Koh Samui, Koh Tao!

Następnego dnia, jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i w drogę na postój busów, skąd mieli nas odebrać. Godzinne opóźnienie, no trudno, ale w końcu przyjechali. Bus pełny, jedziemy ściśnięci jak sardynki, ale w busie sami obcokrajowcy, który jadą przekonani, że bez trudu wszyscy przekroczymy granicę z Tajlandią. Tak bardzo się wszyscy myliliśmy.

Ok 8 rano dojeżdżamy na granicę, najpierw stempelek, że wyjeżdżamy z Malezji, bez problemu. Bus nas zostawia przed tajskimi okienkami i przekracza granicę, a my stajemy w kolejce po pieczątkę wjazdową. Celnicy co jakiś czas wychodzą ze swoich stanowisk, nikt za wiele nie wie, co się dookoła dzieje, frustracja narasta. My, wiedząc, jak dotąd bez problemu przekraczaliśmy granicę z Tajlandią, grzecznie i ze spokojem stoimy czekając na naszą kolej. Karolina dochodzi do kolejki….celniczka nie wbija pieczątki, odsyła do urzędu imigracyjnego. Ok, ale gdzie mam iść i po co, bo nawet nie wiem, co im powiedzieć? Celniczka krzyczy, że mam iść. Tak więc Karolina idzie, w urzędzie niespecjalnie ktokolwiek zwraca na nią uwagę, podchodzi więc do biurka, gdzie siedzi dość sympatycznie wyglądająca Tajka, która zaskoczona, że nikt nie dał mi pieczątki odsyła znów do okienka, mówiąc, że ma iść po pieczątkę i wjeżdżać. Karolina wraca do kolejki, wpycha się przed resztę wściekłych oczekujących po to, by zostać zbesztaną z góry na dół za to, że wróciła. Celniczka każe nam obojgu wracać do urzędu imigracyjnego do tajemniczego „bossa”, kimkolwiek szef jest. Idziemy więc do urzędu, pytamy o szefa, podchodzi do nas wrogo nastawiona celniczka i zaczyna krzyczeć, że nie mamy pieniędzy, że albo pokażemy, że mamy albo wracamy do Malezji, że wszystko jest „up to you!!!!!!!your choice, it’s up to you!!!”. Wściekła Karolina podniesionym głosem mówi, że jesteśmy z Europy i u nas takich zasad nie ma, że mamy pokazywać pieniądze, więc niech nam do cholery wytłumaczy, ile mamy pokazać i komu. Celniczka znowu „up to you, up to you!!!!” i każe pokazać 10000bahtów, co daje mniej więcej 278dolarów. Pytamy, czy możemy w dolarach pokazać, kobieta mówi, że obojętne w jakiej walucie. Piotrek idzie do busa, gdzie zostawiliśmy w gotówce 300dolarów, pokazać jednak mamy, że posiadamy tyle na osobę, a co się oszukiwać – nie posiadamy tyle w gotówce, bo po cholerę nam na ostatnie kilka dni w Tajlandii tyle pieniędzy, w razie czego możemy wypłacić z bankomatu, ale nie chcemy tego robić na granicy, bo raczej tyle nie wydamy przez najbliższych kilka dni. Piotrek daje więc pieniądze Karolinie, a sam idzie do innego okienka, gdzie usłyszał od jednego z naszych kompanów z busa, że po kilku próbach tam dostał pieczątkę. Karolina idzie do urzędu imigracyjnego, podchodzi wspominany boss, który na widok dolarów krzyczy, że ma pokazać gotówkę w bahtach, a nie dolarach. Karolina na to, że usłyszała wcześniej, że może być w dolarach i jakie to ma znaczenie w jakiej walucie, skoro ma pieniądze w gotówce. Boss odsyła do kantoru. Nie! Nie będziemy wymieniać pieniędzy w kantorze na granicy, niech się walą!

Piotrek dostaje pieczątkę w innym okienku, stojąc za całą masą Malajów, którzy każdy kolejno wsadzali do paszportu łapówki. Piotrek nie wsadził nic, ale dostał pieczątkę, a potem celnik rzucił mu paszportem niemal w twarz, widząc, że nie ma w środku pieniędzy. Karolina za to spotyka obywateli Rumunii, od których żąda się łapówki za wjazd do Tajlandii. Potem spotyka włoską parę, która z nami jechała, a od których żąda się wpłaty 40000bahtów, co daje nam 4629.85zł za wjazd przez granicę. Mimo kłótni i negocjacji, Włocha nie wpuszczają, musi wrócić do Malezji, bo nie chce tyle płacić, wcale się nie dziwimy. Karolina zaś idzie z misją ostatniej szansy do okienka, gdzie Piotrkowi udało się uzyskać pieczątkę. Cały bus czeka już tylko na nas. Dochodzi do okienka, celnik przegląda paszport, chwyta za krótkofalówkę. Cholera! Znowu nic z tego. Każe iść ze sobą do urzędu imigracyjnego. No to po Ptokach, znowu jej nie wpuszczą. Docieramy do kobiety, u której była na samym początku, gdy kazała iść po pieczątkę. Kobieta łapie Karolinę za rękę i prowadzi do celnika, który odesłał, każe wbić jej pieczątkę i wpuścić. Celnik obrażony kiwa głową. Kobieta wraca do siebie, Karolina czeka. Celnik pyta, dokąd jedzie i gdzie będzie mieszkać. A Karolina na papierach imigracyjnych wpisała pierwszy lepszy hostel z przewodnika, nie wiedząc, gdzie dotrzemy i gdzie nam się spodoba, nie mieliśmy więc żadnej rezerwacji. Celnik chwyta za telefon – no to koniec, będzie dzwonił do hostelu, zorientuje się, że ściemnialiśmy i nie wpuści nas…Ostatecznie chyba ma nas już dość, wbija obrażony pieczątkę i oddaje paszport. Uffff po niemal 3h spędzonych na granicy wreszcie możemy wjechać do Tajlandii!

Jedziemy do Hat Yai, gdzie mamy przesiąść się na busa do Krabi, skąd jest blisko na wyspy np. Koh Phi Phi, Koh Lanta . Taki był plan. Dojeżdżamy na miejsce i wpada nam do głowy pomysł, że kurcze, może byśmy jednak popłynęli na Koh Samui, po drugiej stronie lądu i potem mielibyśmy bliżej do Bangkoku? Z resztą w Kuala Lumpur wiele osób polecało nam Koh Samui. Pytamy gościa, ile kosztowałoby przebookowanie biletów – 20bahtów (2,3zł), bus może przyjechać po nas za 30min. Ok, bierzemy! Niedługo siedzimy już w busie do Surat Thani. Docieramy na miejsce ok. 17, kierowca odwozi nas na dworzec, gdzie są biura turystyczne sprzedające bilety na promy na wyspy Koh Samui, Koh Phangan, Koh Tao. Najbliżej nas jest Koh Samui, z drugiej strony Koh Phangan jest ponoć też ciekawa, no i tamtejsze Full Moon Party, a Koh Tao, choć najdalej, ale raj dla nurków….Rozważamy za i przeciw, kupujemy za 400 Bathow bilet na busa + prom na Koh Samui. Szybko rezerwujemy bungalowy przy plaży na Koh Samui w miejscowości Lamai, pod wieczór docieramy na ląd Koh Samui. Na wstępie zaczepiają nas lokalni naciągacze-taksówkarze, którzy chcą od nas 800bahtów za podwiezienie do Lamai. Pfffffffffffff po naszym trupie. W końcu udaje się załapać na dużo tańszego busa, docieramy do naszych bungalowów. I do plaży mamy TAK daleko z naszego bungalowu

16804909_10208888365421487_906438535_o

Oglądamy plażę, ale najpierw pasuje coś zjeść. Ruszamy więc w miasto. Najpierw znaleźliśmy naszą małą przystań z przemiłymi Tajkami, których uśmiech zarażał, a do których od razu wróciliśmy rano po śniadanie. Kupujemy shake’a z ananasa, dają nam spróbować pomelo – nigdy nie jedliśmy takiego pomelo! Bierzemy więc kubełek – pomelo, ananas, papaja. Zapłaciliśmy przysłowiowe grosze, a była to kolacja mistrzów!

16804735_10208888406382511_776218677_o

16735615_10208888364621467_1498041778_o

Idziemy w drugą stronę miasta i szczerze, coraz mniej nam się podoba. Naszym oczom ukazują się kolejni podstarzali Niemcy i Francuzi, którzy przyjechali tu tylko w jednym celu, nie musimy chyba nikomu mówić, w jakim. Siedzą w kolejnych pubach z młodziutkimi Tajkami, które zachwyca zawartość ich portfela. Mijamy kolejne salony masażu i tutaj nam się wydaje, że te salony masażu są ściśle powiązane z innymi usługami, o czym świadczą stroje, makijaż i pozy dziewcząt. Coraz mniej nam się tu podoba. Kupujemy piwo i wracamy na plażę naszego lokum. Nie chcemy patrzeć na tych zdesperowanych dziadków śliniących się do lokalnych panienek. Zastanawiamy się, czy aby na pewno wybraliśmy odpowiednią wyspę?

Rano wstajemy i od razu idziemy na plażę, zobaczyć, co nas tu czeka. I ku naszemu zaskoczeniu, na kolana nie powala i to nie jest to, czego się spodziewaliśmy. Pewnie nie sprzyja temu pogoda i zachmurzone niebo, jednak wrażenia z poprzedniego wieczoru są, jakie są. Promy na Koh Phangan i Koh Tao są tylko 2x dziennie – o 11 rano i o 14:30. Więc albo płyniemy tak naprawdę za chwilę, albo pół dnia siedzimy tutaj i żałujemy, że tracimy tu czas. Krótki spacer plażą…

img_5477

img_5470

img_5480

…I podejmujemy decyzję, że zabieramy plecaki i płyniemy o 11 na Koh Tao, najmniejszą z wysp po tej stronie wybrzeża. Idziemy na recepcję, gdzie mają wielką tabliczkę, że sprzedają bilety na prom. Niestety szanowna recepcja informuje nas, że na dziś już jest za późno, bo trzeba dzień wcześniej kupować bilety. COOOOO?! Pfffff nie zostaniemy tu ani dnia dłużej. Zabieramy plecaki i idziemy naszą ulicą szukać biura. Wchodzimy do jednego, który jest tuż obok naszego straganu z owocami, miła pani wypisuje nam bilet, ustalamy cenę – 550bahtów. Pyta, czy jutro (jest już 10rano). NIE! Chcemy na dziś, na zaraz. Kobieta robi wielkie oczy, woła swojego męża, ten też robi wielkie oczy – jak to na dziś, na 11?! Normalnie. Gość mówi, ok, już Wam podstawiam auto, mój kolega zawiezie Was czym prędzej do portu na prom, zdążycie. Da się? Da się.

16776287_10208888367661543_1167582554_o

Ruszamy w drogę, kierowca nie wygląda na takiego, któremu się spieszy, ale docieramy przed czasem, wymieniamy bilety na wstęp na prom, dołączamy do ludzi czekających na prom i tak naprawdę jeszcze przez godzinę siedzieliśmy w porcie czekając na prom. Na szczęście otoczenie było całkiem przyjemne, choć od czasu do czasu z nieba padał deszcz.

16732018_10208888368661568_921385758_o

Wsiadamy na prom, drzemka, po 1,5h jesteśmy na Koh Tao. Od razu nam się podoba, jest o niebo lepiej niż na Koh Samui, dużo backpackersów, wszędzie centra dla płetwonurków, małe knajpki, stragany uliczne, a i wybrzeże wygląda zupełnie inaczej. Wsiadamy na pakę samochodu, który podwozi nas do naszego hostelu. Dostajemy pokój przy plaży, rzucamy rzeczy, sprawdzamy plażę przy naszym hostelu…:

img_5529

Przyjemnie. Miasteczko też baaardzo fajne, ogólnie klimat wyspy bardzo nam się podoba. Najpierw jednak kilka spraw do ogarnięcia – 1. Jak się dostać 5.02 do Bangkoku, 2. Fajnie by było się wybrać na jakiegoś tripa dookoła wyspy, połączonego ze snorkellingiem. Obchodzimy kilka lokalnych biur, widać, że wszędzie oferują dokładnie to samo. Decydujemy się na nocną wyprawę promem do miejscowości Chumphon, skąd bus (jest też opcja z autobusem, ten jednak jedzie 1,5h dłużej niż bus) zabierze nas do Bangkoku. Zapłaciliśmy 1050 Bathow od glowy, o 20 następnego dnia mamy być w biurze, skąd taxi zawiezie nas do portu. 1sze ogarnięte, czas na 2gie – w innym biurze za 550bahtów od osoby kupujemy wycieczkę dookoła wyspy, w cenę której wchodzi sprzęt do snorkellingu, lunch, łódka, kilka miejsc dookoła wyspy zakończona 2h przystanią na pobliskiej wysepce, która później okazała się rajem na ziemi – kupione, wyjeżdżamy o 8 rano następnego dnia. Zjedliśmy, przespacerowaliśmy się wzdłuż wyspy…

img_5696

img_5506

img_5504

16804710_10208888379781846_2044834322_o

…i wracaliśmy plażą, gdy słońce powoli chowało się za horyzont.

img_5512

img_5518

img_5523

Na wieczór, jako że odkryliśmy całe mnóstwo genialnych knajpek na plaży, gdzie na piasku rozkładane są maty z leżaczkami, stoliczkami, zaplanowaliśmy wizytę właśnie w jednym z takich miejsc. Tak naprawdę był to de facto pierwszy wieczór, odkąd przyjechaliśmy do Azji, gdy nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, nie musieliśmy wcześnie rano wstawać, ani nie zaplanowaliśmy jakiegoś grubszego zwiedzania – tylko chill i święty spokój. Zamówiliśmy pierwsze drinki:

16763659_10208888384141955_1011626941_o

I spontanicznie doszliśmy do wniosku, że czemu by nie spróbować tajskiego masażu całego ciała właśnie tutaj, w rytmie szumiących fal, na tarasie jednego z wielu salonów masażu ulokowanych na plaży??? Tak wylądowaliśmy na łóżkach na tarasie, na wprost nas morze, dookoła nas zapach kadzideł i olejków i przez godzinę masowano nam wszystkie części ciała, a my odpływaliśmy. Piotrek – tradycyjny thai massage – dużo mocniejszy, Karolina – Oil massage. 300bahtów za osobę za godzinę masażu, czyli 34zł – aż głupio tyle płacić za coś takiego!

16735455_1674158885934001_1833530289_o

16776775_1674158932600663_495959039_o

Po masażu zaś natknęliśmy się na stragan alkoholowy, gdzie za grosze sprzedawali drinki w wiaderkach – nasza pierwsza przygoda z wiaderkami, w Bangkoku te wiaderka nas zgubią 🙂

16776202_1674158875934002_2016354650_o

16735300_10208888385341985_1657222276_o

Sącząc drinki spacerujemy plażą, aż tuż przy naszym hostelu wpadamy na imprezę na plaży, ognista skakanka, przechodzenie pod ogniem, dj na plaży, wszyscy tańczą, bawią się, atmosfera iście hippisowska, dołączamy! Nie omieszkaliśmy dołączyć do ognistych zabaw, tu Piotrek:

16732014_10208888385581991_759485220_o

16777019_10208888840633367_1775078046_o

Rano z hostelu odbiera nas kierowca, zawozi do portu, gdzie nasza grupa zbiera się na wyprawę dookoła wyspy. Dobieramy sprzęt do snorkellingu, wsiadamy na stateczek. Co jakiś czas zatrzymujemy się, wskakujemy do wody poobserwować koralowce, kolorowe rybki, popływać w krystalicznej wodzie. Na statku świeże ananasy, arbuzy, lunch, słońce grzeje niesamowicie. Nie ma sensu się nadto rozpisywać, tu zdjęcia, choć nie oddają kolorów, ale same opiszą wycieczkę:

img_5609

img_5599

img_5581

img_5572

img_5567

img_5565

img_5556

Aż docieramy na plażę….., która jest de facto maleńką wyspą – rezerwatem przyrody, gdzie mamy 2h aż odpłyniemy i wrócimy na Koh Tao. Raj na ziemi. Plaża pokryta jest drobniutkim piaseczkiem i kawałeczkami koralowców, tuż przy brzegu pływają kolorowe rybki, są koralowce, a woda jest w takim kolorze, że głowa mała. Dwie malutkie wysepki połączone są piaszczystą mierzeją, która w zależności od przypływu/odpływu jest przykryta wodą lub też nie. Co nie zmienia faktu, że można nią swobodnie spacerować.

img_5676

img_5674

img_5672

img_5651

img_5643

img_5636

img_5625

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

O 17 docieramy na Koh tao. Recepcja daje nam klucze do jednego z bungalowów, gdzie możemy się wykąpać po całym dniu morskich kąpieli. Idziemy zjeść i podziwiamy kolejny zachód przy piwku na Koh Tao. Ta wyspa to raj na ziemi! Kiedyś tu wrócimy zrobić kurs nurkowania i zdobyć certyfikat PADI, o czym marzymy już od dawna. Kursy są tu naprawdę tanie, a warunki do nurkowania genialne!

O 20 wsiadamy w taksówkę z naszego biura i jedziemy do portu. Meldujemy się na promie, zostawiamy plecaki i idziemy jeszcze coś przekąsić i posiedzieć sobie na plaży, mamy wrócić za 1,5h, wtedy będzie można wejść na pokład.

img_5700

img_5703

Bardzo intryguje nas sypialniany prom, zdjęć nigdzie nie widzieliśmy, ale tak nas poinformowano w biurze. Spodziewaliśmy się raczej zwykłych foteli, jak to na statkach.

Wracamy na pokład, mamy zostawić plecaki pod schodami, ściągnąć buty (standard, w każdym hostelu także chodziliśmy boso, trzeba przyznać, że nigdzie nie można było się przyczepić do czystości i nie mieliśmy żadnych obiekcji co do chodzenia boso). Pokazujemy bilety, na których mamy numery łóżek i naszym oczom ukazuje się ogromna hala, na której mieści się 88 łóżek – największy dorm, a w jakim przyszło nam spać.

16735337_10208888394782221_1366972531_o

Wszystko czyściutkie, grube koce, czysta pościel, klimatyzacja. Karolina będąc pewną, że ciężko będzie zasnąć, odpaliła komputer i zabrała się za pisanie bloga, po 10minutach już spała jak dziecko. Nawet nie wiemy, kiedy minęło 7h i dopłynęliśmy na brzeg, skąd bus odbierał nas do Bangkoku. O tym jednak kolejny wpis 🙂

My zaś wróciliśmy do polskiej, lodowatej rzeczywistości, do której baaaaaaaardzo ciężko nam się ponownie przyzwyczaić.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s