Jerozolima i Tel Aviv w drodze do Polski!

Jak zwykle okazuje się, że dużo łatwiej jest zasiąść do pisania po całym dniu zwiedzania, podróży, noszenia plecaków niż po powrocie do Polski. Stąd ponownie opóźnienie na blogu, ale czas nadrobić zaległości, nim zaczniemy tu pisać znacznie więcej, a taki pojawił się plan, ale to później 🙂 Najpierw trzeba było cofnąć się do poprzedniego wpisu i przypomnieć sobie, na czym to skończyliśmy.

A skończyliśmy na nocy na lotnisku w Tel avivie. Przebiegła całkiem spokojnie jak na lotniskowe warunki aż nadto spokojnie, ale jesteśmy w końcu w Izraelu. Po wylądowaniu dawno nikt nas tak nie przetrzepał, owszem, wiadomo, że w Izraelu na granicach i w portach lotniczych zadają zawsze milion dziwnych, czasem niewygodnych pytań, ale tym razem na naszą niekorzyść działały świeżutkie pieczątki z muzułmańskiej Malezji, toteż wokół Malezji się służby skupiły, wypytując, gdzie spaliśmy, czy jesteśmy razem, ile lat, czy mieszkamy razem, co robiliśmy w Malezji, po co tam byliśmy, z kim się spotykaliśmy, co stamtąd wieziemy, czy dostaliśmy jakieś prezenty, gdzie nocowaliśmy itd., a potem nasze plecaki kazali nam wrzucić do windy i powędrowały na dokładne przetrzepanie, bo przecież nikt nie może tak zwyczajnie być najpierw w Malezji,a potem nagle w Izraelu i nie mieć na celu zamachu 🙂

W każdym razie rano wsiedliśmy w pociąg z lotniska do centrum Tel Avivu, wysiedliśmy na dworcu i powędrowaliśmy w stronę naszego hostelu, kontaktując się z nim kilka dni wcześniej, że zaglądniemy rzucić bagaże (w Izraelu hostele raczej nie mają 24h czynnej recepcji). Wzięliśmy prysznic, zjedliśmy śniadanie, rzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy z pobliskiego dworca autobusem ku Jerozolimie, raz jeszcze zachwycić się tym niesamowitym miejscem. Nawet jeśli nie jesteś zagorzałym katolikiem, wyznawcą islamu czy Żydem, to miejsce robi piorunujące wrażenie za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżasz i tego nie da się nie doświadczyć.

Jako że poprzednim razem nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by odwiedzić muzeum Yad Vashem – muzeum holocaustu narodu żydowskiego. Dla ciekawskich – wstęp darmowy, muzeum bardzo ciekawe, odczucia podobne jak podczas wizyty w Auschwitz, natomiast to, co bardzo radzi to młodzi obywatele Izraela, którzy obowiązkowo ze szkołami muszą odwiedzać muzeum, podczas gdy zainteresowanie ich własnym narodem jest tak wielkie, że w muzeum grają na telefonach, kładą się na kanapach, co wywołuje ogromny niesmak. Cóż, warto do dziś wykorzystywać swoją historię i nią się zasłaniać w kryzysowych sytuacjach i stosunkach międzynarodowych, zaś na miejscu widać, jakie rzeczywiste mają podejście do swojej historii.

W części muzeum, gdzie są wystawy, nie wolno robić zdjęć, toteż wrzucamy tylko z ogrodów okalających muzeum, gdzie znajdują się m.in. tablice upamiętniające sprawiedliwych wśród narodów, gdzie największa ilość tablic poświęcona jest Polakom. Ogród i muzeum znajduje się na wzgórzu z pięknym widokiem na pagórki porośnięte drzewkami oliwkowymi.

IMG_5713

IMG_5723

IMG_5728

IMG_5738

IMG_5740IMG_5733

Dalej zaś spacer poszczególnymi dzielnicami starej Jerozolimy – muzułmańskiej, słynącej z doskonałych, najtańszych falafeli i sporego nieporządku, katolickiej – czystej i pełnej pielgrzymów, żydowskiej – sterylnej jak żadne inne miejsce w Izraelu, pełnej ortodoksów nieufnie patrzących na turystów i ormiańskiej z piękną ormiańską świątynią. Pamiętajmy, że stare miasto w Jerozolimie to jedno wielkie targowisko, kwitnące kolorami od samego rana aż do zajścia słońca za horyzont. Dodać trzeba, że Izrael, szczególnie zaś Jerozolima, słyną z gigantycznych cen, także na ulicznych straganach, najtaniej można kupić towary w dzielnicy muzułmańskiej, możecie wierzyć, że w każdej dzielnicy są dokładnie takie same pamiątki i lokalne wyroby.

17916465_10209385004517154_824113045_o

IMG_5764

IMG_5752

IMG_5773

IMG_5756

Docieramy do słynnej Ściany Płaczu. Po drodze musieliśmy sobie zrobić zdjęcie w dokładnie tym samym miejscu, w którym robiliśmy poprzednio, gdy ponad 40stopniowy upał nie dawał nam żyć 🙂

IMG_5792

Mężczyźni obowiązkowo w mycce, każdy, kto nie ma własnej, dostanie ją przy wejściu, kobiety nie mogą wejść do części przeznaczonej dla mężczyzn, dla nich jest wąska część po prawej stronie. O tym z resztą pisaliśmy przy okazji naszej poprzedniej wyprawy do Izraela, więc nie będziemy powielać treści. Co by jednak nie było, Ściana Płaczu i górujący nad nią meczet na skale, robią wrażenie niesamowite. Pamiętajmy, by przed rozplanowaniem swojego zwiedzania Jerozolimy, sprawdzić dokładnie aktualne godziny wstępu dla turystów na meczet na skale, nie jest on otwarty dla nie-muzułmanów cały dzień!

IMG_5796

IMG_5802

IMG_5815

Dzielnica żydowska wyróżnia się niezwykłą sterylnością i olbrzymią ilością ortodoksyjnych, wielodzietnych rodzin żydowskich, zawsze patrzących na turystów z nieufnością, zaś na roznegliżowane kobiety z ogromną niechęcią.

IMG_5821

17916450_10209385017557480_1790020433_o

IMG_5825

IMG_5830

Będąc w Jerozolimie, bez względu na wyznanie, nie można nie wejść choć na chwilę do Bazyliki Grobu Pańskiego, jednej z najbardziej piorunujących świątyń ze względu na swój układ pozwalający na zgubienie się w zakamarkach bazyliki. Tym razem grób był w remoncie, stąd zdjęć wiele nie zamieszczamy. Ale nie da się odmówić wyjątkowej atmosfery temu miejscu.

17916692_10209385009717284_1128151884_o

17902650_10209385013677383_1528547298_o

IMG_5782

IMG_5835

IMG_5840

Po zajściu słońca stare miasto zamiera, stąd też wsiedliśmy w autobus i ruszyliśmy do Tel Avivu. Nasz hostel znajdował się zaledwie kilka minut pieszo o dzielnicy Old Jaffa, postanowiliśmy więc zaglądnąć jeszcze tam na spacer, pamiętając z poprzedniej wizyty, jak miła to okolica. O tej porze roku w Tel Avivie nie było zbyt wielu turystów, Old Jaffę nocą obeszliśmy jako jedyni, nie spotykając na swej drodze żywej duszy. Za dnia tętniąca życiem, pełna kolorowych galerii sztuki, małych kafejek, dzieciaków biegających po głównym placu, w nocy tajemnicza, cicha, spokojna, z pięknym widokiem na oświetloną nowoczesną część Tel Avivu.

IMG_5868

IMG_5866

17916514_10209385052678358_559373082_o

17916830_10209385054998416_1551466563_o

Od Old Jaffy odchodzi promenada zaczynająca się w starym, historycznym porcie, ciągnąca się zaś wzdłuż wybrzeża przez kilka kilometrów. Obecnie plaże miejskie są przebudowywane, tworzą się nowe altany, stanowiska gastronomiczne, przebieralnie. Świetne miejsce na spacer.

Następnego dnia wymeldowaliśmy się z hostelu…

IMG_20170208_153131

…zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na kilka godzin w miasto, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu. Najpierw ruszyliśmy na targ, który pamiętaliśmy z poprzedniej wizyty jako najbardziej chyba kolorowe miejsce w tym mieście, i tym razem się nie zawiedliśmy. Owoce, warzywa, hałwy, sery, lokalne wyroby cukiernicze, wyroby z błota z morza czarnego. Myślcie, co chcecie, my strasznie lubimy takie miejsca, bo to tutaj można zobaczyć prawdziwe oblicze danego miejsca, lokalne bogactwa i specjały, zobaczyć mnóstwo tubylców w swoim żywiole i najcenniejsze produkty.

IMG_5891

IMG_5890

IMG_5888

IMG_5881

Dalej zaś postanowiliśmy na spokojnie poleżeć sobie na plaży, przy piwku, delektując się ostatnimi godzinami słońca przed powrotem do krakowskiego smogu. Co tu dużo mówić, niebieskie niebo i widoczne na niebie słońce dla każdego, kto mieszka w Krakowie to jest COŚ, więc nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności, otrzymując niemal każdego dnia wiadomości ze zdjęciami z Krakowa, w którym nie widać było nic (były to dni, kiedy smog naprawdę dawał się Krakusom we znaki). Przy okazji, to niesamowite jak w stolicy kraju, miejscu, które tak szybko się rozwija i pnie do góry pod każdym względem, jak mimo wszystko jest tu sterylnie i czysto, o czym świadczą choćby tutejsze plaże i woda w morzu – krystalicznie czysta i niespotykana w żadnej innej metropolii tego typu.

IMG_5898

IMG_5901

IMG_5900

17916237_10209385056398451_469780462_o

Ostatnim punktem był spacer promenadą i nadszedł czas, by odebrać plecaki z hostelu i ruszyć w kierunku lotniska. A tam, jak zwykle z resztą, polskie pielgrzymki, w których nie byłoby nic złego, gdyby nie typowo polskie przepychanie się, niestosowanie się do regulaminu i ogólny bałagan i chaos wprowadzany przez rodaków. Ot, na przykład to właśnie lecąc z Izraela do Polski biedne stewardessy muszą kilkakrotnie krzyczeń na polskich pasażerów, którzy ledwo samolot postawi koła na pasie po wylądowaniu, a którzy to zbierają bagaże i biegną do wyjścia (w końcu kto pierwszy, ten lepszy), choć samolot wylądował 30sekund temu i jeszcze nawet nie stanął.  Są takie miejsca na świecie, gdzie czasem człowiek wstydzi się, że jest tej samej narodowości, co reszta w tłumie. Niektórzy pewnie nas zrozumieją 🙂

Słów kilka dla ciekawskich:

Warto pamiętać, że Izrael, szczególnie zaś Jerozolima, gdzie coś takiego, jak sezon wysoki i niski de facto nie istnieje. Podobnie jest w Rzymie. Spowodowane jest to wielowiekową historią i tym, że Jerozolima jest stolicą nie jednego wyznania. Miasto to będzie zawsze odwiedzane przez turystów, bez względu na standardy oferowane np. w miejscach noclegowych, lokalach gastronomicznych i ceny biletów lotniczych itd. Poza tym pamiętajmy, że Izrael jest BARDZO drogim miejscem i co do zasady ciężko jest rozróżnić miejsca tam na te tańsze i droższe, bo po prostu wszystko jest tam drogie. Więc nie da się tam wydać naprawdę mało funduszy. Niech każdy sobie to weźmie do serca zanim zdecyduje się tam jechać. Ponadto, mówimy to ze względu na fakt, że Wasze oczekiwania mogą się nieco rozjeżdżać z rzeczywistością, szczególnie mowa tu o noclegach. Dlaczego to mówimy? A no dlatego, że za noclegi zapłacicie DUŻO, niekiedy BARDZO DUŻO, jednak, szczególnie w przypadku Jerozolimy, jakość nie idzie w parze z ceną. Właściciele hoteli, hosteli wykorzystują bowiem fakt, że Jerozolimę, tak samo jak Rzym, turyści będą zawsze odwiedzać, bez względu na to, jaki np. oferują standard. My tym razem, po naszych przeżyciach przy okazji poprzedniej wizyty w Izraelu, kiedy to spaliśmy 2 noce w Jerozolimie, zdecydowaliśmy się na nocleg w Tel Avivie. Biorąc pod uwagę poprzedni raz, kiedy to 2 noce nie zmrużyliśmy oka przez muszki pustynne, spaliśmy w pokoju mocno odbiegającym od zdjęć zamieszczonych w Internecie, a zapłaciliśmy za nocleg w Jerozolimie naprawdę dużo, decyzja o noclegu w Tel Avivie była lepszą decyzją, na pewno też tańszą.  Zaś do Jerozolimy z Tel Avivu autobusem dojedziecie w godzinę za 8 szekli w jedną stronę zielonym autobusem. Ceny noclegów hostelach w Tel Avivie są przynajmniej o połowę niższe niż w Jerozolimie, standard o niebo lepszy, choć doskonale i tak nie jest. Pociąg z lotniska do centrum Tel Avivu to wydatek rzędu 18 szekli, więc nie należy do najtańszych, ale jesteśmy w Izraelu, tu NIC nie jest tanie. Falafel na targu w Tel Avivie to 6 szekli, podczas gdy w Jerozolimie to drugie tyle.

Mimo wszystko, my z przyjemnością wróciliśmy do Izraela. Po pierwsze potraktowaliśmy to jako stopniową aklimatyzację do chłodniejszych niż w Azji Południowo-Wschodniej temperatur, po drugie miły przystanek po drodze do domu. Jerozolima jednak, jakiegokolwiek byśmy nie byli wyznania, robi zawsze piorunujące wrażenie i jest to miasto absolutnie wyjątkowe. Zawsze chętnie będziemy tu wracać i co do tego nie mamy wątpliwości.

Tak kończymy opis naszego ostatniego przystanku podczas naszej 3tygodniowej podróży po Azji. Szykujemy ostatni wpis, podsumowujący, w którym opiszemy koszty, najciekawsze naszym zdaniem miejsca, które odwiedziliśmy, a także wrzucimy krótki filmik zawierający najbliższe naszym sercom momenty z wyprawy, który właśnie montujemy 🙂 Już niebawem będziemy tu znowu, a potem…szykujemy wpisy z naszych wielokrotnych europejskich wypadów, których dotąd tu nie zamieszczaliśmy, a doszliśmy do wniosku, że może jednak warto rozszerzyć nasz blog o Europę, co będzie w naszym przypadku i w przypadku naszych bardzo licznych wypadów, sporym przedsięwzięciem 🙂

Bangkok – pożegnanie z Azją Południowo-Wschodnią!

Do Chumphon, czyli miejscowości, gdzie prom zmienialiśmy na busa, dopłynęliśmy tuż przed 5 rano. Przespaliśmy na promie całą noc, obudziły nas dopiero światła, gdy obsługa budziła wszystkich z informacją, że zaraz cumujemy i wysiadamy. Nigdy się nie spodziewaliśmy, że na promie zaśniemy tak mocno.

Wysiedliśmy z promu, chwila oczekiwania i przyjechał po nas bus, którym udaliśmy się do Bangkoku. Bus – full, kierowca – wybitnie obrażony na cały świat, że ma o tej porze gdzieś jechać. Najpierw postój godzinny w knajpie rodziny kierowcy (włoskiej?!) – może białasy coś jeszcze zamówią i zostawią trochę kasy, punkt 6 wyjechaliśmy w stronę Bangkoku. Znów przespaliśmy całą drogę, po drodze dwa razy przerwa i o 13 byliśmy na miejscu. Bus wysadził nas tuż przy pałacu królewskim, nie jechał na dworzec, zatem mieliśmy Dosłownie kilka minut pieszo do naszego hotelu na ulicy Rambuttri, 2 minuty pieszo do Khao San Road. Tym razem postanowiliśmy, że zostaniemy w tym samym miejscu, w którym nocowaliśmy będąc 1,5 roku temu w Bangkoku,  jako że planem na ten dzień i noc był totalny chill, zabawa i godne pożegnanie się z Bangkokiem. To miała być szalona noc, rodem z „Kac Vegas w Bangkoku” i już my się o to postaraliśmy, Bangkok z resztą potrafi wciągnąć, nieuchronnie oferując zbyt wiele przygód, przyjemności i szaleństwa.

Zameldowaliśmy się w hotelu, rzuciliśmy plecaki w pokoju i od razu udaliśmy się do naszego  ulubionego ulicznego straganu na pad thai i sajgonki. Za każdym razem, gdy jesteśmy w Bangkoku, jemy tu kilka razy dziennie, nie mogło być inaczej tym razem.

17311866_10209130535635591_873412242_o

17311395_10209130535355584_1115185199_o

Krótki spacer po Khao San, shake ananasowy i wróciliśmy do naszego hotelu, na ostatnie jego piętro, gdzie na dachu mamy basen. Trzeba odpocząć i zregenerować siły przed ostatnią nocą w Bangkoku 🙂 Karolina pisze bloga, Piotrek nieco bardziej leniwie 🙂

IMG_20170205_163326

17311621_10209130427872897_1091123257_o

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi….

17310801_10209130427352884_1628325717_o

…czas więc ogarnąć się i zacząć tą noc! Najpierw ruszyliśmy tuk tukiem do dzielnicy Patpong, czyli dzielnicy rozkoszy, uciech – lokalne Red Light District. Prócz domów publicznych, dzielnica ta słynie z nocnego marketu, gdzie chcieliśmy kupić drobne upominki dla rodziny, pamiętajmy, by ceny mocno negocjować, bo są baaaardzo zawyżone. Jeśli jednak ktoś liczy na to, że tutaj kupi piękne, kolorowe, tajskie pamiątki – uwaga, nie nastawiajcie się na to i tylko na to miejsce – podstawowe, najbardziej charakterystyczne rzeczy owszem, kupicie, ale dużo lepsze i tańsze dostaniecie w Chiang Mai. Tutaj króluje chińszczyzna. Warto jednak się przejechać, przespacerować, zjeść lokalne przysmaki, których tu od groma na straganach ulicznych. Gdy byliśmy tu 1,5 roku temu, można było dostać dużo więcej lokalnych, tajskich, tradycyjnych wyrobów niż teraz, gdy można tu kupić głównie chińskie podróby torebek, zegarków itd.

Spacer jednak zaliczyć trzeba – masa Azjatów i Europejczyków przyjeżdżających tu tylko w jednym celu, a każdy oczywiście znajdzie coś dla siebie – ulica dla transwestytów, ulica dla homoseksualistów, ulice uciech dla kobiet, osobne dla mężczyzn. Przed domami publicznymi, szczególnie na ulicy dla mężczyzn jest to widoczne, na krzesełkach siedzą dziewczęta, nie raz baaaardzo młode, poprzebierane według tematyki domu publicznego. Tak możemy znaleźć stewardessy, nauczycielki, uczennice itd. Do wyboru, do koloru. Za ich krzesełkami pilnie strzeżone drzwi, po dokonaniu wyboru otwierają się dla klientów. Zdjęć nie wrzucamy za wiele, bo niestosownie było je robić.

17310757_10209130424352809_1245166131_o

IMG_20170205_211507

IMG_20170205_212406

Dalej złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy na Khao San. Impreza powoli zaczynała się rozkręcać, czas więc odpowiednio wprowadzić się w atmosferę, zaczynając od pierwszego magicznego wiaderka, może pamiętacie z wpisu z wyspy Koh Tao. Wiaderka w Bangkoku to już podstawa. Kupujemy pierwsze – wódka z redbullem i robimy mały obchód po Khao San, by wprowadzić się w atmosferę miejsca. Ostatnia noc w Bangkoku nie może jednak obyć się bez ostatniego „Foot Massage”, wracamy więc na naszą Rambuttri, gdzie atmosfera, choć wciąż mocno imprezowa, jest jednak nieco ciszej i łatwiej się tu zrelaksować. 30 minut masażu stóp – 150 bahtów za osobę, czyli mniej więcej 18zł.

17269394_10209130425472837_1546172771_o

17273730_10209130428152904_1948847822_o

DCIM100GOPRO

IMG_20170205_232232

DCIM100GOPRO

I przyszedł czas na szaloną noc w Bangkoku! Na Khao San możesz robić wszystko, o czym jeszcze nie śniłeś – pić do białego rana, tańczyć na środku ulicy ze świeżo poznanymi ludźmi, zrobić sobie tatuaż, iść na masaż, kupić milion zbędnych pamiątek, zjeść skorpiona czy pająka, wciągać gaz rozśmieszający i wiele, wiele innych. To największa azjatycka impreza, pamiętajcie jednak, że jeśli następnego dnia z samego rana macie jakieś ważne plany (jak my – samolot!), wszystko z umiarem! My z góry założyliśmy, że to będzie szalona noc, pakowaliśmy plecaki jeszcze zanim ją zaczęliśmy, wiedząc, że skończyć się może przeróżnie. Tak też ciężko stwierdzić, ile magicznych wiaderek mieliśmy w rękach, wciągaliśmy gaz rozśmieszający, tańczyliśmy na środku Khao San razem z tłumem otaczających nas ludzi, a rano ledwo zdążyliśmy na samolot, bo budzik dzwonił na tyle nieprzekonująco, że go zwyczajnie nie usłyszeliśmy.

IMG_20170205_210813

17311762_10209130425952849_925185708_o

17311559_10209130426232856_1605484958_o

IMG_20170205_235927

17269730_10209130426832871_892192678_o

Rano więc musieliśmy biec łapać taksówkę, wiedząc, że korki o tej porze będą skutecznie odwodzić nas od dojechania na lotnisko na czas. Po drodze wypadek, wszystko stoi, serio, ledwo zdążyliśmy na samolot, w głębi serc ciesząc się, bo w sumie wcale nie chce nam się stąd wracać 🙂

Ostatecznie jednak zdążyliśmy na samolot, lecący najpierw do Helsinek, gdzie mieliśmy przesiadkę, dalej zaś polecieliśmy jeszcze na 2 dni do Izraela, bo czemu nie?! Krótki postój po drodze do domu i stopniowa aklimatyzacja nikomu nie zaszkodziła. Toteż po północy, po drodze będąc w lodowatych Helsinkach, gdzie wysiadając z samolotu zgrzytały nam zęby, bo przecież kilka godzin temu było 36 stopni, a w Helsinkach -15, dotarliśmy wreszcie do Tel Avivu, gdzie z racji godziny przylotu, spać musieliśmy na lotnisku. Recepcja naszego hostelu działała tylko do 23, pociągi i autobusy z lotniska nie jeżdżą całą dobę, toteż całkowicie świadomie podjęliśmy decyzję, by noc spędzić na lotnisku. Z samego rana zaś ruszyliśmy w drogę do naszego hostelu w Tel Avivie, gdzie wzięliśmy szybki prysznic, rzuciliśmy plecaki, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na cały dzień do Jerozolimy. Poprzednio byliśmy tu w szczycie lata, w sierpniu, chcieliśmy więc raz jeszcze zobaczyć to niesamowite miasto, gdy parzące słońce nie daje się tak we znaki. O tym jednak będzie kolejny wpis 🙂

 

PS. Jakość zdjęć jest, jaka jest, bo 1. nie braliśmy tu ze sobą aparatu, 2. wiaderka robią swoje, wybaczcie 🙂

Koh Samui, Koh Tao!

Następnego dnia, jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i w drogę na postój busów, skąd mieli nas odebrać. Godzinne opóźnienie, no trudno, ale w końcu przyjechali. Bus pełny, jedziemy ściśnięci jak sardynki, ale w busie sami obcokrajowcy, który jadą przekonani, że bez trudu wszyscy przekroczymy granicę z Tajlandią. Tak bardzo się wszyscy myliliśmy.

Ok 8 rano dojeżdżamy na granicę, najpierw stempelek, że wyjeżdżamy z Malezji, bez problemu. Bus nas zostawia przed tajskimi okienkami i przekracza granicę, a my stajemy w kolejce po pieczątkę wjazdową. Celnicy co jakiś czas wychodzą ze swoich stanowisk, nikt za wiele nie wie, co się dookoła dzieje, frustracja narasta. My, wiedząc, jak dotąd bez problemu przekraczaliśmy granicę z Tajlandią, grzecznie i ze spokojem stoimy czekając na naszą kolej. Karolina dochodzi do kolejki….celniczka nie wbija pieczątki, odsyła do urzędu imigracyjnego. Ok, ale gdzie mam iść i po co, bo nawet nie wiem, co im powiedzieć? Celniczka krzyczy, że mam iść. Tak więc Karolina idzie, w urzędzie niespecjalnie ktokolwiek zwraca na nią uwagę, podchodzi więc do biurka, gdzie siedzi dość sympatycznie wyglądająca Tajka, która zaskoczona, że nikt nie dał mi pieczątki odsyła znów do okienka, mówiąc, że ma iść po pieczątkę i wjeżdżać. Karolina wraca do kolejki, wpycha się przed resztę wściekłych oczekujących po to, by zostać zbesztaną z góry na dół za to, że wróciła. Celniczka każe nam obojgu wracać do urzędu imigracyjnego do tajemniczego „bossa”, kimkolwiek szef jest. Idziemy więc do urzędu, pytamy o szefa, podchodzi do nas wrogo nastawiona celniczka i zaczyna krzyczeć, że nie mamy pieniędzy, że albo pokażemy, że mamy albo wracamy do Malezji, że wszystko jest „up to you!!!!!!!your choice, it’s up to you!!!”. Wściekła Karolina podniesionym głosem mówi, że jesteśmy z Europy i u nas takich zasad nie ma, że mamy pokazywać pieniądze, więc niech nam do cholery wytłumaczy, ile mamy pokazać i komu. Celniczka znowu „up to you, up to you!!!!” i każe pokazać 10000bahtów, co daje mniej więcej 278dolarów. Pytamy, czy możemy w dolarach pokazać, kobieta mówi, że obojętne w jakiej walucie. Piotrek idzie do busa, gdzie zostawiliśmy w gotówce 300dolarów, pokazać jednak mamy, że posiadamy tyle na osobę, a co się oszukiwać – nie posiadamy tyle w gotówce, bo po cholerę nam na ostatnie kilka dni w Tajlandii tyle pieniędzy, w razie czego możemy wypłacić z bankomatu, ale nie chcemy tego robić na granicy, bo raczej tyle nie wydamy przez najbliższych kilka dni. Piotrek daje więc pieniądze Karolinie, a sam idzie do innego okienka, gdzie usłyszał od jednego z naszych kompanów z busa, że po kilku próbach tam dostał pieczątkę. Karolina idzie do urzędu imigracyjnego, podchodzi wspominany boss, który na widok dolarów krzyczy, że ma pokazać gotówkę w bahtach, a nie dolarach. Karolina na to, że usłyszała wcześniej, że może być w dolarach i jakie to ma znaczenie w jakiej walucie, skoro ma pieniądze w gotówce. Boss odsyła do kantoru. Nie! Nie będziemy wymieniać pieniędzy w kantorze na granicy, niech się walą!

Piotrek dostaje pieczątkę w innym okienku, stojąc za całą masą Malajów, którzy każdy kolejno wsadzali do paszportu łapówki. Piotrek nie wsadził nic, ale dostał pieczątkę, a potem celnik rzucił mu paszportem niemal w twarz, widząc, że nie ma w środku pieniędzy. Karolina za to spotyka obywateli Rumunii, od których żąda się łapówki za wjazd do Tajlandii. Potem spotyka włoską parę, która z nami jechała, a od których żąda się wpłaty 40000bahtów, co daje nam 4629.85zł za wjazd przez granicę. Mimo kłótni i negocjacji, Włocha nie wpuszczają, musi wrócić do Malezji, bo nie chce tyle płacić, wcale się nie dziwimy. Karolina zaś idzie z misją ostatniej szansy do okienka, gdzie Piotrkowi udało się uzyskać pieczątkę. Cały bus czeka już tylko na nas. Dochodzi do okienka, celnik przegląda paszport, chwyta za krótkofalówkę. Cholera! Znowu nic z tego. Każe iść ze sobą do urzędu imigracyjnego. No to po Ptokach, znowu jej nie wpuszczą. Docieramy do kobiety, u której była na samym początku, gdy kazała iść po pieczątkę. Kobieta łapie Karolinę za rękę i prowadzi do celnika, który odesłał, każe wbić jej pieczątkę i wpuścić. Celnik obrażony kiwa głową. Kobieta wraca do siebie, Karolina czeka. Celnik pyta, dokąd jedzie i gdzie będzie mieszkać. A Karolina na papierach imigracyjnych wpisała pierwszy lepszy hostel z przewodnika, nie wiedząc, gdzie dotrzemy i gdzie nam się spodoba, nie mieliśmy więc żadnej rezerwacji. Celnik chwyta za telefon – no to koniec, będzie dzwonił do hostelu, zorientuje się, że ściemnialiśmy i nie wpuści nas…Ostatecznie chyba ma nas już dość, wbija obrażony pieczątkę i oddaje paszport. Uffff po niemal 3h spędzonych na granicy wreszcie możemy wjechać do Tajlandii!

Jedziemy do Hat Yai, gdzie mamy przesiąść się na busa do Krabi, skąd jest blisko na wyspy np. Koh Phi Phi, Koh Lanta . Taki był plan. Dojeżdżamy na miejsce i wpada nam do głowy pomysł, że kurcze, może byśmy jednak popłynęli na Koh Samui, po drugiej stronie lądu i potem mielibyśmy bliżej do Bangkoku? Z resztą w Kuala Lumpur wiele osób polecało nam Koh Samui. Pytamy gościa, ile kosztowałoby przebookowanie biletów – 20bahtów (2,3zł), bus może przyjechać po nas za 30min. Ok, bierzemy! Niedługo siedzimy już w busie do Surat Thani. Docieramy na miejsce ok. 17, kierowca odwozi nas na dworzec, gdzie są biura turystyczne sprzedające bilety na promy na wyspy Koh Samui, Koh Phangan, Koh Tao. Najbliżej nas jest Koh Samui, z drugiej strony Koh Phangan jest ponoć też ciekawa, no i tamtejsze Full Moon Party, a Koh Tao, choć najdalej, ale raj dla nurków….Rozważamy za i przeciw, kupujemy za 400 Bathow bilet na busa + prom na Koh Samui. Szybko rezerwujemy bungalowy przy plaży na Koh Samui w miejscowości Lamai, pod wieczór docieramy na ląd Koh Samui. Na wstępie zaczepiają nas lokalni naciągacze-taksówkarze, którzy chcą od nas 800bahtów za podwiezienie do Lamai. Pfffffffffffff po naszym trupie. W końcu udaje się załapać na dużo tańszego busa, docieramy do naszych bungalowów. I do plaży mamy TAK daleko z naszego bungalowu

16804909_10208888365421487_906438535_o

Oglądamy plażę, ale najpierw pasuje coś zjeść. Ruszamy więc w miasto. Najpierw znaleźliśmy naszą małą przystań z przemiłymi Tajkami, których uśmiech zarażał, a do których od razu wróciliśmy rano po śniadanie. Kupujemy shake’a z ananasa, dają nam spróbować pomelo – nigdy nie jedliśmy takiego pomelo! Bierzemy więc kubełek – pomelo, ananas, papaja. Zapłaciliśmy przysłowiowe grosze, a była to kolacja mistrzów!

16804735_10208888406382511_776218677_o

16735615_10208888364621467_1498041778_o

Idziemy w drugą stronę miasta i szczerze, coraz mniej nam się podoba. Naszym oczom ukazują się kolejni podstarzali Niemcy i Francuzi, którzy przyjechali tu tylko w jednym celu, nie musimy chyba nikomu mówić, w jakim. Siedzą w kolejnych pubach z młodziutkimi Tajkami, które zachwyca zawartość ich portfela. Mijamy kolejne salony masażu i tutaj nam się wydaje, że te salony masażu są ściśle powiązane z innymi usługami, o czym świadczą stroje, makijaż i pozy dziewcząt. Coraz mniej nam się tu podoba. Kupujemy piwo i wracamy na plażę naszego lokum. Nie chcemy patrzeć na tych zdesperowanych dziadków śliniących się do lokalnych panienek. Zastanawiamy się, czy aby na pewno wybraliśmy odpowiednią wyspę?

Rano wstajemy i od razu idziemy na plażę, zobaczyć, co nas tu czeka. I ku naszemu zaskoczeniu, na kolana nie powala i to nie jest to, czego się spodziewaliśmy. Pewnie nie sprzyja temu pogoda i zachmurzone niebo, jednak wrażenia z poprzedniego wieczoru są, jakie są. Promy na Koh Phangan i Koh Tao są tylko 2x dziennie – o 11 rano i o 14:30. Więc albo płyniemy tak naprawdę za chwilę, albo pół dnia siedzimy tutaj i żałujemy, że tracimy tu czas. Krótki spacer plażą…

img_5477

img_5470

img_5480

…I podejmujemy decyzję, że zabieramy plecaki i płyniemy o 11 na Koh Tao, najmniejszą z wysp po tej stronie wybrzeża. Idziemy na recepcję, gdzie mają wielką tabliczkę, że sprzedają bilety na prom. Niestety szanowna recepcja informuje nas, że na dziś już jest za późno, bo trzeba dzień wcześniej kupować bilety. COOOOO?! Pfffff nie zostaniemy tu ani dnia dłużej. Zabieramy plecaki i idziemy naszą ulicą szukać biura. Wchodzimy do jednego, który jest tuż obok naszego straganu z owocami, miła pani wypisuje nam bilet, ustalamy cenę – 550bahtów. Pyta, czy jutro (jest już 10rano). NIE! Chcemy na dziś, na zaraz. Kobieta robi wielkie oczy, woła swojego męża, ten też robi wielkie oczy – jak to na dziś, na 11?! Normalnie. Gość mówi, ok, już Wam podstawiam auto, mój kolega zawiezie Was czym prędzej do portu na prom, zdążycie. Da się? Da się.

16776287_10208888367661543_1167582554_o

Ruszamy w drogę, kierowca nie wygląda na takiego, któremu się spieszy, ale docieramy przed czasem, wymieniamy bilety na wstęp na prom, dołączamy do ludzi czekających na prom i tak naprawdę jeszcze przez godzinę siedzieliśmy w porcie czekając na prom. Na szczęście otoczenie było całkiem przyjemne, choć od czasu do czasu z nieba padał deszcz.

16732018_10208888368661568_921385758_o

Wsiadamy na prom, drzemka, po 1,5h jesteśmy na Koh Tao. Od razu nam się podoba, jest o niebo lepiej niż na Koh Samui, dużo backpackersów, wszędzie centra dla płetwonurków, małe knajpki, stragany uliczne, a i wybrzeże wygląda zupełnie inaczej. Wsiadamy na pakę samochodu, który podwozi nas do naszego hostelu. Dostajemy pokój przy plaży, rzucamy rzeczy, sprawdzamy plażę przy naszym hostelu…:

img_5529

Przyjemnie. Miasteczko też baaardzo fajne, ogólnie klimat wyspy bardzo nam się podoba. Najpierw jednak kilka spraw do ogarnięcia – 1. Jak się dostać 5.02 do Bangkoku, 2. Fajnie by było się wybrać na jakiegoś tripa dookoła wyspy, połączonego ze snorkellingiem. Obchodzimy kilka lokalnych biur, widać, że wszędzie oferują dokładnie to samo. Decydujemy się na nocną wyprawę promem do miejscowości Chumphon, skąd bus (jest też opcja z autobusem, ten jednak jedzie 1,5h dłużej niż bus) zabierze nas do Bangkoku. Zapłaciliśmy 1050 Bathow od glowy, o 20 następnego dnia mamy być w biurze, skąd taxi zawiezie nas do portu. 1sze ogarnięte, czas na 2gie – w innym biurze za 550bahtów od osoby kupujemy wycieczkę dookoła wyspy, w cenę której wchodzi sprzęt do snorkellingu, lunch, łódka, kilka miejsc dookoła wyspy zakończona 2h przystanią na pobliskiej wysepce, która później okazała się rajem na ziemi – kupione, wyjeżdżamy o 8 rano następnego dnia. Zjedliśmy, przespacerowaliśmy się wzdłuż wyspy…

img_5696

img_5506

img_5504

16804710_10208888379781846_2044834322_o

…i wracaliśmy plażą, gdy słońce powoli chowało się za horyzont.

img_5512

img_5518

img_5523

Na wieczór, jako że odkryliśmy całe mnóstwo genialnych knajpek na plaży, gdzie na piasku rozkładane są maty z leżaczkami, stoliczkami, zaplanowaliśmy wizytę właśnie w jednym z takich miejsc. Tak naprawdę był to de facto pierwszy wieczór, odkąd przyjechaliśmy do Azji, gdy nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, nie musieliśmy wcześnie rano wstawać, ani nie zaplanowaliśmy jakiegoś grubszego zwiedzania – tylko chill i święty spokój. Zamówiliśmy pierwsze drinki:

16763659_10208888384141955_1011626941_o

I spontanicznie doszliśmy do wniosku, że czemu by nie spróbować tajskiego masażu całego ciała właśnie tutaj, w rytmie szumiących fal, na tarasie jednego z wielu salonów masażu ulokowanych na plaży??? Tak wylądowaliśmy na łóżkach na tarasie, na wprost nas morze, dookoła nas zapach kadzideł i olejków i przez godzinę masowano nam wszystkie części ciała, a my odpływaliśmy. Piotrek – tradycyjny thai massage – dużo mocniejszy, Karolina – Oil massage. 300bahtów za osobę za godzinę masażu, czyli 34zł – aż głupio tyle płacić za coś takiego!

16735455_1674158885934001_1833530289_o

16776775_1674158932600663_495959039_o

Po masażu zaś natknęliśmy się na stragan alkoholowy, gdzie za grosze sprzedawali drinki w wiaderkach – nasza pierwsza przygoda z wiaderkami, w Bangkoku te wiaderka nas zgubią 🙂

16776202_1674158875934002_2016354650_o

16735300_10208888385341985_1657222276_o

Sącząc drinki spacerujemy plażą, aż tuż przy naszym hostelu wpadamy na imprezę na plaży, ognista skakanka, przechodzenie pod ogniem, dj na plaży, wszyscy tańczą, bawią się, atmosfera iście hippisowska, dołączamy! Nie omieszkaliśmy dołączyć do ognistych zabaw, tu Piotrek:

16732014_10208888385581991_759485220_o

16777019_10208888840633367_1775078046_o

Rano z hostelu odbiera nas kierowca, zawozi do portu, gdzie nasza grupa zbiera się na wyprawę dookoła wyspy. Dobieramy sprzęt do snorkellingu, wsiadamy na stateczek. Co jakiś czas zatrzymujemy się, wskakujemy do wody poobserwować koralowce, kolorowe rybki, popływać w krystalicznej wodzie. Na statku świeże ananasy, arbuzy, lunch, słońce grzeje niesamowicie. Nie ma sensu się nadto rozpisywać, tu zdjęcia, choć nie oddają kolorów, ale same opiszą wycieczkę:

img_5609

img_5599

img_5581

img_5572

img_5567

img_5565

img_5556

Aż docieramy na plażę….., która jest de facto maleńką wyspą – rezerwatem przyrody, gdzie mamy 2h aż odpłyniemy i wrócimy na Koh Tao. Raj na ziemi. Plaża pokryta jest drobniutkim piaseczkiem i kawałeczkami koralowców, tuż przy brzegu pływają kolorowe rybki, są koralowce, a woda jest w takim kolorze, że głowa mała. Dwie malutkie wysepki połączone są piaszczystą mierzeją, która w zależności od przypływu/odpływu jest przykryta wodą lub też nie. Co nie zmienia faktu, że można nią swobodnie spacerować.

img_5676

img_5674

img_5672

img_5651

img_5643

img_5636

img_5625

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

O 17 docieramy na Koh tao. Recepcja daje nam klucze do jednego z bungalowów, gdzie możemy się wykąpać po całym dniu morskich kąpieli. Idziemy zjeść i podziwiamy kolejny zachód przy piwku na Koh Tao. Ta wyspa to raj na ziemi! Kiedyś tu wrócimy zrobić kurs nurkowania i zdobyć certyfikat PADI, o czym marzymy już od dawna. Kursy są tu naprawdę tanie, a warunki do nurkowania genialne!

O 20 wsiadamy w taksówkę z naszego biura i jedziemy do portu. Meldujemy się na promie, zostawiamy plecaki i idziemy jeszcze coś przekąsić i posiedzieć sobie na plaży, mamy wrócić za 1,5h, wtedy będzie można wejść na pokład.

img_5700

img_5703

Bardzo intryguje nas sypialniany prom, zdjęć nigdzie nie widzieliśmy, ale tak nas poinformowano w biurze. Spodziewaliśmy się raczej zwykłych foteli, jak to na statkach.

Wracamy na pokład, mamy zostawić plecaki pod schodami, ściągnąć buty (standard, w każdym hostelu także chodziliśmy boso, trzeba przyznać, że nigdzie nie można było się przyczepić do czystości i nie mieliśmy żadnych obiekcji co do chodzenia boso). Pokazujemy bilety, na których mamy numery łóżek i naszym oczom ukazuje się ogromna hala, na której mieści się 88 łóżek – największy dorm, a w jakim przyszło nam spać.

16735337_10208888394782221_1366972531_o

Wszystko czyściutkie, grube koce, czysta pościel, klimatyzacja. Karolina będąc pewną, że ciężko będzie zasnąć, odpaliła komputer i zabrała się za pisanie bloga, po 10minutach już spała jak dziecko. Nawet nie wiemy, kiedy minęło 7h i dopłynęliśmy na brzeg, skąd bus odbierał nas do Bangkoku. O tym jednak kolejny wpis 🙂

My zaś wróciliśmy do polskiej, lodowatej rzeczywistości, do której baaaaaaaardzo ciężko nam się ponownie przyzwyczaić.

Kuala Lumpur, Batu Caves

Na wstępie, musimy, wybaczcie – Mamo, nie denerwuj się oglądając tu zdjęcia, NIE, nie pogryzły nas małpy, NIE, nie mamy wścieklizny, WIEMY, ŻE MÓWIŁAŚ, BY ICH NIE DOTYKAĆ, ale jakoś tak wyszło, przepraszamy 🙂

A teraz do rzeczy…

Do Kuala Lumpur dojechaliśmy ostatecznie ok. 1 w nocy. Na szczęście recepcjonista czekał na nas, byśmy mogli się zameldować. Mimo wielu godzin spędzonych w podróży i na granicy nie mogliśmy zasnąć, choć miasto dawno już zamilkło. Wiedzieliśmy już, że w związku z opóźnieniem autobusu, będziemy musieli w Kuala Lumpur spędzić jeszcze jedną noc, jeśli chcemy zobaczyć nocą słynne Petronas Tower.

Rano wstaliśmy i postanowiliśmy dzień zacząć od Batu Caves, czyli świątyń hinduistycznych odkrytych w XIX wieku ulokowanych w wapiennych jaskiniach mniej więcej 12km od Kuala Lumpur. Dojechać tam można kolejką podmiejską 2,4 myr (przelicznik waluty malezyjskiej do pln to 1 do 1, więc nie będziemy za każdym razem przeliczać) ze stacji Kuala Lumpur, na Chinatown.  Chcieliśmy tam pojechać jak najwcześniej wiedząc, że z godziny na godzinę w jaskiniach będzie przybywać tak zwiedzających, jak i przede wszystkim wyznawców hinduizmu, którzy właśnie obchodzą swoje religijne święto. Czas jazdy to ok.20min.

Dojechaliśmy na miejsce tuż po 9 rano, a ludzi już była cała masa. Jest to z resztą główne miejsce pielgrzymek lokalnych wyznawców hinduizmu, a jest ich sporo, więc nie ma co się dziwić. Ciężko sobie wyobrazić, co dzieje się później. Wejście do głównej jaskini jest za darmo, do dwóch pozostałych wstęp płatny. Wyobrażenie, które macie o Batu Caves, gdy dotrzecie  na miejsce jest zupełnie inne. Można rzec – dość zawodzi. Szczególnie ogromny plac przed wejściem do głównej jaskini, gdzie znajdziecie wszystko – od kokosów, przez frytki po hinduistyczne bransoletki i kwiaty. Nas na placu złapali dziennikarze i udzielaliśmy wywiadu do nieznanej nam telewizji, gdzie musieliśmy powiedzieć, jak cudownie jest być w tym miejscu i jak wspaniale to wszystko wygląda. Tak naprawdę – tak, w środku wygląda i robi wrażenie, jednak wspomniany plac de facto targowy – dramat!

16522371_10208814137005823_59927793_o

16586776_10208814806542561_736997733_o

img_5113

Tuż przed jaskiniami stoi olbrzymi posąg Murugana, jego największy posąg na świecie. Pilnie strzeże wrót do jaskini, w której znajdują się świątynie wyznawców hinduizmu. Wstęp do samych świątyń tylko dla wyznawców. Widać, w jaki trans wpadają stając już na pierwszym stopniu schodów do jaskini, wszyscy boso, w odświętnych strojach. W środku przy kolejnych posążkach bogów palą się świece, panuje półmrok, światło wpada przez otwór w jaskini, z którego kapią delikatnie kropelki wody.

img_5136

img_5195

img_5188

Gdzie jednak mkną wszyscy turyści? Na sam koniec jaskini, gdzie główną atrakcją są wszędobylskie małpy, na tyle bezczelne, że podchodzą do każdego i wyrywają, dosłownie wyrywają z rąk i plecaków jedzenie. Nie masz jedzenia? To spadaj, idę dalej, kto inny mi da. Karolina trzymała w zamkniętej dłoni kilka chrupek, małpa podeszła, jedną ręką przytrzymała z całej siły kciuk, drugą otworzyła sobie pozostałe palce i wyciągnęła chrupki, wybierając je do ostatniego okruszka.

img_5144

img_5142

img_5161

img_5172

img_5177

16522117_10208814141965947_287150417_o

16492263_10208814147166077_138009408_o

Po wizycie w Batu Caves wróciliśmy do Kuala Lumpur, ponownie kolejką. Docieramy do centrum miasta, mijając po drodze kolejne budynki. Najpierw teatr miejski, który aktualnie jest w remoncie:

img_5208

…dalej zaś Masjid Iamek, do którego wstęp jest zamknięty dla turystów nie-muzułmanów na najbliższe 3 miesiące.

img_5209

Na posiłek wybraliśmy oczywiście Chinatown, gdzie idąc od straganu do straganu, próbowaliśmy kolejnych specjałów. Najpierw naleśniki z miodem i orzechami, dalej zaś chińskie pierożki – najpierw na słono – z krabem, krewetkami, tofu, potem zaś na słodko – z lotosem, z truskawkami – nazwaliśmy je „chmurki”, bo ciasto było tak delikatne, że rozpływało się w ustach. Próbowanie Lokalnych przysmaków to jedna z ulubionych części każdej naszej podróży – bezapelacyjnie!

img_5212

img_5220

img_5215

16586451_10208814148366107_1092785608_o

I oczywiście kawa ze skondensowanym mlekiem, nie można jej nie pić będąc w Azji Południowo-Wschodniej. Na wynos? To w woreczku. Ta kawa w porównaniu do kawy w Birmie (tylko instant z torebki, tak samo w Singapurze) była parzona, bardzo mocna i z dużą ilością mleka. Ilość taka, że ciężko było wypić.

img_5219

Docieramy wreszcie do Narodowego Meczetu Masjid Negara. Wejście dla turystów między 15 a 16. Boso, przykryte włosy, nogi, ręce po nadgarstki. Jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, można za darmo wypożyczyć przy wejściu do meczetu, trzeba się jednak przygotować na kilometrową kolejkę przed każdym wejściem turystycznym. A co jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, a nie chce się stać w kolejce? Ubrać na siebie wszystko, co ma się w plecaku podręcznym, czyli sarong, koszulę i…przeciwdeszczową pelerynę 🙂 Można wyglądać dość zabawnie, niektórzy rzekną, jak idiota, ale czy to ważne? Wszystko zakryte, jak trzeba, można wchodzić zanim tłumy stojące w kolejce po strój wejdą do środka.

img_5232

Meczet narodowy, choć sporych rozmiarów (może pomieścić ponoć 15tys. Wiernych, choć w to nie chce się wierzyć), nie robi piorunującego wrażenia. Może dlatego, że jest on stosunkowo młodym budynkiem, pochodzi z 1965 roku, na jego ukończenie wydano fortunę. Do głównego pomieszczenia, gdzie modlą się pogrążeni w transie wierni, turyści nie mają wstępu, mogą zaglądnąć zza bramki

img_5225

img_5239

img_5238

 

Po wizycie w meczecie narodowym, ruszyliśmy do pobliskiego Perdana Botanical Garden, czyli sporej wielkości ogrodu botanicznego, 200m od meczetu. Miła przystań pośród zieleni, nad jeziorkiem, w którym pływają ogromne ryby i żółwie. W parku znajduje się też część z orchideami, jeleniami i sarnami, sztuczne wodospady czy amfiteatr. Miło tu przysiąść nad jeziorem i odpocząć.

img_5255

img_5254

 

Zaczyna zanosić się na deszcz, z resztą prognozy zapowiadały niezłą ulewę, wracamy więc do hostelu, zarezerwować autobus do Penang, znaleźć hostel, napisać bloga. Mijamy wieżę Menara Tower, do której udamy się pod wieczór, by spojrzeć z góry na miasto.

img_5257

Ledwo dotarliśmy do hostelu, z nieba po prostu lunęło, dawno nie widzieliśmy takiej ulewy i burzy, ściana deszczu, a do tego parno i duszno, że ledwo można oddychać. Mamy tylko nadzieję, że przestanie padać nim się ściemni.

Gdy tylko przestało padać, ruszyliśmy w drogę ku wieży Menara. Chcieliśmy z niej oglądać panoramę miasta, gdy wszystkie wieżowce, a przede wszystkim ten najważniejszy – Petronas, będą już podświetlone. Po ulewie praktycznie nie było powietrza, by oddychać, miasto parowało. Dotarliśmy pod Menarę tuż przed 21, na miejscu okazało się, że jest cała skąpana w chmurach i wyjazd na nią na własną odpowiedzialność, zwrotów za bilety nie będzie. Chcieliśmy zaryzykować, póki nie pokazano nam zdjęć z góry, na których nie widać dosłownie nic, prócz chmur. Ok, bez sensu, idziemy pod Petronasy.

16523951_1662960040387219_481003263_o-1

16492523_10208814150286155_307825610_o

Znowu rozlało się z całych sił, musieliśmy ubrać przeciwdeszczowe kurtki i schować całą elektronikę. Dopiero pod samymi wieżami deszcz ustał, a naszym oczom ukazał się ten niesamowity widok…

img_5261

img_5265

img_5274

16491682_10208814733580737_1219709236_o

I od teraz już wiesz, że jesteś taki malutki…

Pokręciliśmy się jeszcze po Chinatown i wróciliśmy do  hostelu, który mieliśmy opuszczać o 6 rano, by dojechać za dnia na wyspę Penang do Georgetown w Malezji. Dla tych, którzy będą się wybierać gdziekolwiek z Kuala Lumpur z dworca – przyjedźcie tam duuużo wcześniej, zanim wsiądziesz w autobus, stoisz w kilometrowej kolejce, by wymienić swój elektroniczny (uwaga, musi być wydrukowany) bilet, na malezyjski kwitek. Bez tego nikt nie wpuści Cię do autobusu. Wyjazd miał być o 7:45, ostatecznie autobus spóźnił się niemal godzinę. Ostatecznie dojechaliśmy do Georgetown na wyspie Penang, która z lądem jest połączona mostem. W ten sposób rozpoczęliśmy wreszcie zasłużone lenistwo, może nie w takim stylu, jak inni, którzy preferują leżenie do góry brzuchem i robienie NIC, bo nasz styl jest nieco inny – trekking, snorkeling, objazdy, ale dzięki temu widzimy i wiemy więcej 🙂 W każdym razie o Penang, malezyjskich plażach i dżungli będzie kolejny wpis!

Tymczasem pozdrawiamy z Bangkoku, gdzie spędzamy ostatnią noc w Azji Południowo-Wschodniej, ale za to jutro…lecimy jeszcze do Izraela, tak, by stopniowo przyzwyczajać się do niższych temperatur 🙂 Uciekamy na Khao San bawić się do białego rana, jutro wpis z Penang! 🙂

Inle Lake!

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy dojechaliśmy do miejscowości nad jeziorem Inle (Nyaungshwe), postanowiliśmy rozglądnąć się za autobusem do Mandalaj albo Bagan. Wiedząc, że transport przez Birmę zajmuje naprawdę dużo czasu, nawet przy bardzo krótkich odcinkach jest to kilka godzin, nie chcieliśmy tracić czasu. W sumie jak dotąd przyjęło się, że co drugą noc spędzamy w nocnym autobusie, żeby zaoszczędzić czas zamiast jechać w ciągu dnia, szczególnie, że nasz plan podróży zakłada dwie dodatkowe opcje, ale tego jeszcze nie będziemy zdradzać. W każdym razie jest bardzo blisko realizacji 🙂 .

W Nyaungshwe ciemna noc, choć jest dopiero tuż po  19. W kilku ulicznych knajpkach nieśmiało tli się latarenka. Najpierw idziemy zerknąć na lokalny dworzec autobusowy. No niestety. Czynny tylko do 18, nie ma żywej duszy, wszystko zabite przysłowiowymi dechami. W takim razie pozostaje nam spacer po lokalnych biurach podróży, gdzie także sprzedają bilety autobusowe. W pierwszym – nie ma biletów, w drugim chcą nas naciągnąć. W trzecim proponują poranny. W końcu docieramy do czwartego, które już mieli zamykać. Biletów na nocny autobus do Mandalaj nie ma, jest na poranny, ale ten nas nie interesuje. W końcu okazuje się, że są ostatnie miejsca w nocnym autobusie do Bagan. Ok, jedziemy! Dystans – 256km, czas przejazdu 8-9h. Przyzwyczaić się, że w Birmie w autobusach raczej nie ma toalet, ALE co 2-3h autobus się zatrzymuje, pierwszy przystanek już po 2h, bo przecież kierowca zdążył już zgłodnieć – standard 🙂 Za bilet zapłaciliśmy 9000kayat od osoby, czyli ok. 30zł. Kierowca ma przyjechał po nas o 18:30 odebrać nas z hotelu i podstawić pod autobus.

Pierwsza sprawa załatwiona. Czas coś zjeść. Miasto powoli kładzie się do snu, choć ledwo wybiła 20. Udało nam się jeszcze złapać curry w rodzinnej ulicznej knajpce, gdzie byliśmy już jedynymi klientami i wróciliśmy do hotelu. Nie mamy przecież łódki na rano, a skoro mamy cały dzień to możemy cały dzień spędzić na jeziorze. Zapytaliśmy na recepcji hotelu, bo w porcie już ani żywej duszy o tej porze. Mogliśmy teoretycznie łapać coś rano, ale woleliśmy mieć pewność, że od razu będzie ktoś z samego rana na nas czekał. Wynajęcie łódki na wschód słońca to ok. 18000kayat czyli mniej więcej 55zł. Tak naprawdę to od klienta zależy, ile chce pływać, cena jest taka sama bez względu na to, czy płyniesz tylko na wschód słońca, czy chcesz wycieczkę po całym jeziorze. Ktoś przyjdzie po nas o 6:30. W takim razie trzeba się wcześnie położyć i wcześnie wstać. Budziki nastawione, Karolina jeszcze pół nocy walczyła z birmańskim internetem, żeby wrzucić post na bloga. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że jeden z naszych telefonów przestawił sobie godzinę o pół h w tył (birmański czas), a drugi nie, w związku z czym ostatecznie budziła nas recepcja, gdy o 6:30 (choć byliśmy pewni, że jest 6), czekał już na nas nasz lokalny sternik. 3minuty, jesteśmy gotowi.

Warto się rano bardzo ciepło ubrać, wschód słońca jest niesamowity, ale nie mając ciepłych ubrań na sobie, nikt nie będzie mógł się skupić na widokach, myśląc o tym, co zrobić, żeby nie zamarznąć.

Słońce powoli wyłania się zza horyzontu. Pojawiają się tradycyjni rybacy. I choć o tej porze jest to bardziej zwykła komercha i biznes, nikt nie odmówi uroku tym niesamowitym widokom. Uwierzcie, że bardzo ciężko było zdecydować, które zdjęcia wybrać.

img_4035

img_4047

img_4066

img_4067

img_4086

img_4104

img_4112

Dalej zaczyna się typowa w tym miejscu wycieczka po całym jeziorze. Sam decydujesz, kiedy kończysz. Zaczęliśmy od tradycyjnego miejsca wyrobu srebra. Wszystko robione ręcznie, zgodnie z wieloletnią tradycją. Ma to swoje odbicie w cenach, bo oczywiście cały warsztat połączony jest ze sklepem. Mile widziane jest kupno drobiazgu, ale bez przesady, nie jest to obligatoryjne.

img_4148

img_4149

Przepływając między pływającymi wioskami, mogliśmy się napatrzeć na życie i codzienną rutynę zwykłych mieszkańców tutejszych okolic. Co porusza do głębi, to fakt, że mimo nie raz niesamowitej biedy, choć dla Birmańczyka możesz być zwykłym, rozpieszczonym białasem – niezłym źródłem zysku, jeśli uda ci się cos białasowi wcisnąć, mimo, że niejednokrotnie widzi się ludzi wychudzonych, schorowanych, to ci ludzie nigdy nie przejdą obok drugiego człowieka, nie obdarzając go ciepłym, serdecznym uśmiechem. A do białasa niejednokrotnie podejdą i mimo bariery językowej, będą próbować się mimo wszystko porozumieć, zapytają skąd pochodzisz i życzą ci dobrego dnia. Nie bez powodu Birma jest nazywana krajem uśmiechniętych ludzi.

img_4152

img_4219

Docieramy do wyspy, na której znajduje się pagoda i lokalny targ. Swoją drogą jeden z najbardziej prawdziwych i świetnych targów, na jakim byliśmy, ale o tym za chwilę.

Pagoda Phaung Daw Oo Paya o tyle interesująca, że w centralnej części pagody znajduje się kilka antycznych przestawień Buddy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że posągów to wcale nie przypomina…

img_4165

To już nie pierwszy raz, kiedy się z tym spotykamy. Taka sama historia była na wzgórzu Golden Mount w Bangkoku. Otóż od lat przyklejane płatki złotej folii sprawiły, że posążki całkowicie straciły swój oryginalny kształt. Pamiętajmy, że tutaj bezpośrednio do posążków nie mają wstępy kobiety. Dlaczego? Otóż przyjęło się, że kobiety są nieczyste i niegodne ze względu na to, że przechodzą menstruację.

img_4167

I wspomniany targ – o tej porze jeszcze totalnie pozbawiony wścibskich turystów, dosłownie zalany tubylcami kupującymi lokalne warzywa, owoce, siedzący sobie na porannej herbatce, starsze babcie, które piekły niesamowicie tłuste ciastka, Birmańczycy niosący swoje zakupy na głowach. Tak, bardzo chcieliśmy tu zostać dłużej.

img_4169

img_4181

img_4186

Wracamy na łódkę, płyniemy dalej. Tym razem warsztat, w którym lokalne kobiety tkały piękne szale, apaszki, pościele itd. Z lotosu i jedwabiu. Wszystko w tradycyjny sposób. Robiło wrażenie, ceny oczywiście horrendalne, ale widać, że jest to bardzo praco- i czasochłonne.

img_4224

img_4242

Po drodze zaglądamy jeszcze do lokalnych rzemieślników, oglądamy jak wyrabia się łódki z teki, tradycyjne parasolki.

16325918_10208743792687259_1522995230_o

Docieramy do warsztatu, gdzie robi się lokalne papierosy. Zamiast bibułki – liść, w środku tytoń i olejek różany. Jest wersja delikatniejsza i mocniejsza. Można oglądać, jak wyrabia się te papierosy, popalając sobie dla spróbowania na miejscu. Można też kupić na miejscu. I tu mała rada – tak, zobaczycie podobne papierosy w lokalnych sklepach, na targu, wszędzie. Ale ten aromat i tytoń jest zupełnie inny. Wiemy, bo próbowaliśmy też tych sklepowych i to jest zupełnie coś innego.  PS. Tu też można się targować, bo ceny są dość wygórowane, jak na papierosy

img_4254

16357160_10208743772526755_1889454564_o

Ostatecznie podpływamy do wioski Inthein, która w zasadzie nie różniłaby się pewnie niczym innym od innych wiosek w Birmie, ale gdy podejdzie się jakieś 20minut w głąb lądu, dotrze się poprzez korytarz zapchany straganami do kompleksu Shwe Inn Thein Paya, w którym znajduje się 1054stup. Przejście między nimi robi wrażenie. Kazda jest ufundowana przez innego darczyńcę, naznaczona tabliczką, kto ją zasponsorował.

img_4197

img_4293

 

Po drodze lunch – curry z rybką i curry wegetariańskie – tak, w kuchni birmańskiej można znaleźć liczne wpływy z Indii i czas kierować się ku miastu, skoro mamy zdążyć na autobus. Po drodze mijamy tubylców zajętych codzienną toaletą w rzece

img_4304

Ostatni rzut okiem na Inle Lake. Tak, wschód słońca był niesamowity, ale to miejsce jest całkowicie inne o każdej porze dnia i nocy.

img_4308

Dalej zaś ruszamy w drogę do niesamowitego Bagan, które, myśląc o Birmie, przynajmniej nam, przychodzi do głowy jako pierwsze. Nigdzie na świecie nie ma tak pięknych wschodów i zachodów słońca jak w Birmie, w kraju uśmiechniętych ludzi.  Ale to udowodniać będziemy w kolejnych wpisach!

Chiang Rai ( Tajlandia) i wjazd do Birmy (Tachileik)

Jeszcze w ten sam dzień, kiedy wróciliśmy od słoni, udało nam się wyjechać z Chiang Mai do Chiang Rai na północ, zbliżając się tym samym do granicy z Birmą. Za bilet autobusowy zapłaciliśmy jakieś 320 bahtów za dwa bilety, czyli jakieś 18zł od osoby. Podróż trwa mniej więcej 3-3,5h.

Dojechaliśmy pod wieczór, rzuciliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy w miasto poszukać lokalnych przysmaków. Idąc za odgłosami z mikrofonu, poprzez targ, na którym można kupić wszystko i nic, dotarliśmy do placu, na którym porozstawiane było całe mnóstwo stolików, przy których tubylcy spożywali kolację oglądając na żywo koncert lady-boy’a w krótkiej czerwonej spódniczce i baaaardzo wysokich obcasach. Pewnie zostalibyśmy tutaj zjeść między lokalnymi, ale lady-boy tak wył, że nie szło tego słuchać, więc oddaliliśmy się w ustronną uliczkę, zjedliśmy i wróciliśmy spacerem do hostelu. Dzień załadowany atrakcjami w każdej minucie dał nam się we znaki, a kolejny nie miał być lżejszy.

Z samego rana zostawiliśmy plecaki w hostelu, wypożyczyliśmy skuter (250bahtów na cały dzień-mocniejszy silnik, 200bh słabszy silnik) i ruszyliśmy najpierw w stronę słynnego White Temple. Położona poza miastem świątynia buddyjsko-hinduistyczna, nie ma zbyt wiele wspólnego z wielowiekową historią Tajlandii, jej budowa została rozpoczęta w 1997 roku i trwa do dziś, ale jest to jedna z głównych atrakcji okolic Chiang Rai.

Mimo, iż byliśmy tam naprawdę wcześnie, pod świątynią stały już tłumy ludzi, pielgrzymów, turystów. Może nie jest to coś, co porywa i rzuca na kolana – budynek dla jednych jest nowoczesny i piękny, dla innych bliżej mu do kiczu – o gustach się nie dyskutuje, jednak na pewno warto zobaczyć ze względu na to, iż świątynia znacząco różni się od tych, które kolejno odwiedza się w Tajlandii. Dla nas było to aż za cudne, za błyszczące, za bardzo rażące po oczach i totalnie brakuje tu umiaru, ale co kto lubi, nie będziemy tu wnikać. Zobaczyć warto. Wstęp płatny – 50 bahtów, dookoła ogrodzonej bramkami świątyni, standardowo, targowisko, ale to już nikogo nawet nie dziwi.

img_3930

 

img_3936

img_3935

img_3944

Prócz White Temple, mieliśmy jeszcze jeden cel, do którego realizacji był nam potrzebny skuter. Otóż nie tak daleko od Chiang Rai, w wiosce nazywanej przez lokalnych Long Neck Village, można zobaczyć rozsławione na całym świecie kobiety, które noszą na szyjach charakterystyczne metalowe obręcze, dzięki czemu ich szyje wyglądają na dłuższe i smuklejsze. Mowa tu o plemieniu Karenów, ich wioski można spotkać w Tajlandii m.in. w okolicach Chiang Rai i Chiang Rai, plemię to jednak pochodzi oryginalnie z Birmy.

Tak naprawdę do dziś nie znaleziono uzasadnienia dla noszenia przez kareńskie kobiety obręczy na szyjach. Jedna z legend głosi, że obręcze miały chronić przed atakiem tygrysów, które najpierw rzucały się na szyje. Inna legenda mówi, iż mężczyźni z plemienia Karenów nakazali nosić obręcze swoim małżonkom, by były mniej atrakcyjne i w ten sposób uchronić je przed wzrokiem innych mężczyzn. Legend można mnożyć i wymieniać, do dziś ciężko doszukać się w nich prawdy.

Co jednak ciekawe, naukowcy udowodnili, że tak naprawdę, kobiety z plemienia Karenów wcale nie mają dłuższych szyi od innych kobiet. Mimo, iż obręcze zakłada się dziewczynkom już od najmłodszych lat, z wiekiem dokładając kolejne, tak naprawdę długie szyje to efekt iluzji.

img_3968

img_3966

img_3970

img_3981

Za wstęp do Long Neck Village należy zapłacić- 300bahtów od osoby. Tak naprawdę jest to zamknięty teren, w którym żyje kilka różnych plemion w maleńkich wioskach, po których chodzi się od jednej do drugiej. Oczywiście i tak każdy czeka na ostatnią wioskę, w której żyją przez wielu nazywane „żyrafami” kobiety z plemienia Karenów.  PS. Naprawdę warto wybrać się tu samemu na wypożyczonym skuterze – zorganizowane wycieczki kosztują od 1000 do 1200 bahtów + dodatkowo trzeba zapłacić we własnym zakresie wstęp do wioski (300bahtów), podczas gdy wynajęcie skutera na cały dzień to 200-250 bahtów + 300bh za wstęp. Kalkulacja jest prosta. A z tłumem przepychających się uczestników wycieczek nie jest tak przyjemnie.

img_3958

img_3952

Przy okazji, wracając do Chiang Rai z Long Neck Village, przejeżdża się wzdłuż pól uprawnych ananasa, przy drodze stoi całe mnóstwo kobiet sprzedających NIESAMOWITE ananasy, de facto prosto z krzaczka. 20 bahtów, a smak absolutnie niepowtarzalny – polecamy zatrzymać się przy drodze i skosztować.

Zanim oddaliśmy skuter, zaglądnęliśmy jeszcze do Wat Phra Kaew, najważniejszej świątyni buddyjskiej w Chiang Rai i Wat Chet Yot

img_3984

img_3986

img_3987

Po 4h oddaliśmy skuter i pobiegliśmy do hostelu odebrać plecaki. Jeszcze rano, zanim wyjechaliśmy poza miasto, skoczyliśmy na dworzec, upewnić się, że autobusy do granicy z Birmą jeżdżą rzeczywiście na tyle często, że uda nam się wyruszyć w okolicach południa.

Zabraliśmy plecaki i pędem w stronę dworca. Oczywiście na dworcu nikt nie mówił po angielsku, ale od busa do busa, udało się znaleźć odpowiedni. Choć busy do granicy z Birmą odjeżdżają co godzinę, co do zasady o każdej równej godzinie, warto być wcześniej. Ilość miejsc ograniczona, więc jeśli bus się zapełni przed pełną – wyjeżdża wcześniej i kolejnego nie podstawiają. Dojazd busem do granicy Mae Sai to koszt 60 bahtów od osoby. De Facto dojeżdża się na parking w Mae Sai, z którego trzeba podjechać jeszcze czymś w rodzaju sporego, ciężarowego tuk tuka (nazywany  Red car) za 15 bahtów centralnie do granicy. Dalej już pieszo – kolejka dla lokalnych – gigantyczna, dla obcokrajowców – bez kolejki. Oddajemy wypełniony w Tajlandii dokument wyjazdu z kraju, pieczątka i ruszamy ku stronie birmańskiej.

img_20170121_133209

Tu dwóch uprzejmych urzędników zaprasza nas do pokoju, daje dokumenty do wypełnienia, prosi o wizy, robi nam zdjęcia. Pamiętać należy, by mieć w głowie nazwę jakiegokolwiek hotelu/hostelu w mieście, do którego się kierujecie – nikt tego potem nie sprawdza, ale wpisać trzeba, żeby wiedzieli, że nie jedziecie całkiem w ciemno. Oddają paszport, wbijają pieczątkę, witamy w Birmie!

W ten sposób docieramy do miejscowości Tachileik po stronie birmańskiej – udało się! Od razu atakuje nas zgraja taksówkarzy oferujących wycieczki po okolicach, podwózkę na lotnisko, co tylko nie chcesz. Tu jeszcze można płacić w bahtach, lokalna waluta nie jest wymagana. My jednak najpierw idziemy coś zjeść, wiedząc, że jeszcze długo nie dotrzemy do miejsca naszego noclegu, gdzie będziemy mogli się rozsiąść i napełnić brzuchy, poza tym nie do końca wiemy, czego się spodziewać i kiedy w ogóle uda się dotrzeć na miejsce. Toteż czas coś przekąsić!

img_20170121_135959

img_3988

img_4011

Ps. Przy okazji – nie dajcie się naciągnąć taksówkarzom i kierowcom tuż za granicą – oferują wycieczki w cenach, które są wyciągnięte z kosmosu, ale wiadomo, starają się wyciągnąć jak najwięcej, gdy widzą białasa – nic dziwnego w Azji. My ostatecznie wytargowaliśmy cenę 200 bahtów za dojazd do świątyni Shwedagon w Tachileik i później podwózkę na lokalne lotnisko, które co by nie było, jest nieco oddalone od centrum. Nasz tuk tuk ledwo jechał, ale jakoś się udało 🙂

Od razu rzuciły nam się w oczy piękne dzieciaki biegające dookoła złotej pagody – pełen makijaż, uśmiechy na twarzach. Podszedł do nas mnich z pytaniem, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie – no pewnie!

img_4000

img_3993

Zabawne – od razu wyciągnął swojego smartphone’a i poprosił o kontakt do facebook’a, żeby wymienić się zdjęciami. Pamiętajmy też, że niemal wszyscy mnisi buddyjscy w Azji władają świetnym angielskim, więc można z nimi się swobodnie porozumieć, podejść i zapytać w razie problemu lub po prostu porozmawiać – są zawsze bardzo przyjaźni i chętnie ucinają sobie pogawędkę z obcokrajowcami, traktując to jako trening swoich umiejętności językowych i nauka o życiu w innej części naszego globu.

Dalej pojechaliśmy już na lotnisko. Nie spodziewaliśmy wiele po tym lotnisku, jednak, jak już wcześniej wspominaliśmy, nie mieliśmy za bardzo wyjścia w związku z tym, że władze zamknęły drogę z granicy na południe dla ruchu turystów. Jedyną opcją był samolot.

img_3991

Wysiadamy z tuk tuka, od razu witają nas pracownicy, wiedząc od razu kim jesteśmy. Odhaczają na liście, że dotarliśmy. Lotnisko – jedno piętro, przed wejściem bose dzieciaki ganiają za piłką, zero policji, zero celników, istna sielanka. Wchodzimy na halę „przylotów/odlotów”(?).

img_4017

Podchodzi do nas chłopaczek w fioletowej koszulce linii lotniczych, którymi mamy lecieć, bo my potrzebujemy czasu, żeby ogarnąć, co tu się dzieje i co w ogóle mamy robić. Wynoszą gdzieś nasze plecaki, dostajemy bilety z ręcznie wypisanymi imieniem i nazwiskiem, każą iść do okienka imigracyjnego. Siedzi tam dwóch panów, pokazują na paszporty, otwierają zeszyty – wpisują nasze dane- imię: karolina, nazwisko: anna, urodzona: 4.01.1990. Mamo, jak się rozbiję, na podstawie tych danych mnie nie zidentyfikujesz! 🙂  Ogólnie wzbudzamy wielkie zainteresowanie wszystkich na lotnisku, ale już tutaj da się odczuć niesamowitą aurę bijącą od Birmańczyków, ale o tym będziemy jeszcze dokładniej pisać przy okazji wpisów na temat Birmy. Nagle każą iść – no ok, idziemy. Stajemy na podeście, pan nas maca czy nie przewozimy bomby, ot, cała kontrola celna i osobista. Wchodzimy do „hali odlotów”(?). Samolot przyleciał, szybka akcja, maszerujemy po mikro płycie

16244565_1649457778404112_2032318908_o

…wsiadamy, nie ma na bilecie numerów miejsc – gdzie mamy siadać? Słyszymy – gdziekolwiek. Ooook. W zasadzie i tak jesteśmy jednymi z może 14 pasażerów. Godzinny lot, lądujemy w ciemności w Hehu, jakieś 20km od Inle Lake, gdzie się wybieraliśmy. Wysiadamy z samolotu, wchodzimy do ciemnej i pustej hali przylotów, biegają za nami kolesie z latarkami, jeden podchodzi i przynosi nam plecaki. Nie ma prądu, nie ma światła, nie ma żywej duszy prócz tych z latarkami, co świecą nam drogę. Ot, zaczynamy więc przygodę!

Wychodzimy z lotniska, atakuje nas zgraja taksówkarzy – cena 23 dolary. Za  20km drogi trzeba przyznać – spooooro. Próbujemy się targować, wiedząc, że i tak nie mamy totalnie żadnej innej opcji – jesteśmy w czarnej dziurze, gdzie jedynym naszym towarzystwem są taksówkarze i szczere pole, ciemność, brak komunikacji dookoła. Zgodzili się na 20dolarów, niżej nie zejdą, nie ma dalszej dyskusji. No dobra, serce boli, ale trzeba się jakoś dostać. Jedziemy przez totalną ciemnię, nie mijając po drodze ani jednej latarni, żywej duszy. Dojeżdżamy w końcu do budki, gdzie trzeba zapłacić za wjazd na teren Inle Lake – 10 dolarów od osoby.  Płacimy, bez tego obcokrajowcy nie mają wstępu (Birmańczycy za darmo), jedziemy dalej. Oczywiście jedziemy w ciemno, bo nie rezerwowaliśmy nic, nie będąc pewnymi, czy uda się tego dnia dotrzeć do Inle Lake. Dojeżdżamy do Nyaungshwe, miejscowości tuz nad jeziorem Inle. Standardowe pytanie – jaki hotel? Nie wiemy, ale kierowca i tak tego nie rozumie. Ostatecznie rzucamy  byle jaką nazwę z Lonely Planet, podwozi nas – nie ma miejsc. W motelu naprzeciw – nie ma miejsc. Dopiero w trzecim z kolei znalazł się pokoik – 20 dolarów za pokój z łazienką, ciepłą wodą i śniadaniem. No ok, bierzemy, o tej porze i tak pewnie nic już nie znajdziemy.

Tak dotarliśmy nad jezioro Inle w Birmie, o tym jednak, co dalej, będzie kolejny wpis. Mając bardzo słaby internet w Birmie, nasze możliwości są chwilowo ograniczone i jesteśmy na blogu kilka dni w plecy, obiecujemy jednak, że jak tylko złapiemy znowu niezłe połączenie – od razu pojawi się kolejny wpis. Tymczasem mamy już za sobą kilka dni w Birmie i pozdrawiamy z Mandalaj!

Bangkok, Chiang Mai!

 

Po 2godzinnym locie do Helsinek, 3godzinnej przesiadce w Helsinkach i 10 godz. Kolejnego lotu, dotarliśmy wreszcie do Bangkoku. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak tęskniliśmy za tym miastem, dopóki nie wysiedliśmy z kolejki z lotniska. Od razu uderzyły w nas zapachy azjatyckich przysmaków, otoczyły nas wszechobecne tuk-tuki i dało o sobie znać gorące tajskie powietrze. Tym razem jednak wilgotność okazała się łaskawsza niż przy naszej poprzedniej wizycie w Bangkoku, można było swobodnie oddychać.

Dojechaliśmy na ostatni przystanek niebieskiej linii kolejki z lotniska i złapaliśmy pierwszą taksówkę na Khao San. Nie mieliśmy żadnego hostelu, gdyż i tak tego samego dnia mieliśmy jechać do Chiang Mai, nauczeni jednak doświadczeniem z poprzedniego razu, wiedzieliśmy, że najwięcej hosteli jest właśnie na Khao San. Pamiętać należy, że o koszt taksówki warto się potargować – kierowca widząc turystę, na dodatek z dużym plecakiem, spodziewa się, że uda mu się nieźle zarobić.

Dotarliśmy na Khao San, rzuciliśmy plecaki w bagażowni w jednym z hosteli za drobną opłatą i ruszyliśmy przed siebie wiedząc, że tak naprawdę mamy jakieś 10h do naszego autobusu do Chiang Mai, z czego na dworzec, znając korki w Bangkoku, musimy wyruszyć 2h przed wyjazdem autobusu. Za dobrze pamiętamy, jak poprzednim razem niemal spóźniliśmy się na samolot do Siem Reap 🙂

Najpierw szybka przekąska w postaci Pad Thai i Sajgonek i czas w drogę! Azjatyckie jedzenie nigdy nam się nie znudzi!

16176513_10208684729370713_1913225416_n-kopiowanie

16176761_10208684730250735_215565382_n-kopiowanie

W Bangkoku wciąż trwa żałoba po zmarłym kilka miesięcy temu królu. Warto pamiętać, że to najdłużej na świecie panujący władca. Dziś jego miejsce zastąpił 60letni syn, jednak w dniu naszego przylotu do Bangkoku trwają uroczystości zakończenia żałoby. Pałac jest zamknięty, wokoło całe masy na czarno ubranych Tajów, chcących ostatecznie pożegnać ukochanego króla. Wszędzie jego zdjęcia, ryciny, portrety.

img_3650-kopiowanie

Stwierdziliśmy, że ruszymy najpierw do Wat Pho, czyli potężnego, leżącego Buddy. Tak, byliśmy już tam, jednak poprzednio byliśmy tak zmęczeni, do tego z nieba lała się ściana deszczu, że wstyd się przyznać, ale całą szóstką po prostu zasnęliśmy na podłodze u stóp Buddy J Tym razem chcieliśmy mu się dokładniej przyglądnąć. Dla ciekawskich – wstęp 100 bahtów, pamiętać należy, jak w każdej świątyni buddyjskiej, o odpowiednim stroju – zakryte ramiona, zakryte kolana, bose stopy. Ot, Wat Pho w pełnej swej okazałości:

img_3655-kopiowanie

img_3641-kopiowanie

img_3672-kopiowanie

img_3665-kopiowanie

Zasypianie w Wat Pho to już chyba tradycja…:) tym razem nie było deszczu, ale jakoś tak się złożyło, że wychodząc usiedliśmy na schodach i nie wiemy nawet kiedy oczy się zamknęły. Może to magia tego miejsca, że na tyle koi i uspokaja, że człowiekowi robi się błogo.

Mieliśmy nadzieję zahaczyć jeszcze o Wat Arun, z nadzieją, że tym razem remont został zakończony, jednak wyglądając z pomostu zobaczyliśmy, że niestety 1,5 roku od naszej ostatniej wizyty niewiele się zmieniło, wciąż rusztowania zasłaniają świątynię.

Wiedząc, że nie mamy tak naprawdę za wiele czasu, a Bangkok potrafi wciągnąć, aż straci się rachubę czasu, spacerkiem zaczęliśmy wracać w kierunku Khao San. Tam, na spokojnie, uraczyliśmy si ę zimnym Changiem (słynne tajskie piwo) i kolejnymi porcjami pysznego jedzenia, obserwując, jak słynna imprezowa Khao San wraz z zachodzącym słońcem zmienia się z bazaru w największą azjatycką imprezę, ku której zmierzają rzesze turystów z całego świata. Nie bez powodu bowiem w roku 2016 pod względem ilości turystów Bangkok zajął pierwsze miejsce na świecie.

 

Zabraliśmy plecaki, złapaliśmy tuk tuka i ruszyliśmy w godzinną podróż ku północnemu dworcowi autobusowemu Morchit, z którego mieliśmy kupiony przez internet bilet do Chiang Mai. Dla ciekawskich – bilet na nocny pociąg, który wychwalany jest niemal wszędzie to ok 1300 bahtów (2ga klasa!), jazda trwa 13-14h, klimatyzacja w cenie- owszem. My wybraliśmy autobus, bo po pierwsze był tańszy – 530 bahtów, szybszy – 9,5h. Zapewniona klimatyzacja, woda mineralna, posiłek nad ranem, kocyk, toaleta – szczerze- chyba nigdy się tak nie wyspaliśmy w żadnym nocnym środku transportu, przespaliśmy dosłownie całą drogę.

img_3680-kopiowanie

Nad ranem dojechaliśmy do Chiang Mai. Dzień dopiero budził się do życia, jednak wiedząc, że teoretycznie w zarezerwowanym przez nas hostelu, check in jest od 7, ruszyliśmy od razu w jego kierunku. Nie zamierzaliśmy spać, ale marzyliśmy o prysznicu, gdyż ostatni raz mieliśmy okazję kąpać się w Krakowie 2 dni wcześniej 🙂

Gdyby ktoś szukał fajnego miejsca w Chiang Mai, bez wątpienia znajdzie mnóstwo hosteli, większość z nich nawet nie ma profilu w internecie, a ceny dla walk-inów są niższe niż dla rezerwacji internetowych.

Wzięliśmy prysznic, zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy wynająć skuter, by najpierw wyjechać za miasto do Wat Phra That Doi Suthep. Wynajęcie skutera na 24h kosztowało 200 bahtów, czyli mniej więcej 24 zł. Drogą przez serpentyny, przed naszymi oczami ukazały się długie schody ku górze rozpoczynające się głowami smoków. Warto podkreślić, że w Chiang Mai i okolicach wyraźnie widać wpływy chińskie, szczególnie w architekturze sakralnej. Liczne smoki, potwory, inna konstrukcja dachu – charakterystyczne cechy chińskich świątyń można zauważyć właśnie tutaj.

Wejście na szczyt schodów, standardowo- obcokrajowcy płacą za bilet, tubylcy wchodzą za darmo. Oczywiście są to kwoty iście symboliczne, więc nic się nie dzieje. Tuż po wejściu na teren kompleksu zostawiamy buty, Karolina owija się sarongiem  -szacunek to podstawa, jeśli jako turysta chcesz zwiedzać świątynie buddyjskie.

Trzeba przyznać, że kompleks robi wrażenie, oczywiście kipi złotem, dookoła dzwonią dzwonki symbolizujące tu darczyńców na rzecz świątyni, zapach kadzideł unosi się w powietrzu…

img_3684-kopiowanie

img_3669-kopiowanie

img_3695-kopiowanie

img_3697-kopiowanie

img_3700-kopiowanie

img_3693-kopiowanie

Dalej ruszyliśmy w drogę powrotną do Chiang Mai, chcąc odwiedzić pozostałe świątynie, zahaczając po drodze o lokalny targ, gdzie jednak wszystkie stragany z gotowanym świeżym jedzeniem właśnie się składały, otwarte miały być znów o 18 – ok, wrócimy tu później. Tymczasem zaparkowaliśmy skuter przed świątynią Wat Chedi Luang – najważniejszą w Chiang Mai świątynią buddyjską i po drodze zatrzymaliśmy się zjeść u przemiłej starszej Tajki w jej ulicznej „knajpce”, która serwowała absolutnie genialne przysmaki. Warto podkreślić, że Chiang Mai to raj dla wegetarian – tutejsza kuchnia słynie z doskonałych potraw wegetariańskich, o czym mieliśmy okazję się przekonać.

16176251_10208684730410739_599502545_n-kopiowanie

16176503_10208684729690721_1750025077_n-kopiowanie

Wat Chedi Luang:

img_3744-kopiowanie

img_3749-kopiowanie

 

Dalej odwiedziliśmy Phra Singh Temple:

img_3727-kopiowanie

img_3725-kopiowanie

img_3759-kopiowanie

img_3753-kopiowanie

img_3762-kopiowanie

Od świątyni do świątyni, wróciliśmy na chwilę do hostelu, ogarnąć, co dalej zaplanować i kiedy dostać się do Birmy. Sprawdziliśmy wszystkie dostępne opcje, przeanalizowaliśmy „za” i „przeciw” i zdecydowaliśmy, że do Birmy wjedziemy w sobotę. Tymczasem na dzień następny zaplanowaliśmy wyjazd do „Elephants Family Care” – miejsca, gdzie za cel postawiono sobie ochronę tych niesamowitych zwierząt przed wykorzystywaniem ich w noszeniu rozpieszczonych turystów na swoich grzbietach. Gdzie się uczy ludzi i pokazuje im, jak się opiekować słoniami, jak wygląda ich normalna rutyna dnia codziennego, gdy nie muszą pracować dla ludzi. Cała wycieczka kosztuje jak na Tajlandię nie małe pieniądze – my zapłaciliśmy 1600bahtów za osobę, czyli jakieś 180 zł, jednak pieniądze te w całości są przeznaczone na opiekę i utrzymanie słoni. Wyjazd następnego dnia o 8 rano, powrót około 17, więc zaraz po tym pojedziemy do Chiang Rai.

Jak już wcześniej wspominaliśmy, pojawił się też problem w związku z przejazdem przez Birmę. Na naszej wizie wpisane zostało, że przekroczymy granicę w Tachileik, na północy.  Jednak droga od Tachileik na zachód, w kierunku Mandalaj, została zamknięta dla transportu turystów. Jedyną więc opcją dla nas zostaje kupienie biletu lotniczego z Tachileik do Mandalaj lub pobliskich miast. Loty nie są codziennie, a nam, jak zwykle, zależy na czasie. Kupiliśmy więc bilet z Tachileik do Heho (okolice Inle Lake), płacąc za niego 115 dolarów!!!!! Masakra, ale niestety innej opcji nie było. Nie mogliśmy przekroczyć granicy drogą powietrzną, jeśli na wizie mamy ściśle określone, którędy wjedziemy do Birmy…Więc bilet krajowy lotniczy w obrębie Birmy, kosztował niemal połowę naszych lotów do i z Azji. Niestety.

Wieczorem spacerowaliśmy po mieście, zastanawiając się, czy nie iść na walkę Muai Thai, która miała odbyć się o 21 na lokalnym „stadionie”. Weszliśmy zerknąć, ostatecznie obecność niezliczonych transwestytów, nazywanych przez lokalnych „lady boy”, ostatecznie pomogła podjąć nam decyzję, że może pójdziemy w Bangkoku w drodze powrotnej 🙂

img_3768-kopiowanie

Na koniec dnia pyszna tajska kuchnia uliczna – pad thai za grosze, piwo Chang, towarzystwo lokalnych mieszkańców, a potem tradycyjny tajski food massage – 30minut – 100bahtów (ok.12zł) 🙂 rano ruszamy na słonie!

16215493_10208684730050730_852797100_n-kopiowanie

16145026_10208684730530742_784862446_o-kopiowanie

16144099_10208684730810749_652205004_n-kopiowanie

 

PS.Pisząc to jesteśmy już w Chiang Rai, skąd jutro wybieramy się w kierunku Birmy. Ciężko stwierdzić, czy będziemy mieć internet i jeśli tak, to czy jego jakość pozwoli publikować na bieżąco następne posty, ale będziemy próbować!

Wrzucając ten post, u nas jest już 21.01, więc Babciom życzymy duuuużo zdrowia i radości!

A….Słonie były absolutnie niesamowite!