zakłada się dziewczynkom już od najmłodszych lat, z wiekiem dokładając kolejne, tak naprawdę długie szyje to efekt iluzji.

img_3968

img_3966

img_3970

img_3981

Za wstęp do Long Neck Village należy zapłacić- 300bahtów od osoby. Tak naprawdę jest to zamknięty teren, w którym żyje kilka różnych plemion w maleńkich wioskach, po których chodzi się od jednej do drugiej. Oczywiście i tak każdy czeka na ostatnią wioskę, w której żyją przez wielu nazywane „żyrafami” kobiety z plemienia Karenów.  PS. Naprawdę warto wybrać się tu samemu na wypożyczonym skuterze – zorganizowane wycieczki kosztują od 1000 do 1200 bahtów + dodatkowo trzeba zapłacić we własnym zakresie wstęp do wioski (300bahtów), podczas gdy wynajęcie skutera na cały dzień to 200-250 bahtów + 300bh za wstęp. Kalkulacja jest prosta. A z tłumem przepychających się uczestników wycieczek nie jest tak przyjemnie.

img_3958

img_3952

Przy okazji, wracając do Chiang Rai z Long Neck Village, przejeżdża się wzdłuż pól uprawnych ananasa, przy drodze stoi całe mnóstwo kobiet sprzedających NIESAMOWITE ananasy, de facto prosto z krzaczka. 20 bahtów, a smak absolutnie niepowtarzalny – polecamy zatrzymać się przy drodze i skosztować.

Zanim oddaliśmy skuter, zaglądnęliśmy jeszcze do Wat Phra Kaew, najważniejszej świątyni buddyjskiej w Chiang Rai i Wat Chet Yot

img_3984

img_3986

img_3987

Po 4h oddaliśmy skuter i pobiegliśmy do hostelu odebrać plecaki. Jeszcze rano, zanim wyjechaliśmy poza miasto, skoczyliśmy na dworzec, upewnić się, że autobusy do granicy z Birmą jeżdżą rzeczywiście na tyle często, że uda nam się wyruszyć w okolicach południa.

Zabraliśmy plecaki i pędem w stronę dworca. Oczywiście na dworcu nikt nie mówił po angielsku, ale od busa do busa, udało się znaleźć odpowiedni. Choć busy do granicy z Birmą odjeżdżają co godzinę, co do zasady o każdej równej godzinie, warto być wcześniej. Ilość miejsc ograniczona, więc jeśli bus się zapełni przed pełną – wyjeżdża wcześniej i kolejnego nie podstawiają. Dojazd busem do granicy Mae Sai to koszt 60 bahtów od osoby. De Facto dojeżdża się na parking w Mae Sai, z którego trzeba podjechać jeszcze czymś w rodzaju sporego, ciężarowego tuk tuka (nazywany  Red car) za 15 bahtów centralnie do granicy. Dalej już pieszo – kolejka dla lokalnych – gigantyczna, dla obcokrajowców – bez kolejki. Oddajemy wypełniony w Tajlandii dokument wyjazdu z kraju, pieczątka i ruszamy ku stronie birmańskiej.

img_20170121_133209

Tu dwóch uprzejmych urzędników zaprasza nas do pokoju, daje dokumenty do wypełnienia, prosi o wizy, robi nam zdjęcia. Pamiętać należy, by mieć w głowie nazwę jakiegokolwiek hotelu/hostelu w mieście, do którego się kierujecie – nikt tego potem nie sprawdza, ale wpisać trzeba, żeby wiedzieli, że nie jedziecie całkiem w ciemno. Oddają paszport, wbijają pieczątkę, witamy w Birmie!

W ten sposób docieramy do miejscowości Tachileik po stronie birmańskiej – udało się! Od razu atakuje nas zgraja taksówkarzy oferujących wycieczki po okolicach, podwózkę na lotnisko, co tylko nie chcesz. Tu jeszcze można płacić w bahtach, lokalna waluta nie jest wymagana. My jednak najpierw idziemy coś zjeść, wiedząc, że jeszcze długo nie dotrzemy do miejsca naszego noclegu, gdzie będziemy mogli się rozsiąść i napełnić brzuchy, poza tym nie do końca wiemy, czego się spodziewać i kiedy w ogóle uda się dotrzeć na miejsce. Toteż czas coś przekąsić!

img_20170121_135959

img_3988

img_4011

Ps. Przy okazji – nie dajcie się naciągnąć taksówkarzom i kierowcom tuż za granicą – oferują wycieczki w cenach, które są wyciągnięte z kosmosu, ale wiadomo, starają się wyciągnąć jak najwięcej, gdy widzą białasa – nic dziwnego w Azji. My ostatecznie wytargowaliśmy cenę 200 bahtów za dojazd do świątyni Shwedagon w Tachileik i później podwózkę na lokalne lotnisko, które co by nie było, jest nieco oddalone od centrum. Nasz tuk tuk ledwo jechał, ale jakoś się udało 🙂

Od razu rzuciły nam się w oczy piękne dzieciaki biegające dookoła złotej pagody – pełen makijaż, uśmiechy na twarzach. Podszedł do nas mnich z pytaniem, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie – no pewnie!

img_4000

img_3993

Zabawne – od razu wyciągnął swojego smartphone’a i poprosił o kontakt do facebook’a, żeby wymienić się zdjęciami. Pamiętajmy też, że niemal wszyscy mnisi buddyjscy w Azji władają świetnym angielskim, więc można z nimi się swobodnie porozumieć, podejść i zapytać w razie problemu lub po prostu porozmawiać – są zawsze bardzo przyjaźni i chętnie ucinają sobie pogawędkę z obcokrajowcami, traktując to jako trening swoich umiejętności językowych i nauka o życiu w innej części naszego globu.

Dalej pojechaliśmy już na lotnisko. Nie spodziewaliśmy wiele po tym lotnisku, jednak, jak już wcześniej wspominaliśmy, nie mieliśmy za bardzo wyjścia w związku z tym, że władze zamknęły drogę z granicy na południe dla ruchu turystów. Jedyną opcją był samolot.

img_3991

Wysiadamy z tuk tuka, od razu witają nas pracownicy, wiedząc od razu kim jesteśmy. Odhaczają na liście, że dotarliśmy. Lotnisko – jedno piętro, przed wejściem bose dzieciaki ganiają za piłką, zero policji, zero celników, istna sielanka. Wchodzimy na halę „przylotów/odlotów”(?).

img_4017

Podchodzi do nas chłopaczek w fioletowej koszulce linii lotniczych, którymi mamy lecieć, bo my potrzebujemy czasu, żeby ogarnąć, co tu się dzieje i co w ogóle mamy robić. Wynoszą gdzieś nasze plecaki, dostajemy bilety z ręcznie wypisanymi imieniem i nazwiskiem, każą iść do okienka imigracyjnego. Siedzi tam dwóch panów, pokazują na paszporty, otwierają zeszyty – wpisują nasze dane- imię: karolina, nazwisko: anna, urodzona: 4.01.1990. Mamo, jak się rozbiję, na podstawie tych danych mnie nie zidentyfikujesz! 🙂  Ogólnie wzbudzamy wielkie zainteresowanie wszystkich na lotnisku, ale już tutaj da się odczuć niesamowitą aurę bijącą od Birmańczyków, ale o tym będziemy jeszcze dokładniej pisać przy okazji wpisów na temat Birmy. Nagle każą iść – no ok, idziemy. Stajemy na podeście, pan nas maca czy nie przewozimy bomby, ot, cała kontrola celna i osobista. Wchodzimy do „hali odlotów”(?). Samolot przyleciał, szybka akcja, maszerujemy po mikro płycie

16244565_1649457778404112_2032318908_o

…wsiadamy, nie ma na bilecie numerów miejsc – gdzie mamy siadać? Słyszymy – gdziekolwiek. Ooook. W zasadzie i tak jesteśmy jednymi z może 14 pasażerów. Godzinny lot, lądujemy w ciemności w Hehu, jakieś 20km od Inle Lake, gdzie się wybieraliśmy. Wysiadamy z samolotu, wchodzimy do ciemnej i pustej hali przylotów, biegają za nami kolesie z latarkami, jeden podchodzi i przynosi nam plecaki. Nie ma prądu, nie ma światła, nie ma żywej duszy prócz tych z latarkami, co świecą nam drogę. Ot, zaczynamy więc przygodę!

Wychodzimy z lotniska, atakuje nas zgraja taksówkarzy – cena 23 dolary. Za  20km drogi trzeba przyznać – spooooro. Próbujemy się targować, wiedząc, że i tak nie mamy totalnie żadnej innej opcji – jesteśmy w czarnej dziurze, gdzie jedynym naszym towarzystwem są taksówkarze i szczere pole, ciemność, brak komunikacji dookoła. Zgodzili się na 20dolarów, niżej nie zejdą, nie ma dalszej dyskusji. No dobra, serce boli, ale trzeba się jakoś dostać. Jedziemy przez totalną ciemnię, nie mijając po drodze ani jednej latarni, żywej duszy. Dojeżdżamy w końcu do budki, gdzie trzeba zapłacić za wjazd na teren Inle Lake – 10 dolarów od osoby.  Płacimy, bez tego obcokrajowcy nie mają wstępu (Birmańczycy za darmo), jedziemy dalej. Oczywiście jedziemy w ciemno, bo nie rezerwowaliśmy nic, nie będąc pewnymi, czy uda się tego dnia dotrzeć do Inle Lake. Dojeżdżamy do Nyaungshwe, miejscowości tuz nad jeziorem Inle. Standardowe pytanie – jaki hotel? Nie wiemy, ale kierowca i tak tego nie rozumie. Ostatecznie rzucamy  byle jaką nazwę z Lonely Planet, podwozi nas – nie ma miejsc. W motelu naprzeciw – nie ma miejsc. Dopiero w trzecim z kolei znalazł się pokoik – 20 dolarów za pokój z łazienką, ciepłą wodą i śniadaniem. No ok, bierzemy, o tej porze i tak pewnie nic już nie znajdziemy.

Tak dotarliśmy nad jezioro Inle w Birmie, o tym jednak, co dalej, będzie kolejny wpis. Mając bardzo słaby internet w Birmie, nasze możliwości są chwilowo ograniczone i jesteśmy na blogu kilka dni w plecy, obiecujemy jednak, że jak tylko złapiemy znowu niezłe połączenie – od razu pojawi się kolejny wpis. Tymczasem mamy już za sobą kilka dni w Birmie i pozdrawiamy z Mandalaj!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s