Penang!

Bangkok i Khao San porwał nas aż za bardzo i lekko uniemożliwił napisanie nowego posta zgodnie z obietnicą, wybaczcie. Bangkok potrafi porwać, wiemy to aż za dobrze 🙂

16651148_10208838498854854_1067907027_o

Wpis miał być jednak o Penang, więc do rzeczy…Do Georgetown, największej miejscowości na wyspie Penang dojechaliśmy po kilku godzinach jazdy autobusem, rzuciliśmy rzeczy w hostelu i od razu ruszyliśmy penetrować miasto. Widząc, że pogoda zaczyna być nieco kapryśna, tego dnia postanowiliśmy po prostu poszwendać się po mieście.

Georgetown to miasteczko pełne miejsc dla backpackersów, znajdzie tu każdy coś dla siebie – mnóstwo najróżniejszych hosteli – od kapsułowych, przez małe rodzinne hosteliki aż po party hostele. Knajpka obok knajpki, kawiarenka jedna obok drugiej. Oczywiście ma to swój swoisty urok, ale z drugiej strony, turysta siedzi na turyście, a my szukamy prawdziwego oblicza miasta. Gdzie nas to zaprowadziło – o tym później.

Najpierw docieramy do świątyni buddyjskiej tuż obok naszego hostelu…

img_5289

img_5295

Maleńka, czuć jednak we wnętrzu ducha chińskiego nowego roku, w tej części świata wszędzie widoczne jest jego obchodzenie. Setki kadzideł dają poczuć uwielbianą przez nas woń.

Wchodzimy w dzielnicę Chinatown, gdzie w najlepsze trwa mała parada smoków chińskich, tubylcy przygrywają na bębnach. Obserwują chińscy mieszkańcy miasta, obok nich hinduscy, muzułmanie i turyści. Istna mieszanka kulturowa wspólnie ciesząca się celebrowaniem chińskiego nowego roku. Obrazem napawa optymizmem.

16523324_10208823849688634_918702102_o

Docieramy do ulicznego targu aż wreszcie wpadamy do uliczki, gdzie naszym oczom ukazuje się olbrzymia kolejka do ulicznego straganu. Zastanawiamy się, o co tu chodzi. Okazuje się, że wszyscy przepychają się, by kupić lokalny deser, popularny tutaj przysmak Cendol. Uwielbiając kosztować lokalne wyroby, ustawiamy się w kolejce sami. Czym jest ów deser??? Zmrożony kokos z mlekiem kokosowym, kukurydza, fasola, czerwona i zielona galaretka owocowa, czarne żelki o posmaku anyżu. Całość miesza się w zmrożoną zupę i je. Lokalni to uwielbiają, nam szczerze mówiąc akurat ten deser niespecjalnie przypadł do gustu.  Jakoś desery bardziej smakowały nam w Wietnamie 🙂

img_5304

Dalej ruszyliśmy ku wybrzeżu, mijając brytyjski fort, wieżę zegarową poświęconą królowej Wiktorii,  idziemy przyjemną promenadą wzdłuż morza.

img_5316

img_5320

Tubylcy łowią ryby, dzieciaki boso biegają po chodniku, rodzice zadowoleni wpatrują się w uciechy. Powoli zachodzi słońce. Docieramy do pawilonu na otwartym powietrzu, gdzie znajdujemy wreszcie to, czego szukaliśmy. My – jedyne białasy otoczone samymi tubylcami jedzącymi lokalne przysmaki z kilkunastu różnych ulicznych straganów – świeżo złowione owoce morza, sajgonki, sataye, kraby, rybki, olbrzymie ananasy i papaje (tak bardzo już nam tego brakuje!!!!), wszystko, czego dusza zapragnie i sami lokalni dookoła. Jest prawdziwe Georgetown, pozbawione rozpieszczonych turystów! Jest Georgetown, gdzie wieczorna fiesta właśnie się rozpoczęła, wszyscy zajadają się, głównie owocami morza gołymi rękami, popijając świeżo wyciskane soki owocowe. Próbujemy więc kałamarnicy ze straganu, na którym gotował przesympatyczny dziadzio w sile wieku, który zdaje się gotuje tu całe życie. Smak, trzeba przyznać, bardzo pozytywnie zaskakujący, polecamy!

img_5321

img_5323

Wracamy przez dzielnicę kolonialną, wpisaną z resztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pomiędzy kolonialnymi, ślicznymi kamieniczkami porozwieszane są chińskie lampiony.

img_5331

 

Dochodzimy do jednego z lokalnych meczetów, pod którym żołnierze robią sobie zdjęcia, dumni pozują przed aparatem.

img_5340

Wieczór kończymy wreszcie małym spacerem przez malutkie uliczki, które w ciągu dnia drzemały w ciszy, teraz tętnią życiem i zapełniły się ulicznymi straganikami. Woń najróżniejszych zapachów unosi się w powietrzu. Ślinka cieknie.

img_5347

Wieczór kończymy na werandzie naszego hosteliku popijając zimny, złoty napój bogów, planując kolejny dzień i podróż do Tajlandii.

Z samego rana wypożyczamy skuter w naszym hostelu – za cały dzień 35kyat (mniej więcej 35zł). Ruszamy w drogę do parku narodowego na wyspie Penang, gdzie na wejściu kupujemy duuuużo wody, wpisujemy się grzecznie do księgi (wstęp wolny, ale trzeba się wpisać, że wchodzicie) i ruszamy na trekking przez dżunglę. Docelowo chcemy dotrzeć do Monkey Beach, na której nie spodziewamy się spotkać ani jednej małpy, podejrzewamy bowiem, że to tylko nazwa, ale bardziej cieszy nas sam trekking przez bujną roślinność lokalnego parku narodowego.

Już na wstępie czuć, że nie będzie łatwo, po 3 minutach od wejścia w busz dosłownie leje nam się z każdej części ciała, nie ma praktycznie czym oddychać, a na naszej drodze staje 1,5 metrowy jaszczur, którego na zdjęciu uwiecznić nie zdążyliśmy, gdyż tak szybko jak się pojawił, tak szybko zniknął. Przedzieramy się przez dżunglę, od czasu do czasu mijamy malutkie plaże, nie chcemy jednak jeszcze tracić czasu na plażowanie, na to przyjdzie czas na Monkey Beach. Nagle słyszymy charakterystyczne odgłosy i nad naszymi głowami zaczynają skakać po drzewach kolejne małpy, zeskakujące co chwila z drzew i biegające przed nami, niczym się nie przejmując. Nie wiemy do końca czego się spodziewać, toteż po prostu chwilowo stoimy w miejscu. Naprzeciw wyszedł nam największy samiec, pewnie głowa tejże rodziny, minę miał taką, że serio zaczęliśmy się zastanawiać, czy możemy dalej iść i co mu wpadnie do tej futrzanej główki. Bo wyglądał o tak:

img_5378

I nie wyglądał na zadowolonego z naszej wizyty 🙂 Ostatecznie stwierdziliśmy, że idziemy na żywioł, przecież nie zawrócimy przez kilka małp, nie zwracamy na niego uwagi i idziemy prosto, mijając go z lewej strony. Odwrócił się, spojrzał ostatni raz w naszą stronę i skoczył na drzewo dołączając do reszty stada.

My zaś dalej kroczyliśmy przez dżunglę, pocąc się i szukając odrobiny świeżego powietrza, którego tutaj nie zaznasz. Droga pięła się raz w górę, zaraz w dół, przechodzimy pod drzewami zwalonymi na ścieżkę pod wpływem swojego wieku. Po niewiele ponad godzinie, gdy jeszcze kilka razy spotykaliśmy na drodze małpy biegające wokół nas i zajadające owoce, docieramy do Monkey Beach. Plaży, ku której zmierza w zasadzie każdy, kto przyjeżdża do parku narodowego. Absolutna większość jednak przypływa tu łódką z przystani obok wejścia do parku, będąc zbyt leniwymi na trekking. My osobiście jesteśmy baaardzo zadowoleni, że nie przypłynęliśmy tu łódką, lecz wybraliśmy opcję trekkingu, mogąc zobaczyć tak piękną dżunglę, jak i żyjące tu stworzenia. Bo oczywiście, tak jak podejrzewaliśmy, Monkey Beach to tylko nazwa 🙂 Przyjemna plaża, choć większość ją odwiedzających to muzułmanie – kobiety wszystkie w burkach, widać im tylko oczy, nie czujemy się więc nadto komfortowo chcąc iść kąpać się w bikini i kąpielówkach. Przechodzimy na koniec plaży, tuż przed wejściem do dżungli i tam idziemy pływać. Woda? Liczyliśmy na odrobinę orzeźwienia, ona zaś jest tak ciepła, że zastanawiamy się, czy powietrze nie jest chłodniejsze. Po plaży ścigają się setki mniejszych i większych krabów i krabików. W morzu też czuć jak ścigają ci się pod nogami. Woda jest tak płytka, że idzieeeemy i idzieeeeemy, a poziom wody wciąż sięga nam kolan. Plaża więc, choć przyjemna i ładna, otoczona bujną roślinnością tutejszej dżungli, nie jest jednak stworzona do pływania, to na pewno.

img_5387

img_5382

img_5368

img_5394

16523621_10208823855688784_367700621_o

Chcemy więc przedostać się na drugą stronę cypla parku narodowego, gdzie znajduje się Sanktuarium Żółwi, kolejna plaża i jezioro Tasik Meromiktik. Gdybyśmy chcieli iść pieszo, musielibyśmy się cofnąć do wejścia do parku i dopiero dalej iść od wejścia kolejne 1,5h. Nie mamy tyle czasu. Szybciej byłoby dostać się tam łódką. Kolejne łódki chcą nas zabrać do 80kyat – no bez przesady! Nikt nawet nie chce płynąć w tamtym kierunku za niższą kwotę. W końcu udaje się wytargować do 60kyat, co wciąż jest wysoką sumą, ale niżej już nie zejdzie. Ok, płyniemy. W łódce dowiadujemy się, że na tej plaży nie można pływać ze względu na ogromne, parzące meduzy, których zatrzęsienie jest tuż przy brzegu. Szkoda, wielka szkoda, bo tu plaża jest dużo przyjemniejsza i woda widać, że głębsza. Próbujemy wejść do kostek, widzimy jednak zaraz wspominane meduzy, mieniące się na bordowo i fioletowo – tak, w takim razie parzące. Nawet na samej plaży jest olbrzymi znak informujący o meduzach, zakazie pływania i ilości osób, które zostały tu poparzone i niektóre niestety z plaży już nie wróciły. Ok, nie wchodzimy.

img_5427

img_5428

Na plaży znajduje się malutkie sanktuarium żółwi, w którym lokalni opiekują się jajami żółwi błękitnych, badają narodzone żółwie, pomagają młodziutkim żółwikom przedostać się po wykluciu z plaży do morza. Na miejscu znajdują się dwa baseny z żółwiami. Nie wolno ich dotykać, karmić, nie można przy nich spędzić więcej czasu niż 20minut.

img_5419

img_5420

Stąd udajemy się plażą do wspominanego jeziora, którego poziom wody jest aktualnie bardzo niski. Połączony jest małym kanalikiem z morzem, wpływają tu też ryby morskie. Nad jeziorem przewieszony jest drewniany most, który prowadzi znów do dżungli.

img_5437

Wkraczamy znów do dżungli i rozpoczynamy kolejny godzinny trekking ku wyjściu z parku narodowego. Po drodze oczywiście znów mijamy małpy

16593583_10208823860648908_1451207735_o

16650697_10208823859248873_166266462_o

Do wyjścia docieramy cali zziajani, spoceni, leje nam się z głów. Wsiadamy na skuter i jedziemy najpierw na plażę:

img_5453

Później do Batu Feringghi malutkiej nadmorskiej mieściny między parkiem narodowym a Georgetown, gdzie znajduje się spory targ uliczny. Znajdziesz tu wszystko i nic, w większości chińszczyznę, ale znajdzie się tu też coś do jedzenia. Szkoda tylko, że ceny jedzenia są tu najwyższe jak dotąd podczas całej naszej podróży po Azji Środkowo-Wschodniej (Singapur oczywiście droższy, ale mówimy teraz o jedzeniu straganowym). Po drodze mijamy jeszcze lokalny meczet.

img_5444

Z bazaru wygania nas ulewa, wsiadamy więc na skuter, gdy deszcz zelżał i wracamy do Georgetown. Zmieniamy hostel (w poprzednim nie było już miejsca, a docelowo nie planowaliśmy spędzić tu 2 nocy, niestety busy do Tajlandii nie jeżdżą w nocy, więc musieliśmy zabookować bilety na poranek – 5 rano). Oddaliśmy skuter i ruszyliśmy na nocny bazar w Georgetown, który słynie z lokalnych przysmaków. Karolina zjadła chińskie pierożki, Piotrek zupę z krewetkami. Kolację „umilała” muzyka śpiewana przez lokalnych wyjców, których 1. Nie dało się słuchać, 2. Nawet nie znali słów piosenek, które śpiewali, więc czytali z tabletu 🙂

16586786_10208823851528680_140664183_o

I niestety czas spać. Rano wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii, nie wiedząc jeszcze, ile przeprawa przez granicę będzie nas kosztować nerwów, bo Karoliny nie chcieli wpuścić celnicy do Tajlandii, sugerując, że powinna co nie co włożyć między strony paszportu, my zaś uparliśmy się, że nie damy mendom na nas zarobić, skoro legalnie chcemy przekroczyć granicę. Ale o tym kolejny wpis.

Tymczasem pozdrawiamy z Tel Avivu! 🙂

Kuala Lumpur, Batu Caves

Na wstępie, musimy, wybaczcie – Mamo, nie denerwuj się oglądając tu zdjęcia, NIE, nie pogryzły nas małpy, NIE, nie mamy wścieklizny, WIEMY, ŻE MÓWIŁAŚ, BY ICH NIE DOTYKAĆ, ale jakoś tak wyszło, przepraszamy 🙂

A teraz do rzeczy…

Do Kuala Lumpur dojechaliśmy ostatecznie ok. 1 w nocy. Na szczęście recepcjonista czekał na nas, byśmy mogli się zameldować. Mimo wielu godzin spędzonych w podróży i na granicy nie mogliśmy zasnąć, choć miasto dawno już zamilkło. Wiedzieliśmy już, że w związku z opóźnieniem autobusu, będziemy musieli w Kuala Lumpur spędzić jeszcze jedną noc, jeśli chcemy zobaczyć nocą słynne Petronas Tower.

Rano wstaliśmy i postanowiliśmy dzień zacząć od Batu Caves, czyli świątyń hinduistycznych odkrytych w XIX wieku ulokowanych w wapiennych jaskiniach mniej więcej 12km od Kuala Lumpur. Dojechać tam można kolejką podmiejską 2,4 myr (przelicznik waluty malezyjskiej do pln to 1 do 1, więc nie będziemy za każdym razem przeliczać) ze stacji Kuala Lumpur, na Chinatown.  Chcieliśmy tam pojechać jak najwcześniej wiedząc, że z godziny na godzinę w jaskiniach będzie przybywać tak zwiedzających, jak i przede wszystkim wyznawców hinduizmu, którzy właśnie obchodzą swoje religijne święto. Czas jazdy to ok.20min.

Dojechaliśmy na miejsce tuż po 9 rano, a ludzi już była cała masa. Jest to z resztą główne miejsce pielgrzymek lokalnych wyznawców hinduizmu, a jest ich sporo, więc nie ma co się dziwić. Ciężko sobie wyobrazić, co dzieje się później. Wejście do głównej jaskini jest za darmo, do dwóch pozostałych wstęp płatny. Wyobrażenie, które macie o Batu Caves, gdy dotrzecie  na miejsce jest zupełnie inne. Można rzec – dość zawodzi. Szczególnie ogromny plac przed wejściem do głównej jaskini, gdzie znajdziecie wszystko – od kokosów, przez frytki po hinduistyczne bransoletki i kwiaty. Nas na placu złapali dziennikarze i udzielaliśmy wywiadu do nieznanej nam telewizji, gdzie musieliśmy powiedzieć, jak cudownie jest być w tym miejscu i jak wspaniale to wszystko wygląda. Tak naprawdę – tak, w środku wygląda i robi wrażenie, jednak wspomniany plac de facto targowy – dramat!

16522371_10208814137005823_59927793_o

16586776_10208814806542561_736997733_o

img_5113

Tuż przed jaskiniami stoi olbrzymi posąg Murugana, jego największy posąg na świecie. Pilnie strzeże wrót do jaskini, w której znajdują się świątynie wyznawców hinduizmu. Wstęp do samych świątyń tylko dla wyznawców. Widać, w jaki trans wpadają stając już na pierwszym stopniu schodów do jaskini, wszyscy boso, w odświętnych strojach. W środku przy kolejnych posążkach bogów palą się świece, panuje półmrok, światło wpada przez otwór w jaskini, z którego kapią delikatnie kropelki wody.

img_5136

img_5195

img_5188

Gdzie jednak mkną wszyscy turyści? Na sam koniec jaskini, gdzie główną atrakcją są wszędobylskie małpy, na tyle bezczelne, że podchodzą do każdego i wyrywają, dosłownie wyrywają z rąk i plecaków jedzenie. Nie masz jedzenia? To spadaj, idę dalej, kto inny mi da. Karolina trzymała w zamkniętej dłoni kilka chrupek, małpa podeszła, jedną ręką przytrzymała z całej siły kciuk, drugą otworzyła sobie pozostałe palce i wyciągnęła chrupki, wybierając je do ostatniego okruszka.

img_5144

img_5142

img_5161

img_5172

img_5177

16522117_10208814141965947_287150417_o

16492263_10208814147166077_138009408_o

Po wizycie w Batu Caves wróciliśmy do Kuala Lumpur, ponownie kolejką. Docieramy do centrum miasta, mijając po drodze kolejne budynki. Najpierw teatr miejski, który aktualnie jest w remoncie:

img_5208

…dalej zaś Masjid Iamek, do którego wstęp jest zamknięty dla turystów nie-muzułmanów na najbliższe 3 miesiące.

img_5209

Na posiłek wybraliśmy oczywiście Chinatown, gdzie idąc od straganu do straganu, próbowaliśmy kolejnych specjałów. Najpierw naleśniki z miodem i orzechami, dalej zaś chińskie pierożki – najpierw na słono – z krabem, krewetkami, tofu, potem zaś na słodko – z lotosem, z truskawkami – nazwaliśmy je „chmurki”, bo ciasto było tak delikatne, że rozpływało się w ustach. Próbowanie Lokalnych przysmaków to jedna z ulubionych części każdej naszej podróży – bezapelacyjnie!

img_5212

img_5220

img_5215

16586451_10208814148366107_1092785608_o

I oczywiście kawa ze skondensowanym mlekiem, nie można jej nie pić będąc w Azji Południowo-Wschodniej. Na wynos? To w woreczku. Ta kawa w porównaniu do kawy w Birmie (tylko instant z torebki, tak samo w Singapurze) była parzona, bardzo mocna i z dużą ilością mleka. Ilość taka, że ciężko było wypić.

img_5219

Docieramy wreszcie do Narodowego Meczetu Masjid Negara. Wejście dla turystów między 15 a 16. Boso, przykryte włosy, nogi, ręce po nadgarstki. Jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, można za darmo wypożyczyć przy wejściu do meczetu, trzeba się jednak przygotować na kilometrową kolejkę przed każdym wejściem turystycznym. A co jeśli nie ma się odpowiedniego stroju, a nie chce się stać w kolejce? Ubrać na siebie wszystko, co ma się w plecaku podręcznym, czyli sarong, koszulę i…przeciwdeszczową pelerynę 🙂 Można wyglądać dość zabawnie, niektórzy rzekną, jak idiota, ale czy to ważne? Wszystko zakryte, jak trzeba, można wchodzić zanim tłumy stojące w kolejce po strój wejdą do środka.

img_5232

Meczet narodowy, choć sporych rozmiarów (może pomieścić ponoć 15tys. Wiernych, choć w to nie chce się wierzyć), nie robi piorunującego wrażenia. Może dlatego, że jest on stosunkowo młodym budynkiem, pochodzi z 1965 roku, na jego ukończenie wydano fortunę. Do głównego pomieszczenia, gdzie modlą się pogrążeni w transie wierni, turyści nie mają wstępu, mogą zaglądnąć zza bramki

img_5225

img_5239

img_5238

 

Po wizycie w meczecie narodowym, ruszyliśmy do pobliskiego Perdana Botanical Garden, czyli sporej wielkości ogrodu botanicznego, 200m od meczetu. Miła przystań pośród zieleni, nad jeziorkiem, w którym pływają ogromne ryby i żółwie. W parku znajduje się też część z orchideami, jeleniami i sarnami, sztuczne wodospady czy amfiteatr. Miło tu przysiąść nad jeziorem i odpocząć.

img_5255

img_5254

 

Zaczyna zanosić się na deszcz, z resztą prognozy zapowiadały niezłą ulewę, wracamy więc do hostelu, zarezerwować autobus do Penang, znaleźć hostel, napisać bloga. Mijamy wieżę Menara Tower, do której udamy się pod wieczór, by spojrzeć z góry na miasto.

img_5257

Ledwo dotarliśmy do hostelu, z nieba po prostu lunęło, dawno nie widzieliśmy takiej ulewy i burzy, ściana deszczu, a do tego parno i duszno, że ledwo można oddychać. Mamy tylko nadzieję, że przestanie padać nim się ściemni.

Gdy tylko przestało padać, ruszyliśmy w drogę ku wieży Menara. Chcieliśmy z niej oglądać panoramę miasta, gdy wszystkie wieżowce, a przede wszystkim ten najważniejszy – Petronas, będą już podświetlone. Po ulewie praktycznie nie było powietrza, by oddychać, miasto parowało. Dotarliśmy pod Menarę tuż przed 21, na miejscu okazało się, że jest cała skąpana w chmurach i wyjazd na nią na własną odpowiedzialność, zwrotów za bilety nie będzie. Chcieliśmy zaryzykować, póki nie pokazano nam zdjęć z góry, na których nie widać dosłownie nic, prócz chmur. Ok, bez sensu, idziemy pod Petronasy.

16523951_1662960040387219_481003263_o-1

16492523_10208814150286155_307825610_o

Znowu rozlało się z całych sił, musieliśmy ubrać przeciwdeszczowe kurtki i schować całą elektronikę. Dopiero pod samymi wieżami deszcz ustał, a naszym oczom ukazał się ten niesamowity widok…

img_5261

img_5265

img_5274

16491682_10208814733580737_1219709236_o

I od teraz już wiesz, że jesteś taki malutki…

Pokręciliśmy się jeszcze po Chinatown i wróciliśmy do  hostelu, który mieliśmy opuszczać o 6 rano, by dojechać za dnia na wyspę Penang do Georgetown w Malezji. Dla tych, którzy będą się wybierać gdziekolwiek z Kuala Lumpur z dworca – przyjedźcie tam duuużo wcześniej, zanim wsiądziesz w autobus, stoisz w kilometrowej kolejce, by wymienić swój elektroniczny (uwaga, musi być wydrukowany) bilet, na malezyjski kwitek. Bez tego nikt nie wpuści Cię do autobusu. Wyjazd miał być o 7:45, ostatecznie autobus spóźnił się niemal godzinę. Ostatecznie dojechaliśmy do Georgetown na wyspie Penang, która z lądem jest połączona mostem. W ten sposób rozpoczęliśmy wreszcie zasłużone lenistwo, może nie w takim stylu, jak inni, którzy preferują leżenie do góry brzuchem i robienie NIC, bo nasz styl jest nieco inny – trekking, snorkeling, objazdy, ale dzięki temu widzimy i wiemy więcej 🙂 W każdym razie o Penang, malezyjskich plażach i dżungli będzie kolejny wpis!

Tymczasem pozdrawiamy z Bangkoku, gdzie spędzamy ostatnią noc w Azji Południowo-Wschodniej, ale za to jutro…lecimy jeszcze do Izraela, tak, by stopniowo przyzwyczajać się do niższych temperatur 🙂 Uciekamy na Khao San bawić się do białego rana, jutro wpis z Penang! 🙂

Singapur!

Do Bangkoku, skąd mieliśmy lot do Singapuru, dotarliśmy tuż o świcie, gdy miasto dopiero budziło się ze snu, a Khao San tak naprawdę dopiero kładło się spać. Złapaliśmy taksówkę z dworca Morchit i ruszyliśmy ku miastu. Mieliśmy tylko kilka godzin, ale nie mogliśmy sobie darować śniadania mistrzów na naszej ulubionej Rambuttri street. Nawet kilka godzin przerwy jest warte, by zaglądnąć do Bangkoku, to miasto ma w sobie coś, co nas przyciąga za każdym razem. I oczywiście genialne jedzenie, za którym nieco się stęskniliśmy po birmańskiej kuchni, bądź co bądź tajskie jedzenie bardziej przypadło nam do gustu. Mały spacer po Khao San, gdzie tyle co skończyła się całonocna fiesta i w drogę na śniadanie na Rambuttri.

16492328_10208795004167514_193139796_o

W Birmie nie mieliśmy czasu zrobić sobie nigdzie prania, więc z braku czystych koszulek, nakupiliśmy jeszcze na Khao San kilka koszulek, standardowo „Same, same but different” musiało być J Dla tych, co nie wiedzą – standardowy tekst na każdym ulicznym straganie, gdy pytasz o rozmiar, wzór itd. – na wszystko odpowiedź brzmi „same, same”, choć potem okazuje się, że jednak different 🙂

I w drogę na lotnisko. Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach tuż obok naszego gate’u uzupełniając blog i nawet nie zauważyliśmy, kiedy kończył się boarding i wzywali ostatnich pasażerów  na pokład. Prawie spóźniliśmy się na samolot, choć siedzieliśmy tuż obok wejścia do naszego samolotu. Cóż, opisywanie naszych przygód także może wciągnąć, czasem aż nadto 🙂

Do Singapuru dolecieliśmy, gdy zachodziło słońce. Widać, że nie tak dawno była tu niezła ulewa, teraz było parno i nie było czym oddychać. Jedziemy autobusem miejskim i musieliśmy nieźle wyglądać oglądając miasto zza szyb autobusu z otwartymi buziami J więc to tak wygląda Singapur!

Nasz hostel znajdował się na Chinatown, podlecieliśmy rzucić plecaki i od razu w drogę odkrywać to niesamowite miejsce. Nocą robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia, więc szkoda czasu na lenistwo i sen, Singapur nie kładzie się spać!

To, co od razu bije po oczach, szczególnie wiedząc, że tak, wciąż jesteśmy w Azji, tyle co byliśmy w Birmie i Tajlandii, to niesamowita sterylność Singapuru. Wszystko błyszczy, na chodnikach nie ma nawet listeczka, śmieci, wszystko jest idealnie uporządkowane, a energia w większości miejsc jest czerpana z odnawialnych źródeł. Miejsce idealne?

Mieszkamy w Chinatown, tuż obok naszego hostelu znajduje się buddyjska świątynia Buddha Tooth Relic Temple. Nie zapominajmy, że w Chinach, ale też we wszystkich miastach, gdzie znajduje się spora ilość Chińczyków, hucznie świętuje się Chiński Nowy Rok, tym razem rok Koguta. Nie inaczej w Chinatown w Singapurze. Na każdym kroku ślady chińskiej parady noworocznej – tysiące lampionów, koguty, plakaty itd. Całkiem fajnie być w tej części świata, gdy lokalni świętują swój nowy rok. Coś zupełnie dla nas obcego. W Chinatown tłuuuumy ludzi, wszyscy ucztują całymi rodzinami, nie ma ani jednego wolnego stolika, nawet przy ulicznych straganach.

img_4904

img_4905

Idziemy jednak ku centrum miasta. Mijamy pierwsze błyszczące wieżowce. Docieramy do Boat Quay, gdzie nad zabytkowymi, kolonialnymi kamieniczkami górują nowoczesne wieżowce. Wzdłuż rzeki knajpka za knajpką serwująca dania w cenach nie mieszczących się w głowach zwykłego śmiertelnika.

img_4896

Po drugiej stronie rzeki stary budynek parlamentu Singapuru bacznie spogląda na to, co dzieje się wzdłuż rzeki.

img_4912

Oraz Muzeum cywilizacji azjatyckich:

img_4920

Wszystkie oficjalne urzędy utrzymane w kolonialnym, bardzo schludnym stylu, połączonym z odrobiną nowoczesności. Idealnie wpisują się w krajobraz miasta. Mijamy drogie knajpy, luksusowe hotele, totalnie traci się tutaj poczucie, że wciąż jesteś w Azji. Docieramy do słynnego pomnika Merlion, symbolu Singapuru. Wokoło setki turystów robiących sobie selfie z pomnikiem i otaczającymi go wieżowcami. Na wprost nas hotel i galeria handlowa Marina Bay Sands, dziś chyba każdy rozpozna ten budynek, można powiedzieć, że w pewien sposób ów hotel zajął miejsce lwa. Chyba najsłynniejszy na świecie basen na szczycie hotelu to miejsce, o którym marzy każdy, kto odwiedza Singapur. Niestety wstęp tylko dla gości hotelu, turyści za opłatą 23 dolary singapurskie mogą wejść na taras, gdzie za szybą znajduje się basen, ale to już nie to samo, czyż nie? 🙂

img_4936

img_4943

img_4946

img_4962

img_4969

img_4971

Idąc promenadą, powoli zbliżamy się do Gardens by the Bay, po drodze zahaczając znów o obchody Chińskiego Nowego Roku, które trwają wzdłuż wybrzeża. Potężny lampion-kogut, mnóstwo straganów, wesołe miasteczko, tłumy chińskiej części społeczności Singapuru. Przeszliśmy przez hotel Marina Bay Sands i po drugiej stronie budynku docieramy na pomost prowadzący do ogrodów, gdzie już z oddali widać gigantyczne sztuczne drzewa – kolejny symbol Singapuru. Wstęp do ogrodów jest wolny od opłat. W ciągu dnia jedynie kryte oranżerie i Skywalk, czyli wisząca w powietrzu ścieżka pomiędzy drzewami są płatne, w nocy zamknięte dla odwiedzających. Ogród robi wrażenie tak nocą jak i za dnia.

img_4987

img_4989

img_4999img_5001

Zahaczając w drodze powrotnej jeszcze o Chinatown, w środku nocy wracamy do hostelu, by odespać nieco poprzednią dobę spędzoną w kolejnych autobusach i samolocie, wyczerpani nieco podróżą.

Wstajemy z samego rana, by zdążyć obejść Singapur zanim ruszymy w drogę do Malezji. Kupiliśmy bilety na autobus do Kuala Lumpur na godzinę 15:30 czasu lokalnego (godzina do przodu względem czasu tajskiego). Autobusów jeździ codziennie co nie miara, ceny wahają się od ok. 20 dolarów singapurskich do 60. Nasz kosztował 20 dolarów singapurskich od osoby, czyli ok. 55 zł.

Najpierw odwiedzamy wspominaną już tu świątynię buddyjską, tym razem za dnia. W środku pochłonięci w transie lokalni, składający dary mnichom. Tysiące mniejszych i większych posągów Buddy, kadzidła, kwiaty.

img_5014

img_5016

img_5019

Chinatown, mimo że jest jeszcze naprawdę wcześnie, już tętni życiem. Teraz dużo lepiej widać kolonialne kamieniczki, których nocą nie było widać pomiędzy straganami i knajpkami. Pozostałości brytyjskich kolonialistów widoczne są na każdym kroku.

img_5022

I oczywiście kolejne koguty, przypominające o Chińskim Nowym Roku:

img_5024

Mimo, iż w nocy miasto tętniło życiem, znów uderza sterylność i nowoczesność. Wszędzie wielkie telebimy, stanowiska chłodzące przechodniów, wszystko przy użyciu odnawialnych źródeł energii. I te drapacze chmur…

img_5031

img_5043

Znów docieramy do ogrodów Gardens by the Bay. Mnóstwo lokalnych rodzin z dzieciakami, mnóstwo turystów. To miejsce chyba nigdy nie jest pozbawione wizytatorów. Trudno się jednak dziwić.

img_5053

img_5056

img_5061

img_5067

Chcieliśmy wjechać na szczyt hotelu Marina Bay Sands, jednak widząc ogromną kolejkę i mając na uwadze czas, musieliśmy zrezygnować. Istniało bowiem ryzyko, że spóźnimy się na autobus do  Kuala Lumpur, a na to sobie nie mogliśmy pozwolić. Ostatni spacer przez Singapur…Nie mogliśmy wyjść z podziwu, serio.

img_5082

img_5092

img_5095

Zabieramy nasze plecaki z hostelu i ruszamy ku miejscu, gdzie ma czekać nasz autobus. Standardy autobusów malajskich linii już zupełnie inne.  Brak toalety, autobusy lata świetności mają dawno za sobą. Teoretycznie mieliśmy jechać ok. 7h, w praktyce droga się przedłużyła za sprawą….

img_5108

…tego, co działo się na granicy. To jest tylko kawałek kolejki, w której przyszło nam czekać niemal 2h. Cóż, niedziela, wiele osób wracało z weekendowych wypadów do Singapuru, poza tym lokalni mają też teraz sezon urlopowy, więc trudno się dziwić. Całe szczęście, że tym razem słońce schowało się za chmurami, bo ciężko przewidzieć, ile osób mdlałoby stojąc w kolejce w pełnym słońcu. Kolejne autobusy podjeżdżały, wypuszczały pasażerów, należało zabrać ze sobą całe swoje bagaże, by zostały prześwietlone przez kontrolerów. Nie wolno wwozić mango! Autobus czeka po drugiej stronie granicy na wszystkich pasażerów. Po dwóch fantastycznych godzinach spędzonych w tej jakże „przyjemnej” kolejce, dostajemy pieczątki i wkraczamy do Malezji – kolejne marzenie udało się zrealizować, bo przecież kto powiedział, że nie można???

Do Kuala Lumpur dojechaliśmy dopiero po 1 w nocy, musieliśmy dzwonić do naszego hostelu, by ktoś na nas czekał, byśmy mogli się zameldować –  w Malezji recepcja otwarta 24/7 to rzadkość. Znów nocowaliśmy w Chinatown, jednak o tej porze miasto było już pogrążone w głębokim śnie. Nie będziemy się tu jednak zagłębiać w kwestie Kuala Lumpur, o tym bowiem będzie kolejny wpis!

Tymczasem pisząc to jesteśmy w Tajlandii, na promie płynącym na wyspę Koh Samui, po dniu pełnym przygód na granicy, gdy ledwo udało nam się dostać do Tajlandii. Rozpoczynamy kilka dni błogiego lenistwa, będzie czas na nadrobienie zaległości na blogu!

Pozdrawiamy!