Yangon!

Na dworzec pod Yangon dojechaliśmy tuż po 6 rano, złapaliśmy taksówkę i dojechaliśmy do naszego hostelu. W Birmie co do zasady, co jest miłe, jeśli tylko mają wolne pokoje, nie każą czekać do 14 na check in, tylko meldują gości najszybciej jak się da. Szybki prysznic i ruszamy czym prędzej w miasto, które powoli budzi się ze snu.

W Yangon znajduje się najważniejsza dla Birmańskich wyznawców buddyzmu, czyli absolutnej większości mieszkańców, świątynia – Shwedagon. Będąc w Birmie tej świątyni po prostu nie można nie zobaczyć. Stąd to właśnie w tym kierunku podążaliśmy z samego rana, by w miarę możliwości ominać tłumy, które odwiedzają świątynię każdego dnia.

Po drodze zahaczyliśmy o Maha Wizaya Pagodę, która jest tuż obok Shwedagon. O tej porze była praktycznie pusta, biegały po niej jedynie dzieciaki bawiące się z psami.

img_4795

Dalej czas na najważniejszą świątynię buddyjską w Birmie – świątynię Shwedagon. Wstęp – 8000kyat za osobę (jakieś 7 dolarów). Koniecznie zasłonięte nogi – przestrzega się tego restrykcyjnie nawet u mężczyzn, ramiona, oczywiście bose stopy. Świątynia już na wejściu robi ogromne wrażenie.

Słów kilka o samej Shwedagon – legendy głoszą, że wewnątrz stupy znajdującej się w centralnej części kompleksu znajdują się włosy Buddy – ich ilość  jest inna wedle każdej z legend, jednak co do zasady przyjmuje się, że znajduje się tam 6-8 włosów. Są one przechowywane wewnątrz stupy wraz z niezliczoną ilością skarbów i klejnotów. Na teren wokół samej stupy nie mają wstępu obcokrajowcy, jest ona otoczona kratami, każdy, kto wchodzi jest dokładnie sprawdzany. Stupa jest usytuowana na najwyższym wzniesieniu w okolicach Yangon. Wierzy się, że pagoda została zbudowana ok. 2500 lat temu. Nie do końca wiadomo, co się działo ze stupą aż do XIV wieku, wiadomo jednak, że przez kolejne kilkaset lat była rozbudowywana i odnawiana przez kolejnych władców, aż osiągnęła kształt, który możemy dziś podziwiać.

Co ciekawe i może wydawać się zabawne, przy wejściu na teren świątyni pojawia się znak informujący o zakazie latania dronami nad świątynią. Dlaczego? Ano dlatego, że cała stupa jest pokryta nie mieszczącą się w głowach zwykłego śmiertelnika ilością złota i kamieni szlachetnych. Ot, na samej kopule jest 4350 diamentów, na stożku, bagatela, 1090 diamentów. Ot, teraz zakaz latania dronami nabiera nieco więcej sensu. Według badań, stupa pokryta jest 9 tonami szczerego złota.

img_4804

img_4805

img_4814

img_4828

img_4832

img_4835

img_4837

sdr

Dookoła stupy rozlokowanych jest całe mnóstwo mniejszych i większych posągów Buddy, wizerunków lwów, ogrów i innych stworzeń czczonych przez wyznawców buddyzmu. Na każdym kroku widać pogrążonych w transie mnichów buddyjskich i wiernych. Niesamowity widok.

img_4833

Na terenie kompleksu znajdziemy też małe muzeum ukazujące historię pagody oraz miniatury pagody, parasola na pagodzie, dzwonów itd.

Wychodząc z kompleksu docieramy na lokalny targ, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie – od świeżych owoców, poprzez lokalne przysmaki kuchni birmańskiej, mini wizerunki Buddy, świeże kwiaty i podarki dla Buddy, które lokalni składają w darze Buddzie.

img_4844

img_4847

img_4846

Zjedliśmy co nie co i ruszyliśmy dalej, najpierw do Mga Htat Gyi Pagoda, gdzie znajduje się olbrzymi  posąg siedzącego Buddy, wysokość  16 metrów.

img_4848

Dalej zaś, kilka minut od Mga Htat Pagody, docieramy do Chaukhtatgyi Paya, gdzie znajduje się potężny posąg leżącego Buddy, o długości ok. 72m. Rzesze wiernych odwiedzają pagodę każdego dnia, składając dary w postaci świeżych owoców i kwiatów. Może nie robi tak wielkiego wrażenia, jak ten złoty w Wat Pho w Bangkoku, gdyż przedstawiony jest w zupełnie inny sposób, jednak ogrom bije po oczach.

dav

img_4860Dookoła oczywiście mnóstwo posągów Buddy z kolorowymi ledami dookoła głowy- standard w Birmie, ważne, żeby się świeciło.

img_4862

Czas nadszedł, by ogarnąć, jak się dostać do Tajlandii i opuścić Birmę. Przeanalizowaliśmy szereg różnych opcji i za sprawą impulsu doszliśmy do wniosku, że lecimy do Singapuru! Bilety lotnicze z Birmy nie należą do najtańszych, toteż najmniej kosztowną opcją okazała się podróż do Bangkoku i dalej lot z Bangkoku to Singapuru. Za lot zapłaciliśmy 150zł liniami Tiger Air. Do tego w lokalnym biurze turystycznym kupiliśmy bilety na autobus do przygranicznej miejscowości Myawaddy, najtańszą opcją okazało się bookowanie biletu w biurze honorowanym rządowym certyfikatem – 12000kyat. W innych biurach ceny wahały się pomiędzy 18000 a 24000kyat.

Na zachód słońca wybraliśmy zaś park Bogyoke – wstęp płatny 300kyat od osoby, za fotografowanie, jeśli nie schowa się aparatu na czas – 500kyat. Park jest ogromny, więc jeśli chce się zdążyć na zachód słońca, by dotrzeć w miejsce, gdzie jest fajny widok na podświetlaną Shwedagon, warto wyruszyć dużo wcześniej.

sdr

img_4873

img_4866

img_4877

img_4894

img_4885

Dalej zaś udaliśmy się coś przekąsić i padliśmy spać, gdyż ostatnie kilka nocy, kiedy w większości podróżowaliśmy nocnymi autobusami, albo wstawaliśmy na wschody słońca, gdy jeszcze było ciemno, dało nam się we znaki, a najbardziej naszym organizmom, które postanowiły odmówić nieco posłuszeństwa. Mieliśmy iść świętować Chiński nowy rok w Chinatown, ale po prostu zasnęliśmy. Następnego dnia bowiem o bladym świcie, tak, znowu, ruszaliśmy w drogę do Bangkoku, a to miał być i rzeczywiście był ciężki dzień i noc, niemal 21h spędzonych w  autobusach, przekraczanie granicy birmańsko-tajlandzkiej.

Ruszyliśmy autobusem o godz. 8:00, był to najwcześniejszy autobus. Na dworcu trzeba być standardowo pół godziny przed odjazdem. Tym razem nasz autobus jechał dłużej niż zapowiadano i na granicę dotarliśmy dopiero o 17:40, 20minut przed zamknięciem przejścia granicznego, więc szczęście nas jeszcze nie opuściło. Gdybyśmy nie zdążyli przekroczyć granicy, nie byłoby szansy na dojazd do Bangkoku na czas na nasz wylot do Singapuru dnia następnego o 14:55. Cud.

img_20170125_200635

Przekroczyliśmy granicę, wjechaliśmy znowu do Tajlandii. Z granicy kursują busiki i tuk tuki do dworca, z którego odjeżdżają autobusy do Bangkoku. Najwcześniejszy dostępny – wyjazd o godzinie 21:00. Bierzemy. Koszt -373bahtów. Tym razem, jak to w Tajlandii, toaleta na pokładzie, woda, ciastka, nawet fotele z masażem. Wsiedliśmy w autobus do Bangkoku i ruszyliśmy w drogę, mając już w głowach, co też zjemy na śniadanie na Khao San – świeże owoce, Sajgonki czy Pad Thai? Tajskie jedzenie jest absolutnie najlepsze! I po prostu zasnęliśmy, nie wiedząc nawet, kiedy dotarliśmy do Bangkoku. Ale o tym i o Singapurze, będzie kolejny wpis. Tymczasem zamykamy tu rozdział na temat Birmy, zakończył się przepięknym Yangon, które choć będąc największym miastem Birmy, jeszcze nie tak dawno stolicą kraju, jest miejscem pełnym uroku, niesamowitej atmosfery, na którą niewątpliwie składa się najważniejsza w kraju świątynia buddyjska, do której codziennie kierują się rzesze pielgrzymów oddanych modłom. Absolutnie różni się od betonowego Mandalaj, tutaj wszystko zdaje się być dopieszczone, błyszczące, piękne. Tak, Yangon było odpowiednim miejscem, by pożegnać się z tym pięknym krajem, w którym szczere uśmiechy mieszkańców i ciepło od nich bijące na długo będą gościć w naszych sercach.

Mandalaj, Amayabuya, Inwa!

 

Do Mandalaj dotarliśmy po 5h drogi rozklekotanym, starym busem, w którym ledwo się mieściliśmy. Od razu uderzył nas widok betonowego miasta. Dotąd nie byliśmy przyzwyczajeni do takich krajobrazów w Birmie. Smród spalin od razu uderzył w nozdrza, ledwo wyszliśmy na zewnątrz.

Rzuciliśmy bagaże, szybki prysznic i postanowiliśmy najpierw ruszyć do Amaratury i Inwy, Mandalaj natomiast zostawić na dzień następny, wiedząc, że i tak spędzamy tu noc. Najlepszą opcją jest wypożyczenie skutera. W naszym hotelu życzyli sobie 12 000kyat, stwierdziliśmy więc, że nie ma takiej opcji, nawet w Bagan było taniej. Nie uszliśmy 2minut, na rogu naszej ulicy stali lokalni wypożyczający nowiutkie skutery za 8000kyat za cały dzień. Bierzemy! Najpierw musimy jeszcze zatankować, gość tłumaczy nam, gdzie znajdziemy stację, ostatecznie dotarliśmy na opisywane miejsce….:) ot standardowa przenośna stacja benzynowa

img_4711

Przy okazji – co ciekawe i od razu uderzyło nas w Birmie to fakt, że choć nie obowiązuje tam ruch lewostronny, to wszystkie samochody mają kierownice po prawej stronie. Spuścizna Brytyjczyków rzecz jasna, jednak w 1970 władze z dnia na dzień (dosłownie) nakazały zmienić ruch na prawostronny. Większość samochodów jeżdżących po Birmie jest jednak sprowadzanych z Tajlandii, gdzie obowiązuje ruch lewostronny. Z drugiej strony jeździ też sporo samochodów, które lata świetności mają już dawno za sobą. Na drogach brakuje też w większości miejsc znaków drogowych – tak naprawdę widzieliśmy wiele tylko w Yangon. To wszystko mówi wiele o bezpieczeństwie na drogach w tym państwie.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o świątynię Shwein Bin Monastery , pięknie wykonaną z drewna tekowego, kompletnie nieoblegana przez turystów, można więc swobodnie spacerować także pomiędzy budynkami, w których mieszkają mnisi.

img_4596

img_4601

img_4602

Teraz mogliśmy ruszać do Amaratury (bir. Amayabuya). Dlaczego tam? Otóż to tutaj właśnie znajduje się najdłuższy na świecie most tekowy U Bein, robiący największe wrażenie no oczywiście przy zachodzie słońca. Most pochodzi z 1845 roku, nie należy więc do najstarszych, ale rzeczywiście robi wrażenie. Idąc wydaje się, jakby nie miał końca, choć ma tylko 1,2km. Słońce grzało niesamowicie, ledwo dało się oddychać. Amarapura jest maleńkim miasteczkiem pod Mandalaj, dziś traktowanym de facto jak dzielnica Mandalaj. Na moście znajdziemy wiele stoisk z suszonymi krabami wyłowionymi niedawno z Irawady i….pieczonymi szczurami. Zdjęcia szczurów Wam darujemy. Po jednej stronie rzeki widać z resztą lokalnych, którzy gęsiego chodzą po rzece i wyławiają rękami kraby.

img_4624

img_4620

img_4610

Przerwa na odpoczynek nie zaszkodzi 🙂

16444121_10208764636968353_711014698_o

Dalej nawoływanie mnichów z głośników przywiodło nas do świątyni Kyaw Aung San Dar, która wyglądała na nieco zaniedbaną. Mnich drzemiący na krześle przy wejściu sam ukazał, czego możemy się spodziewać.

img_4605

Dalej stwierdziliśmy, że jeszcze przed zachodem słońca zdążymy zaglądnąć do Inwy, miasteczka nieopodal, które w XIV-XVI wieku było stolicą Królestwa Ava. Znajdziemy tu wielowiekowe stupy, klasztor buddyjski, czy też wieżę obserwacyjną. Bilet wstępu łączony z pozostałymi atrakcjami w Mandalaj- 10000kyat można kupić na wejściu do klasztoru. W Inwie też znajdziemy niemal 2km most na rzece Irawadi, który aż do lat 90tych XXwieku był jedynym mostem na Irawadi.

img_4626

img_4630

Dalej już musieliśmy pędem wracać do Amaratury, by zdążyć na zachód słońca. Tym razem obraliśmy inną trasę, podążając za licznymi dorożkami, by przeprawić się mini promem, wraz z naszym skuterem przez rzekę i tym samym ominąć okrążanie rzeki dookoła. Gdy dotarliśmy do Amaratury, miasteczko i most wyglądały już zupełnie inaczej, niż gdy widzieliśmy je w południe. Wtedy puste, mostem można było swobodnie spacerować, wszystkie łódki stały w równiutkim rzędzie na brzegu. Teraz tłumy przepychały się, by zdobyć łódkę. Cena – 5000kyat od osoby (ok. 12 dolarów!), gdy jest więcej osób lub 15000 za całą łódkę przy dwóch osobach. No chyba ktoś tu oszalał?! Dogadaliśmy się z trójką Chińczyków, że bierzemy łódkę w 5os za 2000-kyat. Początkowo nie chcieli nas zabrać, ostatecznie się zgodzili, 4000kyat za osobę, płyniemy na zachód słońca. Opisywać nie ma chyba potrzeby…Jak zwykle zachód słońca zapiera…

img_4642

img_4662

img_4663

img_4671

Pięknie z jednej strony, z drugiej już nieco komercyjnie…:)

img_4645

Całość trwa jakies 30minut, więc kompletnie niewarte 12 dolarów, no umówmy się. Dojechaliśmy do Mandalaj i ruszyliśmy na słynny lokalny nocny targ, który okazał się niczym innym niż chińską tandetą. Przynajmniej udało się dostać wreszcie świeżego ananasa i arbuza (w Birmie, szczególnie na północy, nie jest łatwo o świeże owoce, do których przyzwyczaja Tajlandia, łatwo dostać jabłka i coś w rodzaju czereśni, na soczyste owoce można liczyć dopiero w okolicach Yangon).

Następny dzień poświęciliśmy w całości na Mandalaj. Rano na recepcji hotelu, w którym mieszkaliśmy zabookowaliśmy bilet na autobus do Yangon, wyjazd o 21, koszt biletu 11000kyat (ok.9 dolarów), brak toalety (co do zasady raczej w birmańskich autobusach nie ma toalet, nawet tych na długich trasach, jednak kierowca konsekwentnie zatrzymuje się co 2-3h, a jeśli ktoś potrzebuje, zatrzyma się nawet w szczerym polu 🙂

Podążaliśmy w stronę pałacu, który choć czytaliśmy, że jest mocno przereklamowany, będąc w Mandalaj i mając już bilet, chcieliśmy odwiedzić choć na chwilę. Ot, typowa jezdnia w jednym z największych miast Birmy – zgrzane kamienie.

img_4680

Idąc przez Mandalaj, co chwila zatrzymują się kierowcy taksówek oferujący objazd całego miasta taksówką, my uparliśmy się, ze będziemy cały dzień zwiedzać pieszo. Odechciewało nam się już na początku, gdy musieliśmy obejść cały pałac wokół, gdyż wejście dla turystów jest tylko jedno, od strony ulicy 66.

img_4688

Już z zewnątrz widać było, że choć powierzchnia jest ogromna, w środku raczej nie ma się co spodziewać zachwytu. Po drodze zaczepił nas Birmańczyk, pytając, po co w ogóle idziemy do pałacu.  Odpowiedzieliśmy, że owszem, pewnie nie będzie fantastycznie i mamy tego świadomość, ale mamy już bilet, który kupowaliśmy, by zwiedzić Inwę, więc zaglądniemy. On odpowiedział – skoro macie już bilet to idźcie, ale po co marnować pieniądze na nasz rząd na oglądanie tego pseudo pałacu. Później przekonaliśmy się sami, jak wiele miał racji…:)

Po drodze długo wyczekiwany sok z trzciny cukrowej, który pijaliśmy codziennie w Wietnamie podczas naszej poprzedniej wyprawy do Azji. Tym razem serwowany w worku, jak większość dań i napojów na wynos w tej części Azji.

img_4691

A tu już pałac…niestety zdjęć z wnętrz nie wrzucamy, bo żywcem nie ma czego pokazać…Warto podkreślić, że oryginalny pałac został zniszczony w pożarze w II wojnie światowej. To, co możemy oglądać dziś to replika odbudowana przez robotników przymusowych. Na nas kompletnie nie zrobił wrażenia.

img_4692

img_4703

img_4707

Dalej świątynia Atumashikyaung, która w środku nie reprezentuje zbyt wiele prócz tekowych sufitów i ledów dookoła Buddy.

img_4713

I piękne Shwenandaw Monastery, w całości wykonane z drewna z pięknymi rzeźbami.

img_4718

I jeszcze cmentarz mnichów buddyjskich

img_4736

Takim sposobem dotarliśmy wreszcie do Mandalaj Hill, które według legendy odwiedził niegdyś Budda i przepowiedział, że u jego stóp powstanie wielkie, potężne miasto. Popularne miejsce na zachód słońca, może nie tyle ze względu na widok, bo szczerze mówiąc nie powala, jednak głównie ze względu na rzesze mnichów przychodzących tu tuż przed zachodem na modły i by po prostu porozmawiać z turystami i tym samym poćwiczyć język angielski. Schody na szczyt, choć samo wzgórze ma jedynie 240m, wydają się nie mieć końca, na szczycie wstęp do ostatniej pagody płatny 1000kyat od osoby. Oczywiście na dole nie ma o tym informacji, co bulwersuje wielu turystów, jednak na pewno warta jest odwiedzenia, szczególnie ze względu na piękne, szklane mozaiki pokrywające ściany całej świątyni.

img_4743

img_4753

img_4757

img_4765

img_4775

img_4781

Takim sposobem zakończyliśmy zwiedzanie Mandalaj, które szczerze mówiąc nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Wszechobecne opisy, że jest to betonowe miasto pokrywają się z rzeczywistością, a i tutaj można zauważyć chaos większego miasta. Co interesujące to fakt, że idąc de facto przez centrum miasta pomiędzy budynkami i tłumem aut i samochodów, nagle wchodzi się w totalną pustkę, czując się jakby było się w wiosce, a nie w jednym z największych miast Birmy. Osobiście, nie mieliśmy ochoty być tu dłużej i już nie mogliśmy się doczekać, gdy dojedziemy do Yangon.

Szybka kolacja na ulicznym straganie….

img_4790

I w drogę do Yangon nocnym autobusem. Mieliśmy jechać 10h, dojechaliśmy ostatecznie wcześniej, o Yangon jednak będzie kolejny wpis.

Korzystając z okazji i z tego, że u nas już 30 stycznia, Mamo, wszystkiego, co najlepsze – by nigdy nie schodził z Twojej twarzy uśmiech! STO LAAAAT! (Wybacz nasze twarze, ale tu już 4 rano)

16442782_10208765182301986_1631300770_o

Pozdrawiamy z….no właśnie…skąd? Zupełnie przypadkiem z Kuala Lumpur! 🙂

Bagan (Pagan) !

Na wstępie przepraszamy za ilość zdjęć ze wschodu słońca i samego Bagan, niektórym możemy wydawać się nudni i monotematyczni – uwierzcie, i tak zredukowaliśmy ilość zdjęć o połowę, a wybór nie należał do najłatwiejszych.

Do Bagan (lub Pagan – również poprawnie) dojechaliśmy autobusem o 3:30. W Birmie, choć jakość dróg pozostawia wiele do życzenia, a pokonanie choćby 200km zajmuje ok. 8-9h, właściwie za każdym razem i tak dojeżdżaliśmy na miejsce przed czasem. Z dworca trzeba było dojechać taksówką, tu ceny sobie windują już naprawdę wysokie i trzeba się nagimnastykować, żeby wytargować niższą cenę. Podjechaliśmy pod hotel, w którym próbowaliśmy zrobić rezerwację ok.100x – tak, internet w Inle Lake to była tragedia, przerywało nam połączenie co 2 minuty, więc pojechaliśmy w ciemno. 3:30, gość na recepcji, zaspany, mówi, że nie ma miejsc. Prosimy o hasło do internetu, zrobiliśmy sobie rezerwację na kolejną noc , jako ze teraz i tak nie planowaliśmy iść spać, ogarnęliśmy się nieco, zostawiliśmy bagaże i wynajęliśmy w hotelu elektryczny skuter – najwygodniejszy i najczęściej wybierany tu środek transportu pośród turystów odwiedzających Bagan. Pytamy, czy aby na pewno akumulator jest naładowany na fulla, bo wyświetla się ledwo połowa – nie, nie, na luzie Wam starczy na cały dzień. Z lekkim niedowierzeniem bierzemy skuter i ruszamy w drogę.

Poranek w Bagan, poranek mamy na myśli 4 rano, jest jeszcze bardzo chłodny, warto więc ciepło się ubrać, by nie zmarznąć czekając na wschód słońca. Po drodze mijamy kilka świątyń, zatrzymując się, by porobić parę zdjęć.

img_4312

Słów kilka dla tych, którzy są zieloni w temacie: to właśnie w Bagan znajdują się korzenie państwowości birmańskiej, była to pierwsza stolica królestwa. Początki miasta związane są z potężnym władcą Anawrahtą, który panował w latach 1044-1077, odnosząc wielkie sukcesy militarne oraz nadając kierunek rozwoju religii państwowej ku buddyzmowi Theravada. Po jednym ze swoich kolejnych sukcesów militarnych, wziął w niewolę artystów, rzemieślników i mnichów buddyjskich, dzięki czemu doprowadził do rozwoju swojej stolicy. Władca ten i jego następcy z rozmachem stawiali tysiące obiektów kultu, na obszarze ponad 100km2 znajduje się ponad 2 tysiące obiektów kultowych, czyniąc Bagan miejscem absolutnie obowiązkowym dla każdego, kto wybiera się do Birmy.

Na wschód słońca wybraliśmy małą i nieuczęszczaną świątynię, jednak po dotarciu na miejsce okazało się, że z powodu nieobecności klucznika, jest ona zamknięta na 3 dni. Szkoda, bo tu na pewno nie byłoby dzikich tłumów. Ostatecznie dotarliśmy więc do Shwesandaw Paya, gdzie już na wejściu widzieliśmy, że trzeba będzie się przeciskać między ludźmi. Dlatego też wybierając tą świątynię, należy tu być naprawdę wcześnie (my byliśmy o 4:30 i jeszcze można było znaleźć skrawek miejsca na szczycie, 20min później nie byłoby już szansy).

Oczekiwanie w ciszy na moment, kiedy słońce zacznie się powoli wyłaniać zza horyzontu. Niebo z każdą sekundą zmieniało swój koloryt, z minuty na minutę wyłaniały się z półmroku kolejne świątynie, skąpane we mgle. Widok zapiera dech w piersiach. Gdy tylko słońce pokazuje swe pierwsze promyki, niebo zapełnia się balonami.

img_4380

img_4392

img_4402

img_4414

img_4420

img_4426

img_4455

img_4463

Dopiero, gdy słońce w całości pojawia się na niebie, możemy zobaczyć dookoła tysiące mniejszych i większych pagód. Jesteśmy w innym świecie, a tutejszy wschód słońca kładzie na kolana wszystkie inne, które dotąd widzieliśmy w najróżniejszych zakątkach świata.

img_4464

Dalej postanowiliśmy udać się do starego Bagan, zanim zostanie zalane przez rzesze turystów i zamieni się w jeden wielki plac targowy. Choć stragany powoli przygotowywały się do rozpoczęcia handlu, porównując do tego, co działo się później, zdecydowanie warto pojawić się tu odpowiednio wcześniej. Zasiedliśmy w przydrożnej herbaciarni, zamówiliśmy śniadanie, kawę (w Birmie nie dostaniesz innej kawy niż instant zalanej wrzątkiem, taki kraj, tu pija się herbatę) i herbatę (zamawiając herbatę dostaje się herbatę zalaną słodkim, gęstym mlekiem). Warto pamiętać, że niemal wszędzie w Birmie, nawet na ulicznym straganie, dostaje się cały termos pysznej, delikatnej herbaty za darmo (nie mówimy tu o herbacie z mlekiem, tylko o parzonej, birmańskiej herbacie).

img_4482

Dalej ruszyliśmy skuterem nad rzekę, później zwiedzaliśmy kolejne świątynie, niemal każda w środku posiadała posąg Buddy w najróżniejszych rozmiarach i pozycjach. W niektórych ze świątyń zachowały się wielowiekowe malowidła i freski. W tych miejscach nie wolno robić zdjęć z fleszem!

img_4478

sdr

Pamiętajmy też koniecznie o odpowiednim stroju! Do każdej świątyni wchodzimy boso, z przykrytymi kolanami, ramionami. Skromność, skromność, skromność.

img_4522

Jeśli chcecie zaś kupić coś, co jest charakterystyczne dla Bagan, pierwsze na myśl przychodzą obrazy malowane piaskiem. Nie znajdziecie tego, a jeśli znajdziecie to bardzo słabej jakości, nigdzie indziej, gdyż to właśnie  Bagan słynie z obrazów malowanych na piasku. W większości ukazują Buddę w najróżniejszych pozycjach, święte zwierzęta lub mnichów. Co do zasady są one powielane, więc przed każdą świątynią znajdziecie takie same lub podobne obrazki, co by nie było, ciekawa pamiątka. Są wersje z gruba warstwą piasku, delikatną warstwą lub obrazki wycinane w piasku. Kosztuje grosze, zajmuje mało miejsca, wygląda naprawdę ładnie.

img_4491

Niech także nie zdziwią nikogo dzieciaki podbiegające do obcokrajowców pod niemal każdą bardziej popularną świątynią. Większość z nich zbiera pieniądze z całego świata chwaląc się ogromną kolekcją. Wiele z dumą pokazywało nam polskie banknoty z PRL-u, nie rozumiejąc, że nie są one dziś już w użytku. Oddaliśmy im wszystkie polskie monety, którymi dysponowaliśmy, a one dziękowały z nieskrywaną dumą i radością.

Kolejną charakterystyczną rzeczą, którą można nabyć w Birmie (najbardziej z tego jednak słynie Mandalaj), są ręcznie wykonane marionetki. Można je znaleźć na każdym kroku.

img_4515

Pokonując kolejne kilometry pośród niezliczonych pagód, nasz skuter słabł z minuty na minutę, pomimo zapewnień recepcjonisty hotelu, że na 100% objedziemy na nim cały dzień. Udało nam się dojechać do Starego Baganu pod stragany i koniec. Od razu podeszło do nas małżeństwo Birmańczyków, oferując swoją pomoc. Nie mieli możliwości podładować nam akumulatora, jednak nie zastanawiając się ani chwili, swoją łamaną angielszczyzną zapytali, skąd mamy skuter i obdzwonili pół Bagan, aż dodzwonili się do gościa zaopatrującego w skutery nasz hotel, zaprosili nas na herbatę i za 10 minut podjechało dwóch Birmańczyków z nowym skuterem, naładowanym akumulatorem na full. Nikt nie chciał za to ani grosza, życząc nam dobrego dnia z ciepłym, szerokim uśmiechem na twarzy. Ot, kolejny przykład, że Birmańczycy to niesamowity, ciepły, bardzo pomocny naród. Choć dotąd byliśmy poniekąd zakochani w mieszkańcach Kambodży za ich serdeczność tak teraz, po wizycie w Birmie wiemy, że nigdy dotąd nie spotkaliśmy tak fantastycznych, bezinteresownych i uśmiechniętych ludzi jak tutaj, w Birmie. Stary Bagan zmienił się już w wielkie targowisko.

img_4541

Powszechnym widokiem w Birmie są kobiety noszące zakupy, produkty na głowie. Niejednokrotnie naprawdę ciężkie rzeczy!

img_4505

 

Mogliśmy ruszać dalej, zwiedzać kolejne świątynie. Upał dawał się już mocno we znaki, a nam powoli opadały siły do tego stopnia, że Karolina zasnęła opierając się o zimne mury świątyni, oglądając widoki dookoła. Krótka drzemka pomogła naładować akumulatory raz jeszcze 🙂

img_4516

img_4536

img_4497

img_4545

img_4549

img_4490

Docierając pod Dhammayazika Paya, skąpanej w kolorowych kwiatach, zaczepili nas mnisi buddyjscy, uwielbiający robić sobie zdjęcia z obcokrajowcami.

img_4561

img_4563

Mijając kolejne stada bydła idące całą szerokością polnych dróg, którymi podążaliśmy, gdy usiłowaliśmy się dostać do Pyathada Paya na zachód słońca, ostatecznie się zgubiliśmy, nie mając pojęcia jak dostać się do wybranej przez nas świątyni. Lokalni spotkani przez nas w maleńkiej wiosce, choć bardzo chcieli pomóc, nie mówili nic a nic po angielsku, a też nie do końca orientowali się po nazwie świątyni, o co nam chodzi. Ostatecznie wskazał nam drogę pasterz i dotarliśmy do świątyni, gdzie siedząc na szczycie, słońce uciekało za chmurami, które się nagle zebrały. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, myśląc, że z zachodu słońca nic nie będzie, my, głupi, także ruszyliśmy przed siebie. Niebo jednak z minuty na minutę zaczęło zmieniać swoje kolory, toteż stanęliśmy przy pierwszej lepszej pagodzie, oglądnąć niesamowite niebo zmieniające swój koloryt na wszelkie odcienie różu.

16216115_10208755245893582_1550522048_n

16326775_10208755245453571_493571797_o

img_4587

img_4583

Po całym dniu, rozpoczętym tak wcześnie, dotarliśmy to hotelu, oddaliśmy skuter, wzięliśmy gorący prysznic (tak, brak ciepłej wody to legenda) i ruszyliśmy na poszukiwania 1. Autobusu do Mandalaj, 2. Czegoś do jedzenia. Po wizycie w kilku z kolei mini biurach kupiliśmy bilet do Mandalaj, wyjazd o 5, odebrać  nas mieli o 4:30 spod hotelu. Zapłaciliśmy 9000kyat. Czas dojazdu 5h, tym razem starym żółtym busikiem, który dziwne, że jeszcze był stanie jechać, tak rzucało, że nie można było zmrużyć oka, jednak rzeczywiście, 5h i byliśmy na miejscu w Mandalaj, mało tego, podrzucili nas pod same drzwi naszego hoteliku w Mandalaj. O Mandalaj jednak będzie kolejny wpis.

Wrzucając ten wpis jesteśmy znów w Bangkoku, po spędzonych 19h w autobusach w Yangon do Bangkoku. Szykujemy się do zrealizowania kolejnego marzenia dzięki mini impulsowi, który nas zaatakował w Yangon. Ale to na razie tajemnica, tymczasem będziemy nadrabiać wpisy na blogu, zanim zdradzimy, gdzie wylądowaliśmy 🙂

Ahoy przygodo!

Inle Lake!

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy dojechaliśmy do miejscowości nad jeziorem Inle (Nyaungshwe), postanowiliśmy rozglądnąć się za autobusem do Mandalaj albo Bagan. Wiedząc, że transport przez Birmę zajmuje naprawdę dużo czasu, nawet przy bardzo krótkich odcinkach jest to kilka godzin, nie chcieliśmy tracić czasu. W sumie jak dotąd przyjęło się, że co drugą noc spędzamy w nocnym autobusie, żeby zaoszczędzić czas zamiast jechać w ciągu dnia, szczególnie, że nasz plan podróży zakłada dwie dodatkowe opcje, ale tego jeszcze nie będziemy zdradzać. W każdym razie jest bardzo blisko realizacji 🙂 .

W Nyaungshwe ciemna noc, choć jest dopiero tuż po  19. W kilku ulicznych knajpkach nieśmiało tli się latarenka. Najpierw idziemy zerknąć na lokalny dworzec autobusowy. No niestety. Czynny tylko do 18, nie ma żywej duszy, wszystko zabite przysłowiowymi dechami. W takim razie pozostaje nam spacer po lokalnych biurach podróży, gdzie także sprzedają bilety autobusowe. W pierwszym – nie ma biletów, w drugim chcą nas naciągnąć. W trzecim proponują poranny. W końcu docieramy do czwartego, które już mieli zamykać. Biletów na nocny autobus do Mandalaj nie ma, jest na poranny, ale ten nas nie interesuje. W końcu okazuje się, że są ostatnie miejsca w nocnym autobusie do Bagan. Ok, jedziemy! Dystans – 256km, czas przejazdu 8-9h. Przyzwyczaić się, że w Birmie w autobusach raczej nie ma toalet, ALE co 2-3h autobus się zatrzymuje, pierwszy przystanek już po 2h, bo przecież kierowca zdążył już zgłodnieć – standard 🙂 Za bilet zapłaciliśmy 9000kayat od osoby, czyli ok. 30zł. Kierowca ma przyjechał po nas o 18:30 odebrać nas z hotelu i podstawić pod autobus.

Pierwsza sprawa załatwiona. Czas coś zjeść. Miasto powoli kładzie się do snu, choć ledwo wybiła 20. Udało nam się jeszcze złapać curry w rodzinnej ulicznej knajpce, gdzie byliśmy już jedynymi klientami i wróciliśmy do hotelu. Nie mamy przecież łódki na rano, a skoro mamy cały dzień to możemy cały dzień spędzić na jeziorze. Zapytaliśmy na recepcji hotelu, bo w porcie już ani żywej duszy o tej porze. Mogliśmy teoretycznie łapać coś rano, ale woleliśmy mieć pewność, że od razu będzie ktoś z samego rana na nas czekał. Wynajęcie łódki na wschód słońca to ok. 18000kayat czyli mniej więcej 55zł. Tak naprawdę to od klienta zależy, ile chce pływać, cena jest taka sama bez względu na to, czy płyniesz tylko na wschód słońca, czy chcesz wycieczkę po całym jeziorze. Ktoś przyjdzie po nas o 6:30. W takim razie trzeba się wcześnie położyć i wcześnie wstać. Budziki nastawione, Karolina jeszcze pół nocy walczyła z birmańskim internetem, żeby wrzucić post na bloga. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że jeden z naszych telefonów przestawił sobie godzinę o pół h w tył (birmański czas), a drugi nie, w związku z czym ostatecznie budziła nas recepcja, gdy o 6:30 (choć byliśmy pewni, że jest 6), czekał już na nas nasz lokalny sternik. 3minuty, jesteśmy gotowi.

Warto się rano bardzo ciepło ubrać, wschód słońca jest niesamowity, ale nie mając ciepłych ubrań na sobie, nikt nie będzie mógł się skupić na widokach, myśląc o tym, co zrobić, żeby nie zamarznąć.

Słońce powoli wyłania się zza horyzontu. Pojawiają się tradycyjni rybacy. I choć o tej porze jest to bardziej zwykła komercha i biznes, nikt nie odmówi uroku tym niesamowitym widokom. Uwierzcie, że bardzo ciężko było zdecydować, które zdjęcia wybrać.

img_4035

img_4047

img_4066

img_4067

img_4086

img_4104

img_4112

Dalej zaczyna się typowa w tym miejscu wycieczka po całym jeziorze. Sam decydujesz, kiedy kończysz. Zaczęliśmy od tradycyjnego miejsca wyrobu srebra. Wszystko robione ręcznie, zgodnie z wieloletnią tradycją. Ma to swoje odbicie w cenach, bo oczywiście cały warsztat połączony jest ze sklepem. Mile widziane jest kupno drobiazgu, ale bez przesady, nie jest to obligatoryjne.

img_4148

img_4149

Przepływając między pływającymi wioskami, mogliśmy się napatrzeć na życie i codzienną rutynę zwykłych mieszkańców tutejszych okolic. Co porusza do głębi, to fakt, że mimo nie raz niesamowitej biedy, choć dla Birmańczyka możesz być zwykłym, rozpieszczonym białasem – niezłym źródłem zysku, jeśli uda ci się cos białasowi wcisnąć, mimo, że niejednokrotnie widzi się ludzi wychudzonych, schorowanych, to ci ludzie nigdy nie przejdą obok drugiego człowieka, nie obdarzając go ciepłym, serdecznym uśmiechem. A do białasa niejednokrotnie podejdą i mimo bariery językowej, będą próbować się mimo wszystko porozumieć, zapytają skąd pochodzisz i życzą ci dobrego dnia. Nie bez powodu Birma jest nazywana krajem uśmiechniętych ludzi.

img_4152

img_4219

Docieramy do wyspy, na której znajduje się pagoda i lokalny targ. Swoją drogą jeden z najbardziej prawdziwych i świetnych targów, na jakim byliśmy, ale o tym za chwilę.

Pagoda Phaung Daw Oo Paya o tyle interesująca, że w centralnej części pagody znajduje się kilka antycznych przestawień Buddy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że posągów to wcale nie przypomina…

img_4165

To już nie pierwszy raz, kiedy się z tym spotykamy. Taka sama historia była na wzgórzu Golden Mount w Bangkoku. Otóż od lat przyklejane płatki złotej folii sprawiły, że posążki całkowicie straciły swój oryginalny kształt. Pamiętajmy, że tutaj bezpośrednio do posążków nie mają wstępy kobiety. Dlaczego? Otóż przyjęło się, że kobiety są nieczyste i niegodne ze względu na to, że przechodzą menstruację.

img_4167

I wspomniany targ – o tej porze jeszcze totalnie pozbawiony wścibskich turystów, dosłownie zalany tubylcami kupującymi lokalne warzywa, owoce, siedzący sobie na porannej herbatce, starsze babcie, które piekły niesamowicie tłuste ciastka, Birmańczycy niosący swoje zakupy na głowach. Tak, bardzo chcieliśmy tu zostać dłużej.

img_4169

img_4181

img_4186

Wracamy na łódkę, płyniemy dalej. Tym razem warsztat, w którym lokalne kobiety tkały piękne szale, apaszki, pościele itd. Z lotosu i jedwabiu. Wszystko w tradycyjny sposób. Robiło wrażenie, ceny oczywiście horrendalne, ale widać, że jest to bardzo praco- i czasochłonne.

img_4224

img_4242

Po drodze zaglądamy jeszcze do lokalnych rzemieślników, oglądamy jak wyrabia się łódki z teki, tradycyjne parasolki.

16325918_10208743792687259_1522995230_o

Docieramy do warsztatu, gdzie robi się lokalne papierosy. Zamiast bibułki – liść, w środku tytoń i olejek różany. Jest wersja delikatniejsza i mocniejsza. Można oglądać, jak wyrabia się te papierosy, popalając sobie dla spróbowania na miejscu. Można też kupić na miejscu. I tu mała rada – tak, zobaczycie podobne papierosy w lokalnych sklepach, na targu, wszędzie. Ale ten aromat i tytoń jest zupełnie inny. Wiemy, bo próbowaliśmy też tych sklepowych i to jest zupełnie coś innego.  PS. Tu też można się targować, bo ceny są dość wygórowane, jak na papierosy

img_4254

16357160_10208743772526755_1889454564_o

Ostatecznie podpływamy do wioski Inthein, która w zasadzie nie różniłaby się pewnie niczym innym od innych wiosek w Birmie, ale gdy podejdzie się jakieś 20minut w głąb lądu, dotrze się poprzez korytarz zapchany straganami do kompleksu Shwe Inn Thein Paya, w którym znajduje się 1054stup. Przejście między nimi robi wrażenie. Kazda jest ufundowana przez innego darczyńcę, naznaczona tabliczką, kto ją zasponsorował.

img_4197

img_4293

 

Po drodze lunch – curry z rybką i curry wegetariańskie – tak, w kuchni birmańskiej można znaleźć liczne wpływy z Indii i czas kierować się ku miastu, skoro mamy zdążyć na autobus. Po drodze mijamy tubylców zajętych codzienną toaletą w rzece

img_4304

Ostatni rzut okiem na Inle Lake. Tak, wschód słońca był niesamowity, ale to miejsce jest całkowicie inne o każdej porze dnia i nocy.

img_4308

Dalej zaś ruszamy w drogę do niesamowitego Bagan, które, myśląc o Birmie, przynajmniej nam, przychodzi do głowy jako pierwsze. Nigdzie na świecie nie ma tak pięknych wschodów i zachodów słońca jak w Birmie, w kraju uśmiechniętych ludzi.  Ale to udowodniać będziemy w kolejnych wpisach!

Chiang Rai ( Tajlandia) i wjazd do Birmy (Tachileik)

Jeszcze w ten sam dzień, kiedy wróciliśmy od słoni, udało nam się wyjechać z Chiang Mai do Chiang Rai na północ, zbliżając się tym samym do granicy z Birmą. Za bilet autobusowy zapłaciliśmy jakieś 320 bahtów za dwa bilety, czyli jakieś 18zł od osoby. Podróż trwa mniej więcej 3-3,5h.

Dojechaliśmy pod wieczór, rzuciliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy w miasto poszukać lokalnych przysmaków. Idąc za odgłosami z mikrofonu, poprzez targ, na którym można kupić wszystko i nic, dotarliśmy do placu, na którym porozstawiane było całe mnóstwo stolików, przy których tubylcy spożywali kolację oglądając na żywo koncert lady-boy’a w krótkiej czerwonej spódniczce i baaaardzo wysokich obcasach. Pewnie zostalibyśmy tutaj zjeść między lokalnymi, ale lady-boy tak wył, że nie szło tego słuchać, więc oddaliliśmy się w ustronną uliczkę, zjedliśmy i wróciliśmy spacerem do hostelu. Dzień załadowany atrakcjami w każdej minucie dał nam się we znaki, a kolejny nie miał być lżejszy.

Z samego rana zostawiliśmy plecaki w hostelu, wypożyczyliśmy skuter (250bahtów na cały dzień-mocniejszy silnik, 200bh słabszy silnik) i ruszyliśmy najpierw w stronę słynnego White Temple. Położona poza miastem świątynia buddyjsko-hinduistyczna, nie ma zbyt wiele wspólnego z wielowiekową historią Tajlandii, jej budowa została rozpoczęta w 1997 roku i trwa do dziś, ale jest to jedna z głównych atrakcji okolic Chiang Rai.

Mimo, iż byliśmy tam naprawdę wcześnie, pod świątynią stały już tłumy ludzi, pielgrzymów, turystów. Może nie jest to coś, co porywa i rzuca na kolana – budynek dla jednych jest nowoczesny i piękny, dla innych bliżej mu do kiczu – o gustach się nie dyskutuje, jednak na pewno warto zobaczyć ze względu na to, iż świątynia znacząco różni się od tych, które kolejno odwiedza się w Tajlandii. Dla nas było to aż za cudne, za błyszczące, za bardzo rażące po oczach i totalnie brakuje tu umiaru, ale co kto lubi, nie będziemy tu wnikać. Zobaczyć warto. Wstęp płatny – 50 bahtów, dookoła ogrodzonej bramkami świątyni, standardowo, targowisko, ale to już nikogo nawet nie dziwi.

img_3930

 

img_3936

img_3935

img_3944

Prócz White Temple, mieliśmy jeszcze jeden cel, do którego realizacji był nam potrzebny skuter. Otóż nie tak daleko od Chiang Rai, w wiosce nazywanej przez lokalnych Long Neck Village, można zobaczyć rozsławione na całym świecie kobiety, które noszą na szyjach charakterystyczne metalowe obręcze, dzięki czemu ich szyje wyglądają na dłuższe i smuklejsze. Mowa tu o plemieniu Karenów, ich wioski można spotkać w Tajlandii m.in. w okolicach Chiang Rai i Chiang Rai, plemię to jednak pochodzi oryginalnie z Birmy.

Tak naprawdę do dziś nie znaleziono uzasadnienia dla noszenia przez kareńskie kobiety obręczy na szyjach. Jedna z legend głosi, że obręcze miały chronić przed atakiem tygrysów, które najpierw rzucały się na szyje. Inna legenda mówi, iż mężczyźni z plemienia Karenów nakazali nosić obręcze swoim małżonkom, by były mniej atrakcyjne i w ten sposób uchronić je przed wzrokiem innych mężczyzn. Legend można mnożyć i wymieniać, do dziś ciężko doszukać się w nich prawdy.

Co jednak ciekawe, naukowcy udowodnili, że tak naprawdę, kobiety z plemienia Karenów wcale nie mają dłuższych szyi od innych kobiet. Mimo, iż obręcze zakłada się dziewczynkom już od najmłodszych lat, z wiekiem dokładając kolejne, tak naprawdę długie szyje to efekt iluzji.

img_3968

img_3966

img_3970

img_3981

Za wstęp do Long Neck Village należy zapłacić- 300bahtów od osoby. Tak naprawdę jest to zamknięty teren, w którym żyje kilka różnych plemion w maleńkich wioskach, po których chodzi się od jednej do drugiej. Oczywiście i tak każdy czeka na ostatnią wioskę, w której żyją przez wielu nazywane „żyrafami” kobiety z plemienia Karenów.  PS. Naprawdę warto wybrać się tu samemu na wypożyczonym skuterze – zorganizowane wycieczki kosztują od 1000 do 1200 bahtów + dodatkowo trzeba zapłacić we własnym zakresie wstęp do wioski (300bahtów), podczas gdy wynajęcie skutera na cały dzień to 200-250 bahtów + 300bh za wstęp. Kalkulacja jest prosta. A z tłumem przepychających się uczestników wycieczek nie jest tak przyjemnie.

img_3958

img_3952

Przy okazji, wracając do Chiang Rai z Long Neck Village, przejeżdża się wzdłuż pól uprawnych ananasa, przy drodze stoi całe mnóstwo kobiet sprzedających NIESAMOWITE ananasy, de facto prosto z krzaczka. 20 bahtów, a smak absolutnie niepowtarzalny – polecamy zatrzymać się przy drodze i skosztować.

Zanim oddaliśmy skuter, zaglądnęliśmy jeszcze do Wat Phra Kaew, najważniejszej świątyni buddyjskiej w Chiang Rai i Wat Chet Yot

img_3984

img_3986

img_3987

Po 4h oddaliśmy skuter i pobiegliśmy do hostelu odebrać plecaki. Jeszcze rano, zanim wyjechaliśmy poza miasto, skoczyliśmy na dworzec, upewnić się, że autobusy do granicy z Birmą jeżdżą rzeczywiście na tyle często, że uda nam się wyruszyć w okolicach południa.

Zabraliśmy plecaki i pędem w stronę dworca. Oczywiście na dworcu nikt nie mówił po angielsku, ale od busa do busa, udało się znaleźć odpowiedni. Choć busy do granicy z Birmą odjeżdżają co godzinę, co do zasady o każdej równej godzinie, warto być wcześniej. Ilość miejsc ograniczona, więc jeśli bus się zapełni przed pełną – wyjeżdża wcześniej i kolejnego nie podstawiają. Dojazd busem do granicy Mae Sai to koszt 60 bahtów od osoby. De Facto dojeżdża się na parking w Mae Sai, z którego trzeba podjechać jeszcze czymś w rodzaju sporego, ciężarowego tuk tuka (nazywany  Red car) za 15 bahtów centralnie do granicy. Dalej już pieszo – kolejka dla lokalnych – gigantyczna, dla obcokrajowców – bez kolejki. Oddajemy wypełniony w Tajlandii dokument wyjazdu z kraju, pieczątka i ruszamy ku stronie birmańskiej.

img_20170121_133209

Tu dwóch uprzejmych urzędników zaprasza nas do pokoju, daje dokumenty do wypełnienia, prosi o wizy, robi nam zdjęcia. Pamiętać należy, by mieć w głowie nazwę jakiegokolwiek hotelu/hostelu w mieście, do którego się kierujecie – nikt tego potem nie sprawdza, ale wpisać trzeba, żeby wiedzieli, że nie jedziecie całkiem w ciemno. Oddają paszport, wbijają pieczątkę, witamy w Birmie!

W ten sposób docieramy do miejscowości Tachileik po stronie birmańskiej – udało się! Od razu atakuje nas zgraja taksówkarzy oferujących wycieczki po okolicach, podwózkę na lotnisko, co tylko nie chcesz. Tu jeszcze można płacić w bahtach, lokalna waluta nie jest wymagana. My jednak najpierw idziemy coś zjeść, wiedząc, że jeszcze długo nie dotrzemy do miejsca naszego noclegu, gdzie będziemy mogli się rozsiąść i napełnić brzuchy, poza tym nie do końca wiemy, czego się spodziewać i kiedy w ogóle uda się dotrzeć na miejsce. Toteż czas coś przekąsić!

img_20170121_135959

img_3988

img_4011

Ps. Przy okazji – nie dajcie się naciągnąć taksówkarzom i kierowcom tuż za granicą – oferują wycieczki w cenach, które są wyciągnięte z kosmosu, ale wiadomo, starają się wyciągnąć jak najwięcej, gdy widzą białasa – nic dziwnego w Azji. My ostatecznie wytargowaliśmy cenę 200 bahtów za dojazd do świątyni Shwedagon w Tachileik i później podwózkę na lokalne lotnisko, które co by nie było, jest nieco oddalone od centrum. Nasz tuk tuk ledwo jechał, ale jakoś się udało 🙂

Od razu rzuciły nam się w oczy piękne dzieciaki biegające dookoła złotej pagody – pełen makijaż, uśmiechy na twarzach. Podszedł do nas mnich z pytaniem, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie – no pewnie!

img_4000

img_3993

Zabawne – od razu wyciągnął swojego smartphone’a i poprosił o kontakt do facebook’a, żeby wymienić się zdjęciami. Pamiętajmy też, że niemal wszyscy mnisi buddyjscy w Azji władają świetnym angielskim, więc można z nimi się swobodnie porozumieć, podejść i zapytać w razie problemu lub po prostu porozmawiać – są zawsze bardzo przyjaźni i chętnie ucinają sobie pogawędkę z obcokrajowcami, traktując to jako trening swoich umiejętności językowych i nauka o życiu w innej części naszego globu.

Dalej pojechaliśmy już na lotnisko. Nie spodziewaliśmy wiele po tym lotnisku, jednak, jak już wcześniej wspominaliśmy, nie mieliśmy za bardzo wyjścia w związku z tym, że władze zamknęły drogę z granicy na południe dla ruchu turystów. Jedyną opcją był samolot.

img_3991

Wysiadamy z tuk tuka, od razu witają nas pracownicy, wiedząc od razu kim jesteśmy. Odhaczają na liście, że dotarliśmy. Lotnisko – jedno piętro, przed wejściem bose dzieciaki ganiają za piłką, zero policji, zero celników, istna sielanka. Wchodzimy na halę „przylotów/odlotów”(?).

img_4017

Podchodzi do nas chłopaczek w fioletowej koszulce linii lotniczych, którymi mamy lecieć, bo my potrzebujemy czasu, żeby ogarnąć, co tu się dzieje i co w ogóle mamy robić. Wynoszą gdzieś nasze plecaki, dostajemy bilety z ręcznie wypisanymi imieniem i nazwiskiem, każą iść do okienka imigracyjnego. Siedzi tam dwóch panów, pokazują na paszporty, otwierają zeszyty – wpisują nasze dane- imię: karolina, nazwisko: anna, urodzona: 4.01.1990. Mamo, jak się rozbiję, na podstawie tych danych mnie nie zidentyfikujesz! 🙂  Ogólnie wzbudzamy wielkie zainteresowanie wszystkich na lotnisku, ale już tutaj da się odczuć niesamowitą aurę bijącą od Birmańczyków, ale o tym będziemy jeszcze dokładniej pisać przy okazji wpisów na temat Birmy. Nagle każą iść – no ok, idziemy. Stajemy na podeście, pan nas maca czy nie przewozimy bomby, ot, cała kontrola celna i osobista. Wchodzimy do „hali odlotów”(?). Samolot przyleciał, szybka akcja, maszerujemy po mikro płycie

16244565_1649457778404112_2032318908_o

…wsiadamy, nie ma na bilecie numerów miejsc – gdzie mamy siadać? Słyszymy – gdziekolwiek. Ooook. W zasadzie i tak jesteśmy jednymi z może 14 pasażerów. Godzinny lot, lądujemy w ciemności w Hehu, jakieś 20km od Inle Lake, gdzie się wybieraliśmy. Wysiadamy z samolotu, wchodzimy do ciemnej i pustej hali przylotów, biegają za nami kolesie z latarkami, jeden podchodzi i przynosi nam plecaki. Nie ma prądu, nie ma światła, nie ma żywej duszy prócz tych z latarkami, co świecą nam drogę. Ot, zaczynamy więc przygodę!

Wychodzimy z lotniska, atakuje nas zgraja taksówkarzy – cena 23 dolary. Za  20km drogi trzeba przyznać – spooooro. Próbujemy się targować, wiedząc, że i tak nie mamy totalnie żadnej innej opcji – jesteśmy w czarnej dziurze, gdzie jedynym naszym towarzystwem są taksówkarze i szczere pole, ciemność, brak komunikacji dookoła. Zgodzili się na 20dolarów, niżej nie zejdą, nie ma dalszej dyskusji. No dobra, serce boli, ale trzeba się jakoś dostać. Jedziemy przez totalną ciemnię, nie mijając po drodze ani jednej latarni, żywej duszy. Dojeżdżamy w końcu do budki, gdzie trzeba zapłacić za wjazd na teren Inle Lake – 10 dolarów od osoby.  Płacimy, bez tego obcokrajowcy nie mają wstępu (Birmańczycy za darmo), jedziemy dalej. Oczywiście jedziemy w ciemno, bo nie rezerwowaliśmy nic, nie będąc pewnymi, czy uda się tego dnia dotrzeć do Inle Lake. Dojeżdżamy do Nyaungshwe, miejscowości tuz nad jeziorem Inle. Standardowe pytanie – jaki hotel? Nie wiemy, ale kierowca i tak tego nie rozumie. Ostatecznie rzucamy  byle jaką nazwę z Lonely Planet, podwozi nas – nie ma miejsc. W motelu naprzeciw – nie ma miejsc. Dopiero w trzecim z kolei znalazł się pokoik – 20 dolarów za pokój z łazienką, ciepłą wodą i śniadaniem. No ok, bierzemy, o tej porze i tak pewnie nic już nie znajdziemy.

Tak dotarliśmy nad jezioro Inle w Birmie, o tym jednak, co dalej, będzie kolejny wpis. Mając bardzo słaby internet w Birmie, nasze możliwości są chwilowo ograniczone i jesteśmy na blogu kilka dni w plecy, obiecujemy jednak, że jak tylko złapiemy znowu niezłe połączenie – od razu pojawi się kolejny wpis. Tymczasem mamy już za sobą kilka dni w Birmie i pozdrawiamy z Mandalaj!