PODSUMOWANIE WYJAZDU DO AMERYKI POŁUDNIOWEJ

Jak to mówią, lepiej późno niż wcale Nie lubimy robić podsumowań, bo to kończy pewien etap i go zamyka, a my nie chcieliśmy go wcale zamykać. . .
Ciężko było nam wrócić do rzeczywistości po tak niesamowitej przygodzie, jaką była dla nas Ameryka Południowa. Można nawet powiedzieć, że za wszelką cenę staraliśmy się do tej rzeczywistości nie wracać, wspominając kolejne chwile spędzone tam, po drugiej stronie Atlantyku. Podsumowanie tego, co się tam działo, jest niezwykle trudne. Jednak po roku jesteśmy w stanie się zdystansować i troszkę inaczej na to spojrzeć, z innej perspektywy. Co nie zmienia faktu, że cholernie chcemy do Ameryki Południowej wrócić i mamy już kilka pomysłów, jak ów plan zrealizować i jak będą wyglądać kolejne trasy po tym niesamowitym kontynencie Nie, Mamo, wbrew Twoim marzeniom, nie usiądziemy nigdy na dupie, choć ciągle nas o to prosisz 🙂

 

Usiedliśmy kilka miesięcy temu przy winie i spróbowaliśmy dojść do tego, co było dla nas „NAJ” w tej podróży, poniżej więc kilka naszych typów i kategorii spośród miejsc, które mieliśmy szansę odwiedzić:
1. PAŃSTWO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – BOLIWIA
IMG_1980 (Kopiowanie)IMG_1995 (Kopiowanie)IMG_2011 (Kopiowanie)IMG_2041 (Kopiowanie) IMG_2111 (Kopiowanie)
2. MIASTO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – tu mieliśmy problem z wybraniem jednego… więc ex quo RIO DE JANEIRO i CUSCO
IMG_0054 (Kopiowanie)IMG_0078 (Kopiowanie) IMG_0209 (Kopiowanie) IMG_0218 (Kopiowanie)IMG_2999 (Kopiowanie) IMG_3005 (Kopiowanie) IMG_3054 (Kopiowanie) IMG_3706 (Kopiowanie)
3. NAJLEPSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ ZJEŚĆ – MIĘSO Z ALPAKI , zdjęcia talerza nie mamy, bo też nie wygląda jak coś specjalnego (za to w smaku pycha!), ale za to wrzucamy poniżej zdjęcie suszonego na słońcu mięsa alpaki. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieć okazję, spróbujcie, jest przepyszne!

IMG_2534 (Kopiowanie)

4. MIEJSCE (POZA MIASTEM), KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – SALAR DE UYUNI (zdjęcia są już przy okazji pkt 1, więc nie będziemy powtarzać) i MACHU PICCHU

IMG_3334 (Kopiowanie) IMG_3335 (Kopiowanie) IMG_3354 (Kopiowanie) IMG_3382 (Kopiowanie)

No dobra, z Salarów też, chociaż 2 zdjęcia 🙂

IMG_2313 (Kopiowanie) IMG_2440 (Kopiowanie)

5. NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA – IPANEMA W RIO DE JANEIRO

IMG_0468 (Kopiowanie) IMG_0246 (Kopiowanie)

6. NAJFAJNIEJSZY ZWIERZ , JAKIEGO SPOTKALIŚMY – tu mały spór, bo Karolina wybrała małpy w Rio na Głowie Cukru, a Piotrek lamy na Machu Picchu

IMG_0030 (Kopiowanie) IMG_0042 (Kopiowanie) IMG_3480 (Kopiowanie) IMG_3488 (Kopiowanie)

7. NAJŁADNIEJSZE PAMIĄTKI – BOLIWIA, LA PAZ, TARG CZAROWNIC

IMG_2616 (Kopiowanie) IMG_2630 (Kopiowanie)
8. NAJBARDZIEJ MALOWNICZE WIDOKI PODCZAS PODRÓŻY– droga do Aquas Calientes, czyli miejscowości położonej poniżej Machu Picchu. Idzie się ok. 10 km wzdłuż torów kolejowych przez las tropikalny, dookoła malownicze wzgórza, rwąca rzeka, kolibry, kolorowe kwiaty, banany. Widoki nieziemskie!

IMG_3227 (Kopiowanie) IMG_3229 (Kopiowanie) IMG_3241 (Kopiowanie) IMG_3248 (Kopiowanie) IMG_3257 (Kopiowanie)

9. NAJGORĘTSZE MIEJSCE, W KTÓRYM BYLIŚMY – PUSTYNIA ATACAMA W CHILE

IMG_1713 (Kopiowanie) IMG_1847 (Kopiowanie) IMG_1905 (Kopiowanie)

10. NAJZIMNIEJSZE MIEJSCE, W KTÓRYM BYLIŚMY – 3-DNIOWY POBYT NA WYS. NIEMAL 5 TYS. M N.P.M. W BOLIWII W DRODZE DO SALAR DE UYUNI

IMG_1984 (Kopiowanie) IMG_2095 (Kopiowanie) IMG_2371 (Kopiowanie)

Wystarczy już tych kategorii, bo można wyszukiwać ich w nieskończoność, a wciąż kolejne będą przychodzić do głowy. Podsumowując, przebyliśmy z Krakowa przez Amerykę Południową i z powrotem 34 tys. km, natomiast w samej Ameryce Południowej 12,5 tys. km – pieszo, samolotami, autobusami, taksówkami.
W samej Ameryce Południowej mieliśmy 2 loty wewnątrz-kontynentalne z Rio de Janeiro do Foz Do Iguacu i z Puerto Iguacu do Buenos Aires. Pozostałe części trasy pokonywaliśmy autobusami, które jak już pisaliśmy we wcześniejszych wpisach, w Ameryce Południowej są bardzo komfortowe.
Za bilet z Malagi do Sao Paulo i z Limy do Paryża zapłaciliśmy w sumie 1004 zł na osobę. Udało się to dzięki wielokrotnemu szperaniu przez nas za lotami i promocji linii Iberia. Za loty z Rio do Foz do Iguazu linią LAN zapłaciliśmy 571 zł za osobę, zaś za lot z Puerto Iguazu do Buenos Aires 569 zł za osobę. Dodatkowo mieliśmy lot Ryanairem z Krakowa do Malagi (278 zł na osobę) i z Paryża do Krakowa (180 zł na osobę).
Po przeliczeniu wszystkich kosztów tego wyjazdu – samolotów, autobusów, noclegów, biletów wstępu, dodatkowych wycieczek, wyżywienia wyszło nam 8000 zł na osobę. Dla porównania z biurem podróży za wycieczkę zorganizowaną do Rio de Janeiro, Wodospadów Iguazu, Buenos Aires płaci się od 11 tys. zł. Za wycieczkę do Limy, Machu Picchu, Cusco, Jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, Pustynię Atacama i Santiago de Chile z biurem podróży płaci się od 12 tys. zł. Razem wychodzi więc dużo więcej. Dodatkowo jest to wycieczka od-do, gdzie można zobaczyć tylko to, co przewodnik pokaże i gdzie kierowca zawiezie. Nie poznaje się prawdziwej Ameryki Łacińskiej.
My przede wszystkim dzięki tej wyprawie mogliśmy zobaczyć wiele niesamowitych miejsc, o których zobaczeniu marzyliśmy od lat. Poznaliśmy po drodze mnóstwo fantastycznych, uśmiechniętych ludzi, nie tylko backpackersów, zmierzających tą samą trasą, co my, ale także lokalnych ludzi, którzy, choć była między nami bariera językowa i kulturowa, zawsze byli gotowi do pomocy i służyli uśmiechem i gościnnością. Spróbowaliśmy mnóstwa lokalnych przysmaków, o których w Europie nikomu się nie śniło i aromatów, które Europie są całkowicie obce. Mogliśmy przejść się po najsłynniejszej plaży Oceanu Atlantyckiego- Copacabanie i Ipanemie i oglądać sambę tańczoną przez Brazylijczyków, oglądać wygraną Polaków z Brazylijczykami w Mistrzostwach Świata w siatkówce przy piwie razem z Brazylijczykami, napawać się widokiem nieziemskich wodospadów Iguazu i wejść pod jeden z wodospadów, by być przemoczonym do suchej nitki, oglądać tango argentyńskie przy akompaniamencie akordeonu i pianina popijając argentyńskie wino, zobaczyć winiarnie Mendozy- najsłynniejszego regionu winiarskiego w Argentynie, podziwiać ośnieżone szczyty And w drodze z Argentyny do Chile, spacerować pośród kolorowych graffiti w Valparaiso i oglądać panoramę Santiago de Chile otoczonego szczytami Andów, przejechać autobusem 22 godziny, gdy każdej godziny krajobraz zmieniał się z zielonego, winiarskiego w coraz bardziej pustynny, jechać rowerem przez Pustynię Atacama i unosić się na powierzchni lodowatej laguny pośrodku pustyni, pić herbatę z Koki na granicy Chile-Boliwia na wysokości ok. 4500m n.p.m., zachwycać się księżycowym krajobrazem dzikiej i mimo wszystko wciąż nieodkrytej Boliwii w drodze do Salar de Uyuni, spać na wys. 5000 m n.p.m. w domu zrobionym z soli i oglądać lamy o wschodzie słońca, bawić się perspektywą na największym solnisku na Ziemi, błąkać się po magicznych uliczkach La Paz, gdzie z każdego sklepiku, knajpki unosi się coraz bardziej aromatyczny zapach, iść pieszo do Aquas Calientes i stamtąd o 4 rano ruszyć do Machu Picchu, gdzie widoki absolutnie zapierają dech w piersiach, oglądać zachód słońca na wzgórzu nad jeziorem Titicaca popijając wino, zjeżdżać na desce z wielkich wydm w Huacachinii, a później jeść obiad i pić piwo w przytulnej oazie w pełnym słońcu, podziwiać pingwiny i lwy morskie w Islas Ballestas, wreszcie z zazdrością spoglądać na paralotniarzy unoszących się nad Miraflores w Limie… Te i wiele innych wspomnień wywołują błysk w naszych oczach i ciepło na sercu. Tych chwil nikt nigdy nam nie zabierze i warte to było wszelkich wyrzeczeń i każdych pieniędzy. Wróciliśmy jako inni ludzie – ludzie z bagażem doświadczeń, pełni wytrwałości i siły na kolejne podboje. Wiemy też, że musimy wrócić do Ameryki Południowej najprędzej, jak się da. Bowiem jest to kontynent absolutnie niesamowity dzięki swojej naturze, historii, uśmiechniętym ludziom, fantastycznym widokom i wciąż niewielkiej liczbie turystów. My na pewno wrócimy do Ameryki Południowej, gdyż wciąż mamy niedosyt i wciąż czeka na nas całe mnóstwo miejsc do odkrycia. I z naszej strony zachęcamy każdego do podróży w ten rejon świata. Nikt tego nie pożałuje.

 

Wpis ten dodajemy z autobusu do Warszawy, gdyż rano lecimy na podbój Azji – Tajlandii, Kambodży i Wietnamu! 🙂

IMG_9956 (Kopiowanie)

Lima

Do Limy dotarliśmy po 2 h jazdy autobusem na dworzec autobusowy. Stamtąd musieliśmy się dostać do akademika, w którym mieliśmy zorganizowany nocleg przez naszego kumpla (pozdrawiamy, Kamil!), który jakiś czas temu mieszkał w Limie w tym właśnie akademiku. Z racji tego, że miejsce docelowe znajdowało się dość spory kawałek od dworca, a z dojazdem autobusem tam naprawdę ciężko, skorzystaliśmy z usług taksówki. W Limie każdy przestrzega, by nie brać taksówek niezrzeszonych (zrzeszone mają żółty pasek na tablicy rejestracyjnej), bo niejednokrotnie kończy się to kradzieżami, a w wyjątkowych sytuacjach, w razie stawiania dużego oporu, nawet gorzej.

Zostawiliśmy rzeczy w akademiku i nie tracąc czasu ruszyliśmy w stronę głównego placu Limy, czyli Plaza de Armas. Plac zatłoczony niesamowicie, a przez pobliskie deptaki po prostu nie można było się przebić. Dzikie tłumy wyszły na ulice.

Na placu znajduje się m.in. katedra i pałac prezydencki.

IMG_4092IMG_4103 IMG_4104Co ciekawe, wokół Plaza de Armas ciężko o jakąś restaurację czy knajpkę, która nie jest Fast foodem. Ogólnie, idąc przez Limę ma się wrażenie, że jej mieszkańcy jedzą tylko i wyłącznie Fast foody.

A tutaj zdjęcie z deptaku- pamięta ktoś jeszcze bajkę o Droopy’m? J

IMG_4107Ogólnie spacerowaliśmy po centrum, a w zasadzie przeciskaliśmy się między ludźmi, co było wątpliwą przyjemnością i szczerze mieliśmy już powoli dość tego miasta. Cały czas szukaliśmy czegoś, co może wywołać jakieś pozytywne wrażenia, ale było naprawdę ciężko. Ostatecznie jednak dotarliśmy do parku, w którym znajduje się największy na świecie kompleks fontann, wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa. Paradoksalne dosyć, gdy pomyśli się o tym, że niemal 2 mln spośród ponad 8 mln mieszkańców Limy nie ma dostępu do wody pitnej.

W parku tym też znajduje się dość ciekawa fontanna multimedialna. Przedstawia ona peruwiańskie tańce narodowe, wykonane jednak są one dość słabo. Określa się tą fontannę jako fenomenalną, genialna itd. Itp., nam jednak mimo wszystko bardziej podobają się te w Barcelonie, ale co kto lubi.

IMG_4117I tu kilka zdjęć z pozostałych fontann

IMG_4130 IMG_4146 IMG_4151 IMG_4167Na terenie parku w tunelu znajduje się także mini wystawa związana z zanieczyszczeniem wód gruntowych, przy której warto się na chwilę zatrzymać.

Po długim spacerze po parku wróciliśmy do akademika. Lima póki co nas nie zachwyciła, ale postanowiliśmy jej jeszcze dać szansę następnego dnia. Trzeba podkreślić, że ze względu na liczne trzęsienia ziemi nawiedzające to miasto, niestety niezbyt wiele zabytków przetrwało, co sprawia też, że jest ono mniej atrakcyjne dla turystów. Podkreśla się także wysoką dość przestępczość w Limie. Niejednokrotnie z resztą tubylcy nas ostrzegali, byśmy uważali i mieli oczy dookoła głowy. O czymś to świadczy.

Następnego dnia spakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy tak, by były gotowe do lotu do Europy i już z plecakami ruszyliśmy do dzielnicy Miraflores, często uważanej za tą najładniejszą część Limy. Trzeba przyznać, że tu jest naprawdę ładnie.

Z racji tego, że byliśmy już z całym naszym dobytkiem na plecach, nie poruszaliśmy się jakoś fenomenalnie szybko i dlatego też zdecydowaliśmy, że już prosto z Miraflores ruszymy na lotnisko.

Klify wchodzące prosto do oceanu robią wrażenie. Na wielu z nich swoje gniazda mają kondory, które można oglądać na wyciągnięcie ręki. Stąd także można startować na paralotni. Widoki z góry muszą być oszałamiające i pewnie gdybyśmy mieli więcej czasu i gdyby nie nasze plecaki, mocno zastanawialibyśmy się nad tym, czy nie spróbować lotu na paralotni. Cóż, pozostało pomarzyć.

IMG_4173 IMG_4182 IMG_4187 IMG_4192Ostatnim punktem w Limie była plaża pod klifami. Nie jest to może piękna, piaszczysta plaża z krystalicznie czystą wodą, ale za to wysokie fale są dużą atrakcją dla surferów.

IMG_4205Z plaży zaś musieliśmy już łapać taksówkę na lotnisko, na które jedzie się jakieś 45-50 minut. Zabawne, że w ponad 8 milionowej stolicy Peru trudno o transport na lotnisko międzynarodowe komunikacją miejską i w zasadzie jedynym sposobem na dostanie się tam jest wzięcie taksówki. Koszt-45soli ( to w dalszym ciągu dużo mniej niż cholerne autobusy z lotniska w Paryżu!!!).

Takim oto sposobem skończyła się nasza podróż po Ameryce Południowej. Nie jest to jednak ostatnia podróż na ten fascynujący kontynent i jesteśmy pewni, że wrócimy tu prędzej niż myślimy. Już mamy w głowie kolejne wyprawy i trasy, których realizacji nie możemy się doczekać. Tymczasem ruszamy ku Europie, gdzie po drodze mamy kilkugodzinny postój w Madrycie, który zamierzamy także zwiedzić, a potem 1,5 dnia w Paryżu. Zatem następny wpis już z Europy.

Niechętnie żegnamy się w piękną Ameryką Południową, ale wrócimy tu jeszcze!

Adios!

Cerro Azul

Niestety pogoda następnego dnia nie sprzyjała żadnemu plażowaniu. Chociaż było dość ciepło to wiało niemiłosiernie tak, że nie zdecydowaliśmy się na rozebranie się i skok do oceanu. Pozostał nam spacer po tej miłej rybackiej mieścinie, oddalonej jakieś 130 km od stolicy, gdzie choć jest tylko kilka knajpek i uliczek oraz molo, jest naprawdę bardzo urokliwie. Przede wszystkim miłe było to, że w całej miejscowości byliśmy jedynymi obcokrajowcami, nikt się nigdzie nie przepychał, nikt się nie spieszył, wszystko toczyło się własnym życiem, we własnym tempie.

Rano na plaży można było spotkać sporo krabów powyrzucanych w nocy przez ocean na brzeg.

IMG_4070Spacerowaliśmy po plaży obserwując surferów próbujących ustać na desce na kolejnych falach. Prócz tego odwiedziliśmy tutejsze molo – w przeciwieństwie do polskiego w Sopocie- wstęp bezpłatny. Mimo braku turystów, kilka sklepików i straganów z pamiątkami w Cerro Azul się znajdzie. W większości oferują tandetne figurki delfinów, których ponoć sporo w tutejszych wodach. Świadczą o tym m.in. liczne pomniki delfinów właśnie.

IMG_4072Cerro Azul to maleńka mieścina, nawet nie wiemy, czy nazywać to miasteczkiem czy wioską, jednak brakowało nam takiej ciszy i spokoju, której dotąd za wiele nie zaznaliśmy. Mimo, że pogoda nie dopisywała na tyle, by poplażować, pół dnia w Cerro Azul pozwoliło nam odpocząć, wyciszyć się i naładować akumulatory przed bliskim już powrotem do Europy.

IMG_4073 IMG_4079  IMG_4087Jeszcze ostatnie ujęcie na placyk

IMG_4089W okolicach południa musieliśmy się zebrać do Canete, gdzie łapaliśmy autobus do Limy- 12 soli, jakieś 2 h jazdy. O Limie jednak już w następnym ostatnim z Ameryki Południowej wpisie. Potem jednak, jeszcze przed powrotem do Krakowa, Madryt i Paryż.

Tymczasem adios!

Islas Ballestas i Paracas

Islas Ballestas i Półwysep Paracas często są nazywane „małym Galapagos” lub „Galapagos dla ubogich”. Są tu te same zwierzęta, co na Galapagos, ale bez konieczności drogiego lotu. Jest to najważniejszy rezerwat ptactwa i zwierząt morskich w całym Peru. Znajdziemy tu pingwiny Humboldta, lwy morskie, pelikany, flamingi czy też kormorany. Odchody tutejszych ptaków są cenionym już od czasów prekolumbijskich nawozem.

Na wycieczkę na wyspy Ballestas wyjechaliśmy z hostelu o 7 30 rano. Bus zawozi do miejscowości Paracas, w której mieści się port, z którego codziennie odpływa mnóstwo łodzi przepełnionych turystami. Atrakcją są nie tylko pingwiny i lwy morskie, ale także delfiny i wieloryby, które niejednokrotnie można spotkać stosunkowo blisko brzegu. Nam się to niestety nie udało pomimo wpatrywania się w dal z nadzieją, że pojawią się chociaż delfiny.

Wycieczka zaczyna się od zebrania wszystkich uczestników w porcie i zapłacenia tzw. opłaty portowej- 2 sole od osoby. Dalej wsiada się do 32-osobowej motorówki, ubiera kamizelki i płynie się z wiatrem we włosach. Na łódce jest także dwujęzyczny przewodnik, który cały czas opowiada o poszczególnych gatunkach zwierząt.

Pierwszą atrakcją jest ogromny rysunek naskalny-kandelabr, zwrócony w kierunku słynnej pustyni Nazca, gdzie znajduje się cała masa podobnych rysunków. Do dziś nie wyjaśniono tak naprawdę, skąd tutaj, w Paracas, wziął się ów rysunek.

IMG_3836Opłynięcie wysp trwa jakieś 2 godziny i pomimo wysokiej temperatury w porcie w Paracas, na motorówkę warto ubrać coś ciepłego, bo zimny wiatr Pacyfiku na łódce przeszywa do kości.

Co ciekawe, płaci się tutaj wstęp na Islas Ballestas, ale w rzeczywistości nawet nie można na nich postawić nogi. W trakcie opływania wysp zrozumieliśmy, że próba wejścia tutaj na ląd nie byłaby ani niczym przyjemnym, ani tym bardziej bezpiecznym ze względu na liczne zwierzęta tutaj przebywające, nieprzyzwyczajone do obecności człowieka bliżej niż z łódki. Trudno przewidzieć, jak mogłyby się zachować lwy morskie, gdyby pośród nich przechadzali się ludzie.

IMG_3856Oczywiście największą atrakcją były pingwiny Humboldta, które są po prostu rozkoszne. Czasem trudno je dojrzeć, bo przesiadują w większości pomiędzy większymi od nich pelikanami, jednak nam trafiła się trójka pingwinów, która akurat wskakiwała do wody.

IMG_3872Na wyspach jest tak ogromna ilość najróżniejszych ptaków, że wpatrywanie się w niebo z otwartymi ustami jest mocno ryzykowne. Widać to z resztą także po skałach, które ze względu na ptasie odchody zmieniły nieco swoje odcienie.

IMG_3892 IMG_3912IMG_3966Te niższe skały, z których łatwiej wejść do wody, okupowane są przez całe kolonie lwów morskich. W okresie lęgowym samice przenoszą się na płaskie plaże, ze względu na młode, które nie potrafią jeszcze pływać. Co ciekawe, samce lwów morskich nie mają nic wspólnego z monogamią- jeden samiec ma nawet do 7-8 partnerek, z każdą z nich ma młode. Przeciętna waga lwa morskiego to jakieś 300 kg.

IMG_3920 IMG_3933 IMG_3952I tutaj jeszcze ujęcie na skały z drogi powrotnej do portu

IMG_3978Dalej zaś zdecydowaliśmy się, by pojechać jeszcze do Parku Narodowego Paracas, by obejrzeć niesamowite urwiska i klify, a także z nadzieją, że może tutaj uda się zobaczyć delfiny lub wieloryba. Oczywiście się nie udało, ale i tak było warto. Następnym razem, jak tu kiedyś będziemy, musimy spróbować zabawy na lotni – wiatr fantastyczny, widoki jeszcze lepsze, a amatorów tej zabawy tutaj nie brakuje.

IMG_4019 IMG_4007 IMG_4029 IMG_4028Pelikanów tutaj także nie brakuje. Warto podkreślić, że peruwiańskie pelikany należą do tych największych. Aczkolwiek i zapach jest nie do zniesienia.

IMG_4060Ze względu na to, że Pisac- miejscowość, w której się zatrzymaliśmy, naprawdę nie ma nic do zaoferowania, a szkoda nam czasu na przesiadywanie w hostelu, stwierdziliśmy, że pojedziemy autobusem do Limy i wysiądziemy po drodze w miejscowości Canete, z której udamy się do Cerro Azur. Jest to maleńka miejscowość rybacka, w której w sezonie aż roi się od surferów ze względu na wysokie fale. Jeden dzień w maleńkim, spokojnym miasteczku bardzo nam się przyda.

Dlatego też wzięliśmy swoje rzeczy z hostelu, kupiliśmy na dworcu bilety do Canete – 7 soli i ruszyliśmy w drogę. Droga trwa jakąś godzinę, a gdy dojechaliśmy do samego Canete niestety już się robiło ciemno. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Cerro Azul, licząc na to, że znajdziemy bez rezerwacji jakiś otwarty hostel, pensjonat, cokolwiek z dachem nad głową. Ostatecznie znaleźliśmy miły hotelik, prowadzony przez Rzymianina, w którym byliśmy jedynymi gośćmi- pokój dwuosobowy 30 soli od osoby, ciepła woda, internet. Cóż, to dopiero wiosna, więc jeszcze nie czas na turystów.

Wieczorem jeszcze poszliśmy na plac główny, a w zasadzie jedyny placyk w całej miejscowości, gdzie jak to zwykle w niedzielę w Peru, trwały jakieś kościelne obchody nie-wiadomo-czego. W każdym razie zjedliśmy miłą lokalną kolacyjkę, po której padliśmy spać, licząc na to, że następnego dnia uda się trochę poplażować.

Huacachina

Do Ica dotarliśmy rano z godzinnym opóźnieniem. Już przed 9 słońce zaczynało nieźle smażyć, więc chcieliśmy jak najprędzej być w Huacachina, żeby zdążyć pozjeżdżać na desce przed południem. Najpierw kupiliśmy bilet autobusowy do Pisco ( 7 soli, są to autobusy jeżdżące trasą panamerykańską, zatrzymuja się po drodze tysiąc razy, zgarniają ludzi przy drodze z każdego miejsca) – nasz następny cel, jedziemy o 16, później szybko się przebraliśmy, zostawiliśmy plecaki w bagażowni i pojechaliśmy taksówką do Huacachina- tj. jakieś 5 km od 200-tysięcznej Ica, 6 soli.

Huacachina to przepiękna oaza na pustyni, pośrodku której znajduje się zielonkawa laguna. Oazę zamieszkuje około 100 osób, ale rokrocznie przyjeżdża tu coraz więcej turystów i amatorów sandboardingu. Wydmy okalające Huacachinę sięgają ponad 100 metrów serwując tym samym świetną zabawę dla zjeżdżających na desce i jeżdżących jeepami lub baggy.

Po kilku minutach jazdy taksówką, byliśmy na miejscu. Dotarliśmy do jednego z biur oferujących jazdę buggy i sandboarding i niewiele się zastanawiając, od razu opłaciliśmy godzinę jazdy baggy i sandboardingu właśnie. Dodatkowo, potem mogliśmy skorzystać z basenu, by orzeźwić się po zabawie na pustyni. Zapłaciliśmy za te przyjemności 45 soli. Można też w mieście wynająć samą deskę, 5 soli za godzinę, ale samodzielne wchodzenie na wielkie, gorące wydmy to nie lada wysiłek, a jazda baggy to dodatkowa atrakcja, którą każdemu polecamy.

Dla tych, co nie wiedzą – tak wygląda baggy:

IMG_3785 IMG_3746Jazda baggy po pustyni to świetna zabawa, szczególnie, gdy przychodzi zjechać nim z wysokiej wydmy w dół! Rzuca niesamowicie, wrażenie, jakbyśmy mieli zaraz wypaść, ale sporo funu J

IMG_3778Ogólnie na pustyni można spotkać innych amatorów zabawy na piasku przed południem albo całkiem później. Od 11 nie ma już nikogo, bo słońce grzeje tak niemiłosiernie, że po prostu nie da się wytrzymać.

IMG_3731Wydmy robią naprawdę wrażenie, tym bardziej, że zlokalizowane tylko kilka kilometrów od 200-tysięcznego miasta Ica. A do tego maleńka oaza skryta pośród złotego piasku- widok rodem z Sahary!

IMG_3740 IMG_3743 IMG_3726 IMG_3781 IMG_3783Zabawa w sandboarding wygląda tak, że baggy wywozi na wysokie wydmy lub czasem trzeba kawałek samemu podejść, kładzie się na desce tak, żeby łokcie były schowane, bo można je dobrze obetrzeć na piasku i jedzie się w dół 🙂 wcześniej dobrze jest nasmarować sobie deskę woskiem – szybciej wtedy jeździ 🙂

20141017_110402 20141017_105338Zaczynaliśmy od maleńkiej wydmy, żeby spróbować kilka razy, potem zaś wydmy były coraz większe i wyższe. Niech nikt nie liczy na to, że da się skończyć jazdę nie mając piasku dosłownie wszędzie- w ustach, oczach, uszach, włosach itd. My jeszcze przez następne 2 dni wszędzie mieliśmy piasek.

A teraz kilka krótkich filmików z naszej zabawy na wydmach:

I filmik z jazdy baggy

Jeszcze ostatnie zdjęcia przed zjazdem do oazy:

IMG_3751 IMG_3760Wróciliśmy roześmiani od ucha do ucha , a słońce grzało już tak strasznie, że tylko marzyliśmy o tym basenie.

IMG_3799Dalej zaś poszliśmy przespacerować się po oazie, która jest tak ładna, że wcale nie chce się stąd jechać. My ostatecznie zasiedliśmy w ogórku z knajpce zaraz przy lagunie na obiad i piwko i wcale nie chciało nam się jechać nigdzie indziej. Szkoda tylko, że już mieliśmy bilety do Pisco.

IMG_3808 IMG_3806 IMG_3811Ostatecznie jednak musieliśmy się zbierać do Ica, odebrać bagaże i dalej w drogę autobusem do Pisco. Wsiedliśmy znów w taksówkę, odebraliśmy bagaże, wsiedliśmy do autobusu i po godzinie byliśmy w Pisco. Autobusy, prócz Limy i Canete, nie wjeżdżają do miast, mają terminale autobusowe przy autostradzie panamerykańskiej, skąd do miasta jedzie się collectivo lub taksówką. W kilka minut dojechaliśmy taksówką do Pisco na główny plac i stamtąd mieliśmy już kilka kroków do hostelu.

Ogólnie samo Pisco jest obrzydliwe, głównie ze względu na to, że po trzęsieniu ziemi, które miało miejsce kilka lat temu, absolutna większość budynków uległa całkowitemu lub częściowemu zniszczeniu. To też było przyczyną wzrostu przestępczości w mieście i naprawdę, lepiej się tu nie szwendać z aparatem po zmroku, bo jest bardzo nieprzyjemnie. Poza tym samo Pisco i tak nie ma nic do zaoferowania, więc nie za bardzo jest czemu robić zdjęcia.

My się tu zatrzymaliśmy ze względu na pobliskie Wyspy Ballestas i Półwysep Paracas, które odwiedzimy następnego dnia.

Adios!

Cuzco i droga do Ica

Ostatnie pół dnia w Cuzco rozpoczęliśmy od kupienia na dworcu biletu autobusowego do Ica. Semi-cama z kolacją i śniadaniem, 16 h, 90 soli. Check-in o 16, wyjazd o 17, więc wciąż mieliśmy jeszcze kilka godzin na spacer po Cuzco.

Wciąż mieliśmy ważne bilety turystyczne, które musieliśmy kupić chcąc wejść do inkaskich ruinw Świętej Dolinie, postanowiliśmy więc odwiedzić 2 muzea- Muzeum Historii Cuzco oraz Muzeum Sztuki Współczesnej. Muzea są raczej średniej wielkości, więc ich obejście nie zajmuje zbyt wiele czasu.

IMG_3690 IMG_3697Potem zaś wizyta na Plaza de Armas, gdzie pierwszego dnia naszego pobytu w Cuzco dzikie tłumy świętujących turystów nie pozwalały spokojnie przejść przez plac i porobić zdjęć.

Tutaj katedra- wstęp oczywiście płatny- 25 soli normalny, 12,50 studenci peruwiańscy

IMG_3701A tu drugi kościół na placu- Iglesia de la Campania de Jesus- 10 soli bilet normalny, 5- studenci peruwiańscy

IMG_3706Dalej zaś usiedliśmy w miłej knajpce, by coś ciepłego jeszcze zjeść przed podróżą. Ogólnie w Peru polecamy w restauracjach Menu Turistico- jest stała cena, a w tym przystawka/zupa, danie główne oraz deser/coś do picia. Zawsze jest kilka opcji do wyboru, ceny zaczynają się, w zależności od miejsca, od 13 soli, a porcje są naprawdę duże.

Po obiedzie jeszcze ostatnie spojrzenie na Plaza de Armas i jedziemy na dworzec.

IMG_3698 IMG_3704Tym razem przed wejściem do autobusu nie tylko nas sfilmowano, ale także musieliśmy zostawić swoje odciski palców. Widać napady na autobusy w Peru zdarzają się często, skoro przewoźnicy muszą korzystać z tego typu „zabezpieczeń”. Wsiadamy do autobusu i w drogę, rano będziemy w Ica, skąd ruszamy do Huacachina – oazy pośrodku pustyni, gdzie uprawia się sandboarding! Nie mieliśmy na to czasu w Chile na Atacamie, to teraz sobie odbijemy!

Adios!

Święta Dolina -Pisac,Ollantaytambo,Chinchero

Kilkanaście kilometrów na północ od Cuzco ciągnie się dolina rzeki Urubamby, zwana Świętą Doliną. To tutaj znajduje się wiele inkaskich ruin zachwycających po dziś dzień. Inkowie docenili walory geograficzne tego trudnodostępnego regionu z przyjaznym klimatem i żyznymi glebami, które świetnie nadawały się do uprawy kukurydzy i ziemniaków, z których to do dziś ów region słynie. Tutejsza kukurydza jest zupełnie inna niż nasza- jest dużo większa, a jej jedno ziarenko nie raz jest rozmiaru monety 1 Sol (podobnej do 2 złotówki). To właśnie tutaj wyrabia się pyszne piwo kukurydziane.

Poinkaskie ruiny są w Świętej Dolinie w zasadzie na każdym kroku. By zwiedzić całą dolinę trzeba wędrować kilka dni, tydzień lub nawet dłużej, delektując się pięknym krajobrazem i chłonąc indiański folklor. Warto wspomnieć, że Świętą Dolinę obejmuje bilet turystyczny kupiony w Cuzco, o którym była już mowa w poprzednim wpisie.

IMG_3554 IMG_3563My wybraliśmy opcję zwiedzenia trzech inkaskich miejscowości w jeden dzień- Pisac, Ollantaytambo i Chinchero. Zaczęliśmy od Pisac – miasteczka zlokalizowanego jakieś 30 km od Cuzco, słynącego nie tylko z ruin inkaskiego miasta, ale także doskonałych wyrobów ze srebra.

Ruiny w Pisac niewiele ustępują swym urokiem Machu Picchu i trzeba podkreślić, że są jednak większe od samego Machu Picchu właśnie. Pisac jest uznawane, obok Ollantaytambo, za najcenniejsze pozostałości cywilizacji Inków w Świętej Dolinie Urubamby.

Niesamowite wrażenie robią misternie zrobione i świetnie zachowane tarasy, które świadczą o tym, że to miejsce pełniło rolę m.in. ośrodka rolniczego. Zostały tak skonstruowane, że woda z gór spływała po kolei po każdym poziomie, nawadniając w ten sposób uprawy.

IMG_3577 IMG_3588Prócz funkcji rolniczych, Pisac był tez kompleksem sakralnym oraz pełniło rolę obserwatorium astronomicznego. Ponadto był siedzibą arystokracji z bogatymi pałacami i domami.

IMG_3600Wśród skał zaś można dojrzeć inkaskie grobowce, które nie są jednak udostępnione dla zwiedzających. Ponoć większość z nich już dawno została splądrowana przez złodziei.

IMG_3582Dalej pojechaliśmy do Ollantaytambo, w skrócie nazywanej przez tubylców Ollanta, jakieś 74 km od Cuzco. Samo miasto jest bardzo przyjemne, choć ogrom turystów odwiedzających to miejsce zaburza atmosferę.

Trzeba przyznać, że ruiny Ollantaytambo robią niesamowite wrażenie, jednak według nas stanowczo powinien tu zostać wprowadzony limit turystów, których jest tu tak dużo, że powstają swego rodzaju korki podczas prób wejścia na szczyt ruin. Mocno irytujące.

Ollantaytambo zostało zbudowane na planie lamy, choć niestety trudno to dojrzeć pośród tłumów turystów. Zostało pięknie umiejscowione pośród gór, amfiteatralnie wznosząc się zaraz nad inkaskimi uliczkami miasta, które zachowały się po dziś dzień.

IMG_3610Co ciekawe, osada nie została przez Inków dokończona, jednak to, co wzniesiono, wystarczyło, by odeprzeć atak Hiszpanów w XVI wieku. Tradycyjnie już mury budowano z idealnie dopasowanych kamieni, które sprowadzano z kamieniołomu (7 km z góry, przez rzekę Urubambę i dalej na szczyt osady, największy kamień waży 50 ton!).

IMG_3635IMG_3622Przy okazji warto wspomnieć rolę powyższych „okienek” między dopasowanymi kamieniami. Jest to inkaski „telefon”-wkładając głowę do tego okienka i mówiąc tam lub klaszcząc, ów dźwięk bez problemu dochodzi na szczyt osady umożliwiając tym samym komunikowanie pomiędzy dolną a górną częścią Ollanty.

Po drugiej stronie ruin, na przeciwległym zboczu, umiejscowiony został inkaski spichlerz, który jednocześnie pełnił rolę systemu wentylacyjnego. Niestety nie mieliśmy czasu tego miejsca odwiedzić (ponoć spacer tam zajmuje w sumie jakieś 3 h, ale widok stamtąd na ruiny Ollantaytambo musi być niesamowity).

IMG_3616Cały kompleks naprawdę robi wrażenie, szkoda tylko, że jest tak strasznie dużo turystów, którzy kompletnie nie mają świadomości, gdzie są i co robią i tylko przepychają się, żeby zrobić zdjęcie nie doceniając w żaden sposób tego miejsca.

IMG_3624 IMG_3640 IMG_3649Ostatnim punktem tego dnia było Chinchero, gdzie dotarliśmy, gdy zaczął zapadać zmrok. Według Inków to tutaj narodziła się tęcza. Jest to miejsce, gdzie mieszkańcy po dziś dzień kultywują inkaską tradycję, o czym świadczą m.in. codzienne stroje. Jest to jedyne miejsce w całym Peru, gdzie do farbowania materiałów i futer alpaki czy lamy wciąż używa się wyłącznie naturalnych barwników, pozyskiwanych z roślin, np. słonecznika czy kukurydzy, cebuli. To także tylko tutaj sztuka tkacka przetrwała jeszcze z czasów Inków i do dziś wszelkie wyroby tkackie, np. obrusy, wyrabia się dokładnie w ten sam sposób, co Inkowie.

IMG_3661 IMG_3673 IMG_3676 IMG_3688Do Cuzco powróciliśmy wieczorem, zostawiliśmy rzeczy w hostelu i pomknęliśmy na kolację, na którą umówiliśmy się z Sue i Bradem. Przed wyjazdem panowie chcieli jeszcze wspólnie spróbować peruwiańskiego specjału- świnki morskiej.

20141015_204418 20141015_204655Po jej zjedzeniu zgodnie stwierdzili, że w smaku-nic specjalnego i że zbyt wiele trudu trzeba włożyć, by dostać się do mięsa. Warto spróbować, ale drugi raz by tego nie zamówili 🙂

Zjedliśmy wspólnie kolację, wypiliśmy winko i ostatecznie się pożegnaliśmy, bo teraz nasze trasy już się rozchodzą- my jedziemy do miejscowości Ica i Huacachina, zaś Sue i Brad wracają do Santiago, skąd mają samolot powrotny do Nowej Zelandii.

Wieczór zakończył się krótką kimką na kanapie w hostelu z hotelowym szczeniakiem, który jak podrośnie to będzie gigantem! Jutro jedziemy dalej, zbliżając się coraz bardziej do Limy, z której przyjdzie nam wracać do Europy.

20141015_224108Adios!

Machu Picchu

Istnieje kilka możliwości dostania się do Aguas Calientes, czyli miejscowości zaraz pod Machu Picchu. Najłatwiejszym sposobem, ale też najbardziej kosztownym jest podróż pociągiem z Cuzco do Aguas Calientes ( ok. 80 dolarów w jedną stronę). My postanowiliśmy dostać się busem do miejscowości Hidroelectrica ( ok. 7 h), z której idzie się wzdłuż torów kolejowych i rzeki Urubamba około 8 km przez piękną dżunglę, a nad głowami nieśmiało spogląda co jakiś czas wyłaniające się Machu Picchu. Przejście z Hidroelectrici do Aguas Calientes zajmuje jakieś 2 godziny, a po drodze naprawdę jest co podziwiać.

Z Cuzco wyjechaliśmy około 8 rano, po drodze mijaliśmy kilka innych miejscowości, w których znajdują się inkaskie ruiny. Droga do Hidroelectrici należy do niezwykle malowniczych.

IMG_3168 IMG_3169 IMG_3193Do miejscowości Santa Maria droga była całkiem dobra, pokryta asfaltem, ale pełna serpentyn, niejednokrotnie wysokość przekraczała 4000 m n.p.m. Przy drodze rośnie mnóstwo palm bananowych. Dalej jedzie się już szutrową drogą, która momentami jest węższa i bardziej przerażająca niż Droga Śmierci w Boliwii. Tym bardziej, że tutaj jechaliśmy busem, a nie rowerem, który potrzebuje nieco mniej miejsca niż bus właśnie.

IMG_3200W miejscowości Santa Teresa zatrzymaliśmy się na szybki lunch (ostatni posiłek przed dotarciem do Aguas Calientes) i dalej już tylko jakieś pół godziny zostało do Hidroelectrici. Po drodze mijaliśmy kilka sztucznych wodospadów, których początek znajduje się w skałach, w środku których są ulokowane turbiny.

IMG_3218Ostatecznie dojechaliśmy do Hidroelectrici, skąd ruszyliśmy pieszo wzdłuż torów, z jednej strony nie mogąc się doczekać następnego dnia, gdy odwiedzimy Machu Picchu, z drugiej zaś nie chcąc wcale docierać do Aguas Calientes tylko zostać w dżungli.

IMG_3227 IMG_3229 IMG_3231 IMG_3241Dość szybko naszym oczom ukazała się Machu Picchu Mountain i u jej stóp samo Machu Picchu.

IMG_3258 IMG_3279Ostatecznie po lekko ponad dwugodzinnym marszu, gdy co chwilę zatrzymywaliśmy się na zdjęcia dotarliśmy do Aguas Calientes. Na głównym placu miał na nas czekać przewodnik, który miał nam dać nasze bilety na Machu Picchu i dać nam klucze do hostelu. Niemałe było nasze zdziwienie, gdy po drodze na plac wpadliśmy na Sue i Brada, czyli naszych Nowozelandczyków, którzy raczyli się piwem w ogródku przydrożnej knajpki. Okazało się, że przyjechali dzień wcześniej, ale dopiero następnego dnia, czyli wtedy kiedy my, idą na Machu Picchu i w ten sam dzień wracają do Cuzco, czyli dokładnie tak jak my. Doszliśmy do wniosku, że na pewno wpadniemy jeszcze na siebie następnego dnia i umówimy się wtedy na kolację w Cuzco. Dalej zaś poszliśmy na główny plac, na którym spędziliśmy 2 h czekając na jaśnie pana przewodnika, do którego wydzwanialiśmy kilka razy i słyszeliśmy ciągle, że za 5 minut będzie, a nam jedyne, co się cisnęło na usta to wszelkie możliwe przekleństwa.

Ostatecznie raczył zaszczycić nas swoja obecnością, dał nam bilety, pokazał, gdzie mamy opłaconą kolację, dał klucze do hostelu i pożegnaliśmy się, mając nadzieję, że więcej go nie zobaczymy. Wzięliśmy prysznic pod lodowata wodą, bo tutaj trudniej o ciepłą wodę (skoro i tak zawsze będą tu przyjeżdżać turyści to po co im ciepła woda, zapłacą bez względu na to czy woda będzie czy nie. Tyczy się to z resztą wszystkiego w hostelach w Aguas Calientes) i ruszyliśmy na kolację, a wraz z nami 6 innych osób, które jechały z nami wcześniej busem. Dalej zaś, „na dobicie” poszliśmy jeszcze sami do knajpki na pisco sour, by „ululać się” do snu, gdyż wcale nam się spać nie chciało, a wstać następnego dnia trzeba przed 4 30. Dlaczego tak wcześnie?

Istnieją 2 sposoby dostania się z Aguas Calientes do Machu Picchu. Jednym sposobem jest dojście tam pieszo stromą ścieżką, które zajmuje jakieś 1,5 h. Drugim sposobem jest przejazd autobusem ( 10 dolarów w jedna stronę, brak zniżek studenckich dla obcokrajowców, po co, niech płacą). Pierwszy autobus rusza o 5 30 (Machu Picchu otwierają o 6) i jedzie jakieś 25-30 minut. Jednak biletu nie można kupić na konkretną godzinę, więc o tym, do którego wsiądziesz autobusu decyduje kolejność. Toteż mniej więcej od 4 30 ustawia się kolejka, która rośnie z minuty na minutę, by dostać się na górę jak najszybciej. My byliśmy o 4 40 i kolejka była już taka, że udało nam się dostać do trzeciego autobusu, a za nami były całe tłumy ludzi. Zdecydowaliśmy się na autobus ze względu na fakt, że kupiliśmy też bilety na Machu Picchu Mountain, na którą trzeba wejść, zejść (w sumie jakieś 3 h, cena wejścia 7 dolarów), a potem mieliśmy jeszcze pieszo wracać do Hidroelectici na busa, który odjeżdżać miał o 15 (obowiązkowa obecność o 14 30), więc stwierdziliśmy, że jeszcze wchodzenie z samego rana z Aguas Calientes pod wejście do Machu Picchu to już byłoby za dużo dla naszych nóg.

IMG_3297Zaraz przed 6 byliśmy przed wejściem, obserwując kolejne zdyszane i wymęczone ścieżką osoby, które zdecydowały się na pieszą wyprawę przed wejście. Dostaliśmy od przewodnika śniadanie i ustawiliśmy się w kolejce do wejścia. Na Machu Picchu Mountain można wchodzić dopiero od godziny 7, toteż zdecydowaliśmy, że najpierw obejdziemy Machu Picchu z przewodnikiem, potem zaś odłączymy się od grupy i ruszymy na szczyt, by zdążyć wejść i zejść na czas. Obliczyliśmy, że aby być o 14 30 w Hidroelectrice, najpóźniej po 12 musimy być w Aguas Calientes, by jeszcze coś szybko przegryźć i ruszyć w drogę powrotną do Hidroelectrici.

Obecnie limit wejść w ciągu dnia do Machu Picchu to 2500 osób, jednak od stycznia przyszłego roku ma zostać ograniczona liczba wejść do 500 osób dziennie i będą mogły zwiedzać tylko przez 3 h. Docelowo jednak archeolodzy dążą do tego, by Machu Picchu zostało całkowicie zamknięte dla turystów ze względu na to, że skała na której stoi Machu Picchu zaczyna się coraz bardziej rozwarstwiać i tym samym samo Machu Picchu powoli niszczeje, w czym ruch turystów nie pomaga. Tak samo wpływ na niszczenie mają ponoć pociągi jeżdżące do Aguas Calientes, które wprowadzają powyższą górę w drgania, tak samo jak autobusy wywożące turystów na górę. Oznacza to jednocześnie, że ceny biletów wstępu, których ilość będzie mocno ograniczona, pójdą odpowiednio w górę, jako swego rodzaju towar luksusowy. Zdaje się więc, że udało nam się tu dotrzeć w ostatniej chwili.

Do Machu Picchu weszliśmy zaraz po 6 i naszym oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Opisywać szczegółowo nie trzeba, zdjęcia mówią same za siebie. Nic dziwnego, że ów obiekt został uznany za jeden z siedmiu cudów świata.

IMG_3310 IMG_3353 IMG_3337Ogólnie nie mogliśmy i w sumie dalej nie możemy wyjść z podziwu dla cywilizacji Inków, którzy każde swoje miasto, w tym Machu Picchu budowali w sposób niezwykle przemyślany. Tu nie ma miejsca na żaden przypadek. Przykładowo, szeregi budowli zbudowanych przez nich z idealnie dopasowanych do siebie kamieni wprawiają kolejny raz w osłupienie, tym bardziej, że najpierw owe kamienie trzeba było przetransportować na górę i obrobić, by idealnie je dopasować. Dzięki temu ściany tych budynków przetrwały do dziś pomimo częstych trzęsień ziemi, które budowle hiszpańskie niejednokrotnie zrównały z ziemią. Nie trudno dojść do wniosku, że budownictwo inkaskie to wprost mistrzostwo inżynierii.

Przykładowo-Światynia Słońca- jedyna owalna budowla w całym kompleksie, uważana jest za najdoskonalszą pod względem konstrukcyjnym w całym Machu Picchu. Była ona miejscem składania ofiar oraz obserwatorium astronomicznym. Co jest tutaj takiego doskonałego? Otóż w górnej części ściany w Świątyni Słońca dojrzeć można trapezowate okno wychodzące dokładnie na punkt wschodu słońca podczas letnich i zimowych przesileń.

IMG_3348Trzeba powiedzieć jedno. Dotarcie do Machu Picchu może być uciążliwe, jego zwiedzanie jest drogie, a na miejscu trzeba się dziś przepychać przez tłumy turystów. Warto jednak te wszystkie trudności przezwyciężyć, by na własne oczy ujrzeć jeden z najpiękniejszych widoków na świecie – Machu Picchu wraz z górą Wayna Picchu oraz nieprzebyty mur Andów

IMG_3354 IMG_3334IMG_3318A tu miniaturowy plan osady Machu Picchu. Do dziś nie wiadomo czy skała została uformowana w sposób naturalny, czy być może stanowiła swego rodzaju projekt budowlany osady, na którym wzorowali się Inkowie.

IMG_3370I obowiązkowe zdjęcie z punktu widokowego, czyli z domu strażnika, z którego robione są wszystkie zdjęcia na widokówki itd.

IMG_3393 IMG_3382 20141014_081331I wreszcie udało się dorwać lamy 🙂

IMG_3400 IMG_3411Dalej zaś ruszyliśmy na Machu Picchu Mountain. Podejście było dość ciężkie, więc w połowie drogi Karolina zrezygnowała i wróciła na dół, Piotrek zaś pomknął na górę, skąd Machu Picchu wyglądało jak maleńkie miasteczko.

IMG_3443 IMG_3450 IMG_3439 IMG_3456Gdy Piotrek dotarł na dół Karolina była już na tyle zaprzyjaźniona z lamami, że razem jadły ciasteczka. To nic, że miały one być na drogę powrotną, lama ważniejsza. Takim oto sposobem mamy jakieś tysiące zdjęć lam. Na przykład:

Lama ziewająca

IMG_3488Lama obserwatorIMG_3499Lama jedząca wafelki

IMG_3504I cała masa innych zdjęć z lamami.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze inkaski most zwodzony. Trasa wiedzie nad przepaściami oferując niezapomniane widoki na dolinę, jednak sam most nie jest dostępny dziś dla zwiedzających ze względu na to, że kilka lat temu spadł tam turysta w przepaść. Sam most jednak, nawet obserwowany z pewnej odległości, to majstersztyk.

IMG_3517Niestety czas naglił i choć z nieskrywaną chęcią zostalibyśmy w Machu Picchu cały dzień albo i następny, musieliśmy wracać do Aguas Calientes i dalej do Hidroelectrici na busa. Zjedliśmy szybko obiad i ruszyliśmy w drogę tą samą trasą, co poprzedniego dnia. Tym razem już nie mieliśmy czasu na żadne zdjęcia, obawiając się, że nie zdążymy dotrzeć o planowanej godzinie, więc kroczyliśmy najszybciej jak się tylko dało. Ot jedno-pociąg, który momentami był wolniejszy od nas, ha!

IMG_3537

Ostatecznie dotarliśmy 10 minut przed czasem, wsiedliśmy do busa i nawet nie wiemy kiedy zasnęliśmy. Budziło nas tylko co jakiś czas zatrzymanie naszego busa, bo coś mu się działo z paskiem klinowym, a to kierowca stwierdził w połowie drogi, że trzeba umyć busa, ale ogólnie niewiele nas to interesowało. Byliśmy dość dobrze zmęczeni, więc z trudem obudziliśmy się w Cuzco, gdzie trzeba było wyjść z busa i iść do hostelu. A tam szybki prysznic i do spania, bo 1. Byliśmy naprawdę zmęczeni, 2. Następnego dnia rano jedziemy zwiedzać 3 inne świątynie Inków, w tzw. Świętej Dolinie, o której już w następnym wpisie.

Adios!

Cuzco

Do Cuzco dojechaliśmy autobusem o 4 30. Niestety właściwie wszystkie autobusy z Puno do Cuzco przyjeżdżają o tej nieludzkiej porze, co wcale nie znaczy, że check In w hostelu jest równie wcześnie. Dojechaliśmy do hostelu z poznaną w autobusie parą z Chile, wiedząc, że recepcja jest czynna 24 h, więc stwierdziliśmy, że przynajmniej na recepcji przeczekamy do rana i zrobimy porządek ze zdjęciami i blogiem.

Czekając na wschód słońca stwierdziliśmy, że najlepiej by było następnego dnia z rana wyjechać do Machu Picchu na 2 dni, a w drodze powrotnej zostać jeszcze jeden dzień i noc w Cuzco. Jedynym problemem mógł być fakt, że przyjechaliśmy w niedzielę, kiedy większość biur podróży jest zamknięta (nie kupowaliśmy dotąd biletów wstępu do Machu Picchu, bo do końca nie wiedzieliśmy, kiedy tam będziemy, natomiast biletów ze zniżką studencką niestety nie można kupić przez Internet tylko osobiście w biurze). Nie chcieliśmy też jechać do Aguas Calientes (miejscowość pod Machu Picchu) pociągiem, choć byłby to najprostszy sposób dostania się tam, to także absolutnie najdroższy i całkowicie pozbawiony uroku.

Z racji tego, że niestety nasz pokój będzie wolny dopiero od 12 30, ruszyliśmy w Cuzco, nie mogąc wyjść z zachwytu, jak piękne jest to miasto. Po drodze natknęliśmy się na otwarte biuro podróży, postanowiliśmy więc przy okazji zapytać o cenę interesującej nas wyprawy na Machu Picchu. Ostatecznie cena okazała się całkiem niezła w porównaniu do cen, które oferowały inne biura (zapłaciliśmy 100 dolarów za osobę, a w tym transport do Hidroelectira i z powrotem, zakwaterowanie w hostelu w Aguas Calientes, bilet wstępu do Machu Picchu oraz lunch, obiad i śniadanie). Mając już z głowy kombinowanie z dostaniem się następnego dnia do Aguas Calientes i dalej do Machu Picchu, mogliśmy zacząć spokojnie zwiedzać Cuzco.

IMG_2985 IMG_2996Jako że była akurat niedziela, w Cuzco, jak co tydzień, trwała wielka fiesta, w której brali udział przedstawiciele władz miasta, wojskowi, a także uniwersytet, szkoły i poszczególne orkiestry. Co tydzień inna szkoła jest odpowiedzialna za pokazy i oprawę muzyczną, zapewniając w ten sposób rozrywkę nie tylko mieszkańcom, ale także turystom.

IMG_2993 IMG_3001W Cuzco na każdym kroku można spotkać tradycyjnie ubrane dzieci, które za drobną opłatą chętnie pozują do zdjęć razem z malutkimi lamami lub kozami.

IMG_3009A także tradycyjnie ubrane kobiety, dźwigające na swoich plecach ogromne ciężary.

IMG_3023W Cuzco niemal na każdym kroku spotkać można poinkaskie pamiątki. Nic dziwnego, w końcu za czasów Inków to właśnie Cuzco było stolicą ich imperium. Jednym z przykładów pozostałości po Inkach są idealnie zgrane, wyszlifowane i ułożone bez zaprawy głazy, niejednokrotnie ważące całe tony, między które nie da się włożyć nawet kartki, a które przetrwały po dziś dzień. Biorąc pod uwagę wielokrotnie nawiedzające te strony trzęsienia ziemi, które wielokrotnie zrównały z ziemią kolonialne budynki, nie można wyjść z podziwu dla inkaskiego budownictwa, któremu żadne kataklizmy niestraszne.

IMG_3033 IMG_3049Dalej zaś ruszyliśmy ku górze, by zobaczyć panoramę miasta. Trochę trzeba się namęczyć, żeby wdrapać się na punkt widokowy, bo podejście jest naprawdę strome, a cienia niestety się nie zazna, ale warto. Po drodze mija się wiele malutkich, urokliwych, schowanych między uliczkami placyków.

IMG_3057 IMG_3054Na jednym z takich placyków wpadliśmy na naszych Australijczyków, których myśleliśmy, że już nie spotkamy. Okazało się, że przyjechali do Cuzco w ten sam dzień, co my. Umówiliśmy się na kolację wieczorem i dalej pomknęliśmy sami na punkt widokowy.

IMG_3075 IMG_3082Cuzco także ma swój pomnik Chrystusa na jednym ze wzgórz , skąd można podziwiać całe miasto. Do Corcovado w Rio się nie umywa, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi, co się ma. W każdym razie z Chrystusa w Cuzco można bokiem, omijając kasę biletową, dostać się do ruin inkaskich Sacsayhuaman, które górują nad miastem.

IMG_3087Trzeba jedną rzecz przy okazji powiedzieć. Peruwiańczycy wykorzystują każdą okazję do tego, by turystów wykorzystać maksymalnie. W Cuzco nawet za wejście do kościołów czy katedry trzeba płacić. Można wykupić sobie bilet turystyczny religijny, który upoważnia do wejścia do 5 obiektów sakralnych. Dodatkowo, by wejść do inkaskich ruin czy muzeów także najlepiej jest mieć bilet turystyczny (np.. na 10 dni wstęp do 5 miejsc, koszt 70 soli- studencki, 130-normalny), bo jednorazowy wstęp się po prostu nie opłaca ( nie raz jednorazowy wstęp kosztuje tyle, co bilet turystyczny).

Ogólnie nikt nie poleca wędrówki na punkty widokowe w Cuzco po zmroku, dlatego my chcieliśmy iść tam za dnia. Rzeczywiście, wracając do centrum musieliśmy przejść przez kilka urokliwych, acz po zmroku raczej niezbyt bezpiecznych uliczek. Nawet w dzień trudno tam kogokolwiek spotkać, więc w razie jakiegoś napadu, trochę by potrwało zanim ktokolwiek by się zorientował. W każdym razie za dnia jest w porządku.

IMG_3099IMG_3105 IMG_3116W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o lokalny targ z wyrobami rzemieślniczymi, zlokalizowany przy placyku z całkiem przyjemną fontanną. Tu, w przeciwieństwie do Boliwii, każdy sprzedawca się targował i za wszelką cenę chciał coś sprzedać. W Boliwii za to nikt nie chciał się targować, ale tez ceny były odpowiednio niższe.

IMG_3029Wieczorem wybraliśmy się z Laurą i Michaelem na kolację, tym razem już na pewno ostatnią wspólną, gdyż po Cuzco nasze trasy się już nie zazębiają. W każdym razie miło było znów spędzić razem wieczór i czekamy na nich w Polsce, my zaś kiedyś wybierzemy się do nich może do Australii J

Nie zamieszczamy tym razem zbyt wielu zdjęć z głównego placu, czyli Plaza de Armas ze względu na święto, które akurat w ten dzień tam trwało i tłumy ludzi, które nie pozwalały zrobić zbyt wielu fajnych zdjęć, dlatego też więcej zdjęć będzie w następnym wpisie o Cuzco, czyli już po Machu Picchu.

Tymczasem czas się przygotować do wyprawy na Machu Picchu, ruszamy z samego rana!

Adios!

Jezioro Titicaca – Puno (Peru)

Z Copacabany musieliśmy uciekać następnego dnia do południa ze względu na wybory prezydenckie, przez które od soboty od godziny 16 żaden transport publiczny nie działa aż do poniedziałku, w związku z czym niemożliwe byłoby dostanie się do Peru.

Kupiliśmy bilety na 9 rano, przygotowaliśmy dokumenty na granicę i ruszyliśmy w drogę. Na granicy nam udało się bez problemu opuścić Boliwię i wejść do Peru (do autobusu można wrócić dopiero po uzyskaniu pieczątki po stronie peruwiańskiej, więc granicę przekracza się pieszo). Jednak nie wszystkim udało się bezproblemowo przekroczyć granicę, gdyż jednej francuskiej pary nie wypuścili z Boliwii. Okazało się, że nie mają pieczątki w paszporcie, którą powinni dostać przy wjeździe, co teoretycznie oznacza, że nielegalnie wjechali do Boliwii. Podróży do Puno z nami nie kontynuowali, więc trudno powiedzieć, jakie były ich dalsze losy. Zwracamy jednak uwagę na to, by zawsze dopilnować pieczątek na granicach, oszczędzi się czas i pieniądze.

Do Puno dojechaliśmy jakieś 4 h po opuszczeniu Copacabany. Miasto zupełnie inne niż odpowiednik po boliwijskiej stronie. Puno to z resztą największe miasto nad jeziorem Titicaca, co jednak nie oznacza, że grzeszy urodą, wręcz przeciwnie. W Puno wszystkie ścieki trafiają do jeziora Titicaca (w Copacabanie, czyli w Boliwii nie, więc woda jest stosunkowo czysta), więc dookoła wszystko śmierdzi, nie powiemy jak, jest brud, smród, kiła i mogiła.

IMG_2853Pierwsze, co zrobiliśmy zanim ruszyliśmy do miasta to kupno biletów na noc do Cuzco. Ze względu na to, że dużo mówi się o kradzieżach i napadach na nocnych trasach w Peru, postanowiliśmy nie oszczędzać i wybrać jednego z najpewniejszych przewoźników. Ruszać mieliśmy o 22 i po 10 minutach spędzonych nad jeziorem w Puno żałowaliśmy, że nasz autobus nie odjeżdża wcześniej, bo Puno naprawdę niczym nie zachwyca, jest brudne i nudne.

Dalej udaliśmy się do portu, gdzie kupiliśmy bilet na statek na pływające wyspy i wstęp na wyspy właśnie (10 soli statek w obie strony, 6 soli wstęp na wyspy). Nasz „statek” w porównaniu do wszystkich, które nas mijały był najwolniejszy na świecie. Nie zależało to raczej od ceny, która jest taka sama, ale od szczęścia lub raczej jego braku.

IMG_2864Ostatecznie udało się nam wreszcie dopłynąć do słynnych Floating Island i na wstępie zaskoczyła nas ich wielkość. Myśleliśmy, że jest ich znacznie mniej, jednak jest to ogromna przestrzeń, ciągnąca się od lewej strony do prawej, przypominająca pływające miasto.

Pierwsze kroki nie były zbyt przyjemne, wszystko się pod stopami zapadało tak, że miało się wrażenie, że zaraz wpadniemy na dno, a woda jest tu głęboka na 20 metrów.

IMG_2878Powitał nas widok kilku chatek zrobionych z trzciny, a pomiędzy nimi panele fotowoltaiczne. Dość zniechęcające na samym wstępie. Z tradycją ma to już niewiele wspólnego, o czym się przekonywaliśmy z każdą następną minutą.

Tradycyjnie na początek kilka słów wstępu od męskiego przedstawiciela wyspy, który opowiada o wyspach, jak się je buduje, jakie są zwyczaje rodzin itd. Otóż podobno jedna wyspę do życia przygotowuje się przez 1 rok, głębokość zanurzenia sięga nawet 3 metrów, a główna jej część znajdująca się pod wodą budowana jest na tzw. zakładkę oraz wzmocniona jest powrozami. Dalej nakłada się kolejne warstwy trzciny. Wyspa taka nadaje się do życia przez kolejne 50-60 lat, następnie przygotowuje się następną wyspę i na nią przenosi się cała rodzina. Na jednej wyspie żyje jakieś 4-5 rodzin.

Ogólnie idea budowania pływających wysp powstała w odpowiedzi na ewentualne zagrożenia na lądzie, przed którymi ludność miejscowa mogła uciec na pływające wyspy i tam się skryć i żyć nawet całe lata.

IMG_2884 IMG_2889 IMG_2890 Co możemy powiedzieć o pływających wyspach to jedno słowo: KOMERCJA! Wszystko kręci się wokół turystyki i zarobienia na turystach właśnie. Tak naprawdę na pływających wyspach, które się odwiedza prawie nikt z tubylców nie mieszka. Stanowią one dla nich miejsce pracy, do którego codziennie z samego rano przypływają, by udawać przed turystami, że wyspy stanowią ich prawdziwe miejsce zamieszkania. Owszem, istnieją stale zamieszkane pływające wyspy, na których wszystko funkcjonuje zgodnie z tradycją, w liczbie ok. 30-40 (ok. 150 rodzin), SA one jednak niedostępne dla turystów, a gdy ktoś usilnie próbuje się na nie dostać, jest raczej niemile tam widziany.

Co do „tradycyjnych” łodzi – są one zbudowane z trzciny, jednak zdjęcia z pocztówek, na których siłę napędową stanowią wiosła, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, w której jest ona pchana przez małą motorówkę. Chyba nic już bardziej nie może zepsuć atmosfery.

IMG_2895 IMG_2924Dodatkowo, odpływając z wyspy, żegnają nas tradycyjnie ubrane kobiety, które od niechcenia, wyuczone na pamięć śpiewają „vamos a la playa o o o o o”. Katastrofa. Już nie mogliśmy się doczekać, kiedy wrócimy na normalny ląd.

IMG_2903Ogólnie powiemy tak: będąc nad jeziorem Titicaca wypada odwiedzić pływające wyspy, jednak nie wolno oczekiwać od nich zbyt wiele, bo na miejscu łatwo się rozczarować. Owszem, jest to fantastyczne, że można zbudować pływające miasto, jednak jest to miejsce tak strasznie nasycone komercją i nastawione na wyzysk turystów, że szkoda słów.

IMG_2922Samo miasto, prócz deptaka, katedry z miłym placem, nie ma nic do zaoferowania, więc nie polecamy spędzać tam nocy, jeśli nie ma takiej potrzeby. My byliśmy bardzo szczęśliwi, że jeszcze tego samego dnia wyruszamy do Cuzco.

IMG_2930 IMG_2932 IMG_2935 IMG_2936 IMG_2947Dzień zakończyliśmy wycieczką mototaxi na dworzec, czyli malutkim trójkołowym pojazdem. Zabawna sprawa.

20141011_192056Dalej o 22 ruszyliśmy do Cuzco, wcześniej będąc sfotografowanym i sfilmowanym na wypadek, gdybyśmy mieli okazać się złodziejami w autobusie. O 4:30 rano jesteśmy w Cuzco.

Adios!