Gruzja – podsumowanie i film

Tuż przed kolejną wyprawą czas najwyższy ostatecznie zamknąć na blogu kwestię Gruzji, która to już przecież dawno za nami.

Już niebawem przenosimy się do gorącej Azji, tymczasem obecna aura w Polsce niewątpliwie sprzyja przemyśleniom o ośnieżonym, mroźnym i wietrznym Kaukazie.

Wyjazd, choć tygodniowy, nie był aż tak długi by rozpisywać się tu podsumowując ową wyprawę. Warto jednak podkreślić, że Gruzja jest bez wątpienia bardzo ciekawym i atrakcyjnym kierunkiem na wypad z Polski. Pomagają w tym tanie loty z Katowic do Kutaisi, z drugiej jednak strony ilość Polaków w Gruzji rośnie z roku na rok, jesteśmy już jednymi z najczęściej odwiedzających Gruzję nacji. Troszkę przez to traci na egzotyce, ale nie będziemy przecież wymagać, byśmy byli jedyni, nie mamy takiej mocy 🙂

Pewnie to, co najbardziej Was interesuje, to koszta. Co do transportu i noclegów, pisaliśmy na bieżąco, jednak nie wspominaliśmy dotąd, ile zapłaciliśmy za same bilety. Bilety lotnicze kupowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, trafiając na okazyjną cenę – 144pln w obie strony na trasie Katowice-Kutaisi-Katowice. Cenę taką uzyskaliśmy poprzez członkostwo w Wizz Discount Club. Nie chcemy robić tu reklamy, jednak z własnego doświadczenia wiemy i wielokroć sami się o tym przekonaliśmy, że członkostwo to daje okazję do naprawdę świetnych cen za bilety, dzięki czemu zaoszczędziliśmy wieeele razy. W Gruzji polecamy przede wszystkim transport marszrutkami, czyli lokalnymi busikami – może nie są pierwszej młodości, jednak na pewno należą do najtańszych środków transportu i tak naprawdę nigdy nas nie zawiodły. Adrenaliny też dostarczają co nie miara, szczególnie na oblodzonych i ośnieżonych drogach Kaukazu. Można też korzystać z taksówek, pamiętać jednak należy, by z góry ustalić cenę i nie przyjmować tej pierwszej podanej przez kierowcę – trafiając na Polaka wie, że może ugrać więcej, niż trasa jest tego warta.

Co na nas zrobiło największe wrażenie w Gruzji? Bez dwóch zdań najprzyjemniej wspominamy Mestię. Maleńka osada miejska rodem z innej rzeczywistości, wszechobecne wieże warowne, krowy idące środkiem głównej drogi, przepiękne, ośnieżone krajobrazy dookoła, lokalsi wyglądający jak z poprzedniego wieku, weranda z widokiem na śnieżne szczyty z kubkiem gorącej herbaty, kolacja ze stołem uginającym się pod ciężarem gruzińskich przysmaków przy akompaniamencie trzaskającego drewna w kominku. Tak, Mestia zdecydowanie jako pierwsza przywołuje uśmiech i ciepłe wspomnienia, mimo wszechobecnego mrozu.

Co od razu też przychodzi nam do głowy w przypadku Gruzji to niesamowite jedzenie i wspaniałe wino. Gruzińska kuchnia jest pełna przysmaków cieszących podniebienie, używa wielu przypraw, aromat jest absolutnie niepowtarzalny i chyba kuchnia w żadnym odwiedzonym przez nas dotąd kraju, prócz meksykańskiej, nie przypadła nam do gustu tak bardzo. Ciężko jest nawet przywołać jedno NAJ danie, gdyż każde jedno, które jedliśmy, było po prostu fantastyczne. Do tego domowe wino, właściwie w każdym domu, knajpie, barze, sklepie, pensjonacie, targu, wszędzie dostanie się wspaniałe, gruzińskie wino, którego aromat jest absolutnie niepowtarzalny. Nie bez powodu dla nas Gruzja pozostanie krajem winem płynącym. Nie było w zasadzie ani jednego dnia, byśmy nie próbowali gdzieś wina, kończyło się to zawsze na dzbanku, lub kilku kolejnych, ale z takim nastawieniem tam jechaliśmy 🙂

Poza tym ludzie. Gruzini to przemili, ciepli, sympatyczni i bardzo otwarci ludzie. Nie można ich wciąż zaliczyć do Europejczyków, choć bardzo by tego chcieli, biedę widać naprawdę na każdym kroku i ktoś, kto nie zapuści się w boczne, nie uczęszczane przez turystów uliczki, nie zrozumie, o czym mówimy. Trasy turystyczne są bardzo zadbane i widać, że państwo inwestuje sporo pieniędzy w rozwój, renowację, by wyglądało europejsko. Jednak prawdziwa Gruzja jest na uboczu. Tam też widać ledwo stojące kamienice, bose dzieciaki, starców grających w szachy w podartych ubraniach. Z drugiej jednak strony na ich twarzach widać szczery, prawdziwy uśmiech. Widać, że choć trudów dnia codziennego, robią wszystko, by cieszyć się życiem, by cieszyć się, że ten następny dzień nadszedł, a troski w końcu miną. Gruzini są niesamowici i bardzo naturalni. Każdego obdarzą szczerym uśmiechem, podejdą do każdego zbłąkanego wędrowca lub tajemniczego obcokrajowca, zapytać skąd przybywa, opowiedzieć mu swoją historię łamanym rosyjskim. Gdyby mogli, oddaliby swoje przysłowiowe serce na talerzu.

Bez wątpienia Gruzja jest zupełnie inna o każdej porze roku. Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że my w Gruzji byliśmy w marcu, kiedy to na Kaukazie wciąż trwa sroga zima. Niejednokrotnie może to pokrzyżować podróżnicze plany (lawiny, zasypane drogi itd.), ale ma to swój niespotykany urok. Przeglądając w Internecie zdjęcia Stepancminda splątanego w zieleni, na pewno kusi nas, by zaglądnąć tam raz jeszcze, tym razem w lecie. Na to jednak przyjdzie jeszcze czas.

Gruzja jest kierunkiem coraz bardziej atrakcyjnym, szczególnie dla Polaków. Jest to niewątpliwie miejsce ciekawe i zupełnie inne od Waszych wyobrażeń na ten temat. To miejsce styku Kaukazu i Europy. Wpływów Rosji i Unii Europejskiej. Gdzie z jednej strony czas się zatrzymał już dawno temu, z drugiej jednak władze robią sporo, by iść do przodu. Gdzie obok biedaka ciągnącego wózek z dobytkiem, zajedzie limuzyna z gościem w drogim garniturze parkująca pod kasynem. Gdzie jednak przede wszystkim zobaczysz nieziemskie wielowiekowe monastery, ujrzysz majestatyczne ośnieżone szczyty Kaukazu, skosztujesz niesamowitej gruzińskiej kuchni, napotkasz mnóstwo fantastycznych ludzi, wypijesz hektolitry doskonałego wina i bez wątpienia wracając do Polski, będziesz śnić o powrocie do Gruzji.

Kończąc melancholijne wywody na temat tego niesamowitego kraju, obiecana wisienka na torcie, nasz krótki filmik, na którym przemierzamy tą kaukaską krainę 🙂

 

Kutaisi!

Do Kutaisi ruszyliśmy marszrutką tuż o poranku. W hostelu personel o tej porze jeszcze nie funkcjonował po całonocnej imprezie 🙂

Dystans z Batumi do Kutaisi to jakieś 150km, jechaliśmy ok. 3 h. Tu już mieliśmy spędzić cały dzień z plecakami, jako że wylatywaliśmy nad ranem do Katowic, po spędzonej na lotnisku nocy.

Najpierw złapaliśmy na dworcu gruzińskiego dziaduszka z taksówką, czy nie zawiózł by nas do monastyru Gelati. Oczywiście próbował nas namówić na całodzienną wycieczkę z nim, ale dla nad jedyne, co było ważne, to dostać się za miasto do Gelati. Wiele minut negocjacji i próba przekonania go, że nie, nie chcemy z nim jeździć cały dzień, nie, nie chcemy żadnej wycieczki dookoła miasta, chcemy tylko do Gelati. W końcu wsiedliśmy w jego sypiącą się ładę i ruszyliśmy w drogę, zastanawiając się, czy łada i 80letni staruszek będzie w stanie wyjechać na szczyt wzgórza, gdzie znajduje się wielowiekowy monastyr. Warto tu podkreślić, że przed wejściem do samochodu uzgodniliśmy z kierowcą cenę i trasę, na którą się zgodził. To tak zanim opiszemy dalszy ciąg zdarzeń.

Jakimś cudem się udało. Tutaj już trzeba ściśle przestrzegać garderoby – kobiety w długich spódnicach, ramiona i włosy przykryte, nie ma dyskusji. Monastyr powstał jeszcze w XII wieku i był jednym z głównych ośrodków kultu i intelektualnych w kraju. Także tutaj znajdują się groby wielu dostojników gruzińskiej cerkwi oraz króla Dawida Budowniczego, jednego z najpotężniejszych gruzińskich władców. Zajął się nami uprzejmy Gruzin, który zajmuje się monastyrem, o dziwo całkiem nieźle mówił po polsku, więc mieliśmy szansę usłyszeć historię wielowiekowych fresków, które do dziś przetrwały na ścianach świątyni.

img_2217-1600x1200

img_2221-1600x1200

img_2225-1600x1200

img_2229-1600x1200

img_2245-1600x1200

Dookoła zaś winniczki, ośnieżone wzgórza, połacie zieleni – istna sielanka. Gruzja w pełnej krasie

img_2243-1600x1200

Po zwiedzaniu monastyru Gelati, kierowca miał nas odwieźć do Kutaisi w okolice katedry Bagrati. Tam mieliśmy zakończyć kurs i rozstać się z podstarzałą ładą. Niestety po drodze nasz staruszek uparł się, że weźmie nas gdzieś jeszcze, poobwozi nas po mieście, a my mu mamy za tą wycieczkę dopłacić. Tłumaczyliśmy mu, że nie chcemy oglądać Kutaisi przed okno samochodu, że chcemy wysiąść i spacerować, po swojemu i że ma nas zawieźć, zgodnie z wcześniejszą umową, pod katedrę i tam się rozstajemy. Dopiero podniesiony głos zadziałał, choć staruszek bardzo się zdenerwował i chciał dopłaty za to, że nie chcemy, żeby nas woził i za to, że nas obwiózł przez pół miasta Tłumaczyliśmy mu, że nie prosiliśmy o to, wręcz przeciwnie, nie chcieliśmy z nim jeździć, więc nie zamierzamy mu za to dopłacać. Skończyło się fochem dziadka, trzaśnięciem drzwiami, odjazdem z piskiem opon – nasz gruziński staruszek ma temperament, gdy trzeba 🙂

img_2247-1600x1200

Na wzgórzu katedry, widząc wszechobecne słońce i Gruzinów dookoła leżących na trawniku, sami postanowiliśmy rozłożyć się na trawie i skorzystać z promieni słonecznych po kilku dniach w zimnie, lodowatym wietrze i śniegu. Za nami pasą się wszędobylskie krowy 🙂

img_2253-1600x1200

img_2259-1600x1200

img_2268-1600x1200

img_2269-1600x1200

Dalej zaś ruszyliśmy na lokalny targ, uwielbiając tego typu miejsca, gdyż pokazują w każdym niemal miejscu na świecie lokalne wyroby, tubylców, ich rutynę dnia codziennego, można też zawsze spróbować prawdziwych przysmaków, których nie dostaniesz w żadnej knajpie.

img_2272-1600x1200

img_2277-1600x1200

img_2281-1600x1200

img_2283-1600x1200

img_2284-1600x1200

Wypróbowaliśmy masę lokalnych serów, kieliszeczek bimbru domowego wyrobu, wyszliśmy z targu z plastikową butlą z winem domowej roboty i wielkim kawałem koziego sera 🙂 W końcu jest to wyprawa do krainy winem płynącej i takie założenie było od samego początku, trzeba więc zakończyć z przytupem. W przeliczeniu na polskie złotówki, za całe 50groszy wyjechaliśmy kolejką na wzgórze, gdzie znajduje się ruina wesołego miasteczka, wciąż funkcjonuje, polskie normy budowlane i bezpieczeństwa raczej by nie pozwoliły na działanie tego typu placówki. Wyjazd kolejką nad rzeką, bez drzwi, po winie zaczyna wyglądać dość przerażająco.

img_2292-1600x1200

To jedno zdjęcie musi wystarczyć, by opisać, cóż na szczycie zastaliśmy, bądź co bądź aura niesamowita, po winie staje się jeszcze bardziej niesamowita, na tyle, że nie udało się zrobić więcej zdjęć, wybaczcie, dawno domowe wino nas nie wprowadziło w tak promienne nastroje, na tyle promienne, że nie dało się używać aparatu 🙂

img_2293-1600x1200

Tutaj już główny plac w Kutaisi

img_2296-1600x1200

Dalej zaś kolacja i w drogę na lotnisko, gdzie spędziliśmy noc na jakże wygodnych kanapach, oczekując na nasz lot do Katowic. Polecamy serio spać na lotnisku, bo to, co się dzieję na 1,5h przed lotem na lotnisku w Kutaisi, to nie przesadzając ze słownictwem, istny burdel. Warto być więc odpowiednio wcześniej i ustawić się w kolejce do 20okienek, które trzeba odwiedzić zanim stanie się w kolejce do kontroli celnej. Wielu osobom ledwo udało się wsiąść do samolotu, a lot był przez to opóźniony, więc uczulamy.

img_2302-1600x1200

Mamy jeszcze krótki filmik podsumowujący wyjazd do Gruzji, ale to zostawimy jako wisienkę na torcie, na następny wpis 🙂

Adżaria – Batumi!

Po kilku godzinach spędzonych w marszrutce, trasie przez oblodzone drogi, które czasy świetności mają dawno za sobą, tak samo jak z resztą nasza marszrutka, udało się bezpiecznie dojechać do Zugdidi. Nie mieliśmy w planie zatrzymywać się w Zugdidi na dłużej, chcieliśmy jak najszybciej dostać się do Batumi, wiedząc, że A. w Zugdidi nie ma już nic, co warto byłoby zobaczyć, B. chcieliśmy zobaczyć słynną stolicę Adżarii i przekonać się, czy legendy są zgodne z prawdą. Ale o tym później 🙂

Marszrutka z Zugdidi do Batumi kosztowała 10 lari, czyli ok. 16 zł, trasa – 130km, jechaliśmy 3h. Drogi na tej trasie już o niebo lepsze niż w górach! W Batumi mieliśmy zarezerwowany hostel na starym mieście, nie pamiętamy już, ile płaciliśmy, ale za pokój dwuosobowy z łazienką zapłaciliśmy jakieś grosze – to miała być nasza ostatnia noc, którą mogliśmy spędzić w godnych warunkach (kolejna już na lotnisku przed wylotem do Polski), toteż zrezygnowaliśmy z pokoju wieloosobowego na rzecz mniejszego, żeby naładować akumulatory.

Kilka ciekawostek, dla tych, którzy nie orientują się, o co z Adżarią chodzi. Batumi to trzecie co do wielkości miasto Gruzji, stolica Adżarskiej Republiki Autonomicznej. Przez lata Adżaria, choć wchodząca w skład państwa gruzińskiego, pozostawała poza kontrolą Tbilisi, będąc de facto republiką autorytarną, nie zwracając uwagi na prezydenta Gruzji. Tak naprawdę, dopiero po Rewolucji Róż w 2003 roku, władze gruzińskie postanowiły uregulować sprawę Adżarii, grożąc początkiem 2004 interwencją zbrojną. Dzięki temu zmuszono ówczesnego „dyktatora” Adżarii – Abaszydze do rezygnacji ze sprawowania władzy i przywrócono pełną kontrolę nad Adżarią. Do dziś jednak pozostaje republiką autonomiczną w ramach państwa gruzińskiego.

Dotarliśmy do Batumi, wiedząc, że to miejsce będzie całkowicie inne niż, te, które dotychczas odwiedzaliśmy w Gruzji. Wiele słyszy się o nowoczesności Batumi, świadczącej niejako o bogactwie Adżarii. Wiedzieliśmy, że rzeczywistość będzie przekolorowana i tu wiele się nie pomyliliśmy.

Ot, widok po wyjściu z marszrutki na dworcu zlokalizowanym, jak zwykle, na wielkim targowisku, gdzie kupisz wszystko i nic.

img_2067-1600x1200

img_2068-1600x1200

Idziemy nadmorską promenadą w stronę naszego hostelu zostawić plecaki. Mijamy kolejne kasyna, wołają nas taksówkarze chwalący się swoimi wymuskanymi mercedesami (trochę albańsko!), nad wodą starcy, popalający fajkę za fajką, próbują złapać ryby na wędkę. Dalej mijamy wojskowy okręt:

img_2073-1600x1200

Dzień jest dość ponury, zanosi się na deszcz, wiatr nie daje o sobie zapomnieć. Zostawiamy bagaże w hostelu i od razu wychodzimy odkrywać Batumi i Adżarię. To, co od razu widać, to olbrzymie kontrasty. Bieda przeplatana z bogactwem, nowoczesność ze starymi pokomunistycznymi budynkami. Luksusowe limuzyny i podrdzewiałe graty. Zagranicznych inwestorów w pięknych, drogich garniturach i lokalną biedotę. Więc tak wygląda słynne Batumi? To tutaj staje wieżowiec „czcigodnego” Trumpa, który postanowił w Batumi zostawić po sobie ślad? To tak wygląda chluba Gruzji i Adżarii – Batumi = nowoczesność = bogactwo = wielki kurort turystyczny?

img_2074-1600x1200

img_2076-1600x1200

img_2078-1600x1200

Pozostawimy na razie bez komentarza.

Idziemy dalej w kierunku delfinarium. Pokaz jest o 16, jeden dziennie, ostatni dzień przed zamknięciem na kilkutygodniową przerwę. W sezonie pokazy są 3x dziennie. Wstęp – 16 lari (23zł!!!!) – amfiteatr pomieści ponoć 700osób, wybudowane w 1975 roku. Czas pokazu – 45 minut. Boże, gdzie na świecie odwiedzisz delfinarium za 23zł?! Serio, zastanawiamy się, czego się spodziewać – ostatecznie jednak byliśmy pozytywnie zaskoczeni.

Na pokazie prócz nas – jedynych obcokrajowców, sami żołnierze i muzułmańskie, wielodzietne rodziny. Zdaje się, że wojskowi mieli jakieś wyjście integracyjne, tudzież inne, aczkolwiek zabawne było zobaczyć roześmiane buzie wielkich mężczyzn w wojskowych mundurach. Na nas pokaz zrobił nie mniejsze wrażenie, delfiny to jednak niesamowite zwierzęta! Kilka zdjęć poniżej, choć zdjęcia oczywiście nie odzwierciedlają tego, jak pokaz wyglądał na żywo.

img_2093-1600x1200

img_2101-1600x1200

img_2123-1600x1200

img_2138-1600x1200

Po pokazie postanowiliśmy ruszyć promenadą i plażą w drugą stronę miasta. Plaża kompletnie nie zachęca do kąpieli, podejrzewamy, że w lecie nie wygląda to o wiele lepiej, mimo wszystko, jest to jeden z najsłynniejszych gruzińskich kurortów nadmorskich. Na nas w zasadzie nigdy Morze Czarne nie zrobiło wrażenia, a widzieliśmy je z perspektywy różnych państw – Turcji, Bułgarii czy Rumunii, więc nie byliśmy zaskoczeni, że i tutaj plaże nie powalają na kolana. W lecie pewnie tętni tu życie – ścieżka rowerowa, ławki, sporo zieleni, knajpki nadmorskie, molo – tak, pewnie popularne miejsce. Teraz jesteśmy praktycznie sami, ale czego spodziewać się w marcu?

Towarzyszy nam oczywiście kolejny czworonożny przyjaciel 🙂

img_2155-1600x1200

A ten bilboard wydaje nam się, że pokazuje idealnie wszystko, czego można się spodziewać po Batumi, szczególnie nocą 🙂 komentarz wydaje się zbędny.

img_2157-1600x1200

Dalej zmierzamy spacerkiem poprzez kolejne placyki z pięknymi pałacykami, poprzecinanymi socjalistycznymi blokowiskami z kolorowymi balkonami, dochodząc do fenomenalnej knajpki z gruzińskim jedzeniem – jak ktoś się będzie wybierał – możemy polecić, chyba najlepsze jak dotąd gruzińskie jedzenie, jakie jedliśmy, ceny bardzo przyjemne, obsługa przeuprzejma.

Na stół wjechało – Chaczapuri Adżaruli – w Adżarii trzeba tego spróbować – ciasto w charakterystycznym kształcie w serem w środku, rozpływającym się jajkiem i masłem – bomba kaloryczna, ale nie ma nic bardziej tradycyjnego w Adżarii:

img_2185-1600x1200

Dalej jeden z naszych ulubionych przysmaków gruzińskiej kuchni – już nie pierwszy raz przez nas smakowany – Badridżani – czyli bakłażan z pastą orzechową z czosnkiem, natką pietruszki i ziarnkami granatu i Czanachi – danie jednogarnkowe, coś w stylu gulaszu z jagnięciną, pomidorami, czosnkiem, ziemniakami, bakłażanem – niesamowicie aromatyczne i przepyszne!

img_2182-1600x1200

Dalej zapadł już zmrok, czas więc przespacerować się raz jeszcze i przekonać, jak Batumi jest kiczowate nocą! Podświetlane na kolorowo palmy przy nadmorskiej promenadzie, diabelski młyn zmieniający kolory co 2 minuty, wieżowce, kolorowe lampki dosłownie wszędzie, aż za kolorowo i za świecąco.

img_2189-1600x1200

mde

Warto jednak przystanąć pod Wieżą Alfabetu – nie jest to może architektoniczny krzyk mody, jednak pamiętajmy, że gruziński alfabet to jeden z 14 alfabetów świata i jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, a Gruzini uwielbiają to podkreślać. Wieża alfabetu przypomina kształtem spiralę DNA, wokół której umieszczone są 33 litery gruzińskiego alfabetu. Na szczycie jest wieża telewizyjna i obowiązkowo obracająca się restauracja. Kicz, ale i pewien symbol przywiązania Gruzinów do ich tradycji i tożsamości. Nocą, obowiązkowo, kolorowo podświetlona.

dav

img_2195-1600x1200

To, co na pewno robi wrażenie to niesamowity ruchomy pomnik Ali i Nino, tzw. pomnik miłości. Upamiętnia miłość młodziutkiej Gruzinki Nino i tureckiego chłopca Ali – postaci powoli poruszają się w swoim kierunku, zazębiają, ostatecznie rozchodzą.

img_2202-1600x1200

img_2203-1600x1200

Spacer zakończyliśmy przy śpiewających fontannach z winem w dłoniach, przyjemny akcent na zakończenie wieczoru w Batumi.

img_2212-1600x1200

Batumi dla nas osobiście jest miastem pełnym kontrastów i kiczu przeplatanego z pięknymi starodawnymi kamienicami, cerkwiami. Tutaj kontrasty są najbardziej wyraźnie, a przy okazji widać parcie władz, by zrobić z tego miasta nowoczesny kurort przyciągający rzesze turystów. Bieda przeplata się z bogactwem, luksusy z ruderami, kasyna rosną obok zniszczonych targowisk, gdzie spotkać można ludzi ledwo wiązących koniec z końcem, a czas się zatrzymał w miejscu wiele lat temu.Warto odwiedzić, jednak jeden dzień wystarczy w zupełności.

Już niebawem wpis z Kutaisi, gdzie ruszyliśmy o poranku!

Zugdidi, Mestia!

Po kilku dniach spędzonych w Tbilisi i okolicach, postanowiliśmy opuścić wreszcie stolicę Gruzji i ruszyć w kierunku zachodnim, by ostatecznie zakończyć naszą wyprawę w Kutaisi, skąd mieliśmy lot powrotny do Polski.

Początkowo mieliśmy w planie skorzystać z awionetki. Otóż w Gruzji funkcjonują tanie przeloty awionetką z Tbilisi do Mestii, czyli naszego kolejnego przystanku. Niestety te samoloty nie odlatują codziennie, a my nie mieliśmy czasu, by kolejny dzień spędzić w Tbilisi, czekając na lot, stąd wybraliśmy opcję nocnego pociągu z Tbilisi do Zugdidi. Koszt – 17 lari, czyli ok. 27zł, 8 godzin spędzonych w czteroosobowych przedziałach z miejscami leżącymi.  Standard całkiem niezły, przygotować się jednak należy na ogromny zaduch i upał w pociągu.

mde

Dla tych, którzy chcieliby skorzystać z awionetki – wylatują w poniedziałki, środy, piątki i niedziele. Koszt przelotu z Tbilisi do Mestii, wraz z dowozem do miejsca wylotu to 65 lari, czyli ok. 105zł. Sam lot trwa mniej niż godzinę, więc zaoszczędzić można sporo czasu. Widoki są ponoć zacne, więc żałowaliśmy, że nie załapaliśmy się na lot, z drugiej jednak strony podziwialiśmy widoki z lądu i absolutnie nie możemy narzekać.

Po 8 godzinach spędzonych w pociągu, które w zasadzie w większości przespaliśmy, dotarliśmy do Zugdidi. Miasto położone w regionie Megrelia, ok. 30km od Morza Czarnego, samo w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferowania, prócz parku, zwanego ogrodem botanicznym i Pałacem Dadianich, zlokalizowanym w tymże parku. Pałac dziś jest muzeum narodowym i etnograficznym, wstęp od godz. 10. Ogród całkiem przyjemny, choć widać, że władze nie inwestują za dużo funduszy w to miejsce, które podupada i widać, czasy świetności ma dawno za sobą.

img_2056-1280x768

img_2063-1280x768

img_2065-1280x768

Obeszliśmy park, zaglądnęliśmy do pobliskiej cerkwi i stwierdziliśmy, że czas jechać do Mestii, wiedząc, że warunki pogodowe na drodze pośród ośnieżonych szczytów Kaukazu, mogą być różne. Doświadczenia z Kazbegi wiele nas nauczyły, toteż nastawiliśmy się już psychicznie na ewentualność kilkugodzinnej jazdy (odległość między Zugdidi a Mestią to 130km).

Z dworca w Zugdidi złapaliśmy marszrutkę – koszt 20 lari, ostatecznie jechaliśmy ok. 3,5h. O ile początkowo droga nie była w najgorszym stanie, tak im bliżej Mestii, tym krajobraz zmieniał się diametralnie – ośnieżone wysokie szczyty gór, oblodzona droga, sypał śnieg, było cholernie zimno, a nasza marszrutka miała tak łyse opony, że zastanawialiśmy się momentami, ile minut życia nam jeszcze zostało zanim spadniemy w przepaść na oblodzonym zakręcie.

Ostatecznie jednak udało nam się dojechać do Mestii. Kierowca, przemiły Gruzin, zaoferował nam nocleg u swojej znajomej, która wynajmuje pokoje w swoim domu. Cena za 2 osoby – 50 lari, czyli jakieś 82 zł. Pokój w tradycyjnym gruzińskim stylu, łazienka wspólna dla całego piętra, możliwość dopłacenia za tradycyjną kolację przygotowywaną przez właścicielkę domu. Wiedzieliśmy, że nie mamy za wiele czasu, toteż zaplanowaliśmy wyjazd na południe już następnego dnia. Kierowca marszrutki powiedział, że spędzi noc u znajomych w Mestii i przyjedzie po nas rano i zabierze nas do Zugdidi. Zgodziliśmy się, punkt 8 rano dnia następnego wyjazd.

Tymczasem ubieramy wszystkie nasze najcieplejsze i najgrubsze ubrania i od razu wychodzimy odkrywać Mestię.

Mestia to bardzo ciekawe miejsce, otoczone wysokimi, ośnieżonymi szczytami Kaukazu, zamieszkana przez Swanów, posługujących się własną odmianą języka gruzińskiego. Przez lata żyli w swoistej izolacji od reszty Gruzji, kształtując własną kulturę. Charakterystyczną cechą tego miejsca są wszędobylskie baszty, które służyły jako warownie i zarazem dom. Budowane były ze względu na bardzo silne przywiązanie do tradycji krwawej zemsty rodowej, najstarsze mają ponoć 800 lat.

hdr

 

Mestia to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Ludzie żyją własnym życiem, kultywując lokalne zwyczaje, z dala od zgiełku nowoczesności. Uszba – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Krowy spacerują główną ulicą miasta, nikt tak naprawdę nie zwraca na nie uwagi, dookoła wszędzie są pastwiska, gdzie bydlęta pasą się pomiędzy basztami. Miasteczko nie ma zbyt wielu sklepów, knajpek, życie skupia się w domach. Na ławkach przy głównym placu przesiadują starcy rozprawiający o codzienności. Miejsce jest tak prawdziwe i naturalne, że bardziej już nie może.

img_1972-1280x768

img_1979-1280x768

Spacerujemy między basztami, docierając na łąkę pełną krów, skąd rozpościera się niesamowity widok na Mestię i warownie. Przysiedliśmy na pniu drzewa, krowy spoglądały ukradkiem, oczywiście towarzyszy nam jeden z wielu psów. Absolutna cisza. Jest pięknie i prawdziwie.

img_1995-1280x768

hdr

dav

Schodząc z naszej polany, nieco zgłodnieliśmy, postanowiliśmy zaglądnąć więc do jednej z niewielu lokalnych knajpek i spróbować wreszcie kubdari. Jest to placek wypełniony mielonym mięsem, niekiedy przypomina chaczapuri. Bardzo smaczne i pożywne. Do tego obowiązkowo wino domowe – dzień w Gruzji bez wina, dniem straconym 🙂

12946993_10206489256645267_1970970321_o

Dalej, rozgrzani winem i ogniem z kominka, ruszyliśmy w drugą stronę Mestii, po drodze podchodząc oczywiście do wszystkich spotkanych psów.

img_2014-1280x768

Uliczkami biegają kury, spokojnie z nogi na nogę stąpają krowy, nikogo to zupełnie nie dziwi. Istna sielanka.

img_2019-1280x768

img_2024-1280x768

dav

img_2027-1280x768

Pod wieczór wróciliśmy do naszego domku, umawiając się z właścicielką, że chętnie zjemy przygotowaną przez nią kolację – 15 lari, stół uginał się od przysmaków lokalnej kuchni, wina i chachy. Wraz z nami na kolacji była jeszcze jedna para z Polski i przemiła Rosjanka, która przeprowadziła się do Gruzji i wraz z właścicielką prowadzi ten dom, w zamian za nocleg. Wieczór przeciągnął się do później nocy, kolejne butelki wina były opróżniane, jedzenie wprost niesamowite, lokalna muzyka i trzask drewna w kominku. Sielanka.

Jednak rano mieliśmy ruszać do Zugdidi, dalej zaś do Batumi, więc ostatecznie postanowiliśmy się położyć choć na kilka godzin naładować akumulatory przed tym, co czeka nas następnego dnia.

Punktualnie o 8 rano przyjechał po nas nasz kierowca ze swoją marszrutką. Śnieg sypał z całych sił, droga była nieziemsko oblodzona, opony wciąż kompletnie łyse. Może uda się dojechać w jednym kawałku do Zugdidi. O tym jednak już w następnym wpisie 🙂

dav

img_2053-1280x768

hdr

Signagi (Sighnaghi)!

Ostatnim punktem na mapie, do którego postanowiliśmy się wybrać mając bazę w Tbilisi, był słynny region winiarski Kachetia i miasteczko Signagi. To już był typowo luzacki wypad, nie zamierzaliśmy nawet ukrywać, że jedziemy tam po prostu na wino i na spacer, dalej mieliśmy jechać  w góry, gdzie śnieg, lód, zima, więc jeden dzień spokoju w miejscu, gdzie temperatura jest znośna, bardzo nam był na rękę.

By dostać się do Signagi, należy złapać marszrutkę z dworca Samgori w Tbilisi. Ważne, by pamiętać, że w Tbilisi jest kilka dworców i z każdego odjeżdżają marszrutki w innym kierunku. Pierwsza odjeżdża ok. godz. 8:00, oczywiście o ile zbierze się cały bus chętnych. W przeciwnym wypadku trzeba czekać, aż kierowcy będzie się opłacało w ogóle ruszać. Dystans – 110km, około 2 godziny jazdy. Koszt to ok. 10zł w jedną stronę. Za pierwszym razem trudno znaleźć marszrutkę właśnie do Signagi, trzeba przejść caaaaaały dworzec, a właściwie bazar i na samym końcu, gdzie wydaje się, że to już koniec świata, a na pewno tego miasta, stoją stare, zdezelowane busiki z tabliczką Signagi.

Kupiliśmy bilet od gruzińskiego staruszka i czekaliśmy jeszcze godzinę, aż zbierze się wystarczająca ilość pasażerów. W końcu ruszyliśmy w drogę. PS. Na dworcu Samgori o tej porze nie znajdziesz nic zjadliwego prócz ciastek na wagę, które już pewnie tam leżą parę dobrych lat i są z kamienia, więc warto się przygotować i zaopatrzyć gdzieś indziej. Łatwiej kupić wiadro i worek cementu.

Po ok. 2 godz jazdy, dotarliśmy na miejsce. Marszrutka zatrzymuje się na parkingu ponad miasteczkiem, dalej trzeba iść w dół ok.10 min i jesteśmy na miejscu. Signagi jeszcze śpi. Nad miastem unosi się mgła, mocno wieje. Samo miasto słynie z doskonałych win, administracyjnie przynależąc do regionu winiarskiego Kachetia oraz z produkcji dywanów. Co ciekawe, jest to jedno z najmniejszych miasteczek w Gruzji (ok. 2200 mieszkańców). Małe, ale bardzo przyjemne. Choć porównania do Toskanii są troszeczkę przesadzone :).

Jako że miasteczko wyglądało jeszcze na dosyć senne, a my nie chcieliśmy zaczynać degustacji o 10 rano, najpierw postanowiliśmy zrobić sobie spacer i zajrzeć do oddalonego o ok. 3 km Monastyru św. Jerzego w Bodbe, gdzie znajdują się relikwie św. Nino – miejsce pielgrzymek wszystkich Gruzinów. Miły spacer najpierw pośród gruzińskich domów (kolorowa brama obowiązkowo, nawet gdy dom ledwo stoi, grunt, by brama wejściowa była pomalowana na pstrokaty kolor), dalej już pośród drzew z widokiem na Signagi.

img_1900-1600x1200

img_1901-1600x1200

img_1903-1600x1200

img_1907-1600x1200

img_1908-1600x1200

Monastyr położony jest na wzgórzu, pośród cyprysów, otoczony pięknym ogrodem, o który dbali mieszkańcu tutejszego klasztoru. W środku zdjęć robić oczywiście nie można, kobiety – obowiązkowo przykryte głowy, spódnica mile widziana, choć nikt się akurat o to nie czepia.

img_1910-1600x1200

img_1916-1600x1200

img_1921-1600x1200

img_1923-1600x1200

I nasz towarzysz – Zdzisek, w Gruzji chyba nie było dnia, by nie towarzyszył nam jakiś uroczy czworonożny przyjaciel – jak już wspominaliśmy gruzińskie psy, choć w większości bezdomne, są bardzo zadbane i otaczane opieką tubylców, także weterynaryjną. Każdy jest zakolczykowany i regularnie szczepiony, dokarmiany. Są one też niezwykle przyjaźnie nastawione do każdego człowieka, wiele z nich przemierzało z nami całą masę kilometrów, potem zawsze ciężko się było z nimi rozstać.

img_1917-1600x1200

Wracając do Signagi, niebo zaczęło się wreszcie przecierać, mogliśmy więc mieć nadzieję na przyjemniejsze widoki i na degustację wina w słońcu 🙂

img_1929-1600x1200

img_1931-1600x1200

Polecamy zatopić się w boczne uliczki i znaleźć jedną z malutkich knajpek z dala od głównego placu – dużo przyjemniej, a i wino smakuje znacznie lepiej na jednym z malutkich placyków. Oczywiście można skorzystać z profesjonalnych degustacji, jakich turysta znajdzie całe mnóstwo w lokalnych sklepach. My jednak wolimy małe, lokalne, nie-turystyczne miejsca. My zasiedliśmy właśnie w jednej z takich lokalnych knajpek, zamówiliśmy  chaczapuri i obowiązkowo lokalne wino, wyrób na miejscu. Lokalnie, prawdziwie i tanio. A słońce także nie zawiodło 🙂

img_1932-1600x1200

Zaś na szczycie miasta znajduje się twierdza, pochodząca z XVIII wieku, należąca ponoć do jednych z najbardziej solidnych systemów obronnych w całej Kachetii. Całkowita długość murów to 2,5 km, warto się przespacerować chociaż częścią murów. Widoki zacne. Choć może lepiej to zrobić zanim wypije się dzban wina na głowę 🙂

img_1937-1600x1200

img_1941-1600x1200

img_1946-1600x1200

img_1951-1600x1200

img_1953-1600x1200

Tak zakończył się nasz ostatni wypad z Tbilisi. Po całodziennej wyprawie do Kachetii – gruzińskiego regionu winiarskiego, wróciliśmy do stolicy, by spakować plecaki i przygotować się do wyjazdu w góry. Opuszczaliśmy już stolicę, kierując się w stronę zachodnią, najpierw do Mestii, gdzie spotka nas sroga zima, dalej zaś ku Batumi i Kutaisi. O tym jednak w następnym wpisie.

Kazbegi (Stepancminda) !

Jak już pisaliśmy wcześniej, wyprawa do Kazbegi nie była taka prosta. Pierwszego dnia, gdy próbowaliśmy się tam dostać, plan pokrzyżowała nam lawina, która akurat zeszła na drogę do Kazbegi. Cóż, taką wybraliśmy sobie porę roku, że trudno się dziwić, że w kaukaskich górach wciąż zima trwa w najlepsze.

By dostać się do Kazbegi, należy złapać marszrutkę z dworca Didube. Pierwsza wyjeżdża ok. 9 rano pod warunkiem, że uzbiera się wystarczająca ilość osób. Warto złapać tą pierwszą, szczególnie jeśli przyjeżdża się do Gruzji, gdy w Kaukazie wciąż leży śnieg, gdyż mimo, że dystans nie jest zbyt wielki (ok.160km) to droga nie jest pierwszej jakości, a śnieg potrafi pokrzyżować plany, o czym sami się przekonaliśmy. Już dzień wcześniej próbowaliśmy się dostać do Kazbegi, jednak nic tam nie jechało ze względu na fakt, że lawina zasypała całą drogę prowadzącą do naszego celu i wszyscy pukali nam po głowach słysząc, gdzie chcemy się dostać.  Wtedy też, jak już pisaliśmy wcześniej, zmodyfikowaliśmy plany i pojechaliśmy do Mcchety, przekładając Kazbegi na następny dzień, jeśli pogoda pozwoli.

Na dworcu byliśmy już o 8 rano, by zorientować się, czy tego dnia w ogóle uda nam się wyruszyć, czy też śnieg wciąż utrzymuje się i nic nie jedzie. Ku naszej radości, tym razem marszrutki miały odjeżdżać normalnie. Kupiliśmy bilet na tą, w której siedziało już najwięcej ludzi wiedząc, że ta będzie odjeżdżać jako pierwsza, koszt  os osoby – 10 lari, czyli ok. 17zł w jedną stronę. Co do zasady bus powinien jechać ok. 2/2,5h, w zimie wiadomo, może być różnie 🙂 Stąd dobra rada – jedźcie pierwszą poranną marszrutką 🙂

Godzina oczekiwania i w końcu zebrał się cały bus, można odjeżdżać. Z Tbilisi jedziemy tzw. Gruzińską Drogą Wojenną.  Po około godzinie drogi, asfaltowa jezdnia zmienia się w żwirową, zaczyna mocno sypać śnieg. Już wiemy, że będziemy jechać nieco dłużej i nie jest pewne, czy wrócimy tego samego dnia do Tbilisi. Trudno, najwyżej zostaniemy w górach na noc, co nam szkodzi. Kolejna godzina i naszym oczom ukazała się kolejka samochodów i busów, wszystko stoi. Śnieg nie daje za wygraną, sypie coraz mocniej, temperatura spadła poniżej 0. Dobrze, że mamy na sobie wszystkie ciepłe ubrania, które udało nam się ze sobą zabrać do Gruzji, jest naprawdę zimno. Stoimy w miejscu. W całej marszrutce jesteśmy jedynymi obcokrajowcami. Kolejni Gruzini wychodzą z busa, a to idą na spacer, a to coś zjeść, a to na papierosa. Mija godzina za godziną, nadchodzi zamieć śnieżna, wciąż stoimy w miejscu. W końcu po 3h oczekiwania ruszamy. Śnieg już tylko delikatnie prószy, droga jest mocno oblodzona, na tym śnieg, niby mamy zimowe opony, ale tak łyse, że lata świetności mają już dawno za sobą.

Mimo wszystko, po 5h od wyjazdu z Tbilisi, docieramy na miejsce. Patrząc na otaczające nas tony śniegu i zegarek już wiemy, że nie uda nam się wyjść pod klasztor Cminda Sameba pieszo. Podchodzą do nas dwie Gruzinki, które też nie dawno dotarły na miejsce, szukają dwójki chętnych na wynajęcie jeepa, który podwiezie nas nieco wyżej, bliżej klasztoru. Cena za całe auto – 100lari, czyli ok. 165zł. Kierowca nie chce zejść z ceny, dookoła pustka, wie, że tego dnia nic lepszego nie znajdziemy. Ok, bierzemy, jedźmy w drogę. Co prawda samochód wygląda, jakby miał się rozsypać na pierwszej prostej, aaaale jesteśmy na Kaukazie i nie przyjechaliśmy tu szukać luksusów! W drogę!

Jesteśmy na wysokości 1730 m n.p.m., Klasztor Cminda Sameba jest na 2170 m n.p.m. Naszym oczom miał się ukazać jeden z najwyższych szczytów Kaukazu – Kazbek (5033 m n.p.m.), będący tak naprawdę drzemiącym od wielu lat wulkanem.

Jedziemy najpierw błotem, w końcu wjeżdżamy w las i w wielkie zaspy śniegu.

img_1851

Nie wygląda jakbyśmy mieli dojechać cali i zdrowi na miejsce, nasz kierowca okazał się człowiekiem szalonym, momentami czekami aż nasze auto przewróci się w przepaść. Ostatecznie jednak zatrzymujemy się w zaspie, koniec drogi, dalej mamy iść pieszo. Kierowca będzie tu na nas czekał. No dobrze, więc idziemy. Zaspy najpierw po kolana, w końcu wychodzimy na polanę, gdzie wiatr urywa nam głowy, śniegu już znacznie mniej, przed nami w oddali klasztor Cminda Sameba – jesteśmy prawie na miejscu! Niebo jest całe w chmurach, więc ciężko dojrzeć szczyt Kazbek, idziemy więc przed siebie, pod wiatr. Przed nami chyba najbardziej rozpoznawalny widok, gdy myśli się o Gruzji.

dav

Cminda Sameba to pochodząca z XIV wieku cerkiew. W środku przepełniona pięknymi, starodawnymi płaskorzeźbami i malowidłami. Nie można robić zdjęć. Kobiety koniecznie muszą mieć zakryte głowy i powinny być w spódnicach. Przy wejściu znajduje się kosz z chustami dla tych, które się nie przygotowały na respektowanie cerkiewnych zasad. Dookoła ośnieżone szczyty, co jakiś czas pomiędzy chmurami ukazuje się naszym oczom potężny Kazbeg. Widoki zapierają dech w piersiach, choć w tym przypadku wydaje nam się, że brzmi to nadto banalnie. Po wizycie w środku cerkwi, przysiadamy na murku i wpatrujemy się w ośnieżone szczyty, wsłuchując się w świst kaukaskiego wiatru. Już nawet przeszywający ziąb nie jest ważny. Chwilo, trwaj!

dav

 

dav

 

dav

 

img_1816

 

img_1795

dav

 

img_1838

Ostatecznie jednak trzeba było wracać, kierowca wciąż na nas czekał. Ostatni rzut okiem na otaczające nas widoki i w drogę.

img_1848

img_1807

Wsiedliśmy w jeepa i zjechaliśmy do Kazbegi. Na parkingu czekała ostatnia marszrutka wracająca tego dnia do Tbilisi. Wiedząc, że następnego dnia chcemy jechać do Signagi – miasteczka winiarskiego, a nie mając pewności, co następnego dnia zaserwuje nam pogoda,  postanowiliśmy tego samego dnia wracać do Tbilisi, póki jest szansa na powrót, a droga jest przejezdna. Szybki obiad w lokalnej knajpce – bakłażan w paście orzechowo-czosnkowej – pycha, gorący czaj i wracamy do Tbilisi. Tym razem jechaliśmy już tylko 3,5h, na wieczór dojechaliśmy do Tbilisi i naszego hostelu. Wymęczeni drogą i przemarznięci, ruszyliśmy jeszcze na kolację do naszej ulubionej gruzińskiej lokalnej knajpki, nie mogło obyć się bez butelki lokalnego wina! Dalej zaś już tylko do spania, następnego dnia jedziemy do Signagi, na wino, bo jakżeby inaczej!

Tbilisi!

Wreszcie po kilku miesiącach ciszy nadszedł czas na uzupełnienie wpisów o Gruzji. Przepraszamy za to milczenie, niestety Karolina w szczycie sezonu turystycznego w pracy, nie była w stanie znaleźć czasu na składanie literek na temat Gruzji, postanowiła więc, że nadrobi zaległości, gdy Kraków nieco opustoszeje i znajdzie się więcej czasu na pisanie.

Ostatni post zatrzymał się tuż przed Tbilisi, któremu niewątpliwie warto poświęcić osobny wpis. Trzeba przyznać, że stolica Gruzji bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Jak wiadomo, stolice często są przereklamowane, więcej ciekawych miejsc można zazwyczaj znaleźć poza metropolią, Tbilisi jest jednak zupełnie inne i dalekie od wielkomiejskiego zgiełku. Przepełnione jest wielowiekowymi zabytkami, jak zresztą cała  Gruzja, jednak ma w sobie coś, co przyciąga i nie pozwala przejść obojętnie i wywołuje głęboką chęć pozostania tutaj dłużej, niż się planowało.

Z Tbilisi uczyniliśmy małą bazę wypadową do takich miast, jak Mccheta, Signagi czy też na Kazbegi, o tym jednak w osobnych wpisach. Tu skupimy się wyłącznie na stolicy.

Faktem jest, że Tbilisi dalekie jest od splendoru, którym szczycić się może większość stolic. Nie ma tu zbyt wielu nowoczesnych budynków, wieżowców, szerokich ulic, drogich butików, metro swoje lata świetności ma już dawno za sobą, dworce przypominają niejednym koniec świata. Nie ma pięknych barokowych kamienic, wspaniałego rynku z kafejkami, gdzie turyści raczą się kawą. I właśnie ta „inność” sprawia, że Tbilisi nie da się zapomnieć. Szczerze mówiąc, spacerując po mieście, bardziej czujemy się jak w małym miasteczku, możemy się całkowicie wyluzować. Nie ma tłumów, może też dlatego, że jesteśmy tu totalnie poza sezonem turystycznym. Nie jest to miasto, gdzie zalicza się kolejne atrakcje. Bardziej pociągają tutaj wielogodzinne spacery, po drodze zaliczając kolejne knajpki z doskonałym gruzińskim jedzeniem, którego już jesteśmy ogromnymi fanami. Totalny luz i rozpusta.

Mieszkając rzut beretem od Aleji Rustavelego, głównej ulicy miasta, mogliśmy po drodze zobaczyć gmach opery, dawną siedzibę parlamentu (aktualnie parlament został przeniesiony do Kutaisi) oraz różnorakie muzea. Aleja zakończona jest dosyć ruchliwym Placem Wolności z pozłacanym pomnikiem św. Jerzego na kolumnie. Ulica ta to odrobina snobizmu pośrodku tego pełnego uroku miasta, gdzie większość budynków bardziej przypomina europejskie niż kaukaskie. Pełna teatrów, pomników, szeroka aleja, to w zasadzie jedno z dwóch takich miejsc w całym Tbilisi, gdzie poczuć można powiew europejskości. Drugim takim miejsce jest Plac Europejski znajdujący się bezpośrednio nad brzegiem rzeki Kura, wraz z górującym nad nim Pałacem Prezydenckim oraz architektonicznie nowoczesnym Mostem Pokoju.

 

img_1623

img_1631

img_1895

To, co każdy w Tbilisi chce zobaczyć w pierwszej kolejności to stare miasto i słynne łaźnie. Trzeba przyznać, że stare miasto robi wrażenie, aczkolwiek czy jest ono jeszcze wciąż prawdziwe, gruzińskie, czy też odrestaurowane i wymuskane na potrzeby turystów? Niewątpliwie stare miasto jest piękne, przechadzając się zaś wokół słynnych łaźni, nie sposób nie poczuć woni siarki, która unosi się w powietrzu. Tak, to zapach zgniłych jaj dla jasności 🙂 . Osobiście z łaźni nie skorzystaliśmy, aczkolwiek można wynająć całą łaźnię wyłącznie dla siebie, za całkiem niewysoką opłatą. Niestety nie sprawdziliśmy ile taka opłata wynosi, ale przewodniki powiadają, że jest to bardzo tania atrakcja. Nam szkoda było czasu. Większość z nich jest otwarta 24 h/dobę.

dav

img_1719

img_1722

img_1741

dav

Nad łaźniami zaś góruje piękny meczet – wstęp dla nie-muzułmanów wzbroniony, jeszcze wyżej ruiny twierdzy Narikala. Podejście rzeczywiście należy do stromych, jednak widok niewątpliwie wynagradza trudy. Dla ciekawskich – wstęp do twierdzy jest darmowy. Ubierzcie sobie wygodne buty!

img_1732

img_1737

 

Przechodząc przez rzekę Kurę nowoczesnym Mostem Pokoju, znajdziemy się w parku Kultury, nad którym góruje wywołujący niesmak wśród społeczności Pałac Prezydencki (Gruzini nie są do końca zachwyceni prezydenckim kaprysem posiadania szklanej kopuły. Fanaberia ta kosztowała ponoć nie-małe pieniądze, które miały być przeznaczone na szeroko pojęty rozwój miasta). Sam park bardzo przyjemny, znajdzie się coś dla każdego – ścianka wspinaczkowa, fortepian, ogród botaniczny, wystawy i piękny widok na znajdujące się po drugiej stronie rzeki Stare Miasto. W sezonie można też stąd wyruszyć w drogę na szczyt kolejką, która jednak o tej porze roku nie była czynna.

img_1702

dav

To, czego absolutnie nie można ominąć, będąc w Tbilisi to Sobór Tsminda Sameba – największa sakralna budowla w Gruzji, siedziba patriarchy gruzińskiego kościoła prawosławnego. Przy okazji jest to jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie. Nie należy ona do wiekowych, gdyż budowę rozpoczęto w 2000 roku, trzeba jednak przyznać, że robi wrażenie. A przy okazji widok ze wzgórza – niesamowity!

img_1691

img_1690

By jednak poznać prawdziwe Tbilisi, trzeba zanurzyć się głęboko w uliczki, zbaczając z turystycznych tras Starego Miasta. Tam ujrzymy rozpadające się kamienice, podtrzymywane wzmocnieniami, by nie runęły, a są tego bliskie. Zobaczymy gruzińskich starców grających na ławce w szachy i popijających czaczę, zniszczonych przez doświadczenia. Ujrzymy wiele pokomunistycznych pozostałości, rozpadających się świątyń, które lada moment runą, a o które nikt nie dba, bo miasto po prostu nie ma na to pieniędzy. Naszym oczom ukażą się biegające boso, radosne dzieciaki, które beztrosko bawią się, zatrzymując się, by obdarzyć uśmiechem obcych ludzi. Zobaczymy stare babuszki sprzedające owoce i warzywa za grosze, w cenach, o których Europejczyk może pomarzyć, które siedzą na taborecie na chodniku rozprawiając o codzienności. Rozglądając się dookoła, zorientujemy się, że większość kamieniczek ma piękne, stare, drewniane, ażurowe balkoniki, do których prowadzą pokręcone, wielowiekowe schodki. W końcu znajdziemy fantastyczne małe, lokalne knajpki z genialnym jedzeniem, miejsca, gdzie ucztują tylko Gruzini przy suto zastawionym stole popijając hektolitry czaczy i piwa, objadając się tak, że ledwo mogą się podnieść ze swoich krzeseł. Ale biesiada tutaj to podstawa, Polak zaś to największy przyjaciel. To właśnie takie miejsca, dalekie od turystycznego zgiełku, sklepów z pamiątkami, kochamy najbardziej. Bo to właśnie tutaj znajdziemy prawdziwą tożsamość tego wielowiekowego miasta, jak i całego państwa. A gruzińskie wino jest…no cóż…doskonałe 🙂

img_1964

img_1742

img_1767

img_1788

dav

Spacerując po Tbilisi, warto też zahaczyć o zabawną wieżę zegarową, która choć nie należy do wiekowych zabytków, przyciąga uwagę z uwagi na swój odchyłek od pionu 🙂 . Tuż obok znajduje się Teatr Lalek.

img_1751

Ciekawym doświadczeniem jest niewątpliwie wizyta na jednym z kilku dworców w Tbilisi. Tutaj czuje się, że jednak jesteśmy daleko od Europy, choć Gruzini bardzo dążą do tego, by uznawano ich za Europejczyków. Dworce nie mają tutaj potężnych hali wyposażonych w wielkie tablice informacyjne z rozkładami jazdy w kilku językach. Nie ma tu informacji, kas biletowych. Nie ma numerowanych stanowisk. Znajdziemy za to wielki bazar, ogromny bałagan i chaos. Dworce to jedno wielkie targowisko, pomiędzy marszrutkami, które dojadą w każdy zakątek Gruzji, a kierowcy wykrzykują swoje destynacje wniebogłosy, znajdziemy biegające boso dzieci, babuszki sprzedające owoce i drożdżówki wraz z miotłami i wiadrami, do tego koniecznie płyty z muzyką. Poczekalnia, która owszem, istnieje, przepełniona jest brodatymi Gruzinami i dymem papierosów. Pomiędzy tym wszystkim taksówkarze, którzy oferują turystom transport na bardzo wygórowaną cenę, udając, że nie mają pojęcia, gdzie znajduje się marszrutka do Kazbegi lub innego zakątka Gruzji. Toalety pozostawiają wiele do życzenia, nawet w Azji nie widzieliśmy czegoś tak zniechęcającego do skorzystania.  Z nikim, ale to absolutnie z nikim nie dogadasz się po angielsku, po rosyjsku też bywa momentami ciężko pomimo, iż potrafiliśmy wydukać z siebie podstawowe zwroty. I to właśnie tutaj, na dworcu w Tbilisi, poczujesz powiew Kaukazu, jakiego szukasz. Prawdziwego, dzikiego, dalekiego od europejskich wyobrażeń.

 

dav

dav

 

Tbilisi bardzo pozytywnie nas zaskoczyło i pozostanie jedną z naszych ulubionych stolic. Choć największe miasto w Gruzji, wszędzie jest blisko i można dojść pieszo. Życie płynie tu powoli, w swoim własnym tempie, nikt się nigdzie nie spieszy, tubylcy zaś to niesamowicie uprzejmi ludzie. Nie spotkasz na drodze nikogo, kto tak po prostu nie obdarzy Cię zwyczajnym, bezinteresownym uśmiechem. Znajdzie się tutaj tak nowoczesne budynki, jak i starodawne sobory i cerkwie, piękne, odrestaurowane kamienice, jak i podupadłe ruiny bez okien, w których wciąż żyją ludzie. Oni zaś, mimo upływu lat i wciąż jeszcze panującej tu biedy, żyją powolutku w swoim tempie, ciesząc się każdym kolejnym dniem i rozkoszując codzienną rutyną w towarzystwie bliskich. Jest to jedno z tych miast, do których naprawdę chce się wracać. Szczególnie zaś warto przespacerować się nocą – miasto jest wtedy najpiękniejsze! A do wizyty w Tbilisi na pewno każdego gorąco zachęcamy!

img_1877

img_1862

img_1778

Kolejny zaś wpis będzie o Kazbegi, do którego pomimo bardzo niesprzyjających warunków pogodowych (czyt. lawina), udało nam się wreszcie dotrzeć. Dziękujemy wytrwałym za cierpliwość, my zaś z przyjemnością dzięki pisaniu o Tbilisi, wróciliśmy we wspomnieniach do wyprawy po Gruzji.

 

Mccheta!

Do stolicy Gruzji dojechaliśmy pod wieczór, od razu udaliśmy się w stronę naszego hostelu. Swoją drogą jeśli ktoś poszukuje noclegu w Tbilisi w fajnej cenie, świetnej lokalizacji i naprawdę ciekawym miejscu, polecamy Why Not Hostel. Przemiły personel, fajna cena (30pln za noc od osoby w pokoju 6osobowym), położony 3 minuty od głównej ulicy Tbilisi – Rustaveli street, 5 minut od stacji metra.

Zostawiliśmy bagaże i od razu ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu gruzińskiej małej, lokalnej knajpki, gdzie moglibyśmy spróbować typowych dań w otoczeniu prawdziwych Gruzinów, nie zaś turystów. Zachęceni przez recepcjonistę w hostelu, dotarliśmy do małej knajpki, gdzie było tak swojsko i prawdziwie, że stołowaliśmy się tam do końca naszego pobytu w Tbilisi. Dookoła tylko Gruzini ucztujący hucznie z suto zastawionymi stołami popijający czaczę, zadymione pomieszczenie, gruzińska muzyka, gwar, aromat fantastycznego jedzenia, zero turystów, przystępne ceny, nikt nie mówi po angielsku. Tak, to musiało być miejsce, gdzie serwują  świetne jedzenie!

Zaczęliśmy od tradycyjnych Chinkali, czyli gruzińskich pierożków,  wypełnionych mielonym mięsem bardzo mocno doprawionym z ostrawym sosem w środku. Wszyscy Gruzini jedzą je rękami, trzymając za „Dziubek”. Trzeba uważać, gdyż pierwsze ugryzienie zawsze wiąże się z wydobyciem się ze środka wspomnianego, gorącego sosu. Niebo w gębie. Już wiedzieliśmy, że kuchnia gruzińska, choć bardzo ciężka i tłusta, bardzo przypadnie nam do gustu. Nie mogło też obyć się bez tradycyjnego chaczapuri, czyli ciasta zapiekanego z serem, mocno doprawionego. Wino zaś to podstawa, przecież jesteśmy w Gruzji! 🙂

13199198_10206694631859519_1527504334_o

13148431_10206694632179527_494429327_o

Po kolacji krótki spacer i wróciliśmy do hostelu. Doszliśmy do wniosku, że następnego dnia z samego rana wybierzemy się do Kazbegi, jednego z głównych powodów naszej wizyty w tej części świata. Nie do końca pewni, w jaki sposób najlepiej się tam dostać o tej porze roku, zasięgnęliśmy języka na recepcji. Pierwsza marszrutka wyjeżdża dopiero o 9, oczywiście pod warunkiem, że zbierze się cały bus. W przeciwnym wypadku trzeba czekać aż bus będzie wypełniony na tyle, że kierowcy będzie się opłacało jechać 🙂

Dojechaliśmy na dworzec Didube (Tbilisi ma kilka dworców, należy pamiętać, że nie z każdego dworca odjeżdżają marszrutki we wszystkich kierunkach), oczywiście od razu zaatakowała nas zgraja nachalnych taksówkarzy oferujących przejazd w „super” cenie. Nie zwracając na nich uwagi, ruszyliśmy przed siebie. Pytając lokalnych o marszrutki, wszyscy kręcili głowami, mówiąc, że nie ma żadnych busów do Kazbegi. Nie znając jeszcze na tyle Gruzinów, a będąc przyzwyczajeni do tego, że biednych turystów każdy chce zawsze oszukać, żeby na nim zarobić, poszliśmy dalej przed siebie. Dotarliśmy do marszrutek z napisem Kazbegi, wszystkie puste, kierowcy siedzą i machają, że nie jadą. O co chodzi??? Jak to nie jadą, jedziemy! Chcemy płacić za bilety – nie sprzedadzą nam biletów, nie jedziemy do żadnego Kazbegi. Pytamy więc, o co chodzi, dlaczego? Wyjaśnili nam swoim łamanym rosyjskim, że na jedyną drogę prowadzącą do Kazbegi zeszła w nocy lawina, droga jest nieprzejezdna. Może  do jutra się uda ją odśnieżyć. Patrzyliśmy na nich z niedowierzeniem, serio?! To właśnie nasze pierwsze zderzenie z gruzińską pogodą o tej porze roku. Tak, lawina. W takim razie będziemy próbować jutro, a jak nie to pojutrze, do Kazbegi musimy jechać! Tymczasem wybierzemy się do Mcchety, potem zaś spacer po Tbilisi.

Mccheta to jedno z najstarszych miast Gruzji, niegdyś stolica państwa, przez wieki miejsce koronacji i pochówku władców gruzińskich. Dziś siedziba najwyższych władz gruzińskiego kościoła prawosławnego, ogłoszone świętym miastem Gruzji. Tego miejsca po prostu nie wypada ominąć.

Do Mcchety dotarliśmy marszrutką, od samego rana pogoda dawała nam się we znaki, szczególnie wiatr był nie do zniesienia. W pierwszej kolejności ruszyliśmy do soboru katedralnego Sweti Cchoweli, czyli wspomnianego miejsca koronacji i pochówku władców Gruzji i siedziby władz kościoła gruzińskiego. Po drodze zaczepiają nas kolejni taksówkarze proponujący przejazd do słynnego Monastyru Dżwari, do którego oczywiście chcemy jechać, ale kwoty, które proponują są nie do przyjęcia. Wiedząc, że mamy czas, a i turystów jeszcze zbyt wielu nie ma, więc będą musieli zejść z ceną w dół, ruszyliśmy do soboru. Chusta na głowę, spódnica u kobiet obowiązkowa. Na wejściu wita nas przemiły uśmiech mnicha, na wieść o tym, że jesteśmy z Polski serdecznie pozdrawia, ściska nasze dłonie i zaprasza do środka. Faktem jest, że w Gruzji kochają Polaków i szczerze uwielbiają. Biorąc pod uwagę ilość pijanych rodaków na lotnisku, troszkę nas to dziwi, że ich sympatia do naszego narodu nie maleje 🙂

Sobór w środku robi niesamowite wrażenie – wielowiekowe ikony, niesamowite malowidła na ścianach pamiętające początki wiary chrześcijańskiej w tej części świata. Półmrok, w środku tylko kilka osób modlących się w ciszy, pradawne grobowce władców Gruzji i dostojników kościoła prawosławnego. Tak, to miejsce trzeba zobaczyć.

IMG_1652

IMG_1647

IMG_1641

Dalej zaś ruszyliśmy przez miasto w kierunku rzeki, mijając stare zabudowania, ciekawe kamieniczki. Po drodze zatrzymaliśmy się przy straganie z gruzińskimi słodkościami, koniecznie trzeba spróbować. Są to orzechy lub suszone owoce nawleczone na sznurek i zanurzone w słodkim kisielu, który z czasem zasycha tworząc gumowatą galaretę. Nam osobiście ów deser do gustu nie przypadł, ale lokalnych przysmaków należy spróbować 🙂

IMG_1671

Po drodze nad rzekę stanęliśmy jak wryci na środku ulicy. Spokojnie szliśmy, właśnie mieliśmy odbijać w uliczkę prowadzącą na wybrzeże, po czym naszym oczom ukazał się biegnący z impetem osioł. Spojrzeliśmy na siebie tak, jakbyśmy myśleli, że mamy zwidy, po chwili ustaliliśmy jednak, że tak, to był osioł, tak, biegł przez główną ulicę Mcchety w kierunku rzeki. Postanowiliśmy podążyć jego śladem z nadzieją, że wyjaśnimy, co się stało i dlaczego, jednak doszliśmy aż do brzegu, a po ośle ślad zaginął. Zagadka nie została rozwiązana.

IMG_1674

Jak się okazało, zdesperowany nieco kierowca taksówki, któremu wcześniej kilka razy odmówiliśmy przejażdżki pukając mu po głowie, gdy wymyślał kolejne niestworzone ceny przejazdu, wciąż dziwnym trafem przejeżdżał nam drogę. Widząc, że nie ma widoku na innych turystów tego dnia, cenę początkowo bardzo wysoką, obniżył trzykrotnie. Kolejny raz przykład tego, by nie godzić się na pierwszą zaproponowaną w Gruzji przez taksówkarza cenę.

Ruszyliśmy więc w drogę taksówką za miasto, na wzgórze, gdzie znajduje się pochodzący z VI wieku monastyr Dżwari, wpisany niestety na listę 100 najbardziej zagrożonych zniszczeniem zabytków świata. W środku w półmroku podziwiać można wielowiekowe malowidła, ze szczytu zaś u swych stóp można zobaczyć panoramę miasta i połączenie dwóch rzek. Co pewne, to lepiej przygotować się na konkretną wichurę, lodowaty wiatr na szczycie daje się we znaki z całych sił, próbując uprzykrzyć czas biednemu podróżnikowi.

IMG_1670

IMG_1665

IMG_1660

Dalej zaś udaliśmy się z naszym kierowcą znów do Mcchety, gdzie nas wysadził i się pożegnał. Zaskakujące, jak Mccheta i okolice były puste. Mieliśmy wrażenie, że byliśmy jedynymi lub jednymi z niewielu zwiedzających miasto. Z tego, co jednak wiemy, jest to dość popularna baza wypadowa, stąd nasze zaskoczenie. Niemniej jednak nam brak turystów bynajmniej nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie 🙂

IMG_1672

IMG_1638

Jeszcze przez chwilę pospacerowaliśmy po mieście, by ostatecznie złapać marszrutkę i powrócić do Tbilisi, którego zwiedzania już nie mogliśmy się doczekać. O Tbilisi jednak będzie dopiero następny wpis! Okazuje się bowiem, że malutki wpisik o Mcchecie, który miał być połączony z Tbilisi rozrósł się do tego stopnia, że stał się osobnym wpisem, musicie wybaczyć 🙂

Gori, Uplisiche!

Pomysł, by ruszyć w kierunku Kaukazu tlił się w naszych głowach już od dłuższego czasu. Wiele razy mieliśmy kupować bilety do Gruzji, dotąd jednak jakoś ciągle szybciej wpadały nam w ręce bilety w inne kierunki, tym samym Gruzję odkładaliśmy wciąż na później. Tak samo było w sumie w przypadku Portugalii. Jednak Gruzję i Kaukaz mieliśmy ciągle w tyłe głowy, wiedząc, że nadejdzie pora i na tą część świata.

 

Zupełnie przypadkiem zaczęliśmy przeglądać stronę Wizzaira, wiedząc, że zbliża się sezon letni i pojawią się znowu kierunki, które zamykane są na sezon zimowy. Tak wpadliśmy na świetną cenę biletów do Kutaisi. Jedyna wątpliwość to tak naprawdę pogoda (koniec marca nie jest jeszcze zbyt ciepłym okresem w Gruzji), wiedząc jednak, że już tak długo odkładamy tą wyprawę, doszliśmy do wniosku, że nie obchodzi nas pogoda, temperatura, nie chcemy znowu odkładać Gruzji na „kiedyś”, kupujemy, jedziemy. Tak też staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów z Katowic do Kutaisi i uśmiechnięci szeroko zaczęliśmy snuć plany dotyczące kolejnej wyprawy. Każdy, kto kocha podróże z plecakiem wie, jakie to uczucie, kiedy ma się kolejny podróżniczy cel, kiedy zrobiło się pierwszy krok w kierunku eksplorowania kolejnego miejsca. Dla nas nie ma chyba nic bardziej pobudzającego do życia 🙂

 

Takim sposobem spakowaliśmy nasze plecaki wraz z najcieplejszymi ubraniami, jakie mogliśmy zmieścić i ruszyliśmy ku kolejnej przygodzie. Wylot z Katowic w środku nocy, w Kutaisi byliśmy nad ranem (tuż po 5). Przeprawa przez gigantyczną kolejkę na maleńkim lotnisku w Kutaisi, które obsługuje może 2-3 loty dziennie, tylko tanie linie. Wiadomo, najtaniej dla przewoźników jest lądować o dziwnych nocno-porannych godzinach. Samolot wypełniony Polakami w zimowych ubraniach i butach narciarskich – taniej dla nich jechać w butach narciarskich niż kupować drogi bagaż ze sprzętem. Troszkę buractwa na dzień dobry nie zaszkodzi 🙂 Jednak kurorty narciarskie w Gruzji, jak się później sami przekonaliśmy, zachęcają do wybierania tego kierunku – stoki świecą pustkami, olbrzymią ilością pokrywy śnieżnej, dość dobrymi warunkami narciarskimi i na pewno zachęcają ceny. Kiedyś i my się tam wybierzemy w ramach zimowego szaleństwa.

 

Wymieniliśmy pieniądze na lotnisku (jak się później okazało kurs wymiany na lotnisku był lepszy niż w niejednym kantorze w mieście) i opuściliśmy budynek lotniska. Powitał nas chłód, ciemność i ulewa. Wiedzieliśmy o tym, że budynek lotniska jest tuż przy głównej drodze (ok. 50 metrów od wyjścia z lotniska) i tam mamy szansę złapać dużo tańszą marszrutkę do Gori. Pogoda i pora nie zachęcała jednak do oczekiwania w deszczu na przejeżdżającą w środku nocy marszrutkę. Wsiedliśmy więc do marszrutki “lotniskowej”, która czekała tuż pod budynkiem lotniska, załadowana pijanymi Polaczkami myślącymi, że są królami w tym kraju (jakież to jest żenujące, już od początku musiało nas to spotkać!). Marszrutka jechała do Tbilisi, my jednak dogadaliśmy się w kierowcą, że wysadzi nas przy drodze nieopodal Gori, które chcieliśmy odwiedzić zanim dotrzemy do Tbilisi. Wymęczeni, nie bacząc na wrzaski Polaczków, zasnęliśmy w busie. Obudzono nas na postój, gdyż nasi jakże wspaniali kompani postanowili coś zjeść i namówili kierowcę na postój. Byliśmy już w górach, z nieba leciały wielkie płaty śniegu. Godzinny postój, Polaczki wypełniły brzuchy, jedziemy dalej.

Ostatecznie, po lekko ponad 5h drogi, dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie mieliśmy wysiadać. Stąd jeszcze tylko 2km do Gori, jednak marszrutka nie zbacza z drogi, by nas wysadzić. Nie jest to żadnym problemem, gdyż zawsze przy tym rozwidleniu czeka rzesza taksówkarzy gotowych, by zawieźć do miasta turystów. Ważne, by nie godzić się na pierwszą cenę, która oczywiście przebija nieraz kkrilkuotnie normalną cenę za ten dystans, tak też było i w tym przypadku.

Taksówkarz wysadził nas tuż pod muzeum Stalina – najważniejszego i najsłynniejszego obywatela Gori. To właśnie tutaj urodził się ten wielki przywódca i zbrodniarz. Dla części mieszkańców Gori wielki wstyd, dla drugiej chluba miasta.

Zaczęliśmy zwiedzanie od muzeum Stalina, w którym także znajduje się jego pierwszy dom i wagon pociągu, którym podróżował na konferencję w Poczdamie (klimatyzacja, luksusowe przedziały, sala konferencyjna). Samo muzeum może nie robi aż tak gigantycznego wrażenia – większość ekspozycji to zdjęcia Stalina z najróżniejszymi znaczącymi w tamtym czasach politykami, a także masa przedmiotów faktycznie i rzekomo należących do Stalina. Znajdzie się jednak tutaj jedną z 12 na świecie pośmiertnie wykonanych masek-odlewów twarzy Stalina, a także imponujące pomieszczenie z prezentami dla towarzysza z najróżniejszych krajów świata. Z Polskiej Republiki Ludowej znaleźliśmy 3 upominki.

IMG_1554

IMG_1555

IMG_1557

IMG_1563

IMG_1567

Co ciekawe, pod muzeum od strony placu, bardzo długo stał wielki pomnik towarzysza Stalina. Miał być on wielokrotnie zburzony, jednak część mieszkańców protestowała, uważając, że jest on chlubą tego miasta. Ostatecznie pomnik został rozebrany w środku nocy w 2010 roku, ku wielkiemu zaskoczeniu mieszkańców. Do dziś na placu zobaczyć można puste miejsce po pomniku otoczone deskami.

 

Po muzeum ruszyliśmy do ruin zamku na szczycie miasta w towarzystwie dwóch spotkanych po drodze psów. Przy okazji warto napomknąć, że w Gruzji aż roi się od bezdomnych psów. Są one jednak bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi, raz się je pogłaszcze, idą za człowiekiem przez całe miasto. A jak wiadomo, my kochamy psy, więc odmówić sobie tej przyjemności nie mogliśmy, przez co przez cały tydzień mieliśmy psich, wiernych towarzyszy 🙂 Zamek na szczycie to nic szczególnego, roztacza się stąd jednak widok na Gori i komunistyczne blokowiska. Aura nie sprzyjała, Gori wygląda na bardzo smutne miasto.

IMG_1582

IMG_1584

IMG_1578

Dalej z dworca w Gori, który jest chyba najnowocześniejszą częścią miasta, a raczej po prostu targowiskiem, gdzie można kupić wszystko, postanowiliśmy ruszyć do pobliskiego Uplisiche, gdzie znajduje się starożytne miasto wykute w skałach. Marszrutka zostawia nas tuż przed mostem, skąd trzeba iść ok. 2 km pieszo. Wieje tutaj z całych sił, należy ubrać się naprawdę ciepło. Zwiedzanie miasta zaczyna się od samego podnóża skał idąc ku górze, gdzie wieje jeszcze bardziej. Na samym szczycie znajduje się maleńka cerkiew– kobiety niech pamiętają (tyczy się to całej Gruzji), by zawsze mieć przy sobie 2 chusty – jedna na głowę (kobiety muszą mieć w gruzińskich monasterach i cerkwiach zakryte włosy), druga zaś jako spódnica, jeśli jest się akurat w spodniach (rzeczą niezbyt mile widzianą jest tu kobieta w spodniach, należy więc mieć spódnicę lub chustę). Miasteczko wykute w skałach robi nie lada wrażenie, szczególnie wiedząc, iż powstało ono już 5 w. p.n.e. i trwało do średniowiecza! Znaleźć tu zaś można pomieszczenie tronowe z pięknie zachowanymi płaskorzeźbami na suficie, półki skalne, ślady ognia i malowidła ścienne. Ponoć w niektórych pomieszczeniach wciąż mieszkają mnisi, tam jednak nie są wpuszczani turyści. Ze szczytu rozciąga się piękny widok na rzekę i dziko pasące się konie 🙂

IMG_1588

IMG_1592

IMG_1600

IMG_1602

IMG_1609

IMG_1613

IMG_1619

Z Uplisiche wróciliśmy taksówką wraz z Francuzem napotkanym na drodze, zahaczając jeszcze o inny monaster, z którego zdjęć wrzucać nie będziemy – niestety cały był w rusztowaniach. Po powrocie do Gori od razu złapaliśmy marszrutkę do Tbilisi, gdzie chcieliśmy dotrzeć na wieczór. Oczywiście najpierw, jak zawsze, trzeba poczekać aż zbierze się ilość osób, z którą opłaca się jechać. Oczekiwanie jednak zawsze jest idealną sposobnością do ucięcia drzemki po nieprzespanej nocy 🙂

Na wieczór dojechaliśmy do niesamowitego Tbilisi. Nad urokiem tego miasta będziemy się rozpływać wielokrotnie w następnych wpisach o Gruzji, bo faktem niezaprzeczalnym jest, że to miasto nas po prostu urzekło 🙂 Tbilisi jednak zasługuje na osobny wpis, za dużo w nim niesamowitych miejsc, wspaniałego jedzenia i wina, fantastycznych ludzi i niezapomnianych chwil! Kolejny wpis zapewne pojawi się już jutro, tymczasem dziękujemy za cierpliwość, wiemy, że długo trzeba było czekać na początek relacji z Gruzji, jednak obiecujemy poprawę! 🙂