Jeziora Titicaca – Copacabana (Boliwia)

Autobus nad jezioro Titicaca zabookowaliśmy dzień wcześniej w naszym hostelu. Bilet kosztował 40 BOB, czyli 20 PLN i autobus zgarniał nas o 7 30 z naszego hostelu, więc nie musieliśmy iść z bagażami na dworzec. Podróż trwa ok. 3-4 h łącznie z przeprawą promem przez jezioro, która jest konieczna, by dostać się do Copacabany. Wszyscy muszą opuścić autobus i płynąć łódeczka na drugi brzeg, autobus zaś płynie takim oto promem:

IMG_2751Przeprawa autobusu trwała jakieś pół godziny, trzeba więc było chwilkę poczekać. Ale i tak jest to lepsza opcja, bo bywa, że inne autobusy nie płyną na drugi brzeg tylko zostawiają po jednej stronie jeziora, a po drugiej trzeba szukać autobusu, który jedzie do Copacabany i ma miejsce.
IMG_2749Dalej droga do Copacabany wiedzie cały czas wzdłuż jeziora Titicaca, które wygląda bardziej jak morze niż jak jezioro.
IMG_2756Dotarliśmy do Copacabany, szybki check-in w hostelu (30 dolarów za pokój dwuosobowy z łazienką) i przy okazji dowiedzieliśmy się, że jedyną szansą na opuszczenie Copacabany i Boliwii w ogóle jest piątek lub sobota najpóźniej do godziny 16, gdyż później, ze względu na wybory, żaden transport publiczny nie będzie jeździł. Dlatego też czym prędzej ruszyliśmy na poszukiwanie autobusu na następny dzień do Puno- peruwiańska strona jeziora Titicaca. Autobusy odjeżdżają tylko 3 razy dziennie- 9:00 rano, 13:30 i 18:30. Podróż trwa jakieś 3-4 h, w zależności od ruchu na granicy. Bilet kosztował 35 BOB.
Z racji tego, że następnego dnia musimy wyjechać z Boliwii (inaczej przez następne 3 dni nigdzie się nie ruszymy), chcieliśmy jeszcze dziś popłynąć na słynną Isla del Sol. Okazało się to jednak niemożliwe ze względu na to, że statki płyną tylko 2x dziennie- o 8 30 i 13 30, przy czym, jeśli wybierze się ten o 13 30, na miejscu spędza się tylko jedna godzinę, gdyż o 16 00 odpływa ostatni statek powrotny z Isla del Sol. Dodatkowo ten o 13 30 płynie tylko na południową część wyspy, która jest dużo mniej atrakcyjna niż ta północna, zaś dojście z południowej na północna część zajmuje ok. 3 godziny, co uniemożliwi powrót o 16 00 do Copacabany. Dlatego tez musieliśmy zrezygnować z wyprawy na Isla del Sol, gdyż kompletnie nie miałaby sensu. Zostaliśmy więc w Copacabanie i spacerowaliśmy spokojnie po miasteczku i wzdłuż jeziora.
IMG_2766 IMG_2772W międzyczasie znów spotkaliśmy naszych Australijczyków, na których wpadliśmy w porcie i umówiliśmy się z nimi na zachód słońca na wzgórzu, skąd rozpościera się widok na jezioro i miasteczko.
Jezioro Titicaca z bliska również nie przypomina jeziora. Jest to niekończąca się niebieska przestrzeń, gdzie ciężko dojrzeć drugi brzeg. Jezioro Titicaca jest największym na świecie jeziorem wysokogórskim. Znajduje się na wysokości ok. 3800 metrów (wzgórze widokowe, na którym później będziemy ma 3995 m n.p.m.), jednak wysokości tej w ogóle nie widać. Jedynie momentami czuć można przy wzmożonym wysiłku trudności ze złapaniem tchu.
IMG_2777 IMG_2788 IMG_2791Teraz już wiemy, że boliwijska strona Titicaca w porównaniu z peruwiańską jest dużo czystsza i bardziej przytulna. Copacabana, choć maleńka, jest bardzo miła na spędzenie 1-2 dni.
W mieście może nie ma zbyt wiele do roboty, ale jeśli mamy porównywać z Puno, czyli z peruwiańska stroną, dużo bardziej nam się podobało w Copacabanie. Kilka knajpek, sklepików, bardzo ładna katedra i w sumie tyle.
IMG_2800 IMG_2803Gdy słońce powoli zaczynało schodzić coraz niżej, kupiliśmy boliwijskie wino (o które trudno, naprawdę!) i ruszyliśmy pod górkę na szczyt wzgórza, gdzie umówiliśmy się z naszymi Australijczykami na zachód słońca. Niby tylko 200 m pod górkę, ale wcale nie było łatwo się tam wdrapać. Droga była bardzo stroma, a nam wciąż trudno było złapać oddech. Tylko coraz szybciej zachodzące słońce mobilizowało nas do żwawego wchodzenia na górę. A widok bardzo ładny, więc warto było.
IMG_2811 IMG_2812Na szczycie czekali na nas zdyszani Laura i Michael z boliwijskimi serkami owczymi, my zaś otworzyliśmy wino i wspólnie podziwialiśmy zachód słońca.
IMG_2832 IMG_2820 IMG_2823 IMG_2842Schodzić z góry po głazach i skałach nie było łatwo i pewnie gdyby nie latarka to skręcilibyśmy nogi na pierwszej skale. Ostatecznie jednak dotarliśmy bez szwanku na dół i ruszyliśmy razem jeszcze spróbować w knajpce popularnego peruwiańskiego trunku- pisco sour.
20141010_194731Tak musieliśmy się pożegnać z Laurą i Michaelem, choć niewykluczone, ze spotkamy się znów w Cuzco, gdzie będziemy w tym samym czasie. My zaś rano ruszamy do Peru nad jezioro Titicaca, czyli do Puno, gdzie znajdują się słynne pływające wyspy.

Droga Śmierci

Wycieczkę na Drogę Śmierci kupiliśmy dzień wcześniej w informacji turystycznej. W La Paz jest mnóstwo biur oferujących tego typu wycieczki. Wszystkie trwają cały dzień, najpierw bus zgarnia ludzi z hosteli już z rowerami na dachu, dalej jedzie się busem jakieś 1,5h, by dotrzeć w miejsce, z którego zaczyna się podróż rowerem. W cenie jest transport, snacki, lunch i obiad, wodę, rower (cena za wycieczkę uzależniona jest od wybranego roweru, jest do wyboru kilka różnych, my wybraliśmy te najlepsze w obawie, że droga rzeczywiście będzie straszna, ale średniej klasy rower wystarczy), kask, rękawiczki, ochraniacze i kombinezon, a także popołudnie w hotelu, w którym serwowany jest wspominany obiad, w którym można wziąć prysznic i zrelaksować się w basenie. Dodatkowym plusem jest płytka ze zdjęciami i filmikami kręconymi przez anglojęzycznego przewodnika, który cały czas jedzie z grupą, co znacznie ułatwia sprawę, bo w czasie jazdy ciężko jest samemu operować aparatem. My zapłaciliśmy 500 BOB, co jest dość wysoką ceną, jednak można dorwać już za 350 BOB. Po prostu my postawiliśmy na te najlepsze rowery, na wszelki wypadek.

O 7 30 przyjechał po nas bus, pozbieraliśmy ludzi i ruszyliśmy w drogę. Grupa składała się tylko z 6 osób- my, dwójka Francuzów i dwójka Brazylijczyków, więc dużo sprawniej wszystko przebiegało. Gdy dotarliśmy na miejsce każdy dostał swoje wyżej opisane wyposażenie, sprawdzane były rowery, hamulce, czy wszystko jest ok i mieliśmy 10 minut na parkingu, by wypróbować rowery. Następnie wspólne zdjęcie przed początkiem trasy i w drogę.

Droga Śmierci to 63 km trasy schodzącej cały czas w dół. Zaczyna się na wysokości ok. 4700 m n.p.m., kończy się zaś na ok. 1250 m n.p.m., więc różnica wysokości jest dość spora. Zjazd trwa w sumie jakieś 3-4 h, w zależności od sprawności grupy. Droga Śmierci została uznana za najniebezpieczniejsza drogę na świecie. Jeszcze do 2007 roku ta droga normalnie jeździły samochody, ciężarówki, busy. Teraz już jest poprowadzona druga, asfaltowa i szersza droga, na którą większość środków transportu się przeniosła.

P1130679P1130683Pierwszy odcinek prowadzący do prawdziwej Drogi Śmierci ma asfaltową nawierzchnię. Szczerze mówiąc momentami jest cięższy od Drogi Śmierci, gdyż wieje tak, ze co lżejsze osoby spycha na boki, dodatkowo tu normalnie jeżdżą tiry i autobusy. Na przedzie jedzie z nami cały czas nasz przewodnik, zamyka grupę zaś nasz bus, do którego można się przesiąść, jeśli ktoś będzie miał dość jazdy na rowerze.

IMG_2216 IMG_2219Co jakiś czas zatrzymujemy się w co bardziej atrakcyjnych miejscach, by porobić zdjęcia. Pierwsza część kończyła się po jakiś 45 minutach jazdy, gdzie zatrzymaliśmy się przy właściwym wejściu na Drogę Śmierci. Trzeba tam uiścić opłatę za wstęp (25 BOB), ostatnia szansa na toaletę, szybki snack i załadowanie rowerów znów na dach, byśmy mogli kawałek przejechać busem do miejsca, gdzie Droga Śmierci się zaczyna. Tam dostaliśmy jeszcze ciepły lunch w postaci tosta z jajkiem, zostaliśmy poinstruowani, jak jechać, żeby nie spaść w przepaść i wsiedliśmy na rowery. Dalej była to droga szutrowa, wyglądająca z góry dość przerażająco. Po lewej stronie przepaść, mgła, która uniemożliwiała nam zobaczenie, co w dole jest, jednak jak się później okazało to było tylko pierwsze wrażenie, bo wcale nie było tak strasznie.

P1130771Jechaliśmy za przewodnikiem jeden za drugim powoli, trzymając się raczej prawej strony, zjeżdżając bliżej przepaści tylko, gdy z naprzeciwka jechał jakiś bus albo auto. Widoki zapierały dech w piersiach, ale trzeba było być maksymalnie skupionym na tym, żeby jechać bezpiecznie. Nogi cały czas napięte, ręce spięte mocno trzymające kierownicę i hamulce, bo mimo że to zjazd z górki to jednak kosztuje sporo wysiłku.

Kilka razy zjeżdżaliśmy pod wodospadami, które utworzyły się zaraz nad drogą. Czasem trzeba było zejść z roweru i przenieść go ze względu na trwające prace na drodze, przez co utrudniony jest dostęp w kilku miejscach. Ogólnie dużo funu i zabawy, ale też nie mało wysiłku.

P1130706 P1130801 P1130869 P1130824 P1130826O ile na samej górze było bardzo zimno, tak im niżej zjeżdżaliśmy, tym temperatura stawała się coraz wyższa, przypominając nam, ile ubrań mamy na sobie pod kombinezonem. Ostatni odcinek trasy zaczyna się już dość nisko, gdy jest już bardzo ciepło. Ściągnęliśmy ubrania, które nam ciążyły przy wysokiej temperaturze (ponad 20 stopni, a mieliśmy na sobie ciuchy przygotowane na temperaturę 0 stopni), dostaliśmy wodę i zaczęliśmy ostatni odcinek, który prowadził już na koniec trasy, gdzie wsadzaliśmy znów nasze rowery na dach busa i skąd pojechaliśmy już do pobliskiego hotelu. Wzięliśmy upragniony prysznic, zjedliśmy obiad i wygrzewaliśmy się w słońcu przy basenie. Piotrek miał tego dnia lekkie problemy z wysokością (jak się je wieczorem przed wyjazdem w wysokie partie stek z lamy i popija piwem to nie ma się co dziwić)- nie mógł złapać oddechu i kłuły go płuca, więc z kąpieli w basenie nie skorzystał, ale ostatecznie wieczorem wszystko wróciło do normy. Koło 15 30 wyjechaliśmy z hotelu, gdyż na nowa drogę można wjechać tylko do godziny 16, potem już do następnego dnia nie można jej używać, więc musieliśmy zdążyć, jeśli chcieliśmy dostać się do La Paz.

IMG_2737Trasa Droga śmierci troszkę nas zmęczyła, więc całą drogę do La Paz przespaliśmy, zaś po powrocie jeszcze ostatnie zakupy na Targu Czarownic i do spania. Następnego dnia rano udajemy się już nad jezioro Titicaca do miejscowości Copacabana- ostatnie miejsce w Boliwii na naszej trasie.

Podsumowując- ktokolwiek będzie w La Paz i będzie miał więcej czasu- polecamy wypad na Drogę Śmierci- super przygoda, świetne widoki i bardzo dobra organizacja. Być w La Paz i nie zobaczyć Drogi Śmierci to grzech!

Adios!

La Paz

Autobus do La Paz jechał w większości wertepami, tylko niewielka część trasy wiodła przez asfaltową drogę. Jako że nasz autobus nie był pierwszej młodości, tłukło niesamowicie, a z drugiej strony to jeszcze bardziej usypiało. Pewnie przespalibyśmy całą noc, gdyby nie krzyczące i płaczące całą drogę, czyli 12 h, boliwijskie niemowlę, które pomimo wszelkich wysiłków jego mamy, nie mogło jechać w spokoju.

Do La Paz dojechaliśmy punktualnie o czasie, czyli o 6 rano. Przywitała nas dość niska temperatura sięgająca jakiś 7 stopni. Nie byliśmy pewni, czy nasz hostel o tej porze będzie czynny, jednak mimo wszystko postanowiliśmy ruszyć w jego kierunku, naiwnie szukając po drodze czegoś do jedzenia. Jednak o tej porze to moglibyśmy co najwyżej upolować lamę, bo mimo, że był już dość duży ruch w mieście i wszędzie pełno ludzi, to jednak wszystko jeszcze było pozamykane.

Wraz z nami do hostelu ruszyli nasi Nowozelandczycy, którzy jako ze nie mieli żadnego noclegu ogarniętego, liczyli na to, że w naszym hostelu będzie dla nich miejsce.

Nasz kwaterunek był dość blisko dworca, jednak jest to La Paz, czyli o ile sam główny plac jest na tym samym i najniższym poziomie, tak cała reszta uliczek i miasta idzie ku górze. Dlatego też w trakcie naszego marszu do hostelu zaczęliśmy sobie pluć w brody, że nie wzięliśmy taksówki, bo wspinaczka z bagażami pod stromą górkę, była momentami nie lada wyzwaniem. Dotarliśmy do hostelu- 18 dolarów za pokój dwuosobowy, który w rzeczywistości był wielkim pokojem trzyosobowym z łazienką i śniadaniem. Szybki, gorący prysznic, śniadanie i pomknęliśmy w miasto. Zdecydowaliśmy, że ze względu na to, że mamy w La Paz de facto jeden pełny dzień, skorzystamy znów z Free Walking Tour- 3 godziny spaceru po mieście, następnie zaś na własną rękę pojedziemy do El Alto, czyli do miejscowości powyżej La Paz (ok. 4150m n.p.m.), skąd rozpościera się fajny widok na miasto i góry.

W porównaniu do Free Walking Tour w Santiago, ten w La Paz był dużo słabszy. Być może wpływ na to miał fakt, że wraz z naszym przewodnikiem był facet, który sprawdzał przewodnika i cały czas mu przerywał, notował i wchodził w słowo. Mimo wszystko zobaczyliśmy w 3 godziny sporo, więc nie ma co narzekać.

Zaczęliśmy na placu San Francisco, czyli na głównym i największym placu w La Paz.

IMG_2623Z placu San Francisco ruszyliśmy w stronę słynnego Targu Czarownic, który tylko nosi taką nazwę, a z czarownicami ma de facto niewiele wspólnego. Jednak nazwa chwytliwa, przyjęła się i już tak zostało. Na targu tym wreszcie dowiedzieliśmy się, o co chodzi z wszechobecnymi na straganach nienarodzonymi lamami i maleńkimi urodzonymi lamami wraz z sierścią, które można kupić niemal wszędzie.

IMG_2616Otóż lud Ajmara, który mieszka w Boliwii, wierzy w Pachamamę. Jest to swego rodzaju bóstwo, które jest odpowiedzialne za wszelkie powodzenia i niepowodzenia w życiu każdego z nich. Jeśli do czegoś się dąży, ma się jakieś marzenia i liczy się na ich spełnienie, należy o to poprosić właśnie Pachamamę. W tym celu składa się jej w darze lamę, najlepiej tą, która zdążyła się już urodzić (ale najtańsze są płody lam), którą należy zakopać pod ziemią obok swojego domu lub w narożniku fundamentów nowobudowanego domu. Ci najbogatsi mogą sobie pozwolić na te narodzone lamy, one są bowiem najdroższe, ale ponoć najbardziej zadowalają Pachamamę.

Prócz tego Pachamamie składa się słodkie podarki ze wzorem tego, o czym marzymy i czego od Pachamamy oczekujemy. Tzn. jeśli chcemy mieć samochód, należy kupić zrobioną z cukru tabliczkę z symbolem auta, jeśli marzy się o miłości, należy złożyć tabliczkę z symbolem miłości, jeśli chce się pieniądze, należy złożyć tabliczkę z symbolem pieniędzy właśnie. Czego tylko sobie życzymy, musimy o to poprosić Pachamamę, ofiarując jej cukrowe tabliczki z symbolami tego, czego od niej oczekujemy. Dlaczego cukrowe? Podobno Pachamama bardzo lubi słodycze 🙂 Poniżej przykład takiego koszyczka dla Pachamamy z cukrowymi tabliczkami:

IMG_2629Dalej pomknęliśmy przez główny market w La Paz, czyli wielki po części blaszany, po części murowany, wielopiętrowy barak, z którego tubylcy są niesamowicie dumni. Można kupić tam wszystko, każde piętro jest odpowiedzialne za coś innego, tj. na jednym znajdziemy owoce i warzywa, na innym książki, na następnym ubrania itd. Ponoć ów market ofiarował tubylcom prezydent Evo Morales, z którego są niesamowicie dumni.

IMG_2684Odnoście prezydenta właśnie. Evo Morales jest prezydentem już dwie kadencje. Według boliwijskiej konstytucji ta sama osoba nie może pełnić tej funkcji więcej niż 2 razy. Skąd więc wszechobecne w Boliwii plakaty wyborcze, graffiti, rysunki, ulotki zachęcające do głosowania na Evo? Ponoć kilka lat temu przeforsował swój projekt nowelizacji konstytucji, w związku z czym od czasu wejścia w życie obecnej konstytucji, Morales pełnił funkcję prezydenta tylko jeden raz, dzięki czemu możliwa jest jego reelekcja. Absolutna większość Boliwijczyków jest bardzo za nim i bardzo pragnie, by pozostał on dalej na stanowisku prezydenta. Twierdzą bowiem, że jest pierwszym prezydentem, który nie ma nic wspólnego z korupcja, a wszystkie pieniądze oddaje ludziom. Ciekawe 🙂

Odnośnie wyborów jeszcze. My do La Paz dotarliśmy w ostatni dzień przed rozpoczęciem trzydniowej ciszy wyborczej. Cisza wyborcza w Boliwii oznacza nie tylko to, co u nas w kraju, ale ponadto zabronione jest przez te 3 dni spożywanie alkoholu. Za spożywanie alkoholu podczas ciszy wyborczej (przynajmniej w La Paz) można zostać aresztowanym. Dlatego też po pracy niemal wszyscy tubylcy pili na ulicach i świętowali, wszechobecne były też wiece wyborcze i manifestacje poparcia dla Evo.

Dalej ruszyliśmy w stronę kolonialnej dzielnicy La Paz, gdzie aż roi się od muzeów. Bardzo przyjemne miejsce. Polecamy muzeum sztuki Ajmara, wstęp za darmo, bardzo ładne obrazy i rzeźby. Po drodze mija się zegar z tzw. czasem boliwijskim, czyli uznającym spóźnienia Boliwijczyków, którzy ponoć mają problemy z punktualnością. W naszym odczuciu są jednak oni jedynym punktualnym narodem spośród tych, które w Ameryce Południowej mieliśmy przyjemność poznać.

IMG_2632 IMG_2636Im dalej szliśmy, tym bardziej trzeba było się wspinać. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że najniższy punkt La Paz znajduje się na wysokości ok. 3300 m n.p.m., zaś najwyższy to 4150 m n.p.m. Ci najbogatsi mieszkają w niższych partiach miasta, najbiedniejsi zaś muszą każdego dnia wspinać się na szczyty miasta lub korzystać z niesamowicie zatłoczonego transportu publicznego.

IMG_2621Następnym punktem był punkt widokowy pośrodku miasta, na który by dotrzeć, trzeba było zmierzać pod stromą górkę, ale warto. Dookoła ma się całe miasto, choć lepszy widok jest z El Alto, który będzie kawałek później.

IMG_2665 IMG_2647Prócz tego, że w La Paz znajduje się najwyżej na świecie położony międzynarodowy port lotniczy (ponad 4000 m n.p.m.), w La Paz można także zobaczyć najwyżej na świecie położony stadion piłkarski. Jeszcze kilka lat temu FIFA zabroniła organizować tu rozgrywki piłki nożnej ze względu na wysokość właśnie. Wiązało się to z wysokością i tym samym z faktem, że żadna drużyna (prócz boliwijskiej) nie była w stanie tutaj grać (bardzo szybko się męczyli, problemy z wysokością etc.). Ostatecznie jednak prezydent Boliwii wywalczył, że stadion w La Paz został przywrócony do normalnego funkcjonowania i w dalszym ciągu są tu organizowane rozgrywki piłki nożnej. Kolejny powód do dumy, jeśli chodzi o prezydenta.

IMG_2656Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy, był tzw. plac pigeon, który nazywany jest tak przez tubylców ze względu na wszechobecne gołębie. Na placu tym znajduje się pałac prezydencki, siedziba rządu oraz katedra-miejsce spoczynku boliwijskiego bohatera narodowego- Pedro Domingo Murillo, który walczył o wolność Boliwii i wyrwanie się spod władania hiszpańskiego.

Co ciekawe, na placu tym znajduje się 10 flag symbolizujących każdy boliwijski departament. W rzeczywistości jednak Boliwia jest podzielona tylko na 9 departamentów. Skąd więc 10 flag? Otóż dziesiąta symbolizuje utracony pod koniec XIX wieku na rzecz Chile departament nad Oceanem Spokojnym, z którego utrata Boliwijczycy do dziś nie mogą się pogodzić. Podobno prezydent Morales od kilku lat prowadzi negocjacje i dąży do pokojowego rozstrzygnięcia sporu zakończonego powrotem spornego terytorium i włączenia go do Boliwii.

IMG_2674Na jednym z oficjalnych budynków na tym placu umieszczono dość ciekawy zegar. Został on odwrócony na rozkaz prezydenta Moralesa, który stwierdził, że zegar ten ma być symbolem całej Boliwii. Zauważył on bowiem, że na północy Boliwii woda w muszli klozetowej obraca się w kierunku odwrotnym niż wskazówki zegara, zaś na południu zgodnie z tymi wskazówkami. Jako że wszędzie obowiązuje zegar normalny, wszędzie symbolizuje on tylko południową Boliwię, zapominając o północnej. Z tego względu nakazał odwrócić zegar na oficjalnym budynku w La Paz, jako symbol północy. Ciekawe ma pan prezydent spostrzeżenia i sami zastanawiamy się, co on bierze 🙂

IMG_2672Free Walking Tour zakończył się w biurze informacji turystycznej, gdzie zarezerwowaliśmy sobie na następny dzień wycieczkę na Drogę Śmierci, o której opowiemy w następnym wpisie. Dalej pomknęliśmy już sami w kierunku El Alto, skąd podziwiać można La Paz w pełnej krasie. Do El Alto jedzie kolejka, która za 3 BOB wywozi na sam szczyt. Trafiliśmy na taki moment, gdy całe masy ludzi chciały dostać się na górę, dopiero na szczycie mieliśmy się przekonać dlaczego. W każdym razie w kolejce spędziliśmy jakieś 40 minut i mało nas szlag nie trafił, ostatecznie jednak udało nam się dostać na górę. A tam, jak się okazało, miała miejsca wielka fiesta zorganizowana przez prezydenta, by zachęcić ludność do głosowania na niego. Widać było, że ludzie naprawdę mają świra na jego punkcie- każdy z plakatami wyborczymi, czapeczkami z jego imieniem, chorągiewkami, balonami- wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Ciężko było się przecisnąć, by zobaczyć La Paz leżące u naszych stóp, ale ostatecznie się udało.

IMG_2699 IMG_2697 IMG_2708Wracając na dół, gdy mieliśmy już absolutnie dość dzikich tłumów szalonych wyborców, z kolejki jeszcze zrobiliśmy zdjęcie cmentarza, dość osobliwie wyglądającego.

IMG_2721I widok z kolejki, zza chmur wyłaniał się szczyt górujący nad La Paz

IMG_2722 IMG_2718Dalej zaś zdjęć nie będzie, bo poszliśmy na targ czarownic kupować tysiące pamiątek i prezentów, więc byliśmy tym za bardzo zaaferowani, by robić zdjęcia 🙂 W każdym razie nasze plecaki mocno się wypełniły różnorodnymi wyrobami tubylców, uprzedzając- nie kupiliśmy płodu lamy, żeby było jasne. Na targu czarownic można kupić przepiękne rzeczy- swetry z alpaki, czapki, rękawiczki, maski, ręcznie robione rzeźby, torby, hamaki, a oczy aż bolą od tego wszystkiego. Dlatego też po zakupach czas przyszedł na relaks i wraz z naszymi Australijczykami i Nowozelandczykami, z którymi się wcześniej umówiliśmy na konkretna godzinę, poszliśmy na pyszną kolację. Przysmak szefa kuchni- stek z lamy.

IMG_2727Tak zakończył się kolejny wieczór, a następnego dnia rano ruszamy na Drogę śmierci- Coroico, o czym w następnym wpisie.

Adios!

3-dniowa wycieczka przez Boliwię

Przepraszamy za to, że ostatnio nieco zaniedbaliśmy bloga i przez kilka dni nie pojawiały się żadne wpisy, ale Boliwia wciągnęła nas na tyle, że nawet nie było czasu się tym zająć. Boliwia jest absolutnie fenomenalnym krajem, pełnym kontrastów, wspaniałych widoków, fantastycznych, otwartych ludzi… 3-dniowa wycieczka do Salar de Uyuni była jak dotąd najlepszym, co nas spotkało, najpiękniejszym, co dotąd zobaczyliśmy i warte jest każdej ceny. Polecamy każdemu, a potwierdzeniem tego, że warto, niech będą zdjęcia, które znajdziecie kawałek niżej. Postaramy się maksymalnie streścić opowieści o wycieczce, bo opisywać to można godzinami, a przecież nie o to chodzi. Dlatego też, jakby ktokolwiek miał jakieś pytania – kierujcie je w komentarzach, na wszystkie odpowiemy. A teraz już do rzeczy.

Dzień 1.

Bus, który odbierał nas rano z hostelu był o dziwo punktualnie. Pozbieraliśmy pozostałych z ich kwaterunków i pojechaliśmy przed siebie przez pustynię Atacama w kierunku granicy z Boliwią. Prócz nas w busie para z Australii, para z Nowej Zelandii i para z Włoch, razem 8 osób. Na granicy (mowa tu jeszcze o chilijskiej, gdzie trzeba dostać pieczątkę, że się opuszcza kraj) dopiero o 8 zaczęli pracować, więc tu kawka, tu koka, celnikom się nie spieszyło, a kolejka rosła z minuty na minuty. Celnik z południa Chile, który przybijał nam pieczątki każdemu musiał dodatkowo zadać pytanie, czy podobało się w Chile, gdzie byliśmy, co robiliśmy i że musimy jeszcze wrócić. Tak, wiemy, musimy.

Dalej, szczęśliwie wypuszczeni z Chile, pomknęliśmy w stronę granicy boliwijskiej. Jakość drogi z minuty na minutę coraz gorsza, ale za to widoki niebywałe. Dotarliśmy na miejsce i naszym oczom ukazała się granica.

IMG_1980Wypełniliśmy grzecznie papierki-skąd jesteśmy, jaki cel podróży, że nie jesteśmy przemytnikami ani terrorystami blabla i dostaliśmy boliwijskie pieczątki. Tym samym skończyła się nasza podróż busem, teraz przesiąść się mieliśmy już do jeepów, którymi przez kolejne 3 dni będziemy się poruszać.

Trzeba przyznać, że tu już było naprawdę zimno, ubraliśmy na siebie wszystko, co się dało. Dodatkowo, wysokość po raz pierwszy przekroczyła 4500 m n.p.m. Dało się to odczuć, bo zaczęliśmy mieć problemy ze złapaniem oddechu, a każdy przebyty metr był ogromnym wysiłkiem, dlatego wszystko musieliśmy robić w zwolnionym tempie.

Na granicy kierowcy jeepów zaserwowali nam śniadanie, popijaliśmy je oczywiście herbatą z koką, by zabezpieczyć się przed chorobą wysokościową.

IMG_1985Nasze bagaże wylądowały na dachu jeepa i podzielono nas na 6-osobowe grupy ( w międzyczasie dojechały następne osoby z naszej wycieczki, 12 Włochów). Takim oto sposobem skład naszego jeepa przez następne kilka dni wyglądał tak- kierowca- Epi (wspaniały gość), Sue i Brad z Nowej Zelandii, Laura i Michael z Australii i my. Tak było nam razem dobrze, że po zakończeniu wycieczki, w La Paz, dalej byliśmy razem :). Ponadto na wstępie musieliśmy uiścić opłatę w wysokości 150 boliwianosów za wejście na teren parku narodowego.

Dzień pierwszy był najtrudniejszy pod tym względem, że przemieszczaliśmy się coraz wyżej i wyżej, aż wylądowaliśmy na 4950m n.p.m., gdzie oddychało się już naprawdę ciężko. Jednak wszystko robiliśmy powoli, spokojnie, by pozwolić naszym płucom złapać oddech. Najpierw oglądaliśmy laguny – białą, zieloną, których widok sprawił, że już wiedzieliśmy, że ta wycieczka to był świetny pomysł.

IMG_1995 IMG_2024 IMG_2020Jeep cały czas jechał pustynią, nie trzeba chyba tłumaczyć, że drogi tam nie było. Zwykłe auto nie dałoby rady na takiej trasie. Widoki z każdej strony były po drodze po prostu niesamowite, a nasz Epi zatrzymywał się kiedy tylko chcieliśmy, żeby zrobić zdjęcie – to lamie, to górom, flamingom.

Dalej odwiedziliśmy pustynię Salvadora Dali, następnie zaś mieliśmy dłuższy przystanek w termalnych źródłach pośrodku pustyni (temp. wody ok. 40 stopni), w których mogliśmy zrelaksować się przed następnymi punktami wyprawy.

IMG_2034Każdy kolejny punkt był coraz bardziej emocjonujący. Po termach zajechaliśmy w okolice gejzerów, których jest naprawdę mnóstwo i momentami trudno się pomiędzy nimi przemieszczać, gdyż wciąż wydobywają się z nich masy gorącej pary. Wciąż tworzą się w tym miejscu kolejne gejzery, nie pozwalając zapomnieć o pobliskim wulkanie, którego lawa owym gejzerom zapewnia byt. Intensywny zapach siarki unosił się w powietrzu, drażniąc niemiło nasze nozdrza.

IMG_2041 IMG_2055 IMG_2044Warto podkreślić, że każdy kolejny punkt wycieczki jest od siebie mocno oddalony, dlatego też przemierzaliśmy jeepem kolejne kilometry pustynią, co tez odpowiednio dłużej trwało. Nie jest tak, że każda atrakcja jest obok następnej.

Dalej dotarliśmy na nasz kwaterunek, gdzie mieliśmy spędzić pierwszą noc. Był to mały budynek pośrodku pustyni, bardzo przytulne miejsce, jednak standardy iście pustynne -brak zasięgu w telefonach, brak ciepłej wody, jedna toaleta na 18 osób, zimno jak cholera. Ale trzeba przyznać, że miało to swój niepowtarzalny urok, o czym nieco później 🙂

Zostawiliśmy rzeczy, zjedliśmy lunch i podjechaliśmy nad Lagunę Colorada, która była w pobliżu naszego miejsca noclegu. Laguna Colorada jest absolutnie niesamowita, a to dlatego, że ma kolor różowo-czerwony, ze względu na mikroorganizmy, które w niej żyją. Z tego też względu to właśnie tutaj żyją całe kolonie różowych flamingów, które żywią się tymi mikroorganizmami. Dość płochliwe ptaki, ale uroku nie da się im odmówić, są po prostu piękne.

IMG_2069 IMG_2134 IMG_2089 IMG_2118 20141005_161121Dzień zakończył się gorącą, ale lekką, ze względu na ryzyko choroby wysokościowej, kolacją. Już wtedy pierwsza dwójka Włochów zaczęła mieć pierwsze objawy – bóle głowy, wymioty, biegunka, dlatego tez my, przezorni, raczyliśmy się ciągle herbatą z koki i na wszelki wypadek zażyliśmy tabletki na chorobę wysokościową, które kupiliśmy jeszcze w San Pedro. Dalej zaś każdy z nas ubrał wszystko, co tylko miał w swojej torbie ciepłego, łącznie z czapkami i rękawiczkami, bo miała to być najzimniejsza dla nas noc- temperatura w pokojach wynosiła w nocy jakieś niecałe 5 stopni (na zewnątrz ok. -5 stopni), więc w sumie brak prysznica i wody na nikim nie zrobił wrażenia, bo przy takiej temperaturze nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, żeby ściągnąć ubranie i iść pod prysznic. Tak też zakończyliśmy pierwszy, pełen wrażeń dzień, pełni entuzjazmu co do następnych.

IMG_2144

Dzień 2.

Kolejny dzień zaczął się od śniadania, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Choroba wysokościowa zbierała coraz większe żniwa pośród uczestników wyprawy, przede wszystkim jednak pośród włoskiej nacji. Nam o dziwo w dalszym ciągu nic nie było, ale mimo wszystko z koką się nie rozstawaliśmy na zbyt długo. Trzeba dmuchać na zimne.IMG_2162

Troszkę przemarznięci po nocy spakowaliśmy bagaże znów na dach jeepa i ruszyliśmy przed siebie. Po drodze mijaliśmy wszechobecne lamy, które za każdym razem, gdy chcieliśmy im zrobić zdjęcie, bezczelnie odwracały się do nas tyłkami. Tutaj jedno zdjęcie, które w miarę udało się zrobić zanim się odwróciły:

Pierwszym punktem była pustynia pełna imponujących skał porozrzucanych swobodnie po piaszczystym podłożu. Najsłynniejszą tutaj spośród skał jest Arbol de Piedra – skała przypominająca drzewo. Ogromną frajdą było wspinanie się po skałach i podziwianie widoków z góry, nie mogliśmy więc sobie tego odmówić.

IMG_2175 IMG_2186Tego dnia pokonywaliśmy spore odległości jeepem, gdyż mieliśmy dotrzeć pustynią do San Juan, gdzie czekał nas kolejny nocleg. Widoki po drodze na tyle nas oszałamiały, że cały czas siedzieliśmy z rozdziawionymi buziami z zachwytu.

Następnie zatrzymaliśmy się przy skałach magmowych, po których można było się wspinać i podziwiać widokami. Skały te powstawały w wyniku kolejnych wybuchów wulkanu, tworząc wielopiętrowe formacje kształtowane przez warunki atmosferyczne jak wiatr, ciśnienie no i oczywiście słońce 😉

IMG_2198A takie góry otaczały nas dookoła:

IMG_2207Drugi dzień to już niższa wysokość, oscylowała wokół 4500m n.p.m. Po poprzednim dniu już znacznie lepiej się nam oddychało, zaczęliśmy się przyzwyczajać do wysokogórskiego powietrza, nie męczył też nas już wysiłek. Dal zainteresowanych, „droga” wyglądała tak:

IMG_2211Kolejnym odwiedzanym przez nas miejscem były 3 laguny-Canapa, Hedionda i Honda. Każda jedna pełna flamingów, w których zdążyliśmy się zakochać. Trzeba przyznać, że w Boliwii doskonałe jest to, że na prowincji czujesz się zawsze, jakbyś był sam na sam z otaczającą przyrodą. Prócz naszych trzech jeepów na lagunach nie było nikogo więcej, co sprawiało, że nie mieliśmy do czynienia z tłumami zachłannych turystów, przepychających się, by tylko zrobić tysiąc beznadziejnych zdjęć. Takie pustkowie ma swój niewątpliwy urok.

IMG_2213 IMG_2217 IMG_2241Zaraz przy ostatniej z lagun nasz Epi przygotował dla nasz lunch, który ze smakiem jedliśmy, podziwiając wszechobecne flamingi i ciesząc oczy pięknym widokiem. W takim miejscu chciałoby się stołować już zawsze. Brakuje tylko polskiego rosołku, kiszonych ogórków i kiełbasy 🙂

IMG_2257Po lunchu ruszyliśmy dalej przed siebie, w stronę wulkanu, przy którym mieliśmy sobie zrobić siestę. Trzeba przyznać, że to był dość leniwy dzień, choć niepozbawiony oczywiście atrakcji.

IMG_2266Rozłożyliśmy się pod wulkanem i wygrzewaliśmy się w słońcu. Pomimo tego, że nie mogliśmy się znaleźć u krateru wciąż aktywnego wulkanu, mimo wszystko miło było podziwiać go leżąc leniwie na skałach 🙂

IMG_2277Dalej już kierowaliśmy się w stronę San Juan, maleńkiej miejscowości, gdzie prócz kilkunastu domków i jednego sklepu nie ma nic. Oj nie, jest ciepła woda, a to już luksus. W każdym razie po drodze mijaliśmy tory prowadzące z Calamy w Chile do Uyuni i nie mogliśmy sobie odmówić zdjęcia na torach. Wciąż szukaliśmy zasięgu w telefonach, by dać znak życia, jednak bez skutku.

IMG_2290Ostatecznie dojechaliśmy za dnia do naszego hostelu, który w środku wykonany był z soli. Solne stoły, krzesła, ściany, łóżka- w zasadzie wszystko. Trzeba też przyznać, że było to bardzo przytulne miejsce i nieco cieplejsze, więc łatwiej było przetrwać noc. Dodatkowo, był tutaj dostępny gorący prysznic, o którym każdy marzył. Trzeba go jednak było wziąć póki jeszcze nie zapadł zmrok, czyli zanim zrobiło się na tyle zimno, że nikt by nie myślał o ściągnięciu swojego odzienia.

Ze względu na to, że była to już nasza ostatnia noc w czasie tej wyprawy, a także dlatego, że byliśmy już zaaklimatyzowani, zaserwowano nam na kolacje mięso z lamy (normalnie nie można jeść czerwonego mięsa), a do tego czerwone wino, którego też pić raczej nie wolno. Wszystko zjedliśmy ze smakiem, by udać się wcześnie spać, gdyż kolejny dzień miał się dla nas zacząć o 4 rano wyprawą na Salar de Uyuni na wschód słońca, o czym kawałek dalej.

IMG_2299Dzień 3.

Ostatni dzień naszej wycieczki po Salarach był zarazem najbardziej atrakcyjnym. Zaczął się o 4 rano, kiedy wszyscy wstaliśmy, żeby szybko się zebrać i o 4:30 ruszyć już jeepem w kierunku Salar de Uyuni zanim wyjdzie słońce. Z naszego solnego hostelu trzeba było jechać ok. 1h 20 min, by dotrzeć na miejsce. Każdy grzecznie wstał o czasie i punktualnie ruszyliśmy przed siebie. Droga na Salar de Uyuni wiedzie dalej przez pustynię, która była całkowicie ciemna, więc podziwialiśmy, że Epi tak doskonale wiedział, jak dotrzeć na miejsce, bo dla nas wszystko wyglądało tak samo. Przed 6 rano wjechaliśmy na Salar i przed nami ukazała się ogromna przestrzeń w kolorze białym, wyglądająca jak ośnieżona pustynia. Wrażenie robi niesamowite. Już nie mogliśmy się doczekać, kiedy wyjdziemy z auta i postawimy nogę na największym solnisku na świecie.

Epi jechał przed siebie obserwując, czy słońce nie zaczyna już się wyłaniać zza horyzontu. Ostatecznie zatrzymaliśmy się chwilę przed wschodem i opatuleni po uszy, czekaliśmy aż słońce zacznie powoli oświetlać przestrzeń nas otaczającą. Już wtedy wiedzieliśmy, że warto było wstać tak wcześnie. Kilka zdjęć poniżej:

IMG_2313 IMG_2314 IMG_2340Gdy nacieszyliśmy już oczy na tyle, że teraz nasze brzuchy zaczęły domagać się posiłku, ruszyliśmy na Isla Incahuasi- czyli wyspę na Salar de Uyuni (wysp na Salarze jest około 42), pokrytą gigantycznymi kaktusami. Niektóre z nich sięgają nawet 20 metrów, wyobrazić sobie więc można ich ogrom. My ruszyliśmy w głąb wyspy, która ma 25ha, zaś Epi zajął się przygotowywaniem dla nas śniadania, byśmy mogli zjeść, gdy wrócimy. A trzeba przyznać, że wyspa robi naprawdę wrażenie. (wstęp 30 BOB)

IMG_2362 IMG_2384 IMG_2403Po śniadaniu pośrodku białego Salaru, ruszyliśmy przed siebie, by tym razem znaleźć się w miejscu, gdzie nie widać kompletnie nic, tylko samo solnisko. Chodziło o to, by nic nie zakłócało przestrzeni, żadne wyspy ani inne auta. W ten sposób mogliśmy się bawić przestrzenią i porobić dużo fajnych zdjęć.

IMG_2433 IMG_2437 IMG_2444 IMG_2445 IMG_2459 IMG_2488A tu z naszym kierowcą Epim:

IMG_2453Salar de Uyuni to największe solnisko na świecie. Salar zajmuje ponad 10 000 km2, a głębokość pokrywy solnej to 10 metrów. Różnica wysokości to tylko 40 cm, więc jest to bardzo płaska powierzchnia. Ponadto Salar de Uyuni to ponad połowa światowych zasobów solnych. Wieliczka może się schować 🙂

W tym roku rajd Dakar swoją trasę zaczynał w Argentynie, dalej przez Chile, kończąc w Boliwii. Na każdym kroku można spotkać ślady Dakaru, m.in. wszechobecne są pomniki (solne oczywiście, bo jakżeby inaczej) „na cześć” rajdu. Zawsze to jakaś atrakcja, a Boliwijczycy widać są dumni z tego, że najsłynniejszy rajd świata kończył swą trasę w Boliwii właśnie.

IMG_2515W pobliżu powyższego pomnika znajduje się muzeum solne, w którym dosłownie wszystko, łącznie z muszlą klozetową, wykonane jest z soli.IMG_2496

Zaś w miejscowości na obrzeżach Salar de Uyuni, gdzie też tubylcy żyją „z soli”, gdyż sprzedają ją, robią pamiątki, rzeźby z soli, budują sobie z niej domy, zjedliśmy ostatni na naszej wycieczce lunch, a dookoła hasały lamy.

IMG_2532Ostatnim punktem jest Uyuni, gdzie znajduje się cmentarzysko starych pociągów, wagonów, lokomotyw. Szkoda, że są tak zaniedbane i są w miejscu tak zawalonym śmieciami, bo wyglądałoby to zupełnie inaczej. Mimo wszystko, wrażenie robi nie byle jakie.

IMG_2557 IMG_2562Tak zakończyła się w Uyuni nasza 3-dniowa wycieczka. Rozładowaliśmy nasze plecaki z dachu jeepa, pożegnaliśmy się z Epim i ruszyliśmy kupić bilety na autobus do La Paz, gdzie chcieliśmy jechać tej nocy. Bilet na autobus kosztował 200 bolivianosów, miał toaletę, a to już luksus i kocyki. Najlepszy z boliwijskich autobusów, który jedzie z Uyuni do La Paz kosztuje 250 bolivianosów i jest to już autobus semi-cama i nieco nowszy niż nasz. Jednak w ciągu doby z Uyuni jedzie tylko jeden taki autobus i zazwyczaj miejsca są wykupione dużo wcześniej. Nasz autobus ruszał o 20:00, więc mieliśmy jeszcze kilka godzin w Uyuni. Cała nasza szóstka (czyli skład naszego jeepa) ruszała do La Paz o tej samej porze tym samym autobusem, więc w Uyuni zjedliśmy razem obiad i obeszliśmy całe miasteczko. Jest ono dość średnie, wystarczy godzina na obejście całego. Składa się z jednej głównej uliczki, na której jest kilka knajpek i sklepów, a poza tym całe nic.

IMG_2581 IMG_2600Ostatnie zdjęcie przed wyjazdem do La Paz, gdy spotkaliśmy Japończyka Taiko, którego wielokrotnie w trakcie naszej 3-dniowej wycieczki spotykaliśmy po drodze. Prześmieszny człowiek!

IMG_2615

Takim sposobem o 20 :00 wsiedliśmy do autobusu do La Paz, który, o dziwo, ruszył punktualnie i tez punktualnie był w La Paz, ale o samym La Paz już w następnym wpisie.

Adios!