San Pedro de Atacama

Tym razem, jako że zbyt wiele do roboty nam nie zostało, postanowiliśmy wreszcie się wyspać i na spokojnie zjeść śniadanie i bez żadnego pośpiechu spędzić ten dzień. Trzeba przyznać, że po wyprawie rowerowej po Atacamie tyłki były nieco obolałe 🙂

Dalej ruszyliśmy w miasteczko ogarnąć nasz nowy hostel, gdzie się dokładnie znajduje, bo prawda jest taka, że każda mapa, ale też każdy tubylec mówił o adresie, którego szukamy, zupełnie co innego. Stwierdziliśmy więc, że zostawimy nasze bagaże w dotychczasowym hostelu i ruszymy na poszukiwania. Po drodze zahaczyliśmy o posterunek lokalnych policjantów by ich także zapytać o drogę, na wszelki wypadek. Strasznie się przejęli pomocą gringo, obdzwonili chyba pół miasteczka, żeby się upewnić, czy dobrze nam wskażą drogę. Posterunek znajduje się na takim oto placyku:

IMG_1962Ostatecznie dotarliśmy do hostelu, może lokalizacja nie była tak dobra, jak poprzedniego, ale za to cisza, spokój i przestrzeń. Co by nie było całe miasteczko można obejść w jakieś max 40 minut, więc wszędzie de facto jest blisko.

Do „centrum” wracaliśmy spacerkiem, zatrzymując się w kolejnych biurach, by wykupić kolejną wycieczkę do Boliwii, która być może tym razem się odbędzie. Wykupiliśmy nieco droższą opcję- 100 000 pesos, ale z pewniejszą firmą, polecaną przez wszystkich tubylców. O trasie nieco później.

Dalej pomknęliśmy w poszukiwaniu czapek, które będą nas chronić przed słońcem (gdyż jesteśmy w posiadaniu zimowych), bo na takiej wysokości, na jakiej będziemy się znajdować, słońce będzie grzało nieubłaganie. Można kupić np. taką z lamiej wełny, której jednak nie wybraliśmy.

IMG_1967Uzupełniliśmy jeszcze zapasy przekąsek na drogę i przespacerowaliśmy się po miasteczku. W skrócie wygląda ono tak, jak poniżej. Maleńkie, ale bardzo przyjemne.

IMG_1968 IMG_1979 IMG_1966Postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze w naszym poprzednim hostelu, bo szczerze mówiąc chcieliśmy odciągnąć moment dźwigania plecaków i 10 litrów wody, którą zakupiliśmy dzień wcześniej na wycieczkę. Poza tym lekki chill out nigdy nikomu jeszcze nie zaszkodził. Dlatego też wylegiwaliśmy się na hamakach wsłuchując się w rytm chilijskiej muzyki, popijając ostatnie piwo aż do Peru zapewne, bo wysokość nam na takie przyjemności nie pozwoli. Wreszcie udało się też nadrobić zaległości na blogu, na którym ostatnio nie mieliśmy czasu nic pisać.

IMG_1970 IMG_1974Dzień ten upłynął nam wiec na słodkim lenistwie, którego do końca naszego pobytu w Ameryce Południowej już nie zaznamy, bo teraz będzie już tylko intensywnie, byśmy zdążyli wszystko zrobić tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Naładowaliśmy nasze akumulatory i możemy jechać dalej i jeszcze dalej 🙂

W skrócie o naszych dalszych planach, bo pewnie przez najbliższych kilka dni nie będziemy mieć dostępu do Internetu. Wycieczka trwa 3 dni. Jutro o 7:45 wyjeżdżamy, mijamy granicę z Boliwią i jedziemy podziwiać kolejne laguny, flamingi, gejzery, wulkan, będziemy kapać się w termalnych wodach. Pierwsza noc będzie zapewne szokiem, bo temperatura nie tylko na zewnątrz, ale także w tzw. hotelu często spada poniżej 0. Dodatkowo nie ma ciepłej wody, ale kto by chciał brać prysznic i ściągać z siebie ubrania, gdy jest tak zimno J Elektryczność tej nocy jest tylko przez 2 h, jest to jedyna szansa na szybkie podładowanie telefonów, aparatów, etc. Poruszać się będziemy cały czas jeepem. Posiłki w trakcie wycieczki mamy zapewnione- śniadanie, lunch, kolacja. Jeśli będziemy bardzo zamarzać w nocy, można wypożyczyć dodatkowy gruby śpiwór. Dalej jedziemy zgodnie z poniższą mapą przed siebie, zatrzymując się na noc w hotelu, w którym wszystko zrobione jest z soli. Dodatkową atrakcją będzie ciepła woda J Następnie trzeciego dnia wstajemy z samego rana, by już na Salar de Uyuni czyli najbardziej zasolonym miejscu na świecie (ponad połowa światowych zasobów soli) podziwiać wschód słońca. Dalej zobaczymy jeszcze cmentarzysko starych pociągów, które podobno robi niesamowite wrażenie. Kończymy w Uyuni, skąd mamy już zarezerwowany nocny autobus do La Paz. To tak w bardzo wielkim skrócie, szerzej będziemy opisywać już z La Paz, czyli, jeśli nic nam nie pokrzyżuje planów, w okolicach środy.(Nasza trasa zaznaczona jest na czerwono)

mapacordilleraNie martwcie się więc o nas, do środy nie będziemy mieć czasu ani sposobności, by tutaj cokolwiek wrzucić.

Tymczasem adios, bądźcie zdrowi, my jedziemy wysoko ku niebu 🙂

Pustynia Atacama

Kolejny dzień zaczęliśmy od wypożyczenia rowerów, którymi chcieliśmy dojechać na pobliską Lagunę Cejar. Jest to 18km w jedną stronę, droga prowadzi przez samą pustynię, gdzie cienia nie zaznasz. Ale być tak blisko i nie pojechać to grzech. Wynajęcie roweru na 6h, co jest w zupełności wystarczające przy takim upale to koszt 3000 pesos, dostaje się kask, mapę, zapięcie, pompkę i numer ratunkowy do człowieka, który może Cię zgarnąć autem, na wszelki wypadek 🙂

Czym prędzej ruszyliśmy przed siebie, wiedząc, że tego dnia chcemy jeszcze zabookować wycieczkę do Boliwii i pojechać na Moon Valley, o czym później. Droga do Lagune Cejar może nie jest piękną asfaltową drogą, jednak jak na warunki pustynne jest całkiem dobra. Normalnym tempem, zatrzymując się na zdjęcia, jedzie się jakieś 1,5h. Trzeba wziąć naprawdę duuużo wody i porządnie się wysmarować kremami z filtrem, bo słońce grzeje niesamowicie. Z resztą, co tu dużo mówić, to przecież pustynia!

IMG_1657 IMG_1663 IMG_1667 IMG_1679Ostatecznie, zatrzymując się wielokrotnie na zdjęcia, dojechaliśmy do Laguna Cejar i Laguna Piedra. Są to 3 jeziora pośrodku pustyni Atacama, których poziom zasolenia jest bardzo zbliżony do poziomu Morza Martwego. To sprawia, że nawet jeśli bardzo chce się zanurkować, nie ma szans, słona woda cały czas unosi człowieka na wodzie, uniemożliwiając dotknięcie dna na większej głębokości. Warto jednak podkreślić, że temperatura wody jest tak niska, że wchodząc coraz dalej, czuje się, jakby noże smagały człowieka po ciele. Mimo wszystko, warto spróbować, nie codziennie ma się taką okazję.

IMG_1705Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, jak jest to wspaniałe miejsce. Słone jeziora pośrodku wielkiej pustyni to absolutny fenomen, a podziwiać ów widok można godzinami, dopóki nie ma się dość upału i ma się siłę wrócić na rowerze przez pustynię. Zdjęcia nie oddają w pełni tego, jak Laguna Cejar wygląda na żywo, ale namiastka poniżej:

IMG_1687 IMG_1692 IMG_1713 IMG_1726 IMG_1734 IMG_1723A tu coś dla Mamy Alicji- jak Ci się podoba mój paw na stroju ha? 🙂

IMG_1741Zegarek niestety tykał i czas pędził nieubłaganie, więc musieliśmy wracać do San Pedro, by na spokojnie zająć się naszą wyprawą do Boliwii i dalej powędrować do Moon Valley. Trzeba przyznać, że o ile w pierwszą stronę nie mieliśmy żadnego problemu z dotarciem na laguny, jechało się miło, lekko i przyjemnie, bo też słońce wtedy aż tak jeszcze nie smażyło, tak droga powrotna to była ciężka przeprawa. Słońce prażyło nieubłaganie, odbierając nam wszelkie moce, postój na odpoczynek nic nie dawał, bo niby gdzie mielibyśmy odpocząć przed słońcem skoro nie ma cienia? Ostatecznie udało nam się dotrzeć do San Pedro, ale jedyne, czego pragnęliśmy to odrobina cienia i zimna, lodowata woda. W sumie bardziej nam się marzyło piwo, ale na to, jeśli następnego dnia chcemy jechać do Boliwii, nie możemy sobie pozwolić ze względu na ewentualną chorobą wysokościową, o czym będzie dalej.

Zdążyliśmy jeszcze zabookować 3dniową wycieczkę na Salar de Uyuni (koszt waha się od 85 000 pesos chilijskich do 100 000 pesos +190 boliwijskich pesos na osobę na wstęp do parku narodowego i term). Ruszamy jutro o 7:30.

O 16 z małą zorganizowana grupką i lokalną przewodniczką ruszyliśmy do Moon Valley. Koszt takiej wycieczki to 9000 pesos+1500(2000 bez legitymacji studenckiej) wstęp do parku narodowego. Moon Valley jest usytuowana jakieś 13km od San Pedro de Atacama. Bus zawozi do parku narodowego i towarzyszy nam już do końca wycieczki, dzięki czemu nie musimy ze sobą targać nic poza aparatem. Zaczyna się od jaskiń pośród skał pustyni, w których niejednokrotnie trzeba się czołgać. Niezbędna jest tutaj latarka, czołówka albo przynajmniej latareczka w telefonie, bo nie widać dosłownie nic.

IMG_1790Z jaskini wychodzi się na skaliste zbocza, na które można się wspinać i podziwiać boską Atacamę. Co ciekawe, Moon Valley (po hiszp.. Valle de la Luna) to pozostałość po słonych jeziorach, które przykrywały dzisiejszą pustynię Atacama wiele milionów lat temu. Dlatego dziś idąc przez ten obszar na każdym kroku zobaczyć można solne kryształy, białe solne osady na skałach i rozmaite formacje.

IMG_1779Nazwa Valle de la Luna, czyli ksieżycowa dolina, wywodzi się stąd, iż solne skały, z których jest ten odcinek pustyni, po hiszpańsku oznaczają „luna”, czyli księżyc właśnie. Spacer po Valle de la Luna uznajemy za absolutnie jeden z najlepszych w naszym życiu. Nie będziemy dłużej rozwodzić się nad urokami tego miejsca, wystarczy spojrzeć na zdjęcia.

IMG_1846 IMG_1829 IMG_1812 IMG_1883 IMG_1801Dalej bus zawiózł nas w inne miejsce na pustyni, tzw. Death Valley (po hiszp. Valle de la muerte), czyli dolinę śmierci. Tu krajobraz już był nieco inny, inne też były skały, gdyż tu już solnych pozostałości się nie zazna. Ponoć owa część pustyni ciągle zmienia swój kształt ze względu na intensywne deszcze, które występują tu przez ok. 20 dni w roku, żłobiąc skały, urywając zbocza i drogi. Zdjęcia poniżej.

IMG_1920 IMG_1913 IMG_1895 IMG_1892Ostatnim punktem tej wyprawy jest oglądanie zachodu słońca z pobliskiego wzgórza. Zaczyna się ok. 19, o 19 30 jest po wszystkim. Niesamowite, jak pustynia zmienia swoje kolory i oblicze wraz z zachodzącym za horyzontem słońcem.

IMG_1930 IMG_1954 IMG_1957Wracając do hostelu udaliśmy się jeszcze do apteki, by kupić na wszelki wypadek tabletki na chorobę wysokościową, dalej po kokę, która chroni organizm przed tą chorobą właśnie. Z racji tego, ze wysokość podczas naszej podróży będzie dochodzić nawet do 5000m n.p.m., do której nie jesteśmy przyzwyczajeni, musimy na ten czas zmienić swoje nawyki żywieniowe. Przykładowo, absolutnie nie można jeść czerwonego mięsa (jeśli chodzi o jakiekolwiek mięso to dozwolony jest tylko kurczak), całkowity zakaz alkoholu i papierosów, nie można jeść warzyw, owoców, pić mleka, jogurtów, jajek, sera. Generalnie najlepiej zjeść makaron z jakimś delikatnym, lekkostrawnym sosem lub kanapki z dżemem i popić herbatą z koki. Tak więc na wieczór kupiliśmy sobie składniki do pasty z kurczakiem i sosem, kupiliśmy jeszcze 10 litrów wody (obowiązkiem jest 5 litrów na osobę), jakieś przekąski i powróciliśmy pełni entuzjazmu co do jutrzejszej wycieczki do hostelu. Nie trzeba opisywać naszych min, gdy w hostelu zobaczyliśmy kobietę z biura, w którym kupiliśmy wycieczkę, szukającą nas, by przekazać nam, jakże ostatnio „rzadko” przez nas spotykaną informację, że wycieczka jest, uwaga, odwołana, uwaga, przez złe warunki pogodowe, uwaga, szlag nas prawie trafił. Ponoć policja zamknęła granicę z Boliwią, w związku z czym wycieczka jest niemożliwa do zrealizowania następnego dnia. Dodatkowo, nie możemy przedłużyć swojego pobytu w naszym hostelu, bo na następny dzień nie mają już miejsc. Musimy więc znaleźć inny kwaterunek na kolejną noc, na szczęście tego w San Pedro nie brakuje. Co nam więc pozostało-iść do jedynego w San Pedro de Atacama sklepu, gdzie sprzedają alkohol, kupić sobie wielkie piwo i zjeść makaron z taką ilością sera, która w Boliwii by nas zabiła, a tu sobie na nią pozwolić możemy. Ugotowaliśmy więc kolację i raczyliśmy się piwem na fotelach w rytmie chilijskiej muzyki. Nie można się za bardzo przejmować pogodą i tym, że znów nam pokrzyżowała plany, bo pewnie jeszcze nie raz to zrobi podczas naszej wyprawy. Pozostaje więc zakończyć dzień z nadzieją, że jutro otworzą granicę i będziemy mogli pojechać do upragnionej Boliwii.

Adios!

Droga przez Chile

Droga do Calamy autobusem oczywiście nie mogła przebiegać tak, jak sobie zaplanowaliśmy, przecież jesteśmy w Ameryce Południowej. Jeszcze w Valparaiso kupiliśmy bilety na autobus z Santiago do Calamy, o dziwo nawet nikt nas nie oszukał i kupiliśmy w takiej cenie, jaka widniała na stronie internetowej. Nasze wylane do sprzedawcy żale, że nie możemy kupić biletu przez Internet nie zrobiły na nim zbyt wielkiego wrażenia, powiedział, że mogą tylko Chilijczycy i dał do zrozumienia, że mamy spadać. Cóż, przynajmniej nas nie naciągnął na kasę. Wsiedliśmy w autobus z Valparaiso do Santiago. O dziwo wszystko było o czasie, więc już powoli spodziewaliśmy, że za długo od samego rana idzie wszystko po naszej myśli. W Santiago na dworcu obiadek, szybki wpis na bloga o Valparaiso, bankomat itd. O 14 20 miał być nasz autobus. I tu właśnie plan zaczął się delikatnie sypać. Nasz autobus miał wyjechać o 14 20, w Calamie miał być o 11:45, czyli bez problemu zdążylibyśmy w Calamie złapać autobus do San Pedro de Atacama i dojechać tam zanim zamkną wszystkie biura, gdzie możemy kupić wycieczkę do Salar de Uyuni. Szkoda tylko, że nasz autobus przyjechał spóźniony 2 godziny. Kierowca nie wyglądał na przejętego, po czwartym wydarciu się na sprzedawcę biletów w kasie z pytaniem, gdzie jest nasz cholerny autobus chciał nam oddać pieniądze, ale niestety nie potrafił zrozumieć, że chcemy jak najszybciej być w Calamie.

W każdym razie autobus wreszcie przyjechał i dopiero koło 17 wyjechaliśmy z Santiago. Standard już nieco inny niż w Argentynie, bo o ile owszem, wciąż fotele semi-sama i cama, czyli pół-lezące i leżące, to jednak jedzonka już takiego nie dostaliśmy, jak poprzednio. Tym razem ducha bułka z plasterkiem żółtego sera i soczek w kartoniku 2x w ciągu 21h miał nam wystarczyć. Dobrze, że zabezpieczyliśmy się na drogę i mieliśmy coś swojego.

IMG_1587Zasypialiśmy, gdy było tak zielono jak wyżej. Dookoła same winniczki, drzewa,krzewy. Gdy obudziliśmy się rano widoki były zgoła odmienne. Iście księżycowe krajobrazy, którymi zachwycaliśmy się i nie mogliśmy wyjść z podziwu. Jak się później na Atacamie okazało- nie było się w sumie czym zachwycać, bo czekały na nas jeszcze lepsze widoki. Jechaliśmy przez Chile i oglądaliśmy jak dookoła nie ma żywej duszy, ani jednej roślinki, tylko pustynia, pagórki, czasem kaktus, nic więcej.

IMG_1590 IMG_1598 IMG_1612 IMG_1631 IMG_1616 IMG_1637 IMG_1646 IMG_1628Do Calamy dojechaliśmy z opóźnieniem, okazało się też, że najbliższy autobus do San Pedro de Atacama odjeżdża za prawie 3h. Kiepsko, ale nic nie zrobimy, trzeba czekać. Zjedliśmy więc obiad i grzecznie czekaliśmy na autobus. Ten przynajmniej przyjechał tylko 15 min spóźniony. Do San Pedro de Atakama dojechaliśmy po 19, gdy większość biur zbliżała się do końca swojej pracy. Bez sensu więc było wybieranie byle czego, dlatego też postanowiliśmy, że wstrzymamy się do następnego dnia, by na spokojnie obejść kilka biur i porównać oferty.

San Pedro de Atacama to maleńkie miasteczko zaraz na pustyni Atacama. Całe jest typowo turystyczne, turyści są w zasadzie jedynym źródłem utrzymania tubylców. Mimo wszystko bardzo miła mieścina, choć w niej samej niewiele jest do roboty. Trafiliśmy na bardzo klimatyczny hostel – hamaki, kolorowe malowidła dosłownie wszędzie, palenisko z ogniskiem, muzyka. Ogólnie przyjemne miejsce. Zostawiliśmy bagaże i swój wieczór skończyliśmy w knajpce z muzyką na żywo przy ognisku i lokalnym piwie. Następny dzień miał należeć do tych intensywnych, czas więc na relaks, a potem odespanie autobusu.

20141002_202459

Valparaiso

Na Valparaiso czekaliśmy tak długo, że trochę baliśmy się, że może zbyt wiele od tego miasta oczekujemy. Przyjechaliśmy tu późnym wieczorem i od razu z plecakami pomknęliśmy w stronę naszego hostelu. W okolicach dworca wszystko było już pozamykane, po drodze mijaliśmy zaś kolejne zamknięte już knajpki i restauracje. Wydało nam się to trochę dziwne, jednak nie przywiązując do tego większej wagi weszliśmy w uliczkę, gdzie znajdować się miał nasz kwaterunek i tu się wszystko zmieniło. Knajpki pełne życia, mnóstwo tubylców grających na ulicy na bębnach, wokoło fiesta w najlepsze. Dodatkowo otaczała nas cała masa kolorowych domków i graffiti. Coś pięknego. Już wtedy wiedzieliśmy, że to miasto nas zachwyci swoim klimatem.

Wylądowaliśmy w małym, acz bardzo klimatycznym, kolorowym hosteliku. Wszystko dookoła było tak radosne, że buzia sama się śmiała. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zostać w Valparaiso jeden dzień dłużej, stwierdziliśmy jednak, że decyzję podejmiemy rano. Dla ciekawskich- miejsce w pokoju 4-osobowym ze śniadaniem, ciepłą wodą (tak, to już zaczyna być luksus), wifi w samym centrum miasta kosztował nas 40 zł. Z resztą jak się później okazało był to najlepszy hostel w mieście, więc cena całkiem fajna. Zaraz za hotelem znajduje się kolejka, która za 100pesos wywozi na górę, skąd można podziwiać widoki na miasto, a dookoła oczywiście mnóstwo kolorowych domków i graffiti. Z tej kolejki zamiast schodów, które też są, można wyjść zjeżdżalnią, co musieliśmy wypróbować osobiście 🙂

IMG_1429 IMG_1427 IMG_1428Tak też właśnie zaczęliśmy dzień w Valparaiso-wyjechaliśmy kolejką na górę i stamtąd zaczęliśmy naszą wędrówkę po absolutnie niesamowitym mieście. Zachwycało nas dosłownie wszystko. Wszechobecne kolory i rysunki na ścianach naładowywały tak pozytywna energią, że tego miasta nie chce się opuszczać. Na górze też podjęliśmy decyzje, że zostajemy jeden dzień dłużej, by naładować akumulatory na dalszą podróż, która będzie nieco bardziej energochłonna i wymagająca niż dotychczas.

IMG_1414 IMG_1517 IMG_1484 IMG_1435Spacerowaliśmy wyżynami miasta, podziwiając widoki i ciesząc się słońcem muskającym nas wesoło po twarzach. Wcześniej też, zanim wyjechaliśmy na górę, kupiliśmy cały worek truskawek, które później na wzgórzach smakowaliśmy. Tak, Polsko, tutaj jest teraz sezon truskawkowy!

IMG_1452Dotarliśmy wreszcie do domu Pabla Nerudy, wspominanego już przy okazji Santiago chilijskiego poety, dość mocno osławionego nie tylko w Chile, ale w sporej części Ameryki Południowej. W Valparaiso zaprojektował sobie pięciopiętrowy dom z doskonałym widokiem na miasto i ocean. Na 5-tym piętrze znajdował się jego gabinet, w którym pisał swoje utwory obserwując ocean właśnie. Z resztą znajduje się w nim mnóstwo akcesoriów żeglarskich. Okazuje się, że tak bardzo bał się wody, ale jednocześnie uwielbiał ocean, że swój gabinet urządził na ostatnim piętrze domu, by mieć złudzenie, że jest blisko oceanu, wręcz w oceanie, ale jednocześnie, by czuć się bezpiecznie. Niestety w środku bardzo pilnowali, by nie robić zdjęć, ale jeśli kiedykolwiek ktoś będzie w Valparaiso to zachęcamy do odwiedzin jego domu-wystrój jest fantastyczny, a Neruda nader ekscentryczny.

IMG_1511 IMG_1472 IMG_1422Dalej schodziliśmy w niższe partie miasta, wchodząc do najsłynniejszej części Valparaiso, która jest na niemal wszystkich pocztówkach. Jest to część, gdzie każdy domek jest w innym kolorze, mnóstwo graffiti wykonanych przez artystów, mozaik, rysunków. Nie chcemy już nikogo zanudzać zdjęciami graffiti, których mamy tuzin, więc za to latarenka:

IMG_1521W ogóle trzeba powiedzieć, że Valparaiso jest położone niekiedy na tak stromych zboczach, że bardzo trudno wyjść pieszo na górę. Dlatego też prócz schodów i stromych uliczek, by ułatwić życie mieszkańcom, powstały kolejki, które wywożą za grosze na górę i zwożą na dół. Jedna z nich jest z 1883 roku i trzeba przyznać, że zjazd nią na dół był mocno psychodelicznym przeżyciem. Tu nieco młodsza kolejka:

IMG_1539Dalej zmierzaliśmy już w stronę plaży, która jest dość mocno oddalona od centrum miasta, więc dojście zajmuje sporo czasu. Droga prowadzi jednak przez miły park pomiędzy uniwersyteckimi budynkami lub można wyjechać znów kolejką na górę i zmierzając ku plaży podziwiać miasto. Ostatecznie dotarliśmy na plażę, która jak na usytuowaną w mieście portowym jest bardzo ładna i czysta. Trzeba też przyznać, że choć woda nie należy do najcieplejszych to jednak na pewno jest cieplejsza od tej w Atlantyku w Rio. Poza tym nieczęsto w dość jednak sporym i portowym mieście, jakim jest Valparaiso, spotkać można na plaży rozgwiazdy 🙂

IMG_1556 20140930_161916Długo spacerowaliśmy po plaży, podziwiając wszechobecne pelikany polujące na rybki. Było ich naprawdę mnóstwo. Wygonił nas dopiero chłód zbliżającego się zmroku i nasze zgłosowane troszkę brzuchy domagające się obiadu.

IMG_1565 IMG_1580Wróciliśmy więc do centrum, usiedliśmy w knajpce i zjedliśmy kolejne podobno chilijskie danie, którego nazwy znowu nie pamiętamy, ale było dobre i sycące J Dalej zaś kupiliśmy winko, które wypiliśmy ze smakiem próbując kupić przez Internet bilety na samolot do Calamy, czyli naszego następnego celu podróży, którym jest pobliska pustynia Atacama. Oczywiście, jak to w Ameryce Południowej, kupno biletu okazało się tak trudne, że aż niemożliwe. By kupić bilety w Sky Service, gdzie cena była jeszcze do przyjęcia (550zł), trzeba mieć chilijską kartę kredytową, której oczywiście nie mamy, zaś Lan oferował podwójną cenę biletu w Sky Service (czyli 1200zł), co było nie do przyjęcia na 2godzinny lot. Z ciężkim sercem więc pojęliśmy decyzję o tym, że rano wrócimy do Santiago i stamtąd ruszymy w ten sam dzień autobusem do Calamy. Jazda ma trwać niby 21h, oczywiście na pewno będzie trwać dłużej, ale przeżyjemy. Przy okazji warto podkreślić, że na autobus obcokrajowcy także nie mogą kupić biletu przez Internet, bo wymagany jest nr rut, czyli nr chilijskiego dowodu osobistego. Cóż, czasem ciężko być obcokrajowcem.

Przy okazji jedna cenna, jak nam się wydaje, uwaga. W Valparaiso bardzo trudno o czynny bankomat, by wypłacić pieniądze. Te sprawne można policzyć na palcach jednej ręki i zazwyczaj stoi do nich gigantyczna kolejka. Dodatkowo są nieczynne wieczorem i w nocy, niektóre tylko do 14. Dlaczego? Podobno coraz częściej zdarza się podkładanie bomb pod bankomaty, szczególnie pod te amerykańskie i europejskie. Bomby są także powodem, dla którego w Valparaiso nie ujrzy się żadnego McDonalds’a czy KFC. Podobno był, ale tam także podłożyli bombę jako wyraz sprzeciwu wobec USA i dziś już nie ma. Ciekawy i jak widać skuteczny sposób na chociaż minimalne ograniczenie obecności amerykańskiej.

Takim oto sposobem niechętnie i z ciężkim sercem musimy się pożegnać z pięknym, kolorowym i zachwycającym Valparaiso pijąc ostatnią tu butelkę chilijskiego wina i udajemy się spać, bo jutro czeka nas cała doba w autobusie. Mamy nadzieję, że w San Pedro de Atacama, gdzie będziemy mieli następny nocleg, jeszcze nie będzie problemu z Internetem, byśmy mogli zamieścić następny wpis na blogu.

Tymczasem Adios!

Santiago de Chile

Zaczniemy może od widoku z naszego pokoju w hostelu. Jest to główny plac w Santiago- Plaza de Armas, a hostel jest ekstra. Jedyne, do czego można się przyczepić to ciepła woda, której za wiele nie ma, a między 23 a 6 rano wody w hostelu nie ma wcale. Ale nie ma tragedii, będzie i tak gorzej J

IMG_1407 IMG_1285Rano zjedliśmy pierwszy raz od dobrych kilku dni hostelowe śniadanie nie składające się tylko z bułki/chleba, masła i dżemu, lecz wreszcie gwiazdą śniadania była szynka i ser. Na bogato! Z racji tego, że na Santiago po konsultacjach ze znajomymi, którzy w Santiago już byli, daliśmy sobie jeden dzień, a wieczorem w planie mieliśmy jechać wreszcie do Valparaiso, postanowiliśmy skorzystać z Free Walking Tour. Trzeba podkreślić, że w zasadzie w Ameryce Południowej człon „free” to tylko nazwa, bo de facto pod koniec wycieczki każdy daje przewodnikowi trochę pieniędzy od siebie, z resztą na samym początku przewodnik o tym informuje. Lepiej więc nazwać to „Tours for tips”, co z resztą np. w Valparaiso właśnie tak się nazywa. Daje się po prostu tipy wg własnego uznania, zazwyczaj jest to około 10/15 dolarów na osobę, więc jeśli trafi się na ogarniętego przewodnika to nie jest to dużo, natomiast oszczędza się dużo czasu, którego my nie mamy aż nadto.

Co by nie było, Free walking tour w Santiago naprawdę polecamy, szczególnie z przewodnikiem o imieniu Franco- ogromna wiedza, temperament i bardzo dobry angielski, co jest ogromnym plusem. Wycieczka trwała 4h i prowadziła przez wszystkie najważniejsze punkty Santiago, poczynając od Katedry, która niestety akurat jest w remoncie, pałac prezydencki, chilijskie Wall street, operę, kawiarnie, park, aż po dzielnicę studencką zaraz pod punktem widokowym i domem Pablo Nerudy, czyli jednego z najsłynniejszych chilijskich poetów. Kilka zdjęć poniżej:

IMG_1322 IMG_1316 IMG_1304Jesteśmy w Santiago kilka dni, bo hucznie obchodzonym święcie, więc wszędzie porozwieszane są flagi. Oczywiście na oficjalnych budynkach flagi są wszędzie, ale poza tym ;porozwieszane są w sklepach, na domach. Flaga na placu pod pałacem prezydenckim ponoć jest wielkości 1/3 boiska do piłki nożnej.

IMG_1308Po drodze zatrzymaliśmy się na wino i empanade pino, czyli z mięsem, cebulą, oliwką i jajkiem. Wino zaś, pamiętajmy, jest w Cgile najtańszą rzeczą, jaką można kupić lub zamówić. Niejednokrotnie jest tańsze nawet od soku czy innego napoju bezalkoholowego. Dlatego do końca podróży po Chile wino będzie nam wszędzie towarzyszyć J

IMG_1330Idąc przez park zauważyliśmy mnóstwo bezdomnych psów, które jednak nie wyglądały na wygłodzone ani chore. Franco wyjaśnił, że są to psy przede wszystkim porzucone przez swoich właścicieli i choć może są bezdomne to jednak są to wspólne psy mieszkańców. Dlaczego? Ano dlatego, że mieszkańcy zrzucają się na weterynarzy, szczepienia dla tych psów, zapewniają im wspólnie jedzenie i wodę. Dlatego też w Santiago mówi się, że choć te psy SA niczyje to tak naprawdę są one wszystkich. Faktem jest, że są one naprawdę zadbane i radosne.

IMG_1336Bardzo fajnym miejscem na spacer, ale też na obiad jest dzielnica studencka w Santiago. Pełna jest kolorowych knajpek, gdzie w dość niskiej cenie możesz dobrze zjeść. Czasem aż za dobrze, bo my osobiście zamówiliśmy sobie polecane przez Franco dania typowo chilijskie (nazw już oczywiście nie pamiętamy), a nie byliśmy w stanie tego zmęczyć. Było pyszne, ale choć zjedliśmy tylko połowę to jednak ledwo podnieśliśmy nasze tyłki z krzeseł. Nie ma umiaru.

IMG_1389IMG_1332 IMG_1343 IMG_1382Typowe chilijskie jedzenie opiera się na mięsie, kukurydzy, fasoli i często także dyni. Jest to dość prosta kuchnia, ale trzeba przyznać, że bardzo dobra i sycąca. Co dodatkowo ciekawe, w Santiago w dzielnicy studenckiej piwa nie sprzedaje się na butelki, lecz na litry. Jest bardzo tanie i bardzo dobre.

Dalej wyjechaliśmy kolejką na najwyższy punkt w Santiago, skąd rozpościera się widok na całe miasto. Gdy pogoda dopisuje można zobaczyć Andy otaczające miasto, my jednak nie mieliśmy tego szczęścia, a szkoda.

IMG_1379 IMG_1356 IMG_1362Warto podkreślić, że w Chile nie tylko zwykli śmiertelnicy są niezwykle mili i uprzejmi, uśmiechnięci i ciekawi obcokrajowców. Są zupełnie inni niż w Argentynie czy Brazylii, gdzie jednak odczuwa się pewien niepokój i nietrudno być okradzionym. Tutaj nie czujesz się w żaden sposób niebezpiecznie. Można swobodnie poruszać się z aparatem, komputerem i nikt nawet na to nie zwróci uwagi. Dodatkowo, służby publiczne w Chile są niezwykle pomocne. Są dosłownie na każdym kroku i w każdej sprawie Ci starają się pomóc. A jeśli chcesz im zrobić zdjęcie to nawet się ładnie ustawią, wyprężą i uśmiechną, żeby Twoje zdjęcia wyszły super J

IMG_1385 IMG_1396A tak wygląda nasze zbieranie bransoletek z poszczególnych krajów, w których w Ameryce Południowej byliśmy. Piotrek oczywiście już zdążył zgubić bransoletkę z Brazylii, którą kupiliśmy w faveli. W każdym razie do końca podróży uzbiera się niezła kolekcja.

IMG_1386Ciekawostką jest to, że w Chile bardzo ciężko o dobrą, prawdziwą kawę. Od kilkudziesięciu lat dostępna jest jedynie ohydna kawa rozpuszczalna, co widać w marketach i mniejszych sklepach, gdzie na półkach jest jedynie herbata i śladowe ilości kawy. Jeden z Chilijczyków, aby zachęcić ludzi do picia kawy (tym samym do otworzenia biznesu), wpadł na wspaniały pomysł by otworzyć „kawiarnie” ze skąpo ubranymi dziewczynami. Tak też nieprzyjemny smak kawy można było osłodzić widokiem dziewczyn, które niejednokrotnie flirtują, a standardem jest, że całują na przywitanie. Obecnie wygląda to tak, że niejednokrotnie kilka razy dziennie w niektórych cafeteriach drzwi ryglują się na minutkę i dziewczyny zrzucają z siebie wszystko, bez wyjątku J. Nie udało nam się natrafić na taką chwilę, jednak mieliśmy swoją „prywatną dziewczynę”, której zadaniem było nas zabawiać i widok na pozostałe z tyłkami na wierzchu, gdzie skąpa sukienka zakrywała ledwie nerki.

IMG_1393To już tyle z Santiago, wsiadamy w autobus i jedziemy do Valparaiso nad ocean.

Adios!

Buenos Aires i droga do Chile

Ostatni dzień, a raczej godziny w Buenos Aires spędziliśmy nader intensywnie. Rano szybkie zabookowanie hostelu w Valparaiso, do którego mieliśmy się dostać autobusem po 16 godzinach spędzonych wcześniej w autobusie z Buenos Aires do Santiago de Chile. Bilet do Santiago kupiliśmy dzień wcześniej pewni tego, że bez problemu uda nam się dostać do Chile tak, jak zaplanowaliśmy,

IMG_1135Nawet nie przyszło nam do głowy, że nasz plan może ulec zmianie, ale o tym później. Zostawiliśmy bagaże na dworcu i ruszyliśmy w stronę słynnego cmentarza Recoleta, na którym spoczywają najbogatsi spośród mieszkańców Argentyny. Również tam znajduje się grób Evy Duarte, czyli Evity Peron. Po drodze mijaliśmy zabytkowe gmachy ambasad poszczególnych krajów.

Nim weszliśmy na sam cmentarz naszym oczom ukazał się wielki targ lokalnych wyrobów- skóra, instrumenty, biżuteria, swetry itd. Idealna okazja, by kupić drobna pamiątkę z Argentyny, co też oczywiście uczyniliśmy.

Cmentarz Recoleta może sam w sobie nie zajmuje zbyt dużej przestrzeni, jednak grobowce, które się na nim znajdują nie jednokrotnie są wielkości domków tudzież większych kaplic. Cena takiego miejsca wiecznego spoczynku nie raz znacznie przewyższa ceny apartamentów w najlepszej dzielnicy Buenos Aires. Pomiędzy tymi grobowcami znajduje się wspominana Evita Peron. Kilka zdjęć poniżej:

IMG_1151IMG_1142IMG_1137Po cmentarzu ruszyliśmy w stronę pomnika stalowego kwiatu, który otwiera się przy wschodzie słońca, zaś wieczorem się zamyka. Dookoła miła przestrzeń na piknik.

IMG_1152IMG_1163IMG_1159Z racji tego, że zbliżał się czas naszego odjazdu, zaś przy zakupie biletu powiedziano nam, że mamy być pół godziny wcześniej, by się check-inować, ruszyliśmy w stronę dworca. Odebraliśmy swoje bagaże, kupiliśmy coś do picia i jedzenia i na pewniaka poszliśmy przed okienko naszego przewoźnika. Nie trudno wyobrazić sobie nasze miny, gdy okazało się, że żaden autobus do Chile tego dnia (i najpewniej następnego również) nie pojedzie, bo w Andach pada śnieg i droga jest nieprzejezdna. My zaś mamy już nocleg w Valparaiso, plan na następne dni, nie mamy już noclegu w Buenos i chcemy jechać dalej. Ostatecznie udało się kupić bilet do Mendozy, tj. ok. 200km od granicy z Chile.

Mendoza to region słynący z wyśmienitych win i ogromnych połaci winnic, a także pięknych widoków na Andy. Stwierdziliśmy więc, że jeśli pogoda się nie poprawi i w dalszym ciągu nie będzie można jechać do Chile, zostaniemy w Mendozie i będziemy raczyć się winem właśnie. Opcja nie jest zła.

Autobus do Mendozy jechał 14h. Warto podkreślić, że autobusy w Chile i Argentynie należą do tych najwygodniejszych. My wybraliśmy opcję semi-cama, czyli pół-łóżka, ale są także tzw. cama, czyli fotele, które rozkładają się całkowicie do pozycji leżącej. Podróż nader ekskluzywna można powiedzieć- stewardessa w autobusie, 2 posiłki, w tym jeden ciepły, kawka, herbatka, gra w bingo, filmy, kocyki, poduszeczki. Dodatkowo- cena jak za takie warunki i odległość jest naprawdę spoko. My za autobus do Mendozy zapłaciliśmy 570 pesos, a za Mendoza-Santiago jakieś 350 pesos. Ogólnie żyć-nie umierać, tak można podróżować. Nawet 14h nie takie straszne.

20140928_17510920140928_213942Do Mendozy dojechaliśmy o 9:45 i szczerze mówiąc z autobusu nie wydała nam się fascynującą miejscowością. Owszem, winniczek było mnóstwo, ale do Toskanii porównać tego nie można. Choć widok na Andy super. W każdym razie najpierw polecieliśmy sprawdzić, czy może jednak nie otworzyli już granicy i czy nie moglibyśmy wsiąść w autobus do Santiago. Okazało się, że droga jest już przejezdna, a autobus odjeżdża za 15 minut, więc nie zastanawiając się zbyt długo wpakowaliśmy się do niego i udaliśmy się w dalszą podróż.

IMG_1187 IMG_1206Podróż do Santiago de Chile miała trwać 6,5h. Widoki były oszałamiające, Andy są absolutnie niesamowite i drogę autobusem polecamy wszystkim.

IMG_1238 IMG_1254 IMG_1257 IMG_1258Jednak po 2 dniach nieprzejezdnej drogi do Chile, kolejka na granicy była dla nas jakimś koszmarem. Spędziliśmy na granicy 4,5h. Zdążyliśmy zjeść, 2 razy się zdrzemnąć, znów zjeść, zdrętwieć z zimna wychodząc na zewnątrz i wiele innych „atrakcji”. Gdy już nadeszła nasza kolej, cała kontrola przebiegała tak mozolnie, jak tylko się da. Najpierw pieczątki z Argentyny wyjazd, wjazd do Chile. Potem z luku bagażowego wyciągnęli wszystkie nasze torby, by każdą po kolei prześwietlić, co trwało jakieś 40minut. Dalej prześwietlanie naszych bagaży podręcznych, wpakowywanie powrotem naszych bagaży do luku. Wąchanie przez psa. Nikt nie może wwieźć żadnych owoców, warzyw, nasion, mięsa i pod tym względem są na granicy bardzo restrykcyjni.

IMG_1260Ostatecznie mając już 4,5h opóźnienia i gdy już wiedzieliśmy, że na pewno nie damy rady dotrzeć w ten sam dzień do Valparaiso, bolały nas tyłki, drętwiały nogi, bo już 22h spędziliśmy w autobusie niemal bez ruchu, nie wiedzieliśmy, gdzie spędzimy noc w Santiago i ogólnie co dalej, na usta cisnęło nam się tylko jedno słowo, które z resztą po wjeździe do Chile było wszechobecne na znakach.

IMG_1275A droga wyglądała tak. Wyprzedzanie trzech tirów na raz jest normą.

IMG_1273Takim oto pięknym sposobem po 25h w autobusie dotarliśmy do Santiago. W autobusie poznaliśmy samotnie podróżującą Niemkę, która w odróżnieniu od nas mówiła po hiszpańsku, co jak już kilka razy przekonaliśmy się na własnej skórze stanowi dla nas czasami pewnego rodzaju barierę. Ostatecznie we trójkę powędrowaliśmy do hostelu znalezionego w przewodniku znajdującego się w samym centrum Santiago, na głównym placu, czyli Plaza de Armas. Świetny hostel, polecamy każdemu-ekstra widok, czysto i wygodnie w fajnej cenie. Jutro zwiedzamy Santiago i pewnie ruszymy wieczorem do Valparaiso.

Adios Chicos!