Koh Samui, Koh Tao!

Następnego dnia, jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, wstawaliśmy o 4, by o 5 ruszyć do Tajlandii. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i w drogę na postój busów, skąd mieli nas odebrać. Godzinne opóźnienie, no trudno, ale w końcu przyjechali. Bus pełny, jedziemy ściśnięci jak sardynki, ale w busie sami obcokrajowcy, który jadą przekonani, że bez trudu wszyscy przekroczymy granicę z Tajlandią. Tak bardzo się wszyscy myliliśmy.

Ok 8 rano dojeżdżamy na granicę, najpierw stempelek, że wyjeżdżamy z Malezji, bez problemu. Bus nas zostawia przed tajskimi okienkami i przekracza granicę, a my stajemy w kolejce po pieczątkę wjazdową. Celnicy co jakiś czas wychodzą ze swoich stanowisk, nikt za wiele nie wie, co się dookoła dzieje, frustracja narasta. My, wiedząc, jak dotąd bez problemu przekraczaliśmy granicę z Tajlandią, grzecznie i ze spokojem stoimy czekając na naszą kolej. Karolina dochodzi do kolejki….celniczka nie wbija pieczątki, odsyła do urzędu imigracyjnego. Ok, ale gdzie mam iść i po co, bo nawet nie wiem, co im powiedzieć? Celniczka krzyczy, że mam iść. Tak więc Karolina idzie, w urzędzie niespecjalnie ktokolwiek zwraca na nią uwagę, podchodzi więc do biurka, gdzie siedzi dość sympatycznie wyglądająca Tajka, która zaskoczona, że nikt nie dał mi pieczątki odsyła znów do okienka, mówiąc, że ma iść po pieczątkę i wjeżdżać. Karolina wraca do kolejki, wpycha się przed resztę wściekłych oczekujących po to, by zostać zbesztaną z góry na dół za to, że wróciła. Celniczka każe nam obojgu wracać do urzędu imigracyjnego do tajemniczego „bossa”, kimkolwiek szef jest. Idziemy więc do urzędu, pytamy o szefa, podchodzi do nas wrogo nastawiona celniczka i zaczyna krzyczeć, że nie mamy pieniędzy, że albo pokażemy, że mamy albo wracamy do Malezji, że wszystko jest „up to you!!!!!!!your choice, it’s up to you!!!”. Wściekła Karolina podniesionym głosem mówi, że jesteśmy z Europy i u nas takich zasad nie ma, że mamy pokazywać pieniądze, więc niech nam do cholery wytłumaczy, ile mamy pokazać i komu. Celniczka znowu „up to you, up to you!!!!” i każe pokazać 10000bahtów, co daje mniej więcej 278dolarów. Pytamy, czy możemy w dolarach pokazać, kobieta mówi, że obojętne w jakiej walucie. Piotrek idzie do busa, gdzie zostawiliśmy w gotówce 300dolarów, pokazać jednak mamy, że posiadamy tyle na osobę, a co się oszukiwać – nie posiadamy tyle w gotówce, bo po cholerę nam na ostatnie kilka dni w Tajlandii tyle pieniędzy, w razie czego możemy wypłacić z bankomatu, ale nie chcemy tego robić na granicy, bo raczej tyle nie wydamy przez najbliższych kilka dni. Piotrek daje więc pieniądze Karolinie, a sam idzie do innego okienka, gdzie usłyszał od jednego z naszych kompanów z busa, że po kilku próbach tam dostał pieczątkę. Karolina idzie do urzędu imigracyjnego, podchodzi wspominany boss, który na widok dolarów krzyczy, że ma pokazać gotówkę w bahtach, a nie dolarach. Karolina na to, że usłyszała wcześniej, że może być w dolarach i jakie to ma znaczenie w jakiej walucie, skoro ma pieniądze w gotówce. Boss odsyła do kantoru. Nie! Nie będziemy wymieniać pieniędzy w kantorze na granicy, niech się walą!

Piotrek dostaje pieczątkę w innym okienku, stojąc za całą masą Malajów, którzy każdy kolejno wsadzali do paszportu łapówki. Piotrek nie wsadził nic, ale dostał pieczątkę, a potem celnik rzucił mu paszportem niemal w twarz, widząc, że nie ma w środku pieniędzy. Karolina za to spotyka obywateli Rumunii, od których żąda się łapówki za wjazd do Tajlandii. Potem spotyka włoską parę, która z nami jechała, a od których żąda się wpłaty 40000bahtów, co daje nam 4629.85zł za wjazd przez granicę. Mimo kłótni i negocjacji, Włocha nie wpuszczają, musi wrócić do Malezji, bo nie chce tyle płacić, wcale się nie dziwimy. Karolina zaś idzie z misją ostatniej szansy do okienka, gdzie Piotrkowi udało się uzyskać pieczątkę. Cały bus czeka już tylko na nas. Dochodzi do okienka, celnik przegląda paszport, chwyta za krótkofalówkę. Cholera! Znowu nic z tego. Każe iść ze sobą do urzędu imigracyjnego. No to po Ptokach, znowu jej nie wpuszczą. Docieramy do kobiety, u której była na samym początku, gdy kazała iść po pieczątkę. Kobieta łapie Karolinę za rękę i prowadzi do celnika, który odesłał, każe wbić jej pieczątkę i wpuścić. Celnik obrażony kiwa głową. Kobieta wraca do siebie, Karolina czeka. Celnik pyta, dokąd jedzie i gdzie będzie mieszkać. A Karolina na papierach imigracyjnych wpisała pierwszy lepszy hostel z przewodnika, nie wiedząc, gdzie dotrzemy i gdzie nam się spodoba, nie mieliśmy więc żadnej rezerwacji. Celnik chwyta za telefon – no to koniec, będzie dzwonił do hostelu, zorientuje się, że ściemnialiśmy i nie wpuści nas…Ostatecznie chyba ma nas już dość, wbija obrażony pieczątkę i oddaje paszport. Uffff po niemal 3h spędzonych na granicy wreszcie możemy wjechać do Tajlandii!

Jedziemy do Hat Yai, gdzie mamy przesiąść się na busa do Krabi, skąd jest blisko na wyspy np. Koh Phi Phi, Koh Lanta . Taki był plan. Dojeżdżamy na miejsce i wpada nam do głowy pomysł, że kurcze, może byśmy jednak popłynęli na Koh Samui, po drugiej stronie lądu i potem mielibyśmy bliżej do Bangkoku? Z resztą w Kuala Lumpur wiele osób polecało nam Koh Samui. Pytamy gościa, ile kosztowałoby przebookowanie biletów – 20bahtów (2,3zł), bus może przyjechać po nas za 30min. Ok, bierzemy! Niedługo siedzimy już w busie do Surat Thani. Docieramy na miejsce ok. 17, kierowca odwozi nas na dworzec, gdzie są biura turystyczne sprzedające bilety na promy na wyspy Koh Samui, Koh Phangan, Koh Tao. Najbliżej nas jest Koh Samui, z drugiej strony Koh Phangan jest ponoć też ciekawa, no i tamtejsze Full Moon Party, a Koh Tao, choć najdalej, ale raj dla nurków….Rozważamy za i przeciw, kupujemy za 400 Bathow bilet na busa + prom na Koh Samui. Szybko rezerwujemy bungalowy przy plaży na Koh Samui w miejscowości Lamai, pod wieczór docieramy na ląd Koh Samui. Na wstępie zaczepiają nas lokalni naciągacze-taksówkarze, którzy chcą od nas 800bahtów za podwiezienie do Lamai. Pfffffffffffff po naszym trupie. W końcu udaje się załapać na dużo tańszego busa, docieramy do naszych bungalowów. I do plaży mamy TAK daleko z naszego bungalowu

16804909_10208888365421487_906438535_o

Oglądamy plażę, ale najpierw pasuje coś zjeść. Ruszamy więc w miasto. Najpierw znaleźliśmy naszą małą przystań z przemiłymi Tajkami, których uśmiech zarażał, a do których od razu wróciliśmy rano po śniadanie. Kupujemy shake’a z ananasa, dają nam spróbować pomelo – nigdy nie jedliśmy takiego pomelo! Bierzemy więc kubełek – pomelo, ananas, papaja. Zapłaciliśmy przysłowiowe grosze, a była to kolacja mistrzów!

16804735_10208888406382511_776218677_o

16735615_10208888364621467_1498041778_o

Idziemy w drugą stronę miasta i szczerze, coraz mniej nam się podoba. Naszym oczom ukazują się kolejni podstarzali Niemcy i Francuzi, którzy przyjechali tu tylko w jednym celu, nie musimy chyba nikomu mówić, w jakim. Siedzą w kolejnych pubach z młodziutkimi Tajkami, które zachwyca zawartość ich portfela. Mijamy kolejne salony masażu i tutaj nam się wydaje, że te salony masażu są ściśle powiązane z innymi usługami, o czym świadczą stroje, makijaż i pozy dziewcząt. Coraz mniej nam się tu podoba. Kupujemy piwo i wracamy na plażę naszego lokum. Nie chcemy patrzeć na tych zdesperowanych dziadków śliniących się do lokalnych panienek. Zastanawiamy się, czy aby na pewno wybraliśmy odpowiednią wyspę?

Rano wstajemy i od razu idziemy na plażę, zobaczyć, co nas tu czeka. I ku naszemu zaskoczeniu, na kolana nie powala i to nie jest to, czego się spodziewaliśmy. Pewnie nie sprzyja temu pogoda i zachmurzone niebo, jednak wrażenia z poprzedniego wieczoru są, jakie są. Promy na Koh Phangan i Koh Tao są tylko 2x dziennie – o 11 rano i o 14:30. Więc albo płyniemy tak naprawdę za chwilę, albo pół dnia siedzimy tutaj i żałujemy, że tracimy tu czas. Krótki spacer plażą…

img_5477

img_5470

img_5480

…I podejmujemy decyzję, że zabieramy plecaki i płyniemy o 11 na Koh Tao, najmniejszą z wysp po tej stronie wybrzeża. Idziemy na recepcję, gdzie mają wielką tabliczkę, że sprzedają bilety na prom. Niestety szanowna recepcja informuje nas, że na dziś już jest za późno, bo trzeba dzień wcześniej kupować bilety. COOOOO?! Pfffff nie zostaniemy tu ani dnia dłużej. Zabieramy plecaki i idziemy naszą ulicą szukać biura. Wchodzimy do jednego, który jest tuż obok naszego straganu z owocami, miła pani wypisuje nam bilet, ustalamy cenę – 550bahtów. Pyta, czy jutro (jest już 10rano). NIE! Chcemy na dziś, na zaraz. Kobieta robi wielkie oczy, woła swojego męża, ten też robi wielkie oczy – jak to na dziś, na 11?! Normalnie. Gość mówi, ok, już Wam podstawiam auto, mój kolega zawiezie Was czym prędzej do portu na prom, zdążycie. Da się? Da się.

16776287_10208888367661543_1167582554_o

Ruszamy w drogę, kierowca nie wygląda na takiego, któremu się spieszy, ale docieramy przed czasem, wymieniamy bilety na wstęp na prom, dołączamy do ludzi czekających na prom i tak naprawdę jeszcze przez godzinę siedzieliśmy w porcie czekając na prom. Na szczęście otoczenie było całkiem przyjemne, choć od czasu do czasu z nieba padał deszcz.

16732018_10208888368661568_921385758_o

Wsiadamy na prom, drzemka, po 1,5h jesteśmy na Koh Tao. Od razu nam się podoba, jest o niebo lepiej niż na Koh Samui, dużo backpackersów, wszędzie centra dla płetwonurków, małe knajpki, stragany uliczne, a i wybrzeże wygląda zupełnie inaczej. Wsiadamy na pakę samochodu, który podwozi nas do naszego hostelu. Dostajemy pokój przy plaży, rzucamy rzeczy, sprawdzamy plażę przy naszym hostelu…:

img_5529

Przyjemnie. Miasteczko też baaardzo fajne, ogólnie klimat wyspy bardzo nam się podoba. Najpierw jednak kilka spraw do ogarnięcia – 1. Jak się dostać 5.02 do Bangkoku, 2. Fajnie by było się wybrać na jakiegoś tripa dookoła wyspy, połączonego ze snorkellingiem. Obchodzimy kilka lokalnych biur, widać, że wszędzie oferują dokładnie to samo. Decydujemy się na nocną wyprawę promem do miejscowości Chumphon, skąd bus (jest też opcja z autobusem, ten jednak jedzie 1,5h dłużej niż bus) zabierze nas do Bangkoku. Zapłaciliśmy 1050 Bathow od glowy, o 20 następnego dnia mamy być w biurze, skąd taxi zawiezie nas do portu. 1sze ogarnięte, czas na 2gie – w innym biurze za 550bahtów od osoby kupujemy wycieczkę dookoła wyspy, w cenę której wchodzi sprzęt do snorkellingu, lunch, łódka, kilka miejsc dookoła wyspy zakończona 2h przystanią na pobliskiej wysepce, która później okazała się rajem na ziemi – kupione, wyjeżdżamy o 8 rano następnego dnia. Zjedliśmy, przespacerowaliśmy się wzdłuż wyspy…

img_5696

img_5506

img_5504

16804710_10208888379781846_2044834322_o

…i wracaliśmy plażą, gdy słońce powoli chowało się za horyzont.

img_5512

img_5518

img_5523

Na wieczór, jako że odkryliśmy całe mnóstwo genialnych knajpek na plaży, gdzie na piasku rozkładane są maty z leżaczkami, stoliczkami, zaplanowaliśmy wizytę właśnie w jednym z takich miejsc. Tak naprawdę był to de facto pierwszy wieczór, odkąd przyjechaliśmy do Azji, gdy nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, nie musieliśmy wcześnie rano wstawać, ani nie zaplanowaliśmy jakiegoś grubszego zwiedzania – tylko chill i święty spokój. Zamówiliśmy pierwsze drinki:

16763659_10208888384141955_1011626941_o

I spontanicznie doszliśmy do wniosku, że czemu by nie spróbować tajskiego masażu całego ciała właśnie tutaj, w rytmie szumiących fal, na tarasie jednego z wielu salonów masażu ulokowanych na plaży??? Tak wylądowaliśmy na łóżkach na tarasie, na wprost nas morze, dookoła nas zapach kadzideł i olejków i przez godzinę masowano nam wszystkie części ciała, a my odpływaliśmy. Piotrek – tradycyjny thai massage – dużo mocniejszy, Karolina – Oil massage. 300bahtów za osobę za godzinę masażu, czyli 34zł – aż głupio tyle płacić za coś takiego!

16735455_1674158885934001_1833530289_o

16776775_1674158932600663_495959039_o

Po masażu zaś natknęliśmy się na stragan alkoholowy, gdzie za grosze sprzedawali drinki w wiaderkach – nasza pierwsza przygoda z wiaderkami, w Bangkoku te wiaderka nas zgubią 🙂

16776202_1674158875934002_2016354650_o

16735300_10208888385341985_1657222276_o

Sącząc drinki spacerujemy plażą, aż tuż przy naszym hostelu wpadamy na imprezę na plaży, ognista skakanka, przechodzenie pod ogniem, dj na plaży, wszyscy tańczą, bawią się, atmosfera iście hippisowska, dołączamy! Nie omieszkaliśmy dołączyć do ognistych zabaw, tu Piotrek:

16732014_10208888385581991_759485220_o

16777019_10208888840633367_1775078046_o

Rano z hostelu odbiera nas kierowca, zawozi do portu, gdzie nasza grupa zbiera się na wyprawę dookoła wyspy. Dobieramy sprzęt do snorkellingu, wsiadamy na stateczek. Co jakiś czas zatrzymujemy się, wskakujemy do wody poobserwować koralowce, kolorowe rybki, popływać w krystalicznej wodzie. Na statku świeże ananasy, arbuzy, lunch, słońce grzeje niesamowicie. Nie ma sensu się nadto rozpisywać, tu zdjęcia, choć nie oddają kolorów, ale same opiszą wycieczkę:

img_5609

img_5599

img_5581

img_5572

img_5567

img_5565

img_5556

Aż docieramy na plażę….., która jest de facto maleńką wyspą – rezerwatem przyrody, gdzie mamy 2h aż odpłyniemy i wrócimy na Koh Tao. Raj na ziemi. Plaża pokryta jest drobniutkim piaseczkiem i kawałeczkami koralowców, tuż przy brzegu pływają kolorowe rybki, są koralowce, a woda jest w takim kolorze, że głowa mała. Dwie malutkie wysepki połączone są piaszczystą mierzeją, która w zależności od przypływu/odpływu jest przykryta wodą lub też nie. Co nie zmienia faktu, że można nią swobodnie spacerować.

img_5676

img_5674

img_5672

img_5651

img_5643

img_5636

img_5625

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

O 17 docieramy na Koh tao. Recepcja daje nam klucze do jednego z bungalowów, gdzie możemy się wykąpać po całym dniu morskich kąpieli. Idziemy zjeść i podziwiamy kolejny zachód przy piwku na Koh Tao. Ta wyspa to raj na ziemi! Kiedyś tu wrócimy zrobić kurs nurkowania i zdobyć certyfikat PADI, o czym marzymy już od dawna. Kursy są tu naprawdę tanie, a warunki do nurkowania genialne!

O 20 wsiadamy w taksówkę z naszego biura i jedziemy do portu. Meldujemy się na promie, zostawiamy plecaki i idziemy jeszcze coś przekąsić i posiedzieć sobie na plaży, mamy wrócić za 1,5h, wtedy będzie można wejść na pokład.

img_5700

img_5703

Bardzo intryguje nas sypialniany prom, zdjęć nigdzie nie widzieliśmy, ale tak nas poinformowano w biurze. Spodziewaliśmy się raczej zwykłych foteli, jak to na statkach.

Wracamy na pokład, mamy zostawić plecaki pod schodami, ściągnąć buty (standard, w każdym hostelu także chodziliśmy boso, trzeba przyznać, że nigdzie nie można było się przyczepić do czystości i nie mieliśmy żadnych obiekcji co do chodzenia boso). Pokazujemy bilety, na których mamy numery łóżek i naszym oczom ukazuje się ogromna hala, na której mieści się 88 łóżek – największy dorm, a w jakim przyszło nam spać.

16735337_10208888394782221_1366972531_o

Wszystko czyściutkie, grube koce, czysta pościel, klimatyzacja. Karolina będąc pewną, że ciężko będzie zasnąć, odpaliła komputer i zabrała się za pisanie bloga, po 10minutach już spała jak dziecko. Nawet nie wiemy, kiedy minęło 7h i dopłynęliśmy na brzeg, skąd bus odbierał nas do Bangkoku. O tym jednak kolejny wpis 🙂

My zaś wróciliśmy do polskiej, lodowatej rzeczywistości, do której baaaaaaaardzo ciężko nam się ponownie przyzwyczaić.

Chiang Rai ( Tajlandia) i wjazd do Birmy (Tachileik)

Jeszcze w ten sam dzień, kiedy wróciliśmy od słoni, udało nam się wyjechać z Chiang Mai do Chiang Rai na północ, zbliżając się tym samym do granicy z Birmą. Za bilet autobusowy zapłaciliśmy jakieś 320 bahtów za dwa bilety, czyli jakieś 18zł od osoby. Podróż trwa mniej więcej 3-3,5h.

Dojechaliśmy pod wieczór, rzuciliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy w miasto poszukać lokalnych przysmaków. Idąc za odgłosami z mikrofonu, poprzez targ, na którym można kupić wszystko i nic, dotarliśmy do placu, na którym porozstawiane było całe mnóstwo stolików, przy których tubylcy spożywali kolację oglądając na żywo koncert lady-boy’a w krótkiej czerwonej spódniczce i baaaardzo wysokich obcasach. Pewnie zostalibyśmy tutaj zjeść między lokalnymi, ale lady-boy tak wył, że nie szło tego słuchać, więc oddaliliśmy się w ustronną uliczkę, zjedliśmy i wróciliśmy spacerem do hostelu. Dzień załadowany atrakcjami w każdej minucie dał nam się we znaki, a kolejny nie miał być lżejszy.

Z samego rana zostawiliśmy plecaki w hostelu, wypożyczyliśmy skuter (250bahtów na cały dzień-mocniejszy silnik, 200bh słabszy silnik) i ruszyliśmy najpierw w stronę słynnego White Temple. Położona poza miastem świątynia buddyjsko-hinduistyczna, nie ma zbyt wiele wspólnego z wielowiekową historią Tajlandii, jej budowa została rozpoczęta w 1997 roku i trwa do dziś, ale jest to jedna z głównych atrakcji okolic Chiang Rai.

Mimo, iż byliśmy tam naprawdę wcześnie, pod świątynią stały już tłumy ludzi, pielgrzymów, turystów. Może nie jest to coś, co porywa i rzuca na kolana – budynek dla jednych jest nowoczesny i piękny, dla innych bliżej mu do kiczu – o gustach się nie dyskutuje, jednak na pewno warto zobaczyć ze względu na to, iż świątynia znacząco różni się od tych, które kolejno odwiedza się w Tajlandii. Dla nas było to aż za cudne, za błyszczące, za bardzo rażące po oczach i totalnie brakuje tu umiaru, ale co kto lubi, nie będziemy tu wnikać. Zobaczyć warto. Wstęp płatny – 50 bahtów, dookoła ogrodzonej bramkami świątyni, standardowo, targowisko, ale to już nikogo nawet nie dziwi.

img_3930

 

img_3936

img_3935

img_3944

Prócz White Temple, mieliśmy jeszcze jeden cel, do którego realizacji był nam potrzebny skuter. Otóż nie tak daleko od Chiang Rai, w wiosce nazywanej przez lokalnych Long Neck Village, można zobaczyć rozsławione na całym świecie kobiety, które noszą na szyjach charakterystyczne metalowe obręcze, dzięki czemu ich szyje wyglądają na dłuższe i smuklejsze. Mowa tu o plemieniu Karenów, ich wioski można spotkać w Tajlandii m.in. w okolicach Chiang Rai i Chiang Rai, plemię to jednak pochodzi oryginalnie z Birmy.

Tak naprawdę do dziś nie znaleziono uzasadnienia dla noszenia przez kareńskie kobiety obręczy na szyjach. Jedna z legend głosi, że obręcze miały chronić przed atakiem tygrysów, które najpierw rzucały się na szyje. Inna legenda mówi, iż mężczyźni z plemienia Karenów nakazali nosić obręcze swoim małżonkom, by były mniej atrakcyjne i w ten sposób uchronić je przed wzrokiem innych mężczyzn. Legend można mnożyć i wymieniać, do dziś ciężko doszukać się w nich prawdy.

Co jednak ciekawe, naukowcy udowodnili, że tak naprawdę, kobiety z plemienia Karenów wcale nie mają dłuższych szyi od innych kobiet. Mimo, iż obręcze zakłada się dziewczynkom już od najmłodszych lat, z wiekiem dokładając kolejne, tak naprawdę długie szyje to efekt iluzji.

img_3968

img_3966

img_3970

img_3981

Za wstęp do Long Neck Village należy zapłacić- 300bahtów od osoby. Tak naprawdę jest to zamknięty teren, w którym żyje kilka różnych plemion w maleńkich wioskach, po których chodzi się od jednej do drugiej. Oczywiście i tak każdy czeka na ostatnią wioskę, w której żyją przez wielu nazywane „żyrafami” kobiety z plemienia Karenów.  PS. Naprawdę warto wybrać się tu samemu na wypożyczonym skuterze – zorganizowane wycieczki kosztują od 1000 do 1200 bahtów + dodatkowo trzeba zapłacić we własnym zakresie wstęp do wioski (300bahtów), podczas gdy wynajęcie skutera na cały dzień to 200-250 bahtów + 300bh za wstęp. Kalkulacja jest prosta. A z tłumem przepychających się uczestników wycieczek nie jest tak przyjemnie.

img_3958

img_3952

Przy okazji, wracając do Chiang Rai z Long Neck Village, przejeżdża się wzdłuż pól uprawnych ananasa, przy drodze stoi całe mnóstwo kobiet sprzedających NIESAMOWITE ananasy, de facto prosto z krzaczka. 20 bahtów, a smak absolutnie niepowtarzalny – polecamy zatrzymać się przy drodze i skosztować.

Zanim oddaliśmy skuter, zaglądnęliśmy jeszcze do Wat Phra Kaew, najważniejszej świątyni buddyjskiej w Chiang Rai i Wat Chet Yot

img_3984

img_3986

img_3987

Po 4h oddaliśmy skuter i pobiegliśmy do hostelu odebrać plecaki. Jeszcze rano, zanim wyjechaliśmy poza miasto, skoczyliśmy na dworzec, upewnić się, że autobusy do granicy z Birmą jeżdżą rzeczywiście na tyle często, że uda nam się wyruszyć w okolicach południa.

Zabraliśmy plecaki i pędem w stronę dworca. Oczywiście na dworcu nikt nie mówił po angielsku, ale od busa do busa, udało się znaleźć odpowiedni. Choć busy do granicy z Birmą odjeżdżają co godzinę, co do zasady o każdej równej godzinie, warto być wcześniej. Ilość miejsc ograniczona, więc jeśli bus się zapełni przed pełną – wyjeżdża wcześniej i kolejnego nie podstawiają. Dojazd busem do granicy Mae Sai to koszt 60 bahtów od osoby. De Facto dojeżdża się na parking w Mae Sai, z którego trzeba podjechać jeszcze czymś w rodzaju sporego, ciężarowego tuk tuka (nazywany  Red car) za 15 bahtów centralnie do granicy. Dalej już pieszo – kolejka dla lokalnych – gigantyczna, dla obcokrajowców – bez kolejki. Oddajemy wypełniony w Tajlandii dokument wyjazdu z kraju, pieczątka i ruszamy ku stronie birmańskiej.

img_20170121_133209

Tu dwóch uprzejmych urzędników zaprasza nas do pokoju, daje dokumenty do wypełnienia, prosi o wizy, robi nam zdjęcia. Pamiętać należy, by mieć w głowie nazwę jakiegokolwiek hotelu/hostelu w mieście, do którego się kierujecie – nikt tego potem nie sprawdza, ale wpisać trzeba, żeby wiedzieli, że nie jedziecie całkiem w ciemno. Oddają paszport, wbijają pieczątkę, witamy w Birmie!

W ten sposób docieramy do miejscowości Tachileik po stronie birmańskiej – udało się! Od razu atakuje nas zgraja taksówkarzy oferujących wycieczki po okolicach, podwózkę na lotnisko, co tylko nie chcesz. Tu jeszcze można płacić w bahtach, lokalna waluta nie jest wymagana. My jednak najpierw idziemy coś zjeść, wiedząc, że jeszcze długo nie dotrzemy do miejsca naszego noclegu, gdzie będziemy mogli się rozsiąść i napełnić brzuchy, poza tym nie do końca wiemy, czego się spodziewać i kiedy w ogóle uda się dotrzeć na miejsce. Toteż czas coś przekąsić!

img_20170121_135959

img_3988

img_4011

Ps. Przy okazji – nie dajcie się naciągnąć taksówkarzom i kierowcom tuż za granicą – oferują wycieczki w cenach, które są wyciągnięte z kosmosu, ale wiadomo, starają się wyciągnąć jak najwięcej, gdy widzą białasa – nic dziwnego w Azji. My ostatecznie wytargowaliśmy cenę 200 bahtów za dojazd do świątyni Shwedagon w Tachileik i później podwózkę na lokalne lotnisko, które co by nie było, jest nieco oddalone od centrum. Nasz tuk tuk ledwo jechał, ale jakoś się udało 🙂

Od razu rzuciły nam się w oczy piękne dzieciaki biegające dookoła złotej pagody – pełen makijaż, uśmiechy na twarzach. Podszedł do nas mnich z pytaniem, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie – no pewnie!

img_4000

img_3993

Zabawne – od razu wyciągnął swojego smartphone’a i poprosił o kontakt do facebook’a, żeby wymienić się zdjęciami. Pamiętajmy też, że niemal wszyscy mnisi buddyjscy w Azji władają świetnym angielskim, więc można z nimi się swobodnie porozumieć, podejść i zapytać w razie problemu lub po prostu porozmawiać – są zawsze bardzo przyjaźni i chętnie ucinają sobie pogawędkę z obcokrajowcami, traktując to jako trening swoich umiejętności językowych i nauka o życiu w innej części naszego globu.

Dalej pojechaliśmy już na lotnisko. Nie spodziewaliśmy wiele po tym lotnisku, jednak, jak już wcześniej wspominaliśmy, nie mieliśmy za bardzo wyjścia w związku z tym, że władze zamknęły drogę z granicy na południe dla ruchu turystów. Jedyną opcją był samolot.

img_3991

Wysiadamy z tuk tuka, od razu witają nas pracownicy, wiedząc od razu kim jesteśmy. Odhaczają na liście, że dotarliśmy. Lotnisko – jedno piętro, przed wejściem bose dzieciaki ganiają za piłką, zero policji, zero celników, istna sielanka. Wchodzimy na halę „przylotów/odlotów”(?).

img_4017

Podchodzi do nas chłopaczek w fioletowej koszulce linii lotniczych, którymi mamy lecieć, bo my potrzebujemy czasu, żeby ogarnąć, co tu się dzieje i co w ogóle mamy robić. Wynoszą gdzieś nasze plecaki, dostajemy bilety z ręcznie wypisanymi imieniem i nazwiskiem, każą iść do okienka imigracyjnego. Siedzi tam dwóch panów, pokazują na paszporty, otwierają zeszyty – wpisują nasze dane- imię: karolina, nazwisko: anna, urodzona: 4.01.1990. Mamo, jak się rozbiję, na podstawie tych danych mnie nie zidentyfikujesz! 🙂  Ogólnie wzbudzamy wielkie zainteresowanie wszystkich na lotnisku, ale już tutaj da się odczuć niesamowitą aurę bijącą od Birmańczyków, ale o tym będziemy jeszcze dokładniej pisać przy okazji wpisów na temat Birmy. Nagle każą iść – no ok, idziemy. Stajemy na podeście, pan nas maca czy nie przewozimy bomby, ot, cała kontrola celna i osobista. Wchodzimy do „hali odlotów”(?). Samolot przyleciał, szybka akcja, maszerujemy po mikro płycie

16244565_1649457778404112_2032318908_o

…wsiadamy, nie ma na bilecie numerów miejsc – gdzie mamy siadać? Słyszymy – gdziekolwiek. Ooook. W zasadzie i tak jesteśmy jednymi z może 14 pasażerów. Godzinny lot, lądujemy w ciemności w Hehu, jakieś 20km od Inle Lake, gdzie się wybieraliśmy. Wysiadamy z samolotu, wchodzimy do ciemnej i pustej hali przylotów, biegają za nami kolesie z latarkami, jeden podchodzi i przynosi nam plecaki. Nie ma prądu, nie ma światła, nie ma żywej duszy prócz tych z latarkami, co świecą nam drogę. Ot, zaczynamy więc przygodę!

Wychodzimy z lotniska, atakuje nas zgraja taksówkarzy – cena 23 dolary. Za  20km drogi trzeba przyznać – spooooro. Próbujemy się targować, wiedząc, że i tak nie mamy totalnie żadnej innej opcji – jesteśmy w czarnej dziurze, gdzie jedynym naszym towarzystwem są taksówkarze i szczere pole, ciemność, brak komunikacji dookoła. Zgodzili się na 20dolarów, niżej nie zejdą, nie ma dalszej dyskusji. No dobra, serce boli, ale trzeba się jakoś dostać. Jedziemy przez totalną ciemnię, nie mijając po drodze ani jednej latarni, żywej duszy. Dojeżdżamy w końcu do budki, gdzie trzeba zapłacić za wjazd na teren Inle Lake – 10 dolarów od osoby.  Płacimy, bez tego obcokrajowcy nie mają wstępu (Birmańczycy za darmo), jedziemy dalej. Oczywiście jedziemy w ciemno, bo nie rezerwowaliśmy nic, nie będąc pewnymi, czy uda się tego dnia dotrzeć do Inle Lake. Dojeżdżamy do Nyaungshwe, miejscowości tuz nad jeziorem Inle. Standardowe pytanie – jaki hotel? Nie wiemy, ale kierowca i tak tego nie rozumie. Ostatecznie rzucamy  byle jaką nazwę z Lonely Planet, podwozi nas – nie ma miejsc. W motelu naprzeciw – nie ma miejsc. Dopiero w trzecim z kolei znalazł się pokoik – 20 dolarów za pokój z łazienką, ciepłą wodą i śniadaniem. No ok, bierzemy, o tej porze i tak pewnie nic już nie znajdziemy.

Tak dotarliśmy nad jezioro Inle w Birmie, o tym jednak, co dalej, będzie kolejny wpis. Mając bardzo słaby internet w Birmie, nasze możliwości są chwilowo ograniczone i jesteśmy na blogu kilka dni w plecy, obiecujemy jednak, że jak tylko złapiemy znowu niezłe połączenie – od razu pojawi się kolejny wpis. Tymczasem mamy już za sobą kilka dni w Birmie i pozdrawiamy z Mandalaj!

Elephant Family Care!

Z samego rana następnego dnia wyruszyliśmy do upragnionych słoni. Wiedząc, jak są wykorzystywane w Azji przez rozpieszczonych zagranicznych turystów, których muszą całymi dniami, w pełnym słońcu nosić na swoich grzbietach, byliśmy przeszczęśliwi, mogąc jechać w miejsce, które nie ma nic wspólnego z maltretowaniem tych niesamowitych zwierząt. Warto pamiętać, że słonie są zaraz po delfinach i szympansach, zaliczane do najinteligentniejszych zwierząt.

Już o 8 rano podjechał po nas jeep, którym ruszyliśmy w drogę z Chiang Mai do Elephant Family Care – tak się nazywa farma, na której można opiekować się słoniami, można także zostać tam wolontariuszem i codziennie dbać o słonie. Nasza grupa liczyła 4 osoby plus nasz pilot. Po 1,5h jadąc ostatecznie przez dżunglę, dotarliśmy na farmę.

Najpierw dostaliśmy 6 wielkich worów bananów, które trzeba było porozrywać z kiści na pojedyncze banany, którymi mieliśmy najpierw karmić słonie i tym samym zyskać ich sympatię i zaufanie.

img_3788

Dalej dostaliśmy stroje – wielkie, szerokie spodnie i koszulki, jako że mieliśmy się kąpać w błocie ze słoniami i nasze ubrania kompletnie by się do tego nie nadawały. Wzięliśmy kosze z bananami i zeszliśmy do doliny. Słonie widząc banany ochoczo podeszły, nie opuszczali ich jednak ich opiekunowie. Co ciekawe, każdy słoń ma swojego własnego opiekuna, który spędza z nim całe dnie, troszcząc się i trenując. Poza tym opiekun nie może słonia spuszczać z oka, gdyż słoń je wszystko, co napotka na swojej drodze. Można sobie tylko wyobrazić, ile może zjeść 2500kg zwierzak. Na własne oczy przekonaliśmy się, że ich żołądki mają nieskończoną pojemność.

img_3787

Najpierw zapoznanie, kilka bananów w trąbę i już słoń zaczyna być bardziej ufny i spokojniejszy. Kolejnym krokiem jest wsadzanie bananów prosto do pysków – kolejny poziom zaufania zaliczony. Cwaniaczki przepychały się trąbami, by zdobyć jak najwięcej bananów, momentami próbowały sięgać trąbami do wiaderek i wyciągały sobie same. Niesamowicie pocieszne stworzenia!

img_3802

 

img_3800

img_3813

Słonie tajskie nie należą do tak wielkich, jak te afrykańskie. Jednak cechuje je wielka inteligencja. I ponoć bardzo przywiązują się do swoich opiekunów. Po nakarmieniu słoni bananami, krótki spacer, by mogły przegryźć banany „odrobiną” liści i traw. Rzeczywiście jedzą wszystko, co napotkają na swej drodze. Próbowały się nawet przez ogrodzenie dostać na plantację marakuji, drut kolczasty niespecjalnie przeszkadzał 🙂

img_3829

 

img_3849

Głównym punktem programu było jednak nazywane przez lokalnych „słoniowe spa” – czyli kąpiel błotna i nacieranie błotem słoni leżących w bajorze. To tu najbardziej miały się przydać ubrania, które wcześniej dostaliśmy. Słonie ochoczo weszły, bez specjalnej zachęty do bajora, turlając się w błocie, machając trąbą na wszystkie strony, my zaś wcieraliśmy błoto w ich grubą skórę. Nie da się ukryć, że wyglądały na zadowolone równie jak ci, którzy stali po kolana w błocie, wybierając je spod swoich nóg i nacierając słonia 🙂

img_3868

Dalej zaś słonie zostawiliśmy same sobie, oddały się radosnej zabawie w wodzie, skacząc po sobie, wywijając trąbami i rycząc w niebogłosy. Serio, nigdy byśmy nie podejrzewali, że te zwierzęta mogą tak cieszyć się kąpielą i zabawą! My zaś moczyliśmy kości w stawie, obserwując przed nami zabawy słoni.

img_3858

img_3876

Gdy słonie zmęczyły się upałem, odmaszerowały na ubocze do cienia, na nas już był zaś czas, by odejść i zostawić je w spokoju. Lunch czekał już gotowy na wzgórzu nad doliną. Zimne piwo, ryż, pieczone warzywa, rosołek i soczyste owoce i można było ruszać dalej w drogę ku wodospadowi. Oddalony o jakieś 20min drogi od farmy słoni, może nie robi jakiegoś fenomenalnego wrażenia, jednak jest to rzadka okazja, by móc wykąpać się pod wodą spływającą strumieniami z wodospadów. Rześko i lodowato, na ten upał całkiem przyjemna odmiana. Mogliśmy też wspiąć się i przejść wydrążonym korytarzem za wodospadem.

img_3901

DCIM100GOPRO

img_3904

Ostatnim punktem programu był rafting przez rzekę na bambusowych tratwach. Temperatura wody mroziła nieco krew w żyłach, sama rzeka też nie należała do rwących, więc 40min spędzone na tratwie po pewnym czasie zaczęły się mocno dłużyć. Po drodze kilka razy mijaliśmy kolejne słonie, kąpane w rzece, tudzież niosące wygodnickich turystów na grzbietach. Nie jest to najprzyjemniejszy widok, choć rząd stara się ograniczyć wykorzystywanie słoni w celach turystycznych, wciąż ciężko zapanować nad lokalnymi. Póki istnieje tak duża liczba chętnych, by skorzystać z tejże „atrakcji”, rynek pewnie będzie się rozwijał w najlepsze.

DCIM100GOPRO

Ostatecznie, przemoczeni do suchej nitki, dopłynęliśmy na miejsce zakończenia spływu, przebraliśmy się i wsiedliśmy do naszego jeepa, zasypiając w zasadzie nie przejechawszy nawet 5 minut. Obudziliśmy się dopiero w Chiang Mai.

Wysiedliśmy pod hostelem, zgarnęliśmy nasze plecaki i od razu złapaliśmy pierwszego lepszego tuk tuka na dworzec, wiedząc, że oficjalnie ostatni autobus do Chiang Rai odjeżdża codziennie o godz. 18:00. Niby wyczytaliśmy, że w piątki i niedziele odjeżdżają po 18 jeszcze 2 autobusy, ale nikt z lokalnych o tym nie wiedział i nie potrafił udzielić żadnej informacji, więc woleliśmy jak najszybciej dostać się na dworzec. PS. Warto pamiętać o korkach, nieważne w jak dużym mieście w Tajlandii się znajdujesz, po 17 korki to istny koszmar! Nie zapominajmy także, że z Chiang Mai do Chiang Rai jeździ bardzo dużo turystów i lokalnych, więc jeśli liczy się na miejsce w ostatnim tego dnia autobusie nie mając wcześniej biletu – Good luck!

Dotarliśmy tuż przed 18, biletów na 18 już oczywiście nie było i de facto byliśmy mentalnie gotowi na to, że być może spędzimy w Chiang Mai jeszcze jedną noc, jeśli nie uda nam się dostać biletów na autobus do Chiang Rai. Na szczęście jednak internetowa informacja o dwóch dodatkowych kursach w piątki i niedziele okazała się zgodna z prawdą i dostaliśmy bilety do Chiang Rai na 18:45 – koszt jednego biletu – 160 bahtów (ok. 19zł). Autobus z klimatyzacją, wodą mineralną, toaletą, batonikami.

Zdążyliśmy jeszcze przekąsić w przydrożnym straganie pad thaia, co prawda pod nogami biegały nam urocze szczury i karaluchy, ale jedzonko było wyśmienite, a Tajka, która nam ugotowała, nie omieszkała zadzwonić do swojego hinduskiego męża na skypie, by nas mu przedstawić 🙂

W każdym razie tuż po 22 dojechaliśmy do Chiang Rai, rzuciliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy odkrywać nocne życie miasta, w którym roi się od tzw. Lady Boy’ów i nikogo to nie rusza. Miłe miasteczko, bardzo czyste, muzyka na żywo, aczkolwiek miasto szybko kładzie się spać.

Ale o Chiang Rai będzie już następny wpis!

Tymczasem pozdrawiamy z Birmy, z lotniska w Tachileik, które wygląda jak dworzec, jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, brak kontroli celnej, nasze bilety mają ręcznie wypisane dane i jesteśmy jednymi z kilkunastu pasażerów. Lecimy stąd do Hehu, skąd udamy się nad Jezioro Inle w centralnej Birmie.

Nie wiedząc, kiedy znów złapiemy internet- Dziadku, wszystkiego, co najlepsze z okazji Twojego święta!

Bangkok, Chiang Mai!

 

Po 2godzinnym locie do Helsinek, 3godzinnej przesiadce w Helsinkach i 10 godz. Kolejnego lotu, dotarliśmy wreszcie do Bangkoku. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak tęskniliśmy za tym miastem, dopóki nie wysiedliśmy z kolejki z lotniska. Od razu uderzyły w nas zapachy azjatyckich przysmaków, otoczyły nas wszechobecne tuk-tuki i dało o sobie znać gorące tajskie powietrze. Tym razem jednak wilgotność okazała się łaskawsza niż przy naszej poprzedniej wizycie w Bangkoku, można było swobodnie oddychać.

Dojechaliśmy na ostatni przystanek niebieskiej linii kolejki z lotniska i złapaliśmy pierwszą taksówkę na Khao San. Nie mieliśmy żadnego hostelu, gdyż i tak tego samego dnia mieliśmy jechać do Chiang Mai, nauczeni jednak doświadczeniem z poprzedniego razu, wiedzieliśmy, że najwięcej hosteli jest właśnie na Khao San. Pamiętać należy, że o koszt taksówki warto się potargować – kierowca widząc turystę, na dodatek z dużym plecakiem, spodziewa się, że uda mu się nieźle zarobić.

Dotarliśmy na Khao San, rzuciliśmy plecaki w bagażowni w jednym z hosteli za drobną opłatą i ruszyliśmy przed siebie wiedząc, że tak naprawdę mamy jakieś 10h do naszego autobusu do Chiang Mai, z czego na dworzec, znając korki w Bangkoku, musimy wyruszyć 2h przed wyjazdem autobusu. Za dobrze pamiętamy, jak poprzednim razem niemal spóźniliśmy się na samolot do Siem Reap 🙂

Najpierw szybka przekąska w postaci Pad Thai i Sajgonek i czas w drogę! Azjatyckie jedzenie nigdy nam się nie znudzi!

16176513_10208684729370713_1913225416_n-kopiowanie

16176761_10208684730250735_215565382_n-kopiowanie

W Bangkoku wciąż trwa żałoba po zmarłym kilka miesięcy temu królu. Warto pamiętać, że to najdłużej na świecie panujący władca. Dziś jego miejsce zastąpił 60letni syn, jednak w dniu naszego przylotu do Bangkoku trwają uroczystości zakończenia żałoby. Pałac jest zamknięty, wokoło całe masy na czarno ubranych Tajów, chcących ostatecznie pożegnać ukochanego króla. Wszędzie jego zdjęcia, ryciny, portrety.

img_3650-kopiowanie

Stwierdziliśmy, że ruszymy najpierw do Wat Pho, czyli potężnego, leżącego Buddy. Tak, byliśmy już tam, jednak poprzednio byliśmy tak zmęczeni, do tego z nieba lała się ściana deszczu, że wstyd się przyznać, ale całą szóstką po prostu zasnęliśmy na podłodze u stóp Buddy J Tym razem chcieliśmy mu się dokładniej przyglądnąć. Dla ciekawskich – wstęp 100 bahtów, pamiętać należy, jak w każdej świątyni buddyjskiej, o odpowiednim stroju – zakryte ramiona, zakryte kolana, bose stopy. Ot, Wat Pho w pełnej swej okazałości:

img_3655-kopiowanie

img_3641-kopiowanie

img_3672-kopiowanie

img_3665-kopiowanie

Zasypianie w Wat Pho to już chyba tradycja…:) tym razem nie było deszczu, ale jakoś tak się złożyło, że wychodząc usiedliśmy na schodach i nie wiemy nawet kiedy oczy się zamknęły. Może to magia tego miejsca, że na tyle koi i uspokaja, że człowiekowi robi się błogo.

Mieliśmy nadzieję zahaczyć jeszcze o Wat Arun, z nadzieją, że tym razem remont został zakończony, jednak wyglądając z pomostu zobaczyliśmy, że niestety 1,5 roku od naszej ostatniej wizyty niewiele się zmieniło, wciąż rusztowania zasłaniają świątynię.

Wiedząc, że nie mamy tak naprawdę za wiele czasu, a Bangkok potrafi wciągnąć, aż straci się rachubę czasu, spacerkiem zaczęliśmy wracać w kierunku Khao San. Tam, na spokojnie, uraczyliśmy si ę zimnym Changiem (słynne tajskie piwo) i kolejnymi porcjami pysznego jedzenia, obserwując, jak słynna imprezowa Khao San wraz z zachodzącym słońcem zmienia się z bazaru w największą azjatycką imprezę, ku której zmierzają rzesze turystów z całego świata. Nie bez powodu bowiem w roku 2016 pod względem ilości turystów Bangkok zajął pierwsze miejsce na świecie.

 

Zabraliśmy plecaki, złapaliśmy tuk tuka i ruszyliśmy w godzinną podróż ku północnemu dworcowi autobusowemu Morchit, z którego mieliśmy kupiony przez internet bilet do Chiang Mai. Dla ciekawskich – bilet na nocny pociąg, który wychwalany jest niemal wszędzie to ok 1300 bahtów (2ga klasa!), jazda trwa 13-14h, klimatyzacja w cenie- owszem. My wybraliśmy autobus, bo po pierwsze był tańszy – 530 bahtów, szybszy – 9,5h. Zapewniona klimatyzacja, woda mineralna, posiłek nad ranem, kocyk, toaleta – szczerze- chyba nigdy się tak nie wyspaliśmy w żadnym nocnym środku transportu, przespaliśmy dosłownie całą drogę.

img_3680-kopiowanie

Nad ranem dojechaliśmy do Chiang Mai. Dzień dopiero budził się do życia, jednak wiedząc, że teoretycznie w zarezerwowanym przez nas hostelu, check in jest od 7, ruszyliśmy od razu w jego kierunku. Nie zamierzaliśmy spać, ale marzyliśmy o prysznicu, gdyż ostatni raz mieliśmy okazję kąpać się w Krakowie 2 dni wcześniej 🙂

Gdyby ktoś szukał fajnego miejsca w Chiang Mai, bez wątpienia znajdzie mnóstwo hosteli, większość z nich nawet nie ma profilu w internecie, a ceny dla walk-inów są niższe niż dla rezerwacji internetowych.

Wzięliśmy prysznic, zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy wynająć skuter, by najpierw wyjechać za miasto do Wat Phra That Doi Suthep. Wynajęcie skutera na 24h kosztowało 200 bahtów, czyli mniej więcej 24 zł. Drogą przez serpentyny, przed naszymi oczami ukazały się długie schody ku górze rozpoczynające się głowami smoków. Warto podkreślić, że w Chiang Mai i okolicach wyraźnie widać wpływy chińskie, szczególnie w architekturze sakralnej. Liczne smoki, potwory, inna konstrukcja dachu – charakterystyczne cechy chińskich świątyń można zauważyć właśnie tutaj.

Wejście na szczyt schodów, standardowo- obcokrajowcy płacą za bilet, tubylcy wchodzą za darmo. Oczywiście są to kwoty iście symboliczne, więc nic się nie dzieje. Tuż po wejściu na teren kompleksu zostawiamy buty, Karolina owija się sarongiem  -szacunek to podstawa, jeśli jako turysta chcesz zwiedzać świątynie buddyjskie.

Trzeba przyznać, że kompleks robi wrażenie, oczywiście kipi złotem, dookoła dzwonią dzwonki symbolizujące tu darczyńców na rzecz świątyni, zapach kadzideł unosi się w powietrzu…

img_3684-kopiowanie

img_3669-kopiowanie

img_3695-kopiowanie

img_3697-kopiowanie

img_3700-kopiowanie

img_3693-kopiowanie

Dalej ruszyliśmy w drogę powrotną do Chiang Mai, chcąc odwiedzić pozostałe świątynie, zahaczając po drodze o lokalny targ, gdzie jednak wszystkie stragany z gotowanym świeżym jedzeniem właśnie się składały, otwarte miały być znów o 18 – ok, wrócimy tu później. Tymczasem zaparkowaliśmy skuter przed świątynią Wat Chedi Luang – najważniejszą w Chiang Mai świątynią buddyjską i po drodze zatrzymaliśmy się zjeść u przemiłej starszej Tajki w jej ulicznej „knajpce”, która serwowała absolutnie genialne przysmaki. Warto podkreślić, że Chiang Mai to raj dla wegetarian – tutejsza kuchnia słynie z doskonałych potraw wegetariańskich, o czym mieliśmy okazję się przekonać.

16176251_10208684730410739_599502545_n-kopiowanie

16176503_10208684729690721_1750025077_n-kopiowanie

Wat Chedi Luang:

img_3744-kopiowanie

img_3749-kopiowanie

 

Dalej odwiedziliśmy Phra Singh Temple:

img_3727-kopiowanie

img_3725-kopiowanie

img_3759-kopiowanie

img_3753-kopiowanie

img_3762-kopiowanie

Od świątyni do świątyni, wróciliśmy na chwilę do hostelu, ogarnąć, co dalej zaplanować i kiedy dostać się do Birmy. Sprawdziliśmy wszystkie dostępne opcje, przeanalizowaliśmy „za” i „przeciw” i zdecydowaliśmy, że do Birmy wjedziemy w sobotę. Tymczasem na dzień następny zaplanowaliśmy wyjazd do „Elephants Family Care” – miejsca, gdzie za cel postawiono sobie ochronę tych niesamowitych zwierząt przed wykorzystywaniem ich w noszeniu rozpieszczonych turystów na swoich grzbietach. Gdzie się uczy ludzi i pokazuje im, jak się opiekować słoniami, jak wygląda ich normalna rutyna dnia codziennego, gdy nie muszą pracować dla ludzi. Cała wycieczka kosztuje jak na Tajlandię nie małe pieniądze – my zapłaciliśmy 1600bahtów za osobę, czyli jakieś 180 zł, jednak pieniądze te w całości są przeznaczone na opiekę i utrzymanie słoni. Wyjazd następnego dnia o 8 rano, powrót około 17, więc zaraz po tym pojedziemy do Chiang Rai.

Jak już wcześniej wspominaliśmy, pojawił się też problem w związku z przejazdem przez Birmę. Na naszej wizie wpisane zostało, że przekroczymy granicę w Tachileik, na północy.  Jednak droga od Tachileik na zachód, w kierunku Mandalaj, została zamknięta dla transportu turystów. Jedyną więc opcją dla nas zostaje kupienie biletu lotniczego z Tachileik do Mandalaj lub pobliskich miast. Loty nie są codziennie, a nam, jak zwykle, zależy na czasie. Kupiliśmy więc bilet z Tachileik do Heho (okolice Inle Lake), płacąc za niego 115 dolarów!!!!! Masakra, ale niestety innej opcji nie było. Nie mogliśmy przekroczyć granicy drogą powietrzną, jeśli na wizie mamy ściśle określone, którędy wjedziemy do Birmy…Więc bilet krajowy lotniczy w obrębie Birmy, kosztował niemal połowę naszych lotów do i z Azji. Niestety.

Wieczorem spacerowaliśmy po mieście, zastanawiając się, czy nie iść na walkę Muai Thai, która miała odbyć się o 21 na lokalnym „stadionie”. Weszliśmy zerknąć, ostatecznie obecność niezliczonych transwestytów, nazywanych przez lokalnych „lady boy”, ostatecznie pomogła podjąć nam decyzję, że może pójdziemy w Bangkoku w drodze powrotnej 🙂

img_3768-kopiowanie

Na koniec dnia pyszna tajska kuchnia uliczna – pad thai za grosze, piwo Chang, towarzystwo lokalnych mieszkańców, a potem tradycyjny tajski food massage – 30minut – 100bahtów (ok.12zł) 🙂 rano ruszamy na słonie!

16215493_10208684730050730_852797100_n-kopiowanie

16145026_10208684730530742_784862446_o-kopiowanie

16144099_10208684730810749_652205004_n-kopiowanie

 

PS.Pisząc to jesteśmy już w Chiang Rai, skąd jutro wybieramy się w kierunku Birmy. Ciężko stwierdzić, czy będziemy mieć internet i jeśli tak, to czy jego jakość pozwoli publikować na bieżąco następne posty, ale będziemy próbować!

Wrzucając ten post, u nas jest już 21.01, więc Babciom życzymy duuuużo zdrowia i radości!

A….Słonie były absolutnie niesamowite!

 

PODSUMOWANIE WYJAZDU DO AZJI 2015 – TAJLANDIA, KAMBODŻA, WIETNAM!

Kolejny raz nadszedł czas na to, by podsumować naszą wyprawę, tym razem tą do Azji. Ponownie sprawiło nam to nie lada problem, bo pewnych etapów wcale nie chce się zamykać. Tak samo było w przypadku zeszłorocznego wyjazdu do Ameryki Południowej. Tu jednak jest nieco łatwiej, gdyż w Azji byliśmy o połowę krócej – 3 tygodnie, podczas gdy w Ameryce Południowej spędziliśmy niemal 6 tygodni – kawał czasu z dala od domu, od bliskich, w zupełnie innym świecie, świecie, który nam się dużo bardziej podobał niż polskie realia.

Faktem jest, że mimo wszystko, Ameryka Południowa zrobiła na nas dużo większe wrażenie niż część Azji, którą zwiedzaliśmy w tym roku. Wynika to głównie z tego, że w Ameryce Południowej obracaliśmy się przede wszystkim pośród cudów natury – rajskie plaże Rio w Brazylii, cudowne wodospady na granicy Brazylii i Argentyny, monumentalne, ośnieżone szczyty Andów, niesamowita pustynia Atacama, pustkowia na wysokości prawie 5 tys. m n.p.m. w Boliwii, w końcu lasy i puszcze w Peru. Ameryka Południowa zachwyca swoją wciąż nieskalaną tłumami turystów naturą i widokami pośród pustki. Mieliśmy szansę w wielu miejscach być zupełnie sami lub tylko w niewielkim gronie.

W Azji zaś to, co widzieliśmy, to przede wszystkim miasta, cywilizacja, tłumy. Tłumy, które po pewnym czasie aż męczą. Huk skuterów i zgiełk przepełnionych ulic, mnóstwa turystów i wszechobecny duszący smog. Walka o przejście z jednego końca jezdni na drugi, kiedy to niejednokrotnie trzeba po prostu zamknąć oczy i iść przed siebie nie bacząc na to, co nas spotka po drodze. Nie było w zasadzie miejsca, gdzie nie byłoby innych turystów. Nawet te rejony, które w przewodnikach uchodziły za pozbawione turystów, w rzeczywistości są nimi przepełnione. Nie chcemy oczywiście w żaden sposób odbierać uroku tej części Azji, którą zobaczyliśmy, bo oczywiście ma to swój urok , wiemy też, że to, co zobaczyliśmy to tylko malutka cząstka ogromnego kontynentu, na którym niewątpliwie znajduje się mnóstwo zapierających dech w piersiach miejsc, które jeszcze kiedyś będziemy chcieli eksplorować. Jednak Azja a Ameryka Południowa to dwa całkowicie odrębne, różne kontynenty. Inne są miasta, inni są ludzie, inne są widoki i atrakcje.

Kolejny raz, tak jak w przypadku podsumowania wyjazdu do Ameryki Południowej, postanowiliśmy usiąść przy winie i wybrać kilka „naj” spośród miejsc, które mieliśmy szansę odwiedzić.

1. PAŃSTWO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – KAMBODŻA
Co tu dużo mówić – pomijając niesamowite Angkor Wat, Kambodża różni się nieco od Tajlandii i Wietnamu. Tu ludzie wydają się dużo bardziej uprzejmi, pomimo biedy uśmiechnięci i starający się mimo wszystko cieszyć każdym dniem, który mogą razem przeżywać. Turysta nie jest dla nich okazją do zarobienia dużo większej kasy, tak jak w Wietnamie. Próbując się wdrożyć nieco w historię kraju, szczególnie tą podczas reżimu Czerwonych Khmerów – naród ten naprawdę przeżył swoją tragedię, która przecież jest jednak wciąż dosyć świeżą sprawą, jednak starają się jakoś wybić, a ich uprzejme i ciepłe uśmiechy napawają optymizmem.

IMG_6967

IMG_6909

IMG_7372

IMG_0764

IMG_7248

IMG_7449

IMG_7399

2. MIASTO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – BANGKOK
Ciężko było dokonać tego wyboru, gdyż widzieliśmy sporo miast i w każdym z nich spodobało nam się co innego. Ważąc jednak plusy i minusy miast wybraliśmy Bangkok. Bangkok, pomimo swojego ogromu (grubo ponad 8 mln ludzi zamieszkałych w mieście), wielkiego gwaru miejskiego oraz wszędzie obecnych tuk-tuków oraz skuterów, posiada także wiele miejsc świątynnych oraz kompleksów kipiących złotem i zdobieniami, które są zresztą bardzo dobrze zachowane i restaurowane na bieżąco. Poza tym tajski masaż stóp na ulicach Bangkoku to coś co bardzo przypadło nam do gustu 🙂

IMG_6265

IMG_6399

IMG_6362

IMG_6283

IMG_6369

IMG_6471

3. NAJDZIWNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ ZJEŚĆ – SKORPION
No może nie nam wszystkim, bo jedli tylko Piotrek, Kamil i Kondzio, jednak jednogłośnie stwierdzili, że nie była to rzecz, której zjedzenie chcieliby powtórzyć. Pancerzyk bardzo wchodził w zęby i był cholernie twardy. Kobieta, która sprzedawała skorpiony na ulicy w Bangkoku oblizywała palce i jadła skorpiona z uśmiechem – trudno stwierdzić, czy to jej ulubione danie, czy też chwyt marketingowy – cóż, o gustach się nie dyskutuje 🙂

IMG_6514

IMG_6518

IMG_6529

4. NAJDZIWNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ WYPIĆ – WÓDKA Z WĘŻEM
Dla nas, Europejczyków, dziwne, w Azji wąż jest przysmakiem. Pija się wódkę, w której zatopiony jest wąż, pija się drinki z wciąż bijącym jeszcze sercem węży, je się mięso węży. Spróbować trzeba, my spróbowaliśmy tylko wódki z wężem podczas jednej z kolacji w Sajgonie. Buteleczkę kupiliśmy na targu w Sajgonie – fakt, trzeba było się ostro targować, bo wiadomo, że dla turysty to nie lada atrakcja, za którą są w stanie wiele zapłacić, a Wietnamczycy o tym dobrze wiedzą. Wódka sama w sobie – bardzo mocna, ostra woń spirytusu, kolor rudawy, smak – dyplomatycznie powiemy – może być.

IMG_20151016_201240

5. MIEJSCE (POZA MIASTEM), KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – ANGKOR WAT I AYUTTHAYA
To chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem. Angkor Wat, choć po prostu oblegane przez turystów od samego świtu, robi niesamowite wrażenie. Ogrom świątyń z przed wielu wieków, ich idealna konstrukcja, która pozwoliła na to, że świątynie zachowały się w takim stanie do dziś, płaskorzeźby, potężne drzewa i ich korzenie oplatające mury świątyń, dzikość przyrody współżyjącej do dziś ze świątyniami…widoki zapierają dech w piersiach i murów nie chce się opuszczać…

IMG_0578

IMG_7028

IMG_6955

IMG_7049

IMG_7002

Ayutthaya robi nie mniejsze wrażenie, tym bardziej, że udało nam się nawet być w jednej ze świątyń bez towarzystwa wścibskich turystów. Wszechobecne posągi Buddy i czerwone mury wielowiekowych świątyń otoczone azjatycką roślinnością także uderzają swoim pięknem, a atmosfera jest niepowtarzalna. Polecamy wypożyczenie rowerów i objechanie świątyń na własną rękę!

IMG_6704

IMG_6612

IMG_6695

6. NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA – KOH RONG ISLAND (KAMBODŻA)
Tak naprawdę nie zobaczyliśmy po drodze zbyt wielu plaż, a na pewno znalazłyby się ładniejsze od tych na Koh Rong. Jednak nie plażowanie było naszym celem podczas tej podróży, czas niestety naglił, a chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim okresie czasu, jakim dysponowaliśmy. Kostek i Bartek dotarli ostatecznie przez dżunglę na drugą stronę wyspy i zobaczyli jeszcze piękniejszą plażę toteż tutaj wrzucamy zdjęcia tak nasze, jak i Kostka z plaż na Koh Rong Island.

IMG_0778

IMG_0780

IMG_7292

IMG_7329

IMG_7265

IMG_7259

7. NAJFAJNIEJSZY ZWIERZ, JAKIEGO SPOTKALIŚMY – NO OCZYWIŚCIE, ŻE MAŁPY !
Nic innego nie mogło tutaj przebić małp, które spotkaliśmy na drodze podczas powrotu z Angkor Wat. Zatrzymaliśmy się na drodze i dosłownie obsiadły nasze rowery. Bezczelnie wyrywały nam jedzenie z rąk, jednak uroku im odmówić nie można. Ciężko było się ich potem pozbyć z naszych rowerów, nie miały za bardzo ochoty zejść z nich, przez co w zasadzie nasz odjazd się nieco opóźnił i tym samym złapała nas ulewa.

IMG_0674

IMG_7120

IMG_7118

IMG_7133

IMG_3643

8. NAJBARDZIEJ MALOWNICZE WIDOKI PODCZAS PODRÓŻY – HA LONG oraz NINH BINH
Bez dwóch zdań najładniejsze widoki, jakie ukazały się naszym oczom to zatoka Ha Long, a w niej ogromne skały porośnięte lasami, wynurzające się z wody niczym latające wyspy. Mieliśmy okazję podziwiać je o zachodzie i wschodzie słońca, co tylko potęgowało nasz podziw. Jest to oczywiście obowiązkowy punktu podczas pobytu w Wietnamie.

IMG_9052

IMG_9170

IMG_9077

IMG_9099
Innym miejscem, które zrobiło na nas wrażenie to widoki w okolicach Ninh Binh, które przemierzaliśmy na skuterach i łódkach. To, co ukazało się naszym oczom było równie zachwycające, co potwierdzają zdjęcia poniżej.

IMG_8823

IMG_8858

IMG_8683

IMG_8719

9. NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE – NOWOCZESNY SAJGON (HO CHI MINCH CITY)
Gdybyśmy rozpoczęli zwiedzanie Wietnamu od północy w kierunku południa nasze zaskoczenie byłoby jeszcze większe. Jednak także na samym początku Sajgon zaskoczył nas swoją okazałością i nowoczesnością. Oczywiście obrzeża miasta oraz okolice poza centrum wyglądają nieco gorzej, gdzie widoczna jest bieda oraz wszechobecny brud. Jednak samo centrum to bardzo nowoczesna metropolia z wieloma wieżowcami tętniąca nocnym życiem, z wieloma pięknie zagospodarowanymi skwerami i parkami oraz drogimi restauracjami. Ceny w ścisłym centrum również znacząco wyższe. Tym samym to Sajgon wygląda jakby był stolicą Wietnamu, bo przyznać trzeba, że Hanoi to takie miasto bez większego wyrazu.

IMG_7723

IMG_7872

IMG_7731

IMG_7756

IMG_7739

IMG_1261

10. NAJWYGODNIEJSZY ŚRODEK TRANSPORTU – NOCNE AUTOBUSY Z MIEJSCAMI LEŻĄCYMI i SKUTERY
Jesteśmy już chyba ekspertami jeśli chodzi o nocne autobusy – oszczędza się czas, dzięki temu, że podróżuje się w nocy, pieniądze – zamiast wydawać na nocleg i samolot po prostu spaliśmy w autobusie. Po drodze regularne przystanki na toaletę i jedzonko, kocyki, woda w cenie, czasem też karaluchy (w sumie tylko w autobusie w Kambodży były 🙂  ), ale mimo wszystko wygody odmówić nie można. Czasem dość przerażające widoki, gdy ten piętrowy autobus jedzie nad przepaścią w górach ledwo wyrabiając się na zakrętach, ale te momenty lepiej po prostu przespać 🙂
Skutery z drugiej strony mają jeszcze więcej uroku. Można zatrzymać się w każdym miejscu po drodze, przemierza się zachwycającą wietnamską prowincję, nie ma problemu z zaparkowaniem i wciśnięciem się w niedostępne dla aut i autobusów zakamarki.

IMG_20151016_214854

IMG_20151016_214941

IMG_20151017_192356

IMG_1507

IMG_1108

To tak w skrócie, gdyż kategorii można mnożyć, dodawać bez końca, lecz my wypisaliśmy, te które najbardziej zapadły nam w głowach. Czas jednak przejść do podsumowania liczb – kilometrów, kosztów, transportu itd. Pewnie nie jedną osobę, która wybiera się w te rejony, koszty interesują. A przyznać trzeba, że Azja wyszła nam taniej niż Ameryka Południowa. Tak naprawdę najwięcej tutaj zapłaciliśmy za lot z Polski do Bangkoku i potem z Hanoi do Polski. Faktem jest, że bilet do Ameryki Południowej udało nam się kupić w bardzo atrakcyjnej cenie – 1002 zł, co się bardzo niewielu udaje (normalnie bilety kosztują od 3,5tys. w górę). Toteż za Azję nieco przepłaciliśmy (od razu widać, że tym razem bilet ogarniał Piotrek 🙂 )- bilety nas obojga razem kosztowały 4567 zł liniami Qatar Airways ( Wawa-Doha-Bangkok i Hanoi-Doha-Wawa). Zatem widać, że bilety do najtańszych nie należały, tym bardziej, że akurat do Azji można wielokrotnie trafić na bardzo okazyjne ceny. Jednak dlaczego kupiliśmy je w takiej cenie nie będziemy tłumaczyć, było to wynikiem wielu decyzji i splotów wydarzeń, które nie są tu istotne 🙂
Prócz tego lotu w Azji mieliśmy wykupiony jeden lot liniami Air Asia – czyli azjatyckimi tanimi liniami z Bangkoku w Tajlandii do Siem Reap w Kambodży. Za lot zapłaciliśmy 235 zł za osobę. Dzięki temu oszczędziliśmy trochę czasu, gdyż transport z Bangkoku do Siem Reap autobusem okazał się być bardzo skomplikowany i przydługi, stąd też wybór padł na samolot.
W przypadku Ameryki Południowej nie były nam potrzebne żadne wizy, gdyż do każdego z odwiedzanych przez nas państw mogliśmy wjechać na 90 dni bez obowiązku posiadania wizy. W przypadku Azji było inaczej – niezbędna była wiza do Kambodży i Wietnamu, do Tajlandii obywatele Polski mogą wjechać bez wizy. Wiza do Kambodży – można wyrobić elektronicznie, wystarczy wypełnić przez Internet wniosek, uiścić opłatę w wysokości 150 zł za osobę, wiza przychodzi mailem. W przypadku wizy do Wietnamu, konieczna jest wizyta w ambasadzie Wietnamu w Warszawie. Tam składa się wniosek o wizę, zdjęcia, uiszcza opłatę w wysokości 250 zł za osobę, zostawić swoje paszporty i przyjechać za mniej więcej tydzień odebrać paszporty z wizami. Nasze paszporty zawiózł Tata Kamila, za co mu bardzo dziękujemy 🙂 odebrał je później Kondzio, każdy wizę grzecznie dostał.

Do tego zabraliśmy ze sobą dolary w gotówce – na nas obojga wzięliśmy ze sobą w dolarach, przeliczając na polską walutę – 3400zł. Ważne, żeby sporą część dolarów wziąć ze sobą w jak najmniejszych nominałach – najlepiej 1 USD, 5 USD. Przydaje się to na miejscu, gdzie nie wydają reszty w USD i chcą brać resztę dla siebie. Za wiele zaś rzeczy, np. Tuk tuka, taksówkę, pamiątki, płaci się w dolarach. Tak więc w Tajlandii i Kambodży płaciliśmy w dolarach, w Wietnamie zaś bardziej opłaca się płacić w lokalnej walucie, toteż wymienialiśmy w kantorze nasze dolary na dongi. Dodatkowo w Wietnamie, gdy skończyła nam się gotówka, wybieraliśmy jeszcze 1968 zł na naszą dwójkę. Ostatecznie, podsumowując wszystkie koszty wraz z biletami lotniczymi, wszelkim transportem, noclegami, wyżywieniem, wstępami do atrakcji turystycznych, wycieczkami itd. Wydaliśmy za naszą dwójkę 11 205 zł, czyli 5602,5 zł na osobę. Odliczając koszty lotów z PL do Azji wychodzi więc 6638 zł na naszą dwójkę, czyli 3319 zł na osobę. Widać więc, że wycieczka do Azji wyszła nam sporo taniej niż ta po Ameryce Południowej. Pamiętajmy jednak, że w Azji byliśmy 3 tygodnie zamiast 6, podróżowaliśmy też w 6 osób, co wielokrotnie obniżało koszty transportu – np. tuk tuki, taksówki, noclegi (np. wynajęcie całego domku w Koh Rong dzielone na 6 osób, a nie na 2). Jednak nie ulega wątpliwości, że Azja jest znacznie tańsza od drugiej półkuli. Same koszty życia tam- wyżywienie, noclegi, pamiątki itd. są dużo tańsze. Za nocleg ani razu nie płaciliśmy więcej niż 7 dolarów za osobę, a 7 dolarów to już było naprawdę dużo. Ceny za nocleg oscylowały raczej wokół 5 dolarów za noc. Za jedzenie płaciliśmy dosłownie kilka złotych mając talerze wypełnione konkretną górą pysznych, azjatyckich, ulicznych przysmaków.

Podsumowując, łącznie z dojazdem z Krakowa do Warszawy oraz z lotami z PL i z drogą powrotną zrobiliśmy 24 970 km, w tym po samej Azji 5 680 km. Zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych, zupełnie innych niż w Europie miejsc. Azja okazuje się całkowicie odmienna od europejskich realiów – tak pod względem kulturowym, klimatu, ludzi, trybu życia. Nie ma się jednak, co dziwić, w końcu to druga strona półkuli – inna religia, historia, warunki. Zobaczyliśmy zapierające dech w piersiach świątynie buddyjskie kipiące od złota i wszelkich zdobień, gigantyczne metropolie przytłaczające ilością pojazdów na ulicach i ogromem nowoczesnych wieżowców, przepiękne plaże z krystalicznie czystą wodą, białym piaskiem i wielkimi rozgwiazdami na dnie, wspaniałe pałace królewskie ze wspaniale zachowanymi pamiątkami po monarchach, ale także przerażające więzienia i miejsca pamięci, świadczące o wielkim ludobójstwie w tej części świata, wszechobecne ślady wojny w Wietnamie i wynikające z przedwojennego podziału na Północ i Południe różnice społeczne i w podejściu do życia. Wróciliśmy ponownie pełni fantastycznych wspomnień i bogatsi o zupełnie inne doświadczenia, z nieco odmienionym podejściem do życia. Azja zachwyca w swój szczególny sposób i na pewno będziemy chcieli tam wrócić, by eksplorować kolejne części tego kontynentu, jednak naszym numerem jeden pozostaje wciąż Ameryka Południowa i to tam właśnie chcemy wrócić w pierwszej kolejności.

Tymczasem pozdrawiamy z lodowatej Polski, do której właśnie wróciliśmy z pięknej Portugalii. Już niebawem postaramy się uzupełnić bloga o wpisy z Izraela i Portugalii, także zapraszamy do zaglądania 🙂

Wasi mali podróżnicy – Karolina i Piotrek:)

IMG_2904

IMG_8846

IMG_9051

IMG_4165

IMG_9177

Dzień drugi i trzeci – Ayutthaya i Bangkok

Na drugi dzień w Tajlandii zaplanowaliśmy pobudke o 4:30 rano, by o 5:30 wsiąśc w busa do miejscowości Ayutthaya, oddalonej o 1,5h drogi od Bangkoku. Znajdują sie tam liczne świątynie i pałace, niektóre z nich siegają XIV wieku, zniszczone jednak w czasach najazdów Birmańczyków. Rozmieszczone są w całym mieście i dookoła niego tworząc ogromny kompleks. Otwarte są od 7:30, wiec chcielismy byc na miejscu jeszcze przed otwarciem, zanim trzeba bedzie przeciskac sie przez tony turystów. Przy okazji – koszt busa z Bagkoku do Ayutthayi to 60 bahtów czyli 6 zł.

 
Na miejsce dojechalisśmy w niewiele ponad godzine. Od razu ruszyliśmy w poszukiwaniu wypożyczalni rowerów, gdyż patrząc na to, jak wszystkie świątynie są porozrzucane i jakie dzielą je odległości, rzeczą niemożliwą byłoby zobaczenie nawet połowy z nich bez jakiegokolwiek transportu. Uznaliśmy, że rowery zapewnią nam niezależnośc i mobilnosc, toteż wybór padł własnie na nie. Za wypożyczenie roweru na cały dzień zapłaciliśmy 35 bahtów czyli 3,5 zł. Ceny w Tajlandii bardzo nam sie podobają, byłoby super, gdyby tak kształtowały sie wszedzie 🙂

Tutaj kilka fotek z samego miasta
IMG_6546IMG_6565IMG_6630
Do pierwszej ze świątyń dojechaliśmy jeszcze przed otwarciem. Oczywiście wszedzie zakaz wstepu bez biletu i brama wejściowa zamknieta, szkoda jednak, że obsługa zapomniała o ogrodzeniu, którego nie ma. Dzieki temu weszlismy do świątyni za free, ale, co najważniejsze, byliśmy tam całkiem sami. Wschodzący dzień, niesamowite ruiny świątyń buddyjskich sprzed setek lat, cisza, zero turystów i tylko my – genialne!

IMG_6588IMG_6612IMG_6618
Jadąc na rowerze co kawałek mija sie kolejne świątynie i posągi Buddy. Tutaj np. jeden z nich – znowu w pozycji leżącej i dosyc sporych rozmiarów.

IMG_6631
Turystów pojawiało sie coraz wiecej, najgorsze jednak były szkolne armie skośnych, atakujących z każdej strony każde miejsce. Oczywiście my jako białasy z Europy byliśmy dla nich niebywałą atrakcją, wiec żaden nasz ruch nie umykał ich uwadze. Cóż, cieżko byc gwiazdą 🙂
Wracając jednak do świątyń…

IMG_6656IMG_6662
Gdyby ktoś miał ochote, mozna tez przejechac sie na grzbiecie slonia. Stworzone są w tym celu nawet specjalne ścieżki dla słoni. Trzeba jednak przyznac, że słonie te nie należą do tych z podniesioną trąbą, szczesliwych ze swojego losu. Okropnym widokiem jest oglądac jak ciągną nieszczesliwe swoją trąbą po asfalcie niosąc na grzbiecie podnieconych Amerykańców. Przykry widok.

IMG_6685
Tutaj jeszcze zdjecie posągu głowy Buddy, który obrosły korzenie drzew. Ważne, by robiąc zdjecia i modląc sie do Buddy, głowe trzymac ponizej głowy samego Buddy, gdyż to on musi nad nami górowac, należy mu sie szacunek.

IMG_6695IMG_6704
Zaplanowaliśmy sobie na zwiedzanie Ayutthayi od 5-7 godzin, trzeba jednak szczerze przyznac, że po 4 godzinach mieliśmy szczerze dośc kolejnych posągów Buddy i świątyń. Żeby bylo jasne – są piekne i nie ma wątpliwości co do tego, że robią niesamowite wrażenie, zapierają dech w piersiach i absolutnie warto je zobaczyc. Jednak im wiecej sie ich oglada, szczegolnie kolejnych posągów Buddy, które przewyższają swoich poprzedników ogromem i ilością zdobień, złota itd, tym bardziej przykro jest patrzec na tych biednych ludzi chodzących po ulicach, a którzy są świecie przekonani, że Buddzie sie wszystko należy. Nie zamierzamy dyskutowac tutaj o wierze i przekonaniach, bo nie mamy do tego prawa, a i nie powinno sie tutaj o tym dyskutowac, jednak sama dysproporcja miedzy zwykłymi szarymi ludźmi a świątyniami i przepychem w nich panującym bije w oczy na wstepie.

A tu pies dorwany przez Karoline, dziewczynka obrazila sie na nia za głaskanie psa, a Karoliny nie mozna bylo od niego oderwac 🙂

IMG_6715
Po 5h zwiedzania świątyń i zrobieniu dobrych ok. 24 km postanowiliśmy wracac do Bangkoku, tym razem w ramach zdobywania nowych doświadczeń, wybraliśmy pociąg. Przejazd 2h, koszt 15 bahtów, czyli 1,5 zł 🙂 Na wprost nas siedziała starsza Tajka w hełmie rodem chyba z wojny w Wietnamie, ot takie oryginalne nakrycie głowy 🙂

IMG_6727
Po powrocie do Bangkoku – szybki prysznic, basenik, gdyż jak sie okazało nasz hostel na dachu miał basen z widokiem na Bangkok – miłe zaskoczenie, a potem kolacyjna – obowiązkowo uliczne jedzonko. Już dzień wcześniej wyczailiśmy, że na naszej ulicy jest mnóstwo świetnego jedzenia. Np. noodle z warzywami, kurczakiem, jajkiem za 30 bahtów – 3 zł, spring rollsy (takie azjatyckie krokiety hah!) za 25 bahtów – 2,5 zł. Do tego można dołożyc sobie całą mase palących gardło przypraw i sosów, aczkolwiek tu wybór na własną odpowiedzialnośc, przed polaniem całego talerza lepiej spróbowac, bo potrafią wyciskac lzy 🙂

IMG_6735
Byc w Bangkoku i nie pójśc na słynną Si Lom, czyli azjatycką dzielnice czerwonych latarni to grzech, wiec zapakowaliśmy sie w 6 osób (mam wrażenie, że tu nawet 10 osób w aucie to nie jest dla nikogo problem) w taksówke i pojechalismy zobaczyc dzielnice rozpusty. Legendy głoszą, że jest dużo poteżniejsza i bardziej wyuzdana niż jej odpowiednik w Amsterdamie, jednak odwiedziliśmy i jedno i drugie miejsce i teraz możemy szczerze przyznac, że jednak Amsterdam wygrywa. Co prawda nie oferują takich atrakcji jak Ping Pong Night, czyli “widowisko” z kobietami wkładającymi sobie piłeczki do ping ponga nie powiemy gdzie i rzucającymi tymi piłeczkami nie powiemy czym. Mimo wielu ofert nie skorzystaliśmy z tej atrakcji. Zdjec za bardzo nie było jak pstrykac, cóż, każda dzielnica rozpusty ma swoje niepisane prawa- zdjec sie nie robi. Tutaj tylko jedno z oddali:

IMG_6742
Ostatecznie wylądowaliśmy znów na naszej ulicy spacerując z piwkiem, ale jako że wstaliśmy o 4:30 to padliśmy dosyc szybko.
Dzień trzeci w Bangkoku
Nastepny dzień powitał nas wielką ulewą, która zmusiła nas do lekkiej zmiany planów. Najpierw poszliśmy do Muzeum Narodowego, słynącego z jednego z najwiekszych zbiorów w tej czesci Azji. Rzeczywiście, zbiory robią duże wrażenie.

IMG_6758IMG_6763
Niestety jednak połowa z nich była nieudostpniona zwiedzajacym ze wzgledu na renowacje budynków muzeum, przez co udalo nam sie wszystko ogladnac duzo szybciej niz zalożyliśmy.
Na zakończenie zwiedzania ekspozycji – herbata po tajsku – parzona mocna herbata tajska z mlekiem i dużą ilością cukru – przepyszna, a na dodatek ma rudy kolor 🙂

IMG_6780

I jeszcze wozy królewskie, kipiące od ozdób, złoceń itd.

IMG_6783

Na szczescie w miedzy czasie deszcz ustał i mogliśmy podążac dalej. Naszym kolejnym celem był Park Dusit, w którym prócz piknych ogrodów znajduje sie pałac królewski udostepniony zwiedzającym. Tutaj mała uwaga, dla wszystkich, którzy beda sie tam wybierac – mezczyzni koniecznie w długim spodniach, kobiety w długich SPÓDNICACH. Ważne, bo Karolina ubrała sie w długie spodnie, wiedząc, że musi zakryc nogi, skończyło sie to kłótnią na bramce, bo skośna ochrona nie chciała jej wpuścic w spodniach. Argumenty pt. “skąd wiesz, że nie jestem mezczyzną” nie podziałały 🙂 Oczywiście wszystko to po prostu biznes, bo kasują dzieki temu na każdym turyście 50 bahtów, czyli 5 zł za sarong, co jednorazowo oczywiscie nie jest dużą kwotą, jednak przeliczając przez tłumy turystów odwiedzających każdego dnia to miejsce – biznes sie kreci. Niestety do środka nie można wnosic niczego, łącznie z aparatami, toteż zdjecia są tylko w zewnątrz.

IMG_6807
Ostatnim punktem była Golden Mountain, czyli wzgórze ze świątynią buddyjską na szczycie, a przy okazji panorama Bangkoku

IMG_6819

IMG_6839IMG_6855
Tak zakończyliśmy zwiedzanie Bangkoku. Pojechaliśmy do hostelu po nasze rzeczy, które zostawiliśmy w bagażowni i nadszedł czas, by zbierac sie na lotnisko, z którego mieliśmy samolot do Siem Reap, czyli do Kambodży i miejscowości, gdzie znajdują sie słynne świątynie Angkor Wat. Już wcześniej ugadaliśmy sie z taksówkarzem, który miał nieco wieksze auto z 2 dodatkowymi siedzeniami, gdyż tym razem mieliśmy także bagaże, wiec normalne auto nie wchodzilo w gre. OBiecywał, żenie pojedziemy dłużej niz 1 godz, ostatecznie prawie spóźniliśmy sie na samolot, ale troszke adrenaliny nie zaszkodzi 🙂 Korki nas dośc dobrze wstrzymaly.
Kolejny wpis już niebawem o Angkor Wat, a tymczasem pozdrawiamy z rajskiej wyspy Koh Rong z Kambodży! 🙂

Bangkok – dzień pierwszy

Do Bangkoku, czyli stolicy Tajlandii dotarliśmy o czasie. Nazwa Bangkok w tłumaczeniu tajskiej pryginalnej nazwy oznacza: Miasto aniołów, wielkie miasto i rezydencja świętego klejnotu Indry Szmaragdowego Buddy, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana. Najpierw uderzył nas ogrom tego miasta i komunikacyjn chaos. Jeśli w przewodnikach piszą, że cieżko jest sie poruszac po Bangkoku – a piszą – tak, jest to absolutna prawda. Jeśli też piszą, że Tajowie to niezwykle mili ludzie, którzy za wszelką cene próbują pomóc turystom, nawet jeśli nie mają pojecia, gdzie rzecz, o którą sie pytają sie znajduje – tak, to też jest prawda 🙂 Dlatego też spedziliśmy jakieś 40 min na poszukiwaniu przystnaku, z którego odjeżdża nasz autobus, gdyż każdy lokals mówił zupełnie co innego. Ostatecznie złapaliśmy taksówke – 5 osob, kazda z plecakiem, to nie jest żaden problem. Cena to kwestia indywidualnego ustalenia z kierowcą, gdyż instytucja taksometru nie jest poważana 🙂

 
W hostelu czekał już na nas Kamil – szybki prysznic, check in i polecieliśmy zwiedzac Grand Palace, który jeszcze do połowy XX wieku pełnił funkcje siedziby monarchy. Dziś siedziba jest już w innym miejscu, dzieki czemu Grand Palace jest udostepniony zwiedzajacym. Należy jednak pamietac, ze monarsze należy si szacunek w związku z czym absolutnie nie wpuszczają osób ubranych w krótkie spodnie/spódnice, bluzki z odkrytymi dekoltami i ramionami. W wejściu stoi specjalna straż czuwająca nad odpowiednim strojem turystów. Przy okazji należy wspomniec o osobie samego króla Tajlandii – osoby niezwykle wielbionej i kochanej przez Tajów. Jego wizerunki widac wszedzie- na kazdej ulicy, w kazdym miejscu, restauracji itd. Pamietac tez nalezy, że król Rama IX jest najdłużej na świecie panującym monarchą – nawet nasza europejska Elżbieta nie rządzi tak długo. Król ma obecnie 88 lat, rządzi już, o ile dobrze pamietam – 69 lat.

 
Tu kilka zdjec z Grand Palace, gdzier znajduje sie także świątynia Szmaragdowego Buddy.

IMG_6265IMG_6272IMG_6274IMG_6285IMG_6298IMG_6320IMG_6326IMG_6359
A tutaj Wat Pho, czyli świątynia z olbrzymim posągiem Buddy – słynnym Leżącym Buddą. Jest to jeden z najwiekszych posagów Buddy w Tajlandii.

IMG_6369IMG_6377
A także świątynia Wat Arun i Wat Traimit- ta druga jest po drugiej stronie rzeki, dostac można sie taksówka/prom rzeczny.

IMG_6401

IMG_6465

IMG_6442

IMG_6469

Nie można też ominąc przejazdu Tuk Tukiem- czyli de facto motorka z przyczepką, Tajowie naprawde nie zwracaja zbyt wiele uwagi na bezpieczenstwo na drogach, przygoda nie byle jaka 🙂

IMG_6453IMG_6498
Wieczór zakończyliśmy spacerem po naszej ulicy, gdzie Piotrek i Kamil bardzo chcieli skosztowac słynnego skorpiona. W wiekszosci nikt tego nie je, stragany z karaluchami, tarantulami, gąsienicami czy skorpionami zarabiaja na turystach robiących zdjecia przysmakom, jednak tutaj sprawa wyglądała inaczej. Chłopakom skorpiony niestety nie przypadły do gustu, ale jak sie ppowiedzialo A, to trzeba powiedziec B 🙂 Obyło sie bez sensacji żołądkowych 🙂

IMG_6512
A na zakończenie dnia konieczne “must have” to masaż stóp albo masaż tajski. Za pół godziny zapłaciliśmy 14zł od osoby, cały salon zajmował sie tylko nasza grupa 🙂 Aleeee…dlaczego te 30minut musiało zleciec tak szybko?? 😦

IMG_6535

Jak już pisaliśmy – mamy problemy z dostepem do internetu, stad nasze wpisy publikujemy z lekkim opóźnieniem. Ale w każdej wolnej chwili dostpu do internetu- publikujemy i publikowac bedziemy 🙂