MEKSYK – FILM PODSUMOWUJĄCY!

Nareszcie udało nam się zmontować nasz pierwszy filmik z podróży 🙂 Zachęceni doświadczeniami innych, postanowiliśmy nagrywać niektóre ujęcia z podróży, te, ukazujące najbliższe naszemu sercu miejsca, najzabawniejsze momenty, samą podróż różnymi środkami transportu i wszystko to, czego nie chcielibyśmy nigdy zapomnieć 🙂

8 minut pełne naszych najlepszych wspomnień i urywków z wyprawy do niesamowitego Meksyku!

Zapraszamy do oglądania!

 

PODSUMOWANIE WYJAZDU DO MEKSYKU 2016!

Standardowo już i jak zwykle z lekkim poślizgiem, czas nadszedł, by podsumować naszą kolejną wyprawę, tym razem dookoła zachwycającego Meksyku. Minęło już kilka tygodni od naszego powrotu, prawda jest jednak taka, że jeszcze tego samego dnia, gdy wylądowaliśmy w Polsce, rzuciliśmy się od razu w wir pracy i codziennych obowiązków, nie mając wciąż czasu na spokojne przestudiowanie naszej podróży i przekalkulowanie kosztów. Zawsze jednak okazuje się, że najlepszą mobilizacją do podsumowań jest wizja kolejnej wyprawy i nowy etap 🙂
Biorąc pod uwagę fakt, że tak naprawdę Meksyk nie był nigdy naszym priorytetem na tyle, by specjalnie wyszukiwać tanich lotów w tym kierunku, zaś decyzję o tej wyprawie, widząc naprawdę tanie bilety lotnicze, powierzyliśmy, dosłownie, monecie, nasze wrażenia po powrocie z tego kraju całkowicie przerosły nasze oczekiwania. Szczególnie mając na uwadze wysoce podzielone opinie na temat tego kraju i wszechobecne stereotypy kreujące Meksyk na nieziemsko niebezpieczne miejsce, co oczywiście w rzeczywistości okazuje się absolutną nieprawdą.
Po kilku przesiadkach, spędzonej nocy na lotnisku w Madrycie, wielu godzinach w samolotach dotarliśmy do Meksyku, gdzie Spędziliśmy bardzo intensywne 12 dni. Nie mieliśmy okazji w ogóle dotrzeć na zachód od Mexico City, kierując się na wschód od stolicy, ale też nie zachód był naszym celem. Co prawda nie udało nam się zahaczyć o Gwatemalę, o czym tak bardzo marzyliśmy (z drugiej jednak strony zakładaliśmy, że raczej się to nie uda), jednak cały nasz misterny i ambitny plan podróży zrealizowaliśmy, mając nawet czas na 1,5 dnia lenistwa na plażach Jukatanu. Jak zwykle bywa podczas naszych wszystkich wypraw – spaliśmy bardzo niewiele, przejechaliśmy całą masę kilometrów lokalnymi środkami transportu, podążaliśmy przed siebie niejednokrotnie z całym dobytkiem na swoich plecach, przemierzyliśmy pieszo setki dróg, ścieżek, uliczek i wróciliśmy do Polski pełni uśmiechu i meksykańskiej pogody ducha. Był to może krótki, acz intensywny i pełen wrażeń wyjazd, a już na pewno należący do jednych z naszych najlepszych i ulubionych wypraw. Pewni jesteśmy, że będziemy robić wszystko, by móc tu jeszcze wrócić, bo Meksyku nie da się nie kochać, ten kawałek świata jest uzależniający – raz spróbujesz i chcesz więcej i więcej…

 

Wpis ów nie mógłby być naszym podsumowaniem, gdybyśmy standardowo nie wypunktowali wszystkich „naj”, które jako pierwsze przychodzą nam do głowy. Czas więc przejść do naszego małego zestawienia…:

 

1. MIASTO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – OAXACA
Oaxaca to pierwsze miasto w Meksyku, gdzie z każdej strony otoczyły nas kolorowe, jedno/dwukondygnacyjne budyneczki, gdzie nie musieliśmy się przeciskać przez dzikie tłumy świętujące dzień wolny od pracy, lecz mogliśmy przysiąść na murku i wsłuchać się w uliczną meksykańską muzykę, graną przez lokalnych grajków, gdzie pierwszy raz zetknęliśmy się z boskim alebrije (w końcu Oaxaca to stolica tejże sztuki), gdzie pierwszy raz po środku zimy, w styczniu, zaświeciło dla nas błogie, gorące słońce, którego tak pragnęliśmy, gdzie ludzie są serdeczni do granic możliwości i skąd nie chce się wyjeżdżać. To miasto jest po prostu magiczne.

 

IMG_0387

IMG_0394

IMG_0408

IMG_0446

2. NAJPIĘKNIEJSZE RUINY, KTÓRE ODWIEDZILIŚMY – PALENQUE
W trakcie naszej podróży po Meksyku, na każdym kroku mieliśmy okazję podziwiać wieloletnie pozostałości po budynkach Azteków i Majów, które wciąż zachwycają swoim ogromem i okazałością. Każde z nich są jednak umiejscowione zupełnie inaczej. Teotihuacan na wykarczowanym, niemal pozbawionym drzew terenie, Monte Alban na wzgórzu kryjąc tajemnice starej cywilizacji przed oczami bardziej wścibskich, Chichen Itza, choć piękna, aż pęka w szwach od turystów. Można by wymieniać dalej, jednak dla nas szczególne są ruiny Palenque – niesamowicie ukryte pośrodku dżungli, skąpane w zieleni tropikalnej roślinności, wciąż świetnie zachowane, wraz z pięknymi płaskorzeźbami. To miejsce, w którym można by przesiadywać godzinami, delektując się niepowtarzalną atmosferą. Absolutnie nr 1 na naszej liście zabytków w Meksyku.

IMG_0705

IMG_0712

IMG_0725

IMG_0747

3. NAJBARDZIEJ INTRYGUJĄCE I ZAGADKOWE MIEJSCE – KOŚCIÓŁ W SAN JUAN DE CHAMULA
Kościół jest swoistą mieszanką katolicyzmu, baptyzmu i prekolumbijskich tradycji. Turyści mogą wejść do środka za drobną opłatą jednak jest absolutny zakaz robienia zdjęć wnętrza. Każda próba zrobienia zdjęcia (a uwierzcie, tubylcy są niezwykle czujni i cały czas patrzą turystom na ręce) kończy się awanturą i wydaleniem z kościoła, co też nam po udanej próbie zrobienia zdjęcia Go Pro, się przydarzyło. W środku panuje nieziemska aura – na posadzce rozłożone są trawy, pośród których palą się setki świec, z których to pod sufit unosi się dym. Dookoła wszystkich ścian rozstawione są ołtarze z psychodelicznymi wizerunkami świętych, u których stóp gromadzą się na podłodze wierni i odprawiają rytualne modły. Nasze zdjęcia z wnętrza zostały usunięte, toteż wrzucamy wyszperane z trudem w Internecie zdjęcia innych szczęśliwców, które jednak nie oddają zupełnie tego, co dzieje się w środku.

IMG_0621

fa7b0ee49d16ec7bcacb246511751df5

DSCN0322-1024x768
4. NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE – MEXICO CITY
Stolica Meksyku, dom dla niemal 9 mln mieszkańców, olbrzymia metropolia, siedziba władz. Nie jesteśmy fanami stolic kraju i nie oczekiwaliśmy zbyt wiele po kolejnej wielkiej metropolii, o której niebezpieczeństwie krążą już legendy. Spodziewaliśmy się obskurnych budynków, tłumów bezdomnych, brudu u smrodu, zakorkowanych ulic, nieprzyjemnej atmosfery po zmroku, czegoś w stylu Limy lub Sao Paulo, które bardzo nie przypadły nam do gustu. Jakież było nasze zdziwienie, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, gdy ujrzeliśmy czyściutkie ulice, ładne, odrestaurowane kamienice, nowoczesne wieżowce na wysokim poziomie, piękne i liczne parki z darmowym wifi dosłownie na każdym kroku i gdy okazało się, że całkowicie swobodnie możemy poruszać się po zmroku – nikt na nas nie zwraca uwagi i na nikim nie robi żadnego wrażenia dwójka białych Europejczyków, która w innej części świata uchodziłaby za smakowity kąsek do obrobienia. Legendy o Mexico City to tylko legendy, nie mające pokrycia w rzeczywistości. Miasto to nas bardzo zaskoczyło, okazuje się bowiem, że stolica – metropolia może być naprawdę przyjemna. I na dodatek mają darmowe zoo z pandami, które zawsze chcieliśmy zobaczyć na żywo 🙂

IMG_1379

IMG_1342

IMG_1487

IMG_1511
5. NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA – ISLA DE LAS MUJERES
W zasadzie może nie jest to najbardziej trafny współczynnik, biorąc pod uwagę fakt, że niestety nie mieliśmy możliwości zbyt wielu plaż podziwiać. Jak już wspominaliśmy, choć wszystkie plaże w Meksyku są publiczne i nie można nikomu zabronić z nich korzystać, tak dojazd do większości z nich jest prywatny, co publiczne korzystanie osobom nie posiadającym własnej łódki skutecznie uniemożliwia. Jednak spośród tych kilku plaż, na których mieliśmy sposobność się pojawić, najpiękniejsza wydaje nam się ta na Isla de las Mujeres, czyli na Wyspie Kobiet. Tutaj określenie „lazurowa, krystalicznie czysta woda” nabiera zupełnie innego znaczenia, chyba nigdy i nigdzie na świecie nie widzieliśmy tak niesamowitych kolorów. Do tego rafa koralowa, wraki, biały piasek, kolorowe rybki, rozgwiazdy, palmy, łodzie rybackie i niczego więcej już nie trzeba. No może Margarity, ale o to akurat nie trudno 🙂

IMG_1170

IMG_1174

IMG_1289

6. NAJFAJNIESZY ZWIERZ – ŻÓŁW BŁĘKITNY!!! 🙂
Gdyby nie możliwość pływania w naturalnym akwenie i środowisku żółwi błękitnych, o czym zawsze marzyliśmy, to pewnie znalazłaby się tu panda, jednak marzenie to marzenie, w końcu się spełniło i nie możemy nie zawrzeć żółwia w tym zestawieniu 🙂 Czytaliśmy w wielu przewodnikach, że w Akumal na Jukatanie można bez problemu spotkać żółwia i to bez potrzeby wypływania na głębiny. Osobiście, szczerze w to wątpiliśmy i bardziej traktowaliśmy to jako chwyt marketingowy mający na celu przyciągnięcie większej ilości turystów, jednak nie dałoby nam to spokoju, gdybyśmy nie sprawdzili Akumal. Szczególnie, że już od dawna marzyliśmy o pływaniu z żółwiami. Karolina, będąc pełną wątpliwości, postanowiła zostać na plaży i chwilę powylegiwać się na kocu, Piotrek zaś za zadanie miał potwierdzić naszą tezę, że żadnych żółwi tu nie ma. Jakieś było zdziwienie nas obojga, gdy Piotrek już po 5 minutach pływania natknął się najpierw na jednego żółwia, potem na drugiego, trzeciego…Gdyby nie fakt, że jeszcze tego samego dnia chcieliśmy dotrzeć w kilka miejsc, ciężko by było nas wyciągnąć z wody 🙂 Pływanie z żółwiami, trzymanie się skorupy i wspólne nurkowanie i wynurzanie się – no niesamowite przeżycie!

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

7. NAJDZIWNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ ZJEŚĆ – LODY SŁODKO-KWAŚNO-OSTRE Z PAPRYKOWĄ POSYPKĄ
Mieszkańcy Meksyku ogólnie mają dziwne smaki jeśli chodzi o słodkie przekąski i akurat do tego się chyba nigdy nie przekonamy. Wszystko, co u nas je się jako słodką przekąskę, bez żadnych udoskonaleń, np. lody, ciasta, cukierki, lizaki etc. lokalni jedzą z wszelkiego rodzaju kwaśno-ostrymi przyprawami. Jeszcze w Puebli zaintrygowały nas lody marakujowe a dziwną czerwoną posypką i bordowym paluchem polane czerwoną polewą. O jakie musiały być nasze miny po pierwszym kęsie, gdy zorientowaliśmy się, że jemy przepyszne, naprawdę wspaniałe lody o smaku marakuji z posypką z czegoś słono-kwaśno-ostrego, papryką granulowaną, polane paprykową, słoną polewą wraz z paluchem złożonym z papryki, soli, czegoś kwaśnego. Całość była obrzydliwa i dla nas, pomimo szczerych chęci, nie do zjedzenia. Nie polecamy

IMG_0360
8. NAJSMACZNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ ZJEŚĆ – zazwyczaj mieliśmy jedno lub dwa ulubione dania, jednak w przypadku kuchni meksykańskiej, ciężko się zdecydować, gdyż po prostu wszystko jest wspaniałe. Oczywiście standardowo korzystaliśmy tylko z ulicznych straganów, targów i przydrożnych barów, z których korzystali lokalni. Piotrek jest największym fanem sosu Mole, czyli sosu złożonego m.in. z czekolady, który jest namiętnie stosowany w kuchni meksykańskiej do mięs, warzyw, tortilli itd. Karolina zaś zajadała się wołowiną, sosami pomidorowo-serowymi z warzywami i smażoną agawą. O uwielbianym przez nas guacamole ciężko nie wspomnieć. Prawda jest taka, że prócz jednego przypadku – wspomnianych wyżej lodów – ani razu nie zdarzyło nam się, by jedzenie nam nie smakowało, wręcz przeciwnie, zawsze zajadaliśmy ze smakiem 🙂

IMG_0495

IMG_0372

IMG_20160204_171933

 

9. NAJBARDZIEJ MALOWNICZE WIDOKI – CANYON DEL SUMIDERO

Kanion rzeki którego ściany sięgają nawet 1200m, zakończony zaporą. Zbocza porasta bujna roślinność, po drzewach dookoła rzeki skaczą mały, zaś widoki na wysokie zbocza, płynąc środkiem kanionu, zapierają dech w piersiach. Szczęśliwcom może uda się wypatrzeć jednego z licznych tu krokodyli. Nam udało się zobaczyć 2 krokodyle leżące na brzegu i wygrzewające się na słońcu i jednego płynącego w rzece niedaleko nas, toteż wychylania się z łódki nie polecamy 🙂

IMG_0503

IMG_0540

IMG_0559

IMG_0564

IMG_0575
Na tej kategorii poprzestaniemy, nie widząc sensu wyliczania w nieskończoność 🙂
To, co pewnie wielu interesuje to koszty i fundusze, które przeznaczyliśmy na naszą wyprawę po Meksyku. Na wstępie należy powiedzieć, że wycieczka o podobnej, acz delikatnie bardziej okrojonej trasie niż nasza w biurach podróży kosztuje od 9 do 11 tys. zł od osoby. Czy tyle właśnie trzeba przeznaczyć za niemal 2 tygodnie w Meksyku i plan o kilka pozycji bardziej rozbudowany niż ten, który oferują biura podróży? Otóż nie i nasza wyprawa jest tego swoistym przykładem. Choć przyznać trzeba, że akurat na tej podróży nie oszczędzaliśmy tak, jak zwykle i kładliśmy nacisk na to, by jak najwięcej zobaczyć. Dodatkowo pamiętajmy, że na dłuższych trasach braliśmy nieco droższe autobusy, które uchodzą za bezpieczniejsze.

 

Bilet do Meksyku mieliśmy zakupiony z Madrytu, z przesiadką w Amsterdamie w jedną stronę, zaś w drodze powrotnej przesiadka była w Paryżu. Za bilet do Meksyku zapłaciliśmy 1291 zł za osobę, przelot liniami Air Europa+KLM. Do tego dokupiliśmy bilet z Warszawy do Madrytu, który wyniósł 105zł za osobę liniami Ryanair. Za przelot w drodze powrotnej na trasie Madryt – Kraków zapłaciliśmy sporo, bo 280zł za osobę. Zmusiły nas do tego komplikacje w Wizzairze, który odwołał nam lot z Paryża (gdzie chcieliśmy zakończyć podróż) do Wrocławia. Dodatkowo wykupiliśmy przelot na trasie Cancun-Mexico City, dzięki czemu zaoszczędziliśmy dobre kilkadziesiąt godzin jazdy autobusem. Lot liniami Volaris w cenie 320zł za osobę. Ceny były wcześniej dużo niższe, pod warunkiem, że kupowało się z dużym wyprzedzeniem. My nie chcieliśmy się zawczasu uwiązywać samolotem na wypadek, gdyby zmieniła nam się trasa.
W Tulum wynajęliśmy na 3 dni samochód, koszt 340zł.
W sumie po podliczeniu wszystkich kosztów, wraz z dolarami, które wzięliśmy ze sobą, wraz z wszystkimi biletami lotniczymi, cała podróż wyniosła nas 4574zł od osoby. Nie jest to mało biorąc pod uwagę to, ile wydawaliśmy przy okazji poprzednich podróży. Weźmy jednak pod uwagę, że normalnie sam bilet do Meksyku kosztuje ponad 3tys zł.

 

Drogą lądową w samym Meksyku przejechaliśmy ok. 2651 km poprzez góry, doliny, szczyty pokryte kaktusami, dżunglę i pustkowia.

 

Jak już kilka razy wspominaliśmy, Meksyk dotąd nie pojawiał się w naszych głowach jako kierunek priorytetowy, nie szukaliśmy biletów ani nawet nie planowaliśmy, że w najbliższej przyszłości się tam wybierzemy. Zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na super promocję na bilety, dzięki czemu zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak by nie wyruszyć. Jako że lista plusów i minusów tego wyjazdu równoważyła się na tyle, że nie byliśmy w stanie podjąć decyzji, postanowiliśmy oddać nasz los jednemu rzutowi monetą… Moneta zaś postanowiła, że mamy lecieć. Tak też kupiliśmy bilety do Meksyku i poczyniliśmy pierwszy krok w kierunku kolejnej wyprawy.
Kolejnym krokiem było zakupienie przewodnika – pamiętajmy, że niestety nie ma zbyt wielu wartych uwagi publikacji na temat tej części świata. My, z doświadczenia, kolejny raz postanowiliśmy skorzystać z przewodnika Lonely Planet, według nas najlepszy przewodnik, zawierający absolutnie wszystkie niezbędne informacje i wskazówki. Przewodniki Lonely Planet może nie należą do najtańszych, ale dobre źródło informacji to podstawa podczas samodzielnej podróży i tutaj nie należy oszczędzać.

 

Wiele osób starało się nas zniechęcić do tej podróży i nastraszyć, upierając się, że Meksyk jest bardzo niebezpiecznym krajem. Traktowaliśmy te opinie z lekkim przymrużeniem oka, wiedząc, że dla wielu ludzi wszędzie, gdzie bez biura, gdzie są ludzie inni niż biali Europejczycy, jest niebezpiecznie. Zasięgnęliśmy też opinii kilku osób, które właśnie z Meksyku wróciły tudzież przebywały tam w momencie, gdy sami się pakowaliśmy do wyjazdu i ostatecznie wszelkie wątpliwości zostały rozwiane.

 

Na miejscu sami przekonaliśmy, że Meksyk jest wspaniałym miejscem na ziemi, pełnym żywych, jaskrawych kolorów, uśmiechniętych i naprawdę serdecznych ludzi, dla których Europejczyk to nie jest źródło zysku, lecz przyjaciel. To kraj, gdzie wciąż styka się wielowiekowa tradycja z nowoczesnymi rozwiązaniami. Gdzie nie opłakuje się swoich przodków, lecz świętuje fakt, że kiedyś z nimi byli. Gdzie wciąż można spotkać tradycyjnie ubranych i wychowywanych Indian. Gdzie szacunek do religii i wiara to swoiste sacrum, coś nietykalnego i niepodlegającego dyskusji. Gdzie dzieci biegają radosne samopas po ulicach i zaczepiają przechodniów obdarzając radosnym okrzykiem. Gdzie policjant, choć wyglądający groźnie jadąc na pace Jeepa z karabinem w ręce, wita ludzi ciepłym uśmiechem i pomacha do spacerowiczów. Gdzie niesamowite ruiny azteckie i majańskie przez całe wieki były ukryte w dżungli w sąsiedztwie niczego nieświadomych tubylców. Gdzie dla lokalnych pływanie pośród krokodyli czy żółwi morskich nie jest niczym nadzwyczajnym.

 

Z drugiej strony Meksyk jest krajem, gdzie handel narkotykami, choć niewidoczny dla nieświadomego turysty, kwitnie w najlepsze. Gdzie paradoksalnie widok policjantów uzbrojonych po uszy wywołuje poczucie bezpieczeństwa, a nie niepokój. Gdzie co dzień w niewyjaśnionych okolicznościach giną bezpowrotnie kobiety.

 

Mimo wszystko my zakochaliśmy się w Meksyku po uszy. Nie od dziś wiadomo, że dla nas dużo ciekawsza jest lewa półkula globu, Meksyk jak najbardziej wpisuje się w nasze gusta. Kochamy Meksyk za wyśmienite jedzenie, za Margaritę, za lazurową wodę Morza Karaibskiego, za niesamowite zapomniane ruiny dawnych cywilizacji, za żółwie, krokodyle i pandy, za występy El Mariachi, za Tequilę i Mezcal, za rafę koralową, za soczystą zieleń dżungli, za piękne drewniane maski, za pokazy sportów azteckich, za uśmiechy życzliwych ludzi, za radosne okrzyki meksykańskich dzieci, za pstrokate kolory i wszechobecne garbusy. Tą wyprawę na zawsze będziemy ciepło wspominać i na pewno będziemy dążyć do tego, by do Meksyku jak najszybciej wrócić. Ta wyprawa także naprowadziła nas na kolejne z naszych marzeń, które gdy tylko w Polsce wyjdzie słońce, zaczniemy realizować – kurs nurka. Po to przecież się żyje, by marzyć i odkrywać, czyż nie?

 

Tymczasem pozdrawiamy tych wytrwałych, którzy dotarli do końca tego wpisu, który z krótkiego zrobił się przydługimi wywodami na temat małej cząstki świata, która głęboko nam zapadła w pamięci. Polecamy Meksyk każdemu i gorąco zachęcamy do podróży w tym kierunku – nie pożałujecie ani minuty spędzonej w tym miejscu 🙂

Wasi Amigos – Karolina i Piotrek 🙂

IMG_1334

Mexico City!

Do stolicy dotarliśmy po lekko ponad dwugodzinnym locie. Przy okazji na lotnisku w Cancun padł system i tutejsza obsługa całą papierkową robotę musiała wykonywać ręcznie, bez pomocy komputerów. Pierwszy raz w życiu mieliśmy ręcznie wypisaną kartę pokładową, ręcznie opisany bagaż – wyglądało to dosyć zabawnie, z drugiej jednak strony odprawa trwała całe wieki. Po drodze żegna nas Zatoka Meksykańska:

IMG_20160203_135755

Z lotniska w Mexico City do centrum najłatwiej dojechać metrem – bilet jednorazowy na każdą linię metra kosztuje 5 pesos, czyli mniej więcej 1zł. Miasto posiada 13 linii metra. Po mniej więcej godzinie od wylądowania dotarliśmy do naszego hostelu, 10 minut od głównego placu starego miasta, zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie, odkrywać Mexico City.

Przy okazji warto napomknąć, że miasto i mieszkańcy delikatnie szaleją – wszystko jest remontowane, odmalowywane, czyszczone ze względu na wizytę Papieża, który przyjeżdża za niecałe 2 tygodnie z oficjalną wizytą. Już się o tym przekonaliśmy przy okazji podróży do Palenque, gdzie ze względu na wizytę Papieża, remontowano najkrótszą drogę do tego miejsca i musieliśmy spędzić 9h w autobusie zamiast 2, ale w stolicy przygotowania widać najwyraźniej.

Gdy dotarliśmy na główny plac Starego Miasta, czyli Zocalo, naszym oczom ukazał się piękny widok starych kamieniczek, wielkiej katedry, pałacu prezydenckiego, sądu. Pierwsze zaskoczenie za nami i pierwszy punkt dla stolicy (zazwyczaj jesteśmy wrogo nastawieni do stolic, które dla nas są raczej przereklamowane). Pamiętajmy, by się przygotować – w tutejszych informacjach turystycznych nie mają map Starego Miasta, więc warto mieć swoją 🙂

IMG_1310

IMG_1315

Z racji tego, że było już dosyć późno i mieliśmy świadomość, że niektóre atrakcje otwarte są tylko do 17, najpierw ruszyliśmy do pałacu prezydenckiego – wstęp darmowy, limit-max 150 osób odwiedzających na godzinę. Trzeba zostawić plecaki przy wejściu w bagażowni, jeden paszport jako depozyt, który odbiera się przy wyjściu. Pałac rzeczywiście warto odwiedzić – turystom udostępniono prywatne pomieszczenia używane przez ukochanego prezydenta – Benito Juareza, dzięki któremu Meksyk stał się zreformowaną federacją. Prócz tego ciekawa wystawa fotografii o Meksyku, sala posiedzeń rządu, piękne, kolorowe murale obrazujące potęgę Aztekow, konkwistę i ucisk ze strony kolonizatorów oraz wystawa masek z całego świata i biblioteka ze zbiorami sprzed wieków. Zdecydowanie polecamy wizytę w tym miejscu.

IMG_1326

IMG_1344

IMG_1342

Gdy zakończyliśmy zwiedzanie pałacu prezydenckiego, wyszliśmy na ulicę i naszym oczom ukazał się targ uliczny dosłownie, którego wcześniej tu nie było – każdy rozkładał na jezdni swoje towary i wrzeszczał w niebo-głosy, by zachęcić potencjalnych kupców do wizyty. Zrobił się nie byle jaki chaos, zwiększono liczebność policji w tym rejonie.

Przy okazji można zaglądnąć do tutejszych ruin azteckich – Templo Major, które zostały zupełnie przypadkiem odkryte w latach 50-tych XX wieku, kiedy to miały miejsce prace modernizacyjne przy elektryce. Ostatecznie część tutejszych kamienic wyburzono, by móc eksplorować odkryte ruiny. Z racji tego, że są one wciśnięte pomiędzy budynki i tylko częściowo udostępnione zwiedzającym, nie wyglądają jakoś imponująco.

IMG_1317

Dalej ruszyliśmy już do katedry, dość imponującej pod względem ogromu i zdobień. Pod nią ciekawa wystawa rzeźb autorstwa meksykańskiego artysty i wygodne fotele 🙂

IMG_1320

Warto przyjrzeć się uważnie katedrze i innym tutejszym starszym, większym budynkom – nie trudno zauważyć, że są przekrzywione w jedną stronę. Jest to wynikiem licznych trzęsień ziemi, które dają się we znaki szczególnie zabytkowym budynkom, nie odpornym na wstrząsy.

I przy okazji jeden z wszechobecnych w Meksyku śladów obecności naszego Papieża – Jan Paweł II to ukochany papież tubylców, w każdym mieście, w każdym kościele znajdziemy jego pomniki, obrazy, zdjęcia, tablice pamiątkowe. Ot, jeden z nich pod katedrą, kolejny znajdziemy w Guadalupe:

IMG_1376

Dalej czas ruszyć najpopularniejszą ulicą Mexico City -Madero, gdzie znajdują się wszystkie najsłynniejsze sklepy, w sumie najwięcej tu sklepów z biżuterią. Na jej końcu stoi najstarszy wieżowiec Meksyku, zbudowany jeszcze w latach 50-tych, skąd ponoć rozpościera się piękny widok na Stare Miasto. Sam wieżowiec lata świetności ma już dawno za sobą, ale tubylcy są do niego bardzo przywiązani.

IMG_1391

A stąd już rzut beretem pod Palacio de Bellas Artes, czyli galerię sztuki – piękny, imponujący budynek 🙂

IMG_1390

Dalej pomknęliśmy w kierunku bazaru z wyrobami artystycznymi, gdzie można pooglądać tudzież zakupić ładne pamiątki z Meksyku. Nie radzimy jednak kupować tu alebrije – nie są tak piękne, jak w Oaxaca, a już na pewno nie tak tanie. Mają jednak ładne sombrera, gliniane naczynia, kolorowe hamaki i inne ciekawe wyroby 🙂 I wyciskany sok z pomarańczy – 1,3 L za 25 pesos – jakieś 5 zł! Nie mogliśmy sobie poradzić z wypiciem tego pysznego soku, ale ciężko nam będzie w Polsce bez codziennego wyciskanego soku przetrwać ! 🙂

Prawda jest taka, że będąc w Mexico City, nie można ominąć Muzeum Tequili i Mezcal i placu Garibaldiego! Muzeum, choć malutkie, jest naprawdę ciekawe i rozwiewa wszelkie wątpliwości dotyczące produkcji tequili, różnic między tequilą i mezcal, uprawy agawy. Przy okazji imponująca kolekcja butelek po tequili i mezcal, wystawa poświęcona el mariachi i….obowiązkowo degustacja tequili i mezcal na tarasie budynku, z którego rozpościera się piękny widok na plac Garibaldiego, gdzie wieczorem zbierają się mariachi i grają urocze meksykańskie pieśni. Wstęp podstawowy – zwiedzanie muzeum+ degustacja jednego kieliszka tequili i jednego mezcal (50 pesos normalny, 30 pesos bilet studencki – uwaga, tutaj uznają europejskie legitymacje i ISICa! / można też wykupić droższy pakiet – 210 pesos za degustację 2x margarity, 2x kieliszek tequili i 2x kieliszek mezcal).

IMG_1406

IMG_1410IMG_1416

 

IMG_1421

Pamiętajmy, że tutejsi Mariachi nie przychodzą na plac Garibaldiego tylko dla przyjemności, ale też dla zarobku, toteż jeśli zatrzymacie się przy zespole, który zacznie Wam grać pieśni, wiąże się to z obowiązkową zapłatą za tą przyjemność 🙂

IMG_1429

IMG_1434

Przy okazji, jeśli po degustacji wzrośnie apetyt, polecamy targ, zlokalizowany na lewo od muzeum, na placu Garibaldiego, gdzie serwują przepyszne guacamole i zapiekane sery. Nie wybierajcie pierwszego stoiska, te pierwsze są stosunkowo drogie, im głębiej tym taniej i tak naprawdę pyszniej 🙂

IMG_1444

Na koniec można się przespacerować, lub jeśli ktoś się obawia Mexico City nocą, można jechać metrem – przystanek zaraz przy placu Garibaldiego. Faktem jest, że nocą widać tu nieco więcej marginesu społecznego, bezdomnych, ale raczej są nieszkodliwi. Poza tym, o czym już wspominaliśmy, na każdym kroku, wszędzie jest mnóstwo policji, uzbrojonej po uszy, więc totalnie nie ma się czego obawiać. Prawda jest taka, że im bardziej się boisz, tym wszystko wydaje się straszniejsze i niebezpieczne. Jeśli zaś ma się luźne i pozytywne nastawienie, nikt tak naprawdę nie zwraca na Ciebie uwagi.

Następnego dnia rozpoczęliśmy od przepakowania naszych bagaży i przygotowania ich do czekającego nas tego dnia lotu do Europy. Dalej złapaliśmy metro i pojechaliśmy ku Bazylice Guadalupe, najsłynniejszego w tej części globu sanktuarium katolickiego, do którego uderzają całe rzesze pielgrzymów z całego świata. Bazylika zlokalizowana jest dość daleko od ścisłego centrum miasta, toteż najlepiej podjechać metrem. Po wyjściu z metra, od razu bije po oczach wszechobecny kicz związany z handlem dewocjonaliami. Pstrokate, błyszczące różańce, przeplatane z figurkami Maryi w brokacie i z lampkami, możliwość wygrawerowania dedykacji, do tego akompaniament najcięższej możliwej muzyki i wrzask naganiaczy. Cóż, biznes to biznes.

Ostatecznie dochodzi się do placu, gdzie zlokalizowany jest stary kościół – także mocno przechylony w wyniku trzęsień ziemi, co czuć będąc w środku – podłoga jest także pochyła. Na lewo od starego kościoła znajduje się słynna na całym świecie bazylika, będąca największym na świecie sanktuarium maryjnym. Z zewnątrz nie robi niesamowitego wrażenia, w środku w centralnym miejscu słynny obraz i ogrom bogato zdobionej świątyni. Tutaj przygotowania do wizyty papieża pełną parą. Pomnik Jana Pawła II oczywiście także stoi, zaraz obok Bazyliki.

IMG_1452

IMG_1480

IMG_1470

Po wizycie w Guadalupe, pojechaliśmy do parku Bosque de Chapultepec, który po pierwsze – jest po prostu bardzo przyjemną odskocznią, miejscem spacerów i relaksu tubylców, a po drugie – jest tu zoo (wstęp darmowy), w którym UWAGA – są dwie PANDY 🙂 a jako że widok pandy, także w zoo, to dosyć rzadki widok, to nie mogliśmy odpuścić! Co prawda pandy postanowiły spać na słońcu, tylko od czasu do czasu przewracając się z jednego boku na drugi, aczkolwiek widok na żywo jest znacznie lepszy niż oglądanie pand na kamerach (jeśli ktoś czasem oddaje się tej popularnej rozrywce 🙂 ).

IMG_1530

Obeszliśmy zoo, które jest przebudowywane i modernizowane, przez co nie wszystkie zwierzęta można zobaczyć, aczkolwiek byliśmy już wystarczająco usatysfakcjonowani widokiem pandy 🙂 Na zakończenie – żyrafa i idziemy dalej 🙂

IMG_1523

W parku znajdują się także 2 jeziorka, z rowerkami wodnymi, ciekawy zamek (wstęp 65 pesos) i mnóstwo wszędobylskich wiewiórek, które są już na tyle oswojone z widokiem ludzi, że same wdrapują się na kolana i bezczelnie wyrywają jedzenie z rąk.

IMG_1503

Sam park jest bardzo ładnie położony, w samym centrum, w bezpośrednim sąsiedztwie tutejszych wieżowców, siedzib korporacji itd. Taki troszkę meksykański Central Park 🙂 Warto przespacerować się główną aleją, pomiędzy wieżowcami – ciekawa roślinność, mnóstwo pomników, wszędzie darmowe wifi – zrobiliśmy sobie spacer z parku w kierunku pomnika Rewolucji, który poniżej:

IMG_1487

IMG_1536

IMG_1542Dalej już nie zostało nam wiele czasu, więc wróciliśmy na odwiedzony dzień wcześniej bazar z wyrobami artystycznymi, gdzie dzień wcześniej byliśmy tuż przed zamknięciem zobaczyć, czy warto w ogóle wracać, zakupiliśmy ostatnie pamiątki, obowiązkowe sombrero i jeszcze ostatni gigantyczny sok wyciskany z pomarańczy. Na pobliskim targu z żywnością wyszperaliśmy najlepsze, najostrzejsze i najbardziej charakterystyczne papryczki, które obiecaliśmy przywieźć Tacie Piotrka – nie zapomnieliśmy, mamy kilka rodzajów, pięknie opisane, już jadą do Polski 🙂

IMG_1543

I ruszyliśmy do hostelu przebrać się i zabrać nasze plecaki, by udać się już na lotnisko. Po drodze musieliśmy jeszcze odwiedzić nasz ulubiony w Mexico City przydrożny bar, w którym to spożywaliśmy pierwszy posiłek po postawieniu naszych pierwszych kroków na meksykańskiej ziemi, a który tak bardzo przypadł nam do gustu 🙂 Co miłe, po 1,5 tygodnia pracownicy nas bez problemu rozpoznali – tych, którzy poprzednio też tu byli z wielkimi plecakami. Po przepysznym jedzeniu obdarzyli nas ostatnim serdecznym uśmiechem, dalej już czas wracać do Polski.

IMG_20160204_171915

Trzeba przyznać, że Mexico City bardzo nas zaskoczyło, w pozytywnym sensie. Wiele można słuchać i czytać legend o tym, jak jest niebezpiecznie, brzydko, nieprzyjemnie. Spodziewaliśmy się, że zastaniemy tu meksykańską Limę, która wybitnie nie przypadła nam do gustu lub Sao Paulo, które pełne było marginesu społecznego i strach się było nocą szwendać po mieście. Tymczasem Mexico City to bardzo przyjemne miasto, pełne pomników, parków i terenów zielonych, starych zabytków z przemiłymi, uśmiechniętymi ludźmi i świetną atmosferą. Miły przystanek na zakończenie podróży i postawienie przysłowiowej wisienki na szczycie tortu 🙂

Pisząc ów post, jesteśmy już na lotnisku w Madrycie. Najpierw spędziliśmy 9h w samolocie z Mexico City do Paryża (CDG). Potem musieliśmy zmienić lotnisko z CDG na Orly, skąd mieliśmy kolejny lot – do Madrytu. Nasz cały lot do Meksyku i z powrotem nie byłby tak tani, gdyby nie te przesiadki. Początkowo mieliśmy po prostu nie kontynuować podróży do Madrytu i zostać w Paryżu, skąd już nawet mieliśmy kupiony lot do Wrocławia, jednak jakiś miesiąc przed naszą podróżą Wizzair zawiesił połączenie Paryż-Wrocław i lot został odwołany. Z racji zaś tego, że z Madrytu jest nam łatwiej i taniej dostać się bezpośrednio do Krakowa (Ryanair), postanowiliśmy spędzić noc na lotnisku w Madrycie i z samego rana wylatujemy do Krakowa.

Tak też kończy się nasza 1,5 tygodniowa przygoda z Meksykiem, w którym się dosłownie zakochaliśmy. Jak tylko uda nam się wrócić do polskiej rzeczywistości, pojawi się wpis podsumowujący nasz wyjazd do Meksyku. Tymczasem pozdrawiamy z Madrytu i dziękujemy za śledzenie naszej wyprawy i każde miłe słowo J Adios Amigos, do usłyszenia niebawem! 🙂

Isla de las Mujeres

Ostatni dzień na Jukatanie i zarazem końcówkę naszego lenistwa przed rozpoczęciem długiej drogi powrotnej do Polski, postanowiliśmy spędzić na Isla de las Mujeres, czyli Wyspie Kobiet. Dzień rozpoczęliśmy od oddania samochodu do wypożyczalni, a dalej już w drogę do Puerto Juarez, z którego promy na wyspę są najtańsze. Co ciekawe, kierunek ten obsługuje UltraMar – firma, która zgarnia ludzi z 4 różnych miejsc w Cancun (bezpośrednio, nie jest tak, że prom wypływa i zatrzymuje się po drodze w innych miejscach), jednak z każdego z tych miejsc cena jest zupełnie inna. Z Puerto Juarez cena w obie strony to 146 pesos, czyli jakieś 30 zł. Z Zona Hotelera cena jest najwyższa, choć łódź taka sama, ale tutaj można sobie pozwolić na więcej fantazji, bo i portfele grubsze 🙂

Prom odpływa co pół godziny, począwszy od 5 rano, aż po godz. 23. Z Puerto Juarez do portu na Isla de las Mujeres płynie się jakieś 20-25 minut. O ile w stronę wyspy nie ma zbyt wielkich kolejek, tak lepiej przygotować się na powrót odpowiednio wcześniej i ustawić się w kolejce, gdyż liczba miejsc jest ograniczona 🙂

Płynąc promem i widząc niesamowicie lazurową wodę, nie mogliśmy się doczekać zejścia z pokładu 🙂

IMG_1156

IMG_1150

Przy okazji – dlaczego Wyspa Kobiet??? Otóż w czasach prekolumbijskich, na wyspie mieściło się bardzo ważne sanktuarium bogini Ixchel – czyli patronki kobiet, bogini płodności, narodzin i  medycyny. Źródła historyczne potwierdzają liczne pielgrzymki majańskich kobiet do tego miejsca, ponadto, gdy Hiszpanie – odkrywcy wyspy tutaj dotarli w 1517 r., znaleźli na wyspie liczne figurki glinianych kobiet, stąd wyspę nazwali Isla de las Mujeres, czyli Wyspą Kobiet.

Jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że nasz ostatni dzień na Jukatanie upłynie pod znakiem snorkelingu i podziwiania tutejszej rafy koralowej. Z racji tego, że nasz czas jest jak zwykle ograniczony, zdecydowaliśmy, że skorzystamy z wielu oferowanych tutaj wycieczek łódką mającej na celu pokazanie turystom rafy. Wychodząc z promu, na wstępie atakują promotorzy chcący sprzedać jedną z takich wycieczek. Ceny nie są tragiczne, w porównaniu do tych, które oferowane są choćby w Akumal czy Cancun, spodziewaliśmy się dużo wyższej ceny. Zapłaciliśmy 380 pesos, czyli jakieś 80 zł, co oczywiście nie jest niską kwotą, jednak byliśmy bardzo zdeterminowani, by móc popływać dalej niż przy brzegu, sprzętu swojego nie mamy, kursu płetwonurka także (spokojnie, to nasze kolejne marzenie bliskie realizacji 🙂 ). W cenie wycieczki sprzęt – maska, rurka, płetwy, kamizelka, łódka, pływanie na rafie pośród wraków statków, postój w lagunie, możliwość pływania z rekinem wielorybim, obiad, przewodnik. Maksymalna ilość osób  biorących udział w wycieczce to 15 sztuk, nas na szczęście było nieco mniej.

Najpierw przystanek niedaleko Playa Norte – nie chce się z tej wody wychodzić! (dziś niestety zamęczymy zdjęciami, przepraszamy)

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

dav

 

IMG_1174

IMG_1196

IMG_1175

IMG_1192

Gdy już każdy się oswoi z wodą, płynie się dalej do miejsca, gdzie są porzucone 2 wraki statków, niegdyś wojskowych, które zostały celowo zatopione, by wspomóc odbudowywanie rafy koralowej – drugiej pod względem wielkości rafy na świecie, która narażona jest tutaj na liczne huragany i silne prądy morskie, dewastujące ją i doprowadzające do pomniejszenia jej zasobów. Nie mamy zbyt wielu zdjęć z samej rafy, gdyż w większości kręciliśmy filmy, jednak można nam wierzyć na słowo, że tutejsza fauna i flora robi wielkie wrażenie. Ilość wielokolorowych egzotycznych ryb przekracza ludzkie pojęcie, podwodne jaskinie, rafa chętnie obrastająca wraki statków i rzeczywiście bardzo silny prąd. Kilka zdjęć ze snorkelingu poniżej (żółwi nie było 😦 ):

IMG_1205

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Dalej dociera się na obiad do knajki zaraz przy brzegu, gdzie można też skorzystać z okazji i popływać z rekinem wielorybim – nie, nie jest niebezpiecznym żarłaczem, tak naprawdę to bardzo łagodny zwierz 🙂

IMG_1240

Nim obiad zostanie przygotowany, można oddać się błogiemu lenistwu…

IMG_1252

IMG_1261

Po obiedzie płynie się łodzią na Playa Norte, gdzie można oddać się plażowaniu, my jednak poprosiliśmy, by wysadzono nas w porcie i wynajęliśmy sobie skuter. Niestety była już godzina 17, więc mogliśmy wynająć jedynie na godzinę (większość wypożyczalni jest czynna do 17, udało nam się znaleźć jedną pracującą do 18). Skuter na godzinę – 140 pesos, na dwie godziny 200, na cały dzień 300. Można także skorzystać z bardziej popularnego tutaj środka lokomocji, jakim są golf cary, czyli po prostu melexy. Ich wynajem jest już nieco droższy, ale na pewno jazda sprawia dużo radości. My jednak po wyprawie do Azji, pozostajemy wierni skuterom 🙂 Pamiętać jednak należy, że Isla de las Mujeres to malutka wyspa (zaledwie 7,5km długości i ok. 2km szerokości) i na jej objechanie z przystankami na zdjęcia spokojnie wystarcza godzina. Zatem wypożyczając należy zastanowić się, co chce się robić na wyspie (jest farma żółwi morskich – nie zdążyliśmy, ruiny majańskie – ale bardzo niewiele z nich zostało, można popływać z delfinami w delfinarium, skorzystać z oferty popularnych w Meksyku parków rozrywki – jeden z nich znajduje się także tutaj – pierońsko droga impreza, jedna z atrakcji to m.in. zjazd na tyrolce nad wodą).

My, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu, ale mając też świadomość, że wyspa jest malutka, postanowiliśmy objechać ją w całości, zatrzymując się w co ciekawszych miejscach, by porobić zdjęcia i podelektować się widokami. Isla de las Mujeres jest rzeczywiście przepiękna. I na szczęście wciąż pozbawiona hotelowych molochów, od których roi się w Cancun czy Playa del Carmen. Zabudowania to w większości malutkie kolorowe kamienice lub mini wille, które nie rażą oczu w taki sposób, jak nas razi Zona Hotelera w Cancun. Plaże wyspy od strony Cancun są raczej piaszczyste, bardzo długo płytkie, woda spokojna, po drugiej zaś stronie wyspy mamy pełne morze – wielkie fale, klify, skały i wielokrotnie zakaz kąpieli ze względu na wzburzone morze. Ruiny majańskie to raczej dość mocno podupadłe pozostałości, po których widać rzeczywiście, jak wiele lat minęło od czasów ich świetności i że żywioł zabytków nie oszczędza (w 1988 roku wyspe zaatakował potężny huragan, niszcząc ruiny świątyni bogini Ixchel). Na cyplu, gdzie znajdziemy ruiny, znajdziemy piękne klify. Poniżej kilka zdjęć z naszej przejażdżki skuterem po Isla de las Mujeres:

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

IMG_1275

IMG_1272

IMG_1284

IMG_1276

Po oddaniu skuteru, zaliczyliśmy jeszcze spacer wybrzeżem, Piotrek skusił się jeszcze na ostatnią kąpiel w Morzu Karaibskim, przed opuszczeniem przez nas Jukatanu.

IMG_1293

hdr

hdr

Dalej zaś udaliśmy się do portu, gdzie już stała olbrzymia kolejka do wejścia na prom. Mieliśmy o tyle szczęście, że bramkę zamknęli zaraz za nami, karząc pozostałym osobom czekać na kolejny prom 🙂

Teraz zaś po kolacji, rozkoszujemy się ostatnią już na Jukatanie Margaritą, która nigdzie indziej na świecie nie będzie już smakować tak samo…Jutro rano lecimy do Mexico City, miasta, które z racji tego, że właśnie stąd mamy lot powrotny do Europy, zostawiliśmy sobie na koniec naszej fascynującej, pełnej kolorów podróży po Meksyku, której tak bardzo nie chcemy kończyć…

Isla de las Mujeres to przepiękne miejsce, zupełnie inne niż wszystkie  i choć przyjeżdża tu już bardzoo dużo turystów, wciąż są miejsca dzikie i pozbawione towarzystwa. Plaże zaś są tutaj bezkonkurencyjne, przynajmniej w porównaniu do tych, które mieliśmy okazję w Meksyku oglądać.

Tymczasem Adios Amigos, jutro już znajdziemy się w nieco innym klimacie, zupełnie innym miejscu na mapie Meksyku, gdzie dobiegnie końca nasza podróż. Do czwartkowego wieczoru, kiedy to wylatujemy z Meksyku, jeszcze trochę pozostało, toteż nie żegnamy się na długo, Mexico City też trzeba odkryć i opisać! 🙂

Riviera Maya – Tulum, Akumal, Puerto Morelos, Cancun!

Do Tulum, z racji tego, że jest to miejsce oblegane przez gigantyczne tłumy turystów z całego wybrzeża, postanowiliśmy wybrać się na samo otwarcie, czyli na godz. 8 rano. Wstaliśmy o 7, ogarnęliśmy się, zeszliśmy na dół zastanawiając się, czemu już jest śniadanie, które ponoć jest od 8, ale niewiele analizując, po prostu zjedliśmy i złapaliśmy taksówkę do Tulum – 50 pesos pod wejście.

Zdziwiło nas, że przyjechaliśmy na otwarcie, a już tylu turystów stoi w kolejce do wejścia. Stwierdziliśmy, że może tak tu właśnie jest, sami kupiliśmy bilety (65 pesos) i ruszyliśmy w kierunku majańskich ruin i Morza Karaibskiego. Pomijając już tłumy i wielkie grupy turystów, między którymi trzeba się przeciskać, Tulum rzeczywiście jest pięknie usytuowane – ruiny na klifach, poniżej lazurowe Morze Karaibskie – jeśli masz szczęście i trafisz na bezchmurne niebo i uda Ci się jakoś skutecznie poprowadzić swój slalom pomiędzy kolejnymi chodzącymi jak „święte krowy” turystami, zdjęcia wyjdą niesamowite. My mieliśmy o tyle pecha, że od samego rana mocno wiało, przez co chmury co chwila przesłaniały słońce, kolory więc nie mogły wyjść takie, jak w pełnym słońcu. Tulum zdecydowanie jest na szczycie, zaraz obok Palenque naszej listy najpiękniej usytuowanych ruin w Meksyku, co do tego nie ma wątpliwości. Jednak spośród wszystkich przez nas zwiedzanych stref archeologicznych w Meksyku, tutejsze ruiny są dosc słabo zachowane, a wstęp jest wszędzie ograniczony wszędobylskimi linami i tabliczkami z zakazem wejścia. Poniżej ruin znajduje się piękna plaża, z której można korzystać i gdzie można się kąpać pomiędzy zwiedzaniem kolejnych miejsc w obrębie strefy archeologicznej. Kilka zdjęć z ruin Tulum i wspominanej już plaży poniżej:

IMG_0999

IMG_0989

IMG_1021

IMG_1018

IMG_1044

IMG_1009

Warto też bacznie przyglądać się kamiennym pozostałościom majańskich budynków- leniwie wygrzewają się na nich całe rzesze iguan, nie zwracając uwagi na obserwujących ich ludzi.

IMG_1032

IMG_0982

Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy kąpać się na plaży w obrębie strefy archeologicznej, lecz przejdziemy się alejką pośród palm w kierunku plaż publicznych zaraz za strefą archeologiczną. Nie ma sensu zbyt wiele pisać na temat naszego słodkiego lenistwa i uroku tutejszych plaż, zamęczymy Was dziś zdjęciami, które jak to zwykle ze zdjęciami bywa, nie oddadzą i tak rzeczywistego wyglądu, ale…wystarczy spojrzeć 🙂

 

IMG_1059

dav

 

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

IMG_1064

O 14 mieliśmy odebrać samochód z wypożyczalni, dotarliśmy w naszym mniemaniu nawet przed czasem, okazało się jednak, że delikatnie zapomnieliśmy o fakcie, że przecież na wybrzeżu Morza Karaibskiego jest godzina do przodu względem czasu z Mexico City. Mieliśmy tego świadomość jeszcze w Meridzie, jednak na miejscu totalnie o tym zapomnieliśmy. Stąd gdy wstaliśmy, śniadanie już było serwowane, w ruinach Tulum już było sporo ludzi, a po samochód przyszliśmy lekko później niż mieliśmy w planie 🙂 Tak to jest, jak człowiek zapomina o szczegółach, skupiając się na lenistwie 🙂

Samochód wypożyczyliśmy na 2 dni, de facto mieliśmy z niego korzystać 1,5 dnia. Wynajem aut nie jest tu najtańszy – my zapłaciliśmy ok. 40 dolarów za dzień za najbardziej podstawowe auto i była to najtańsza w tym terminie oferta. Z drugiej jednak strony można się dostać do szerszej gamy miejsc niż jadąc colectivo w znacznie krótszym czasie.

Po wypożyczeniu samochodu przejechaliśmy się do Boca Paila, wioski rybackiej, do której szrutowa droga prowadzi najpierw poprzez Strefę hostelową Tulum, czyli komercha w pełnej krasie – hotele, rezydencje, drogie restauracje, spa, masaże, butiki itd. – fe. Jednak po minięciu ostatniego hotelu, droga prowadzi pomiędzy palmami i wygląda tak :

hdr

Na miejscu weszliśmy na dziką plażę, gdzie powitał nas jakże miły wojskowy z karabinem w dłoniach – jak zdążyliśmy zauważyć, najprawdopodobniej jego zadaniem było chronienie prywatności jakiejś znanej i ważnej osoby, która właśnie grała w siatkówkę z kolegami na tejże plaży. Jednak miły żołnierz pozwolił nam przespacerować się brzegiem, oczywiście w przeciwnym kierunku niż chroniony „mecz” siatkówki”, dalej zaś pożegnał uśmiechem życząc miłej podróży.

W samej Boca Paila nie ma już co robić późnym popołudniem. W ciągu dnia można przepłynąć się łódką tutejszą laguną, którą zamieszkują ponoć krokodyle, my jednak byliśmy już za późno i chcieliśmy tylko sprawdzić, czy warto tu np. zostać i popłynąć następnego dnia. Widząc lagunę, która nas osobiście jakoś nie poruszyła, postanowiliśmy jednak jechać w kierunku północnym.

Naszym kolejnym celem było Akumal – miasteczko słynne z tego, że ponoć w przybrzeżnych wodach można spotkać żółwie morskie, a przepłynięcie się z żółwiem to jedno z naszych marzeń, które chcieliśmy zrealizować. Dojechaliśmy, gdy zaczęło się już ściemniać i pierwsze, co nas uderzyło to fakt, że przy plaży znów hotel za hotelem, posada, hacjendy, rezydencje, które próbują zagarnąć sobie plaże tylko dla siebie. Ale o prawie własności względem plaż będzie później.

Nie mieliśmy już szansy tego dnia sprawdzić, jak to jest z tymi żółwiami, jednak niewątpliwie coś jest na rzeczy, bo wszystkie znaki drogowe, tablice, reklamy są pełne wizerunków żółwi. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie kolejny chwyt reklamowy, mający po prostu sprowadzić tłumy turystów, a żółwi w rzeczywistości się tu nie znajdzie. Mimo wszystko chcieliśmy poczekać do rana i sprawdzić.

Przy okazji, nie polecamy próby spania na dziko w Meksyku 🙂 tak już mamy, że zawsze jak wynajmujemy auto, choć jedna noc spędzamy w samochodzie, nie mogło być inaczej w przypadku Meksyku. Za idealną miejscówkę obraliśmy parking przy plaży w Akumal – ciemno, pusto, parking czynny od 8, czyli gdy już nie będziemy spać, dookoła tylko hotele turystyczne, więc bezpiecznie. Najpierw piwko na plaży pod palmą, potem czując się już jak u siebie, rozwiesiliśmy sobie mokre stroje kąpielowe na drzewie, rozłożyliśmy fotele i do spania. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie policja, od której aż roi się w Meksyku na każdym kroku. Przejeżdżając obok ulicą, zauważyli samotne auto stojące na parkingu – od razu zajechali sprawdzić, co się dzieje. No i niestety nas 1. Obudzili (no jak można! 🙂 ), 2. Powiedzieli, że niestety nie możemy nigdzie spać w samochodzie ani na plaży ani ogólnie na dziko, więc musimy ogarnąć sobie jakiś normalny nocleg. Tak też wylądowaliśmy w Akumal Pueblo w jedynym hoteliku, który nie jest rezydencją ani spa ani niczym w tym stylu, z niedzielnym festynem ulicznym i fałszującym Meksykańcem za oknem.

 

Rano wstaliśmy i od razu pojechaliśmy na plażę w Akumal, pełni niewiary i wątpliwości, sprawdzić, jak to jest z tymi żółwiami. Oczywiście po drodze obowiązkowe zachęcanie i próba wciśnięcia wycieczki łódką, by popływać z żółwiami – nie, dziękujemy, damy radę.

Każdy może sobie wyobrazić nasze miny, zaskoczenie i radośćm, gdy ujrzeliśmy doslownie kilka metrow od brzegu pierwszego, wielkiego żółwia, który potem „zaprowadził” nas do drugiego, potem zaś trzeciego. Żółwie zdawały się zupełnie nie zwracać uwagi na ludzi, zajmując się jedzeniem wodorostów, płoszyło ich jedynie zbyt bliskie podpływanie ludzi do dna. Co jakiś czas wypływały na powierzchnię, by zaczerpnąć odrobiny powietrza. Co tu dużo mówić, pływanie z żółwiami morskimi to niesamowite przeżycie, a chyba nikomu nie musimy tłumaczyć jak to jest, gdy spełniasz swoje marzenie 🙂

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Dalej postanowiliśmy przejechać się na polecane w przewodniku plaże – Playa Paraiso i Playa del Secreto. Najpierw jednak szybka wizyta w Playa del Carmen, miejscu tak pełnym komercji, barów, pubów, klubów, hoteli, TŁUMÓW i po prostu tak brzydkim, że po 20 minutach stamtąd pojechaliśmy dalej na północ. Co do następnych plaż, to chyba najlepszy moment na wyjaśnienie, jak to w Meksyku mają się prawa własności plaż. Otóż, według prawa WSZYSTKIE plaże w Meksyku są plażami publicznymi, co oznacza, że każdy ma do nich mieć nieograniczony dostęp. W praktyce wygląda to tak, że wybrzeże zabudowane jest kolejnymi resortami, hotelami, rezydencjami, które graniczą ze sobą płot w płot. Oczywiście nie trzeba chyba mówić, że zlokalizowane są tuż przy plaży. Oznacza to więc, że choć plaże są publiczne, skorzystanie z nich jest jednak niemożliwe, gdyż dojście do nich jest prywatne. W ten sposób teoretycznie publiczna plaża staje się de facto prywatną, gdyż dostęp do niej mają tylko mieszkańcy danego resortu. Oczywiście jeśli masz łódkę to możesz na tą plażę po prostu przypłynąć i nikt nie może Ci tego zabronić, ale to jedyne rozwiązanie. Sami próbowaliśmy dostać się do plaż poprzez hotele, ale nie zostaliśmy wpuszczeni, gdyż „jest to teren prywatny”. No niestety łódki nie mamy.

Tak więc o ile dojście do Playa Paraiso jest akurat możliwe, tak niestety była ona pełna wodorostów i niezbyt zachęcała do plażowania, zaś dostęp do Playa del Secreto jest zamknięty ze względu na hotele przy niej wybudowane. I tak jest niestety w przypadku absolutnej większości plaż na Riwierze Maya, co jest strasznie irytujące.

Tak też wylądowaliśmy w uroczej mieścinie – Puerto Morelos, co w sumie może nawet wyszło nam na dobre. Prócz tego, że jest to przemiłe, malutkie miasteczko, to jeszcze rafa koralowa jest na wyciągnięcie ręki, bez potrzeby wypływania gdziekolwiek łódką. Do tego woda ma kolory wprost niesamowite, a tylko 3 metry od brzegu można spotkać barakudy, płaszczki, kraby, wszelkiego rodzaju kolorowe rybki i oczywiście rafę (nie, żółwi tutaj nie spotkaliśmy 😦 ). Do tego zabawna atrakcja Puerto Morelos – krzywa latarnia morska. Jej historia zaczęła się w latach 40stych XX wieku, kiedy to została zbudowana z kamieni z ruin majańskich. Służyła jako światło dla zbłąkanych marynarzy do lat 60tych, kiedy to Meksyk nawiedził potężny huragan, przekrzywiając latarnię. Władze podjęły decyzję o budowie nowej latarni i rozbiórce tej krzywej, jednak decyzji tej sprzeciwili się mieszkańcy, twierdząc, że skoro Piza może mieć swoją krzywą wieżę, to i Puerto Morelos może 🙂 Krzywa latarnia przetrwała jeszcze 2 huragany i stoi na swym miejscu do dziś.

IMG_1112

IMG_1102

IMG_1124

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Ostatecznie, całe popołudnie spędziliśmy wylegując się na plaży w Puerto Morelos i polując na kolejne kolorowe ryby i płaszczki 🙂 Na wieczór zaś dojechaliśmy do Cancun, gdzie właśnie jesteśmy:

IMG_1130

IMG_1134

IMG_1140

Mieszkamy w hostelu z genialnym tarasem na dachu, gdzie właśnie popijamy Coronę i planujemy naszą jutrzejszą wyprawę na Isla de las Mujeres, czyli Wyspę Kobiet.

mdeTo będzie nasz ostatni dzień na Jukatanie i chcemy go wykorzystać jak najlepiej. Zatem Adios Amigos, czas naszego powrotu zbliża się nieubłaganie, jednak staramy się jak najlepiej spędzić ten czas, który nam pozostał 🙂

Chichen Itza, Cenota Ik Kil

Do Chichen Itza ruszyliśmy autobusem o 7 rano z Meridy, autobus lokalny – przystanek na życzenie każdego – a to by kupić bułkę przy drodze, a to by zapalić papierosa. Ostatecznie dojechaliśmy koło 10, od razu ruszyliśmy ku bagażowni zostawić nasze plecaki, które mieliśmy ze sobą – bagażownia w Chichen Itzy jest za darmo zaraz za okienkami, gdzie kupuje się bilety wstępu.

Mamy wrażenie, że tutaj tłumy są zawsze bez względu na to, o której godzinie się przyjedzie. Na otwarcie nie mogliśmy zdążyć, gdyż pierwszy autobus z Meridy jechał o godzinie 6, więc szansy nie było. Natomiast o 10 już cały parking był dosłownie zawalony wszelkimi autobusami i busami wycieczkowymi, które przywożą setki turystów z hoteli z wybrzeża.

Ceny biletów wstępu już iście „jukatańskie”, znacznie różniące się od tych, do których przyzwyczaił nas centralny Meksyk. Cóż, najbardziej turystyczny rejon Meksyku ma to do siebie, że ceny są znacznie wyższe. Za wstęp do Chichen Itza zapłacić trzeba 239 pesos (ok. 50zł).

Przy okazji warto wspomnieć, bo zdaje się, że dotąd nie napomknęliśmy – w Meksyku niestety zniżek dla studentów nie ma, ISIC nie zdaje się na nic, zniżki studenckie są tylko dla obywateli Meksyku studiujących na meksykańskich uczelniach. Ceny dla obcokrajowców są też zawsze odpowiednio wyższe niż te dla obywateli Meksyku.

Coś dla nieświadomych – Chichen Itza to prekolumbijskie miasto założone przez Majów w IV-VI wieku. Wpisane zostało na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, nie bez powodu też zaliczane jest do 7 Nowych Cudów Świata, jednak miejsce to jest pełne komercji – sklepów, straganów, handlarzy zaczepiających na każdym kroku, co całkowicie zaburza urok. Nie chcielibyśmy być źle zrozumiani – Chichen Itza to przepiękne miejsce, ale turystów jest stanowczo za dużo, a stragany i handlarze pomiędzy ruinami totalnie je szpecą.

Kilka zdjęć z Chichen Itza poniżej – niestety tutaj wejście na piramidę jest zabronione, nie tak, jak we wszystkich poprzednio odwiedzanych przez nas miejscach. Pewnie wpływ na to ma ilość odwiedzających.

IMG_0879.JPG

IMG_0885.JPG

IMG_0895.JPG

IMG_0889

IMG_0929

IMG_0914

IMG_0934

Z drugiej jednak strony dla tych, którzy chcą sobie kupić ładne pamiątki z Meksyku w atrakcyjnej cenie – Chichen Itza to będzie raj. Szczególnie biorąc pod uwagę mocno zawyżone ceny na wybrzeżu. Handlarze podają początkowo gigantyczne ceny, ostatecznie jednak schodzą do absolutnego minimum, momentami aż przykro, patrząc ile trudu wkładają np. w wyrzeźbienie pięknych masek.

IMG_0938

Warto patrzeć uważnie pod nogi, tudzież przyglądać się murom ruin – wielokrotnie wygrzewają się na nich wielkie iguany. Ponoć można też wypatrzeć najmniejsze kolibry świata.

Na terenie Chichen Itza znajdują się dwie cenoty, nie są jednak udostępnione dla spragnionych popływania, nie zachęcają z resztą przejrzystością wody.

IMG_0931

Dla tych, którzy chcą po spacerze dookoła Chichen Itza się lekko orzeźwić, polecana jest krótka wycieczka do pobliskiej Cenoty Ik Kil. Zachęceni znanymi z wielu albumów zdjęciami, świadomi, że odległość od Chichen Itzy jest zbyt mała, by mogło tam być kameralnie, stwierdziliśmy jednak, że zaryzykujemy. Taksówka z Chichen Itza do Cenoty Ik Kil kosztuje 50 pesos, wstęp do Ik Kil 70 pesos. Bagażownia niestety nie jest w cenie, należy dodatkowo zapłacić. Zaraz po wyjściu z taksówki naszym oczom ukazał się parking pełen turystycznych autokarów, wiedzieliśmy więc czego się niestety spodziewać. Po zakupieniu biletu wchodzi się na teren przepełniony sklepami z pamiątkami, restauracjami, barami i wszelkiego rodzaju innymi atrakcjami dla turystów. Istny koszmar. Pośrodku tego cenota, a tam – kolejka ludzi chcących wejść tudzież wskoczyć do wody. Tak więc kameralnie być nie mogło, ale trudno, skoro już tu jesteśmy to wypadałoby chociaż wejść do wody. Mieliśmy tyle szczęścia, że zanim skończyliśmy się przebierać, spłukiwać i upychać nasze rzeczy do szafki, grupy zostały zgarnięte przez swoich przewodników i pojechały na obiad. Toteż mogliśmy popływać, gdy pozostało dosłownie kilka osób. Głębokość wody – zaledwie 50 metrów 🙂 Piotrek namiętnie skakał z podwyższenia, Karolina wolała spokojnie pływać pośród mini sumów. Po dosłownie 30 minutach spokoju, znowu zjechały się tłumy, stwierdziliśmy więc, że czas najwyższy się stąd zbierać. Zdjęcia z cenoty poniżej ( z wody niestety nie mamy, gdyż kręciliśmy tylko filmy, których nie mamy możliwości teraz załączyć na blog – obejdzie się 🙂 ).

IMG_0951

IMG_0954

Po wyjściu z Ik Kil okazało się, że nie ma żadnych taksówek, pozostało więc łapanie stopa. Cóż, niestety Meksykańcy nie są zbyt chętnym narodem do brania obcych ludzi do swych aut, pozostał więc spacer poboczem, gdzie w połowie naszej drogi zatrzymała się taksówka i zabrała nas pod wejście do Chichen Itza, gdzie zostawiliśmy swoje duże plecaki.

Dalej zaś wsiedliśmy do autobusu (zatrzymuje się tuż przed wejściem do Chichen Itza), którym po 3h drogi dojechaliśmy wreszcie nad Morze Karaibskie. Jesteśmy w Tulum, zdążyliśmy już zaliczyć tutejszą Margaritę:

IMG_20160130_210433

I zaprzyjaźnić się z hostelowym pupilem – Che, który cały czas okupuje kanapę, na której siedzimy tworząc ten wpis i non stop domaga się skrobania po głowie 🙂

IMG_20160130_220310

Jutro rano zwiedzamy ruiny w Tulum i pierwszy raz zanurzymy się w Morzu Karaibskim, potem zaś wynajmujemy na 2 dni samochód i ruszamy przed siebie wzdłuż lazurowo-turkusowych wód, zatrzymując się, gdzie nas poniesie fantazja, nigdzie się już nie spiesząc, szukając żółwi i dzikich plaż, gdyż nasz napięty plan podróży udało się już zrealizować 🙂

Pozdrawiamy Amigos, popijając Wasze zdrowie meksykańską Coroną 🙂

Merida, Dzibilchaltun!

Do Meridy dojechaliśmy tak naprawdę w środku nocy, dzięki czemu mogliśmy dreptać przez miasto o 2 w nocy i przekonać się, że nie bez powodu uchodzi ona za jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Meksyku. Kompletnie nie ma się czego obawiać, ludzie, których spotykaliśmy, nawet nie zwrócili uwagi na dwójkę białasów dreptających z całym dobytkiem na plecach.

Nasz hostel znajduje się centralnie na głównym placu Meridy, dzięki czemu już tuż po przyjeździe mogliśmy ujrzeć pierwsze atrakcje tego miasta. Błyskawiczne zameldowanie i po prostu padliśmy do łóżek. Zasnęlibyśmy nieco szybciej, gdyby nie fakt, że w naszym pokoju nie było okna i szczerze mówiąc „lekko” nam zawiewało 🙂

Rano wstaliśmy nieco później niż zwykle, dochodząc do wniosku, że najlepiej będzie zostać jeszcze jedną noc w Meridzie zamiast pędzić dalej, gdy wszystkie miejsca będą już pełne turystów, a pasowałoby też zobaczyć Meridę. Po przewertowaniu przewodnika, ustaliliśmy, że wybierzemy się do pobliskiej miejscowości Dzibilchaltun (17 km od Meridy) – raczej niezbyt popularny wśród turystów kierunek, gdzie jednak znajduje się stanowisko archeologiczne kultury Majów i cenota o głębokości 40 metrów, służąca niegdyś jako zbiornik wody pitnej, dziś zaś jest udostępniona do kąpieli.

Ruszyliśmy najpierw w poszukiwaniu colectivo, o których czytaliśmy w naszym przewodniku, jednak każdy z miejscowych odsyłał nas do zupełnie innego miejsca, przez co mieliśmy wrażenie, że totalnie nie mają pojęcia jak dojechać do interesującego nas miejsca. Ostatecznie wylądowaliśmy w informacji turystycznej, gdzie dowiedzieliśmy się, że musimy nieco pokombinować, by się tam sprawnie dostać. Zgodnie ze wskazówkami wsiedliśmy do colectivo do Chablekal – 7 pesos od osoby, jakieś 20 minut drogi. Dalej w Chablekal wsiada się w tzw. Mototaxi, czyli coś w stylu azjatyckiego Tuk-Tuka (10 pesos od osoby), który podwozi pod samo wejście do ruin Dzibilchaltun.

Tutaj ceny już zdecydowanie jukatańskie – 139 pesos za wstęp do strefy archeologicznej wraz z wejściem do muzeum i cenoty – podział na opłatę federalną i lokalną – ceny na Jukatanie dużo wyższe niż w centralnym Meksyku.

W zasadzie same ruiny nie robią takiego wrażenia, jakie zrobiły na nas poprzednie odwiedzane przez nas strefy archeologiczne, ale muzeum  warto uważnie obejść – zbiory z Chichen Itza, Uxmal, historia konkwisty na odwiedzanych przez nas terenach, bardzo dużo świetnie zachowanych śladów kultury Majańskiej.

Kilka zdjęć z ruin Dzibilchultan poniżej:

IMG_0795

IMG_0793

Przy okazji warto uważnie patrzeć pod nogi i w niebo – można wpaść na wielką iguanę tudzież wypatrzeć kolorowego kolibra 🙂

Zwieńczeniem spaceru po ruinach będzie dla każdego turkusowa cenota, której głębokość dochodzi do 40 metrów. Można w niej pływać, jeśli ma się sprzęt to także zanurkować, gdyż to, co widzimy z powierzchni to nie wszystko – cenota ciągnie się podwodnymi jaskiniami. Piotrek skorzystał z kąpieli, Karolina zaś nie mogła (dosłownie) oderwać stóp od bajecznych rybek korzystając z naturalnego fish spa – w cenocie pływały te same rybki, które używa się do masażu stóp. Pierwsze 5 minut – nie da się powstrzymać od śmiechu, potem już jest tak błogo, że nie chce się zabrać stóp z wody 🙂 Oferta nielimitowana 🙂

IMG_0800

IMG_0816

IMG_0813

Ostatecznie wróciliśmy do Meridy, gdzie zaczęły się przygotowania do karnawałowego weekendu. Pod katedrą zaczepił nas przemiły Meksykaniec, informując nas, żebyśmy koniecznie wieczorem przyszli o 20 pod katedrę, bo będzie karnawałowy mecz w piłkę. Nie wytłumaczył nic więcej, więc sądziliśmy, że chodzi o zwykłą piłkę nożną, ale grzecznie podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Merida nas osobiście jakoś nie zachwyca, niby kolonialne miasto, niby miasto białych domów, niby wszędzie piszą, jakie to ono piękne, ale na nas zrobiło raczej nijakie wrażenie w porównaniu do tego, co dotąd zobaczyliśmy. Miło, aczkolwiek na dłuższą metę nie ma tu, co podziwiać.

IMG_0847

IMG_0778

IMG_0777

Wieczorem, zgodnie z zaleceniem meksykańskiego amigo, wybraliśmy się pod katedrę, będąc święcie przekonanymi, że idziemy oglądać mecz piłki nożnej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy przebranych w tradycyjne Majańskie stroje lokalsów, kolorowo umalowanych, z pióropuszami na głowach. Mecz – owszem –był, ale bynajmniej nie piłka nożna 🙂 Majowie uprawiali, i do dziś ich potomkowie starają się podtrzymywać, tradycyjny sport (W Meridzie aż 60% mieszkańców to potomkowie Majów) – grają w piłkę, którą uderzyć mogą wyłącznie biodrem, przez co wielokrotnie, by w ogóle mieć szansę uderzyć piłkę, muszą wykładać się na ziemi uderzając biodrem w piłkę. Gracze są podzieleni na dwie drużyny, wygrywa ta drużyna, która strzeli więcej goli. Bramka jednak odbiega od naszej, znanej z piłki nożnej. Otóż pomiędzy obiema stronami boiska ustawiony jest monument zakończony otworem, przez który należy przerzucić piłkę, oczywiście wyłącznie biodrem.

IMG_0861

Kolejną rozgrywką jest gra rękami, jednak utrudnieniem jest fakt, że piłka zostaje podpalona i przez całą rundę nie można piłki zrzucić na ziemię, z tego też względu zawodnicy muszą ją sobie cały czas palącą się, przerzucać. Wygrywa ponownie drużyna, która najwięcej razy trafi piłką (tym razem płonącą) do otworu w monumencie.

IMG_0871

Bardzo ciekawy pokaz i pewnie, gdyby nas nie zaczepił ów Meksykaniec, nie mielibyśmy o tym pojęcia. Okazuje się jednak, że tak właśnie wygląda koniec karnawału w Meridzie – przez cały tydzień na głównym placu organizowane są różnego rodzaju koncerty i pokazy.

Jutro z samego rana ruszamy do Chichen Itza i do cenoty Ik Kil, planujemy zdążyć zanim miejsca zostaną zaatakowane przez tłumy turystów, na wieczór zaś dotrzemy wreszcie nad Morze Karaibskie do Tulum, czego nie możemy się doczekać 🙂

Przy okazji, z racji tego, że dziś 30. Stycznia i Mama Karoliny ma dzisiaj 18-ste urodziny, a nie ma nas w Polsce, by osobiście złożyć życzenia i wyściskać, chcieliśmy więc symbolicznie przesłać najlepsze życzenia prosto z Meksyku 🙂

mde

Sto Lat, Mamo!

Tymczasem pozdrawiamy Amigos, już jutro czeka nas Morze Karaibskie 🙂

Palenque, Agua Azul!

Dojechawszy wieczorem do Palenque, pierwsze co zauważyliśmy to bardzo ciężkie, wilgotne powietrze i zaduch – tak, jesteśmy w bezpośrednim sąsiedztwie dżungli. Bardzo chcieliśmy nocować w tzw. Cabanas pośrodku dżungli, czyli takie meksykańskie bungalowy, okazało się jednak, że wszystkie miejsca są już zajęte, musieliśmy obejść się smakiem i zarezerwować hostel w miasteczku.

IMG_20160127_210820

Samo miasto Palenque to najbardziej urodziwych nie należy, w zasadzie nie ma tu nic prócz kilku knajpek, sklepów i kościoła na głównym placu. Zupełnie nic ciekawego. Po przekąszeniu kolacji w barze na placu głównym, wróciliśmy do hostelu i zaczęliśmy kombinować, by wyrobić się z odwiedzeniem nie tylko ruin w Palenque, ale także by skoczyć do Agua Azul – wodospadów oddalonych o ok. 60km od Palenque. Czas mieliśmy ograniczony, gdyż kupiliśmy bilety na autobus do Meridy na 16:15, które były bezzwrotne.

Nigdzie nie mogliśmy znaleźć informacji, od której Agua Azul jest otwarte dla turystów, nasz przewodnik, internet i tubylcy twierdzili też, że nie ma bezpośrednich busów ani colectivo z Palenque do Agua Azul. Pogoda też nie była jakaś fenomenalna, bo choć było naprawdę ciepło, tak niebo przykryte zostało chmurami, prognozy nie były zbyt optymistyczne, oznacza to, że odbiór krystalicznej wody w wodospadach będzie nieco inne aniżeli podczas słonecznego dnia.

W otchłani naszego przewodnika wygrzebaliśmy informację, że do Agua Azul można dojechać w nieco kombinowany, ale skuteczny sposób – najpierw wsiąść w colectivo do Ocosingo, z którego należy wysiąść przy drodze, jakieś 3 km od Agua Azul, tam zaś stoją lokalne taksówki, które podwożą pod wejście do parku z wodospadami. Problem pojawia się jednak, gdy mocno pada deszcz, gdyż wtedy colectivo ma problemy na trasie, która z racji trudnych warunków pogodowych, znacznie się wydłuża. Niewiele się jednak zastanawiając, doszliśmy do wniosku, że zaryzykujemy, kładziemy się spać na 4h, wstajemy o 6, pakujemy rzeczy i lecimy łapać colectivo. Przyzwyczajeni już jesteśmy, że podczas naszych wyjazdów śpimy po kilka godzin, jednak kolejne odkrywane przez nas miejsca dają nam mnóstwo energii 🙂

O 7 rano złapaliśmy colectivo – koszt przejazdu 40 pesos od osoby, choć niebo było mocno zachmurzone, obeszło się bez deszczu, dzięki czemu jechaliśmy lekko ponad godzinę jako jedyni biali pośród całej grupy tubylców jadących do pracy. Kierowca, zgodnie z umową zatrzymał się przy drodze, gdzie od razu złapaliśmy taksówkę – koszt 20 pesos od osoby, po drodze należy zapłacić za wjazd do parku narodowego – 40 pesos od osoby. Taksówka wyrzuca zaraz obok ścieżki prowadzącej do kolejnych kaskad. Udało nam się zwiedzić Agua Azul, gdy prócz nas były może jeszcze 4 osoby, gdy kończyliśmy spacer zaczęły zjeżdżać się kolejne wycieczki. A czym jest Agua Azul można zobaczyć poniżej:

IMG_0641IMG_0643IMG_0644IMG_0672IMG_0658IMG_0669

W słońcu woda jest ponoć jeszcze bardziej błękitna, nas jednak i tak cieszyło to, co zobaczyliśmy 🙂 Piotrek nawet skusił się, by chwilę popływać – są do tego specjalnie wyznaczone miejsca, nie wszędzie można pływać.

IMG_0693

To, co nas zabolało w Agua Azul to wszechobecne stragany, bary na drodze ulokowane pomiędzy kolejnymi wodospadami. Strasznie zaburza to odbiór tego miejsca, cóż, handel jednak musi kwitnąć, a gdzie turyści – tam biznes. Mimo wszystko sok wyciskany z pomarańczy musieliśmy wypić – dzień jak co dzień, odkąd jesteśmy w Meksyku 🙂

IMG_0699

Skończywszy spacer po Agua Azul, wsiedliśmy znów do taksówki, zostawiła nas w tym samym miejscu, w którym wysiedliśmy z colectivo i po niespełna 2 minutach już siedzieliśmy w colectivo jadącym do Palenque. Ceny są stałe na tej trasie, toteż nie ma ryzyka, ze się zapłaci więcej. Po godzinie dotarliśmy do Palenque, gdzie od razu wsiedliśmy do kolejnego colectivo, tym razem jadącego do Zona Archeologica w pobliskiej dżungli nieopodal Palenque. Koszt przejazdu – 20 pesos, po drodze zatrzymujemy się, by zapłacić 31 pesos za wjazd do parku narodowego, dalej po zakończeniu jazdy, należy uiścić opłatę za bilet wstępu do strefy archeologicznej Palenque – 65 pesos od osoby. Tu się formalności kończą, można zacząć chłonąc to niesamowite miejsce, które jak dotąd spośród wszystkich meksykańskich zabytków archeologicznych, które mieliśmy okazję zobaczyć, zrobiło na nas największe wrażenie.

Pewnie przede wszystkim dlatego, że tutejszy pałac, świątynie, groby, płaskorzeźby są świetnie zachowane jak na swój wiek. Poza tym miejsce to jest ulokowane pośrodku buszu, niesamowitej, zielonej dżungli, co sprawia, że poczuliśmy się, jakbyśmy wylądowali w jakimś zaginionym świecie, z dala od nowoczesnej cywilizacji, w zapomnianym mieście. Ruiny Palenque są absolutnie niesamowite i można przesiadywać tu godzinami, wpatrując się w ruiny, wsłuchując się w śpiew papug i wyglądając egzotycznych zwierząt. Dowody, choć jak zwykle nie oddadzą w pełni rzeczywistości, poniżej:

IMG_0712IMG_0707IMG_0733IMG_0754IMG_0725IMG_0746IMG_0751IMG_0758IMG_0764

Przygotowaliśmy się na obecność masy komarów, o których piszą i przed którymi ostrzegają tutaj na każdym kroku, osobiście jednak nie zostaliśmy wcale pogryzieni. Może taka pora, może zwykłe szczęście, na wszelki wypadek lepiej się zabezpieczyć. Polecamy też odwiedzić Museo de Sitio, zlokalizowane na końcu trasy przed ruiny – przepiękne maski, jadeitowe ozdoby i przede wszystkim olbrzymi, pięknie zachowany grobowiec jednego z władców Palan. Bardzo przyjemna wystawa, ukazująca potęgę kulturową Majów w VI wieku n.e., kiedy to Europa należała raczej do zacofanych. Warto tutaj dodać, że miejsce to zostało okryte w połowie XVIII w (po przeszło ośmiu stuleciach) a eksploracja archeologiczna tego miejsca rozpoczęła się dopiero w latach 50-tych ubiegłego wieku.

IMG_0768

Po 3godzinnym spacerze wokół ruin, setkom przebytych schodów w górę i w dół, powróciliśmy do miasta, gdzie zjedliśmy jeszcze szybki obiad, przed czekającym nas znów 8godzinnym kursie autobusem z Palenque do Meridy. Meksykańskie jedzenie zdecydowanie nam pasuje 🙂

IMG_0773

Ostatecznie wsiedliśmy do spóźnionego nieco autobusu, jadąc w stronę Jukatanu, gdzie mamy nadzieję, że czeka na nas słońce, upał, lazurowe Morze Karaibskie, rafa koralowa, palmy, hamaki i koniecznie żółwie 🙂 Tymczasem, standardowo już żegnamy się z Wami, Amigos, pozdrawiając z autobusu jadącego przez meksykański busz, mijając po drodze tony ananasów, których nie możemy dorwać zza szyby autobusu 🙂

IMG_20160127_164531IMG_20160128_173636

Canyon del Sumidero, San Cristobal de las Casas, San Juan Chamula!

Po lekko ponad 9h spędzonych w nocnym autobusie, tuż po 6 rano dotarliśmy na dworzec w Tuxtla Gutierrez. Wiedząc, że Canyon del Sumidero jest zlokalizowany pomiędzy Tuxtlą a San Cristobal de las Casas zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić z naszymi plecakami – zostawić na dworcu w Tuxtli w bagażowni czy też zabrać ze sobą do Chiapa de Corzo, gdzie startuje się łódką w stronę kanionu i tam poszukać jakiejś bagażowni czy też hotelu, gdzie pozwolą nam porzucić bagaże. Jeszcze na dworcu zaczepiła nas parka z Australii – Margo i Lucas, która miała dokładnie taki sam dylemat jak my. Ostatecznie wspólnie doszliśmy do wniosku, że całą czwórką zabieramy się razem z naszymi bagażami taksówką do Chiapa de Corzo i tam będziemy szukać bezpiecznego miejsca dla naszych plecaków. Koszt taksówki dla 4 osób to 150 pesos, czyli jakieś 30zł za trasę o długości 10 km.

W Chiapa de Corzo okazało się, że o 8 rano jeszcze całe miasto śpi, udało się jednak znaleźć hotel przy głównym placu, który aktualnie jest zmieniony z paskudne wielkie i kiczowate wesołe miasteczko, gdzie za drobną opłatą miła Meksykanka pozwoliła nam przetrzymać bagaże tak długo, jak tylko chcemy, w zamkniętym, oddzielnym pomieszczeniu.

IMG_0578

Pozbywszy się zbędnego balastu ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu śniadania i by zakupić bilety na łódkę płynącą do Canyonu del Sumidero. Wycieczki niby ruszają od 8 rano, jednak tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy akurat zbierze się na tyle osób, gdyż przy pierwszej stacji minimalna ilość osób, by ruszyła wycieczka to 20 osób. Widząc, że przy pierwszej stacji nie ma zbyt wielkiego ruchu i szanse na zebranie się grupy w ciągu najbliższej godziny są nikłe, ruszyliśmy razem brzegiem rzeki, szukając innej przystani. Przy kolejnej okazało się, że za ok. 20 min przyjeżdża mini busik z turystami, którzy już wykupili bilety, więc wiadomo, że rejs ruszy niebawem, toteż doszliśmy do wniosku, że też kupujemy – 190pesos od osoby za 2godzinny rejs – cena jak na Meksyk dość wysoka, jednak jak się później okazało – widoki są warte każdych pieniędzy.

Niewiele później otrzymaliśmy kamizelki i mogliśmy wsiąść na pokład naszej łódki. Przy okazji – Canyon del Sumidero to przepiękny kanion z rzeką pośrodku, urwiskami dookoła, zakończony tamą, gdzie prócz niesamowitych widoków można natknąć się na wszędobylskie tutaj krokodyle. Wiadomo, że huk silnika nieco je płoszy, jednak przy odrobinie szczęścia, które my mieliśmy, krokodyle same przypadkiem ukażą się oczom spostrzegawczych obserwatorów. Nie będziemy więcej się produkować na temat kanionu, zdjęcia poniżej same odpowiednio przedstawią to miejsce 🙂

IMG_0512

IMG_0533

IMG_0545

IMG_0559

IMG_0565

Obiecane krokodyle – pierwszy leniwie wylegujący się na słońcu, drugi przygotowuje się do upolowania nieświadomego rychłego końca swego żywota ptaka 🙂

IMG_0554

IMG_0575

Po dwugodzinnym rejsie, gdzie pod koniec słońce coraz bardziej dawało się we znaki (wczesne ranki, kiedy każdego dnia zaczynamy zwiedzanie są naprawdę chłodne, dopiero w okolicach 11/12 zaczyna smażyć), odebraliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy pieszo ku głównej drodze prowadzącej do San Cristobal de las Casas, gdzie zatrzymują się lokalne colectivo. Tak naprawdę nie czekaliśmy na busa dłużej niż 2 minuty, koszt godzinnego przejazdu na tej trasie to 50 pesos (ok. 10zł).

Po godzinie dotarliśmy do San Cristobal, gdzie rozdzieliliśmy się z naszymi Australijskimi kompanami, gdyż mieszkaliśmy w innych hostelach, wymieniając się jednak kontaktami, żeby umówić się na wieczór skoro zostajemy w tym samym mieście.

Tutaj wypada wyjaśnić wreszcie, o co chodzi z naszym tajemniczym planem, o którym tylko napomknęliśmy przy okazji pierwszego wpisu do Meksyku. Otóż z całego serca chcieliśmy z San Cristobal de las Casas wyrwać się na 2 dni do Gwatemali podziwiać wulkany. Taki mieliśmy plan i co z niego wyjdzie miało się okazać właśnie tutaj, w San Cristobal. Niestety, ostatecznie podjęliśmy decyzję, ze zostajemy w Meksyku. Dlaczego? Otóż transport do Gwatemali, gdy ma się tylko 2 dni, jest dosyć skomplikowany. Zwykłe lokalne busy jadą kilkanaście godzin, a i do najbezpieczniejszych nie należą, toteż tą opcję odrzuciliśmy od razu. Drugą opcją było wykupienie transportu w jednym z wielu biur turystycznych w San Cristobal. Obeszliśmy całą masę takich biur i niestety każde oferuje dokładnie to samo – transport w jedną stronę do Gwatemali – wyjazd o 7 rano, podróż trwa planowo jakieś 9h, na miejsce dojeżdża się de facto, gdy jest już ciemno. Transport w stronę powrotną (jeżdżą busy tylko do San Cristobal, nie ma połączenia np. z Palenque, które jest naszym następnym przystankiem), należy zakupić na miejscu w Gwatemali – wyjazd o godz. 6 rano, toteż na miejscu bylibyśmy tylko na noc, gdy jest ciemno i wulkanów nie widać. Z racji tego, że mamy jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia, czas goni, a chcielibyśmy też chociaż jeden dzień odpocząć na plaży nad Morzem Karaibskim, zdecydowaliśmy, że odpuszczamy wypad do Gwatemali, gdyż żeby miało to sens, musielibyśmy spędzić tam 2 noce, a na to czasu nie mamy. Do Gwatemali jeszcze przyjedziemy, więc się nie załamujemy 🙂

Co do San Cristobal de las Casas – bardzo przyjemne miasteczko, ponownie kolorowe kamieniczki, nieco więcej turystów i komercji, ale wystarczy zboczyć z głównych uliczek, by znaleźć lokalnych w swoim żywiole, przesiadujących z gitarą na jednym z mnóstwa placów, tańczących w altanie czy też zwyczajnie siedzących w grupie i rozprawiających o polityce, obdarzając białych przechodniów serdecznym uśmiechem. Kilka zdjęć poniżej:

IMG_0582

IMG_0584

IMG_0586

IMG_0611

IMG_0603

Wieczorem spotkaliśmy się z naszymi australijskimi znajomymi, by świętować z nimi Australian Day obowiązkowo przy Margaricie. Wpadliśmy na bardzo fajny pub – Revolucion, gdzie mogliśmy posłuchać muzyki na żywo, napić się świetnej Margarity i zwyczajnie się wyluzować 🙂

dav

dav

IMG_20160126_224603

Wróciliśmy tańczącym krokiem do hostelu, by odespać poprzednią noc spędzoną w autobusie. Rano zaś, pełni energii, ruszyliśmy do wioski indiańskiej San Juan Chamula. Polecamy wybrać colectivo – 15 pesos od osoby, czas jazdy jakieś 45 minut. Chamula to miasteczko zamieszkane przez Indian z plemienia Tzotzil, słynie z indiańskiego folkloru i swoistej mieszaniny głębokiej wiary katolickiej i tradycji prekolumbijskich. Turyści odwiedzają to miejsce głównie ze względu na kościół zlokalizowany na głównym placu w Chamuli, w którym to wizyta jest niesamowitym doświadczeniem. Zdjęć ze środka niestety nie mamy, bo jest absolutny zakaz robienia zdjęć i filmów. Radzimy ten zakaz wziąć tym razem całkowicie serio, bo my kombinowaliśmy z kamerką Go Pro i zostaliśmy złapani na gorącym uczynku (każdy tu jest bacznie obserwowany, non stop patrzą każdemu na ręce), przez co zabrali nam kartę z Go Pro, musieliśmy iść z tubylcami do kafejki internetowej, gdzie jest komputer i sprawdzili nam całą kartę pamięci, usunęli zdjęcia zrobione w środku świątyni. Na szczęście cała afera skończyła się pożegnaniem i uśmiechem, ale tutaj zakaz to zakaz, trzeba uszanować.

Jak zaś świątynia wygląda w środku??? Wszędzie na podłodze i na stolikach leżą zapalone świece, z których gęsty dym unosi się aż po sufit. Dookoła na podłodze rozłożona jest zielona trawa, liście palm, w szklanych gablotach psychodeliczne figury świętych ubranych w indiańskie szaty zrobione z czarnego futra przypominającego pióra. Indianie grupkami siedzący na podłodze dookoła swojego patrona i palący kolejne świece przed jego figurą, druga część skrobiąca wosk pozostały po wypalonych już świecach z podłogi. Wszystko to w półmroku, światło dają jedynie zapalone świece. Nie da się opisać tego, co jest w środku, aura jest jak z innego świata i trzeba to koniecznie zobaczyć! Wstęp dla turystów płatny – 20 pesos. PS. Za usunięcie zdjęć też trzeba zapłacić, 1 peso od zdjęcia 😀 Zdjęcia z Chamuli poniżej:

IMG_0621

IMG_0628

Po powrocie, znów colectivo, do San Cristobal, odebraliśmy z hostelu nasze plecaki i ruszyliśmy na dworzec, skąd mieliśmy autobus do Palenque. Kolejne 9h spędzone w autobusie, co najlepsze najkrótsza i normalna trasa z San Cristobal do Palenque to jakieś 150km, czyli bynajmniej nie 9h. Dlaczego nie mogliśmy jechać tą trasą? Otóż w lutym z wizytą do Meksyku przyjeżdża Papież. Co za tym idzie, należy wyremontować drogi, którymi będzie jechał, kościoły, które będzie mijał na swej drodze i sprawić, by wyjechał stąd z jak najlepszym wizerunkiem Meksyku. Przez to normalna trasa z San Cristobal do  Palenque rozporządzeniem prezydenta została zamknięta i wyłączona z użytku na czas remontu, dlatego wszystkie auta, autobusy, busy i wycieczki muszą jechać okrężną drogą trwającą jakieś 9h. Papież i jego wizyta nieco pokrzyżował nam plany, ale trudno, ponoć Papieżowi się wszystko wybacza.

Ostatecznie po ponad 9h spędzonych w autobusie dotarliśmy do Palenque,  skąd właśnie wrzucamy ten post. Jutro będziemy spacerować po zlokalizowanych tu ruinach Majów otoczonych bujnym buszem. Tutaj już wilgotność daje się we znaki, będąc na podobnym poziomie jak podczas naszej podróży po Azji – uroki tutejszej dżungli 🙂

Już jutro w nocy dotrzemy na Jukatan, skąd wrzucimy kolejny wpis, tymczasem, jak zwykle pozdrawiamy gorąco z przepięknego Meksyku i z Palenque– Adios Amigos! 🙂

Oaxaca, Monte Alban!

Do Oaxacy ruszyliśmy z samego rana autobusem, który jechać miał według planu 4 h. O 6:30 rano opuściliśmy nasz hostel w Puebli, złapaliśmy bus colectivo jadąc między zaspanymi Meksykańcami – wciąż uśmiechniętymi, na dworzec, gdzie wsiedliśmy w nasz autobus.

Pierwsze co nas zabolało na „dzień dobry” i „do widzenia” to widok jednego z wulkanów, który poprzedniego dnia był niemal niewidoczny ze względu na opary i pyły wypuszczane przez drugi z wulkanów. Drugi jednak wciąż dawał się we znaki, tworząc szaro-czarne chmury na niebie i będąc całkowicie zasłonięty swoim dymem.

IMG_20160125_073028

 

O ile przez pierwszą godzinę spaliśmy w zasadzie bez przerwy, tak im więcej zrobiliśmy kilometrów, tym bardziej nie mogliśmy oderwać wzroku od widoków za oknem – najpierw równiny pokryte wyschniętymi drzewami i kaktusami (brakowało tylko strusia-pędziwiatra i kojota 🙂 )aż coraz wyżej ku niesamowitym szczytom, wyschniętym korytom rzek, urwiskom i oczywiście wciąż kaktusom. Kilka zdjęć z drogi – może nie najlepszej jakości, bo też przez szybę autobusu – poniżej:

dav

dav

IMG_20160125_094023

Standardowo lekkie opóźnienie na drodze i w południe dotarliśmy do Oaxacy. Jeśli wcześniej mówiliśmy, że Puebla to kolorowe, roześmiane miasto, to należy potraktować to jako informację nieaktualną  – Oaxaca jest cudowna! Cała masa kolorowych kamieniczek, jednopiętrowych budyneczków, kolorowych, zdezelowanych garbusów i ulicznych grajków z bębnami lub trąbką – zakochaliśmy się w tym mieście! Jak chyba już w całym Meksyku, choć jeszcze wiele przystanków nas po drodze czeka.

Wiedząc, ze tą noc spędzimy w autobusie do Tuxtla Gutierrez, od razu kupiliśmy bilet na nocny autobus za jakieś 100zł (prawda jest taka, że jak dotąd najwięcej pieniędzy wydajemy na autobusy, które do najtańszych tu nie należą – oczywiście można wybrać najtańszą opcję z lokalsami, ale te są raczej niebezpieczne, a kradzieże są na porządku dziennym), zostawiliśmy bagaże na dworcu (w zasadzie na każdym dworcu jest tutaj płatna bagażownia, gdzie można porzucić zbędny balast) i ruszyliśmy przed siebie w miasto.

IMG_0387

IMG_0458

Po drodze na pobliskim bazarze postanowiliśmy coś przekąsić – z doświadczenia wiemy, że nie ma lepszego jedzenia ponad to uliczne lub bazarowe. Jak zwykle się nie pomyliliśmy- w żadnej restauracji nie serwują tak pysznego jedzenia, a przy okazji nie obdarzają tak serdecznym uśmiechem jak pośród lokalnych, normalnych ludzi na bazarze, gdzie turystów nie zaznasz.

IMG_0401

Do tego wielka szklanka świeżo wyciskanego soku z pomarańczy za całe 2 zł i darmowa dolewka tak po prostu, za to, że się uśmiechasz 🙂

I wszechobecne ostre papryczki, które palą podniebienie, a których Piotrek nadużywa non stop

IMG_0405

Oaxaca to przede wszystkim kolory – to już zawsze będzie pierwsze skojarzenie, które nam przychodzi na myśl. Nie ma budynku, który nie byłby pstrokaty, rzucający się w oczy. Nawet najstarsza rudera musi być kolorowa. To także tutejsza tequila i czekolada, której zapach unosi się na każdej niemal ulicy.

IMG_0408

Z Oaxacy jest tylko 8km do Monte Alban, czyli pobliskiego stanowiska archeologicznego, gdzie dojechać można autobusem za 55 pesos w obie strony (jakieś 11zł), bilet kupuje się od razu w 2 strony, dojazd na miejsce to jakieś 20-30 min, w zależności od korków, droga jest momentami szrutowa. Pierwsze wrażenie po wejściu do Monte Alban (65 pesos od osoby za wstęp) to : „hmmm, w zasadzie to nic tu nie ma”– nic bardziej mylnego – po wejściu na szczyt wzgórza naszym oczom ukazuje się potężny kompleks budynków i świątyń, całkiem dobrze zachowany. Przygotujmy się na skwar – z racji ukształtowania terenu nie czuć tu kompletnie wiatru, zaś słońce daje się we znaki zwiedzającym –  z resztą sama wypalona trawa, którą widać na zdjęciach, mówi bardzo wiele. Kilka zdjęć poniżej – okazuje się, że jednak Monte Alban ma znacznie więcej do zaoferowania, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

IMG_0432

IMG_0446

IMG_0450

IMG_0453

Kupując bilet do Monte Alban dostajemy dokładny rozkład jazdy autobusów powrotnych do Oaxacy, dzięki czemu możemy dokładnie sobie rozplanować czas zwiedzania i powrót do miasta.

Po powrocie do Oaxacy wybraliśmy się z wizytą do Muzeum Tekstyliów – wstęp darmowy, wystawa obejmuje najróżniejsze wyroby tekstyliane z terenów Oaxacy i pobliskich wiosek – piękne dywany, szale, koszule itd.

IMG_0468

Pamiętajmy też, że Oaxaca to kolebka tzw. Alebriche, czyli sztuki malowania figurek drewnianych – drobne, kolorowe szczególiki i najróżniejsze wzory. Nie dajcie się nabrać na ceny w galeriach i sklepach z rękodziełem- możemy polecić jeden z targów, gdzie można kupić piękne alebriche w przystępnej cenie – zaliczyliśmy tu chyba 6 targów w poszukiwaniu alebriche, więc chyba jesteśmy ekspertami 🙂 Zdjęć robić nie można, więc tylko takie ukradkiem:

IMG_0472

Przed katedrą zbierają się tubylcy z najróżniejszymi instrumentami i grają wieczorem meksykańskie melodie. Przy okazji warto zwrócić uwagę na wielkie agawy rosnące przed katedrą – to z nich przygotowuje się lokalną tequilę 🙂

IMG_0485

Na koniec przed nocną podróżą autobusem, zaglądnęliśmy na jeszcze jeden targ, gdzie zasiedliśmy na ostatni ciepły posiłek tego dnia – co jeden to lepszy, pyszniejszy i większy 🙂 strach pomyśleć, co nam zaserwują pod koniec naszego wyjazdu 🙂

IMG_0492

I tym sposobem z pełnymi brzuchami udaliśmy się na dworzec, gdzie odebraliśmy nasze bagaże, przepakowaliśmy nasze rzeczy, uśmiechnęliśmy się do kamery, którą kręcił nas kierowca przed odjazdem (tak samo jak w Ameryce Południowej), grzecznie poddaliśmy się kontroli bagażu i osobistej i wsiedliśmy w autobus, którym mieliśmy jechać 9 godzin w kierunku San Cristobal de las Casas w ciągu nocy z przywiązanymi do nóg i rąk plecakami na wypadek natrętnych osobników. To, co teraz już możemy powiedzieć, siedząc na kanapie w hostelu w San Cristobal – jesteśmy coraz bardziej zachwyceni mieszkańcami Meksyku, którzy ze stereotypowych niebezpiecznych, natrętnych, nieuprzejmych „złodziei”, o których tyle słyszeliśmy, w naszym odbiorze stają się przesympatycznymi, uśmiechniętymi, gościnnymi ludźmi, którzy choć bardzo biedni – są skłonni oddać ostatni grosz i okruch obcej osobie. Strasznie nas to pozytywnie nastraja i wzrusza i bynajmniej, nie czujemy się tu w żaden sposób zagrożeni, w niebezpieczeństwie, wręcz przeciwnie. Jest to jak dotąd jedno z najbardziej przyjaznych miejsc, które mieliśmy okazję odwiedzić i mamy nadzieję, że tak pozostanie do końca naszej podróży.

 

Pozdrawiamy z pięknego San Cristobal de las Casas i do usłyszenia niebawem! Adios Amigos! 🙂