Lwów na weekend!

Wstyd się przyznać, ale choć przez tyle lat mieszkaliśmy na Podkarpaciu, 90km od granicy z Ukrainą, dotąd nigdy nie złożyło się, byśmy wybrali się na wschód. Ciągle zniechęcały nas kolejki na granicy, o których krążyły legendy i zawsze wybieraliśmy zachodnie i południowe kierunki, odkładając wciąż wizytę na Ukrainie.
W końcu ostatniego lata doszliśmy do wniosku, że dosyć już tego i czas wreszcie zmobilizować się i odwiedzić Lwów. Nie straszne nam przecież kolejki na granicy, które z resztą od czasu, gdy sytuacja na wschodzie Ukrainy jest zdestabilizowana, raczej zelżały pod warunkiem, że nie wybiera się na wschód samochodem.
W piątek po pracy ruszyliśmy w rodzinne strony do Krosna, gdzie spędziliśmy noc, zaś z samego rana wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Przemyśla. W Przemyślu zostawiliśmy samochód pod rodzinnym domem znanego już wszystkim z naszej wyprawy do Azji Kostka i ruszyliśmy na dworzec, by złapać busa na granicę polsko-ukraińską.
Trzeba przyznać, że dworzec w Przemyślu zatrzymał się raczej w innej epoce i nie jest najprzyjemniejszym miejscem na świecie, pełnym lokalnych pijusów i typków spod ciemnej gwiazdy, samym wyglądem też nieco odstaje od innych dworców w Polsce. W każdym razie wsiedliśmy do starego, sypiącego się już busa mającego czasy świetności kilkadziesiąt lat za sobą, zapłaciliśmy 2 zł od osoby za przejazd i ruszyliśmy w stronę granicy polsko-ukraińskiej. Planowaliśmy przekroczyć ją pieszo, wiedząc, iż jest to najszybszy i najprostszy sposób na przejście na stronę ukraińską. Tutejsze władze starają się obalić krążące legendy na temat tejże granicy, jednak legendy nie biorą się znikąd 🙂

IMG_20150725_093324

W tym kierunku ani razu nie staliśmy w żadnej kolejce, przejście przez granicę szło bardzo sprawnie, po 5 minutach byliśmy już po ukraińskiej stronie granicy. Tam zostaliśmy zaatakowani przez kolejnych kierowców – złodziei – naciągaczy, którzy od Polaczków chcieli wyciągnąć jak najwięcej kasy – w sumie to nic zaskakującego. Jak na złość nie mogliśmy znaleźć żadnej marszruty, która wiezie do Lwowa dosłownie za kilka złotych, a lipcowy skwar dawał się we znaki. Nam też spieszyło się do Lwowa, gdyż mieliśmy spędzić tu tylko weekend. Ostatecznie więc wsiedliśmy do prywaciarza, który wyciągnął od nas 20 zł za przejazd do Lwowa. Po przejechaniu 10 minut zatrzymał się na stacji benzynowej i próbował wyciągnąć od nas drugie tyle, co skończyło się wielką aferą i kłótnią, bo powiedzieliśmy, że nie zapłacimy więcej i że ma nam oddać to, co zapłaciliśmy na początku. Ostatecznie jego próba wyciągnięcia od nas większej ilości kasy spaliła na panewce. W busie zaś prócz nas sami bojowo nastawieni Ukraińcy, którzy patrzyli na nas jak na morderców, toteż najlepszym rozwiązaniem było przespać całą drogę i obudzić się dopiero we Lwowie.
Przez dojazdem na dworzec kierowca zaczął wypytywać, czy byliśmy kiedyś we Lwowie, bo to takie piękne ukraińskie miasto, zaprojektowane wyłącznie przez Ukraińców. Wiedząc, jakie jest nastawienie Ukraińców do historii Lwowa i czując oddechy naszych wschodnich towarzyszy za plecami, postanowiliśmy nie negować „nieco” zafałszowanych faktów historycznych wciskanych nam przez kierowcę tylko kiwaliśmy grzecznie głową i akurat dojechaliśmy na słynny lwowski dworzec, gdzie zakończyliśmy naszą podróż.
Wiedząc, że w samym Lwowie nie mamy zbyt wiele czasu, tym razem zrezygnowaliśmy z jazdy w ciemno i poszukiwania noclegu na miejscu i zarezerwowaliśmy sobie miejsca w Hotelu. Widząc, jakie są ceny we wszelkich miejscach noclegowym, postanowiliśmy tym razem pozwolić sobie na odrobinę luksusu i zarezerwowaliśmy apartament jakieś 10 min pieszo od Rynku za 60zł od osoby. Ten jeden raz można sobie pozwolić na luksusy, skoro ceny są jakie są 🙂 Gdyby jednak ktoś wolał przyoszczędzić – noc w hostelach kosztuje jakieś 15 zł od osoby, kilka jest nawet na samym Rynku.
Ruszyliśmy w stronę naszego hotelu, gdzie chcieliśmy zostawić rzeczy dalej penetrować miasto już bez zbędnego balastu na plecach, który w temperaturze 36 stopni dawał się we znaki. Po drodze mijaliśmy kolejne zabytki Lwowa i na każdym kroku wpadaliśmy na wojskowych, będących na przepustce. Poniżej pierwsze seria zdjęć:

IMG_5338

IMG_5341

IMG_5347

IMG_5349

Zameldowaliśmy się w hotelu, zostawiliśmy rzeczy i od razu ruszyliśmy odkrywać Lwów, który z minuty na minutę zachwycał nas coraz bardziej. Na każdym kroku mijaliśmy też ślady polskiej obecności, m.in. pomnik Adama Mickiewicza, kamienice z tablicami pamiątkowymi poświęconymi Polakom, polskie nazwy ulic. Żaden Ukrainiec nie będzie nam wciskał kitu, że Lwów jest i zawsze był tylko ukraińskim miastem!

IMG_5361

Aż dotarliśmy na Rynek, gdzie postanowiliśmy się orzeźwić i napić ukraińskiego zimnego piwka – koszt dużego piwa w knajpie na samym Rynku to jakieś 4 zł, poza Rynkiem ceny niższe. Weszliśmy także na wieżę ratuszową, skąd rozpościera się widok na Stare Miasto.

IMG_5389

IMG_5392

IMG_5401

IMG_5408
Dalej obowiązkowy punkt programu – Opera Lwowska – deptak przed operą to główne miejsce spotkań wszystkich spacerowiczów.

IMG_5366
Pobliski targ oferuje ciekawe pamiątki:

IMG_5368

IMG_5382

IMG_5385
Stare Miasto jest przepiękne i bardzo zadbane. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, choć nie raz się słyszało same superlatywy o Lwowie, nie spodziewaliśmy się, że jest aż tak ładne. Zaliczyliśmy też spacer na punkt widokowy poza Starym Miastem, ale widoki nie były zachwycające – wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, zasłaniały drzewa.
Po powrocie na Stare Miasto należało zaliczyć późny obiad, w tym obowiązkowy punkt programu- barszcz ukraiński, pielmieni. Za naszą dwójkę za obiad w restauracji na Starym Mieście zapłaciliśmy jakieś 20 zł.
Lwów nocą zachwyca równie mocno, co za dnia. Ulice są nieco opustoszałe, jednak na Rynku wciąż obecny jest gwar lokalnych i turystów rozkoszujących się ciepłym wieczorem przy piwie czy lampce wina.

IMG_5396

IMG_5423

IMG_5420

IMG_5428

IMG_5439

I Ignacy Łukasiewicz we własnej osobie 🙂

IMG_5448
Następny dzień powitał nas ponurą, deszczową pogodą. Jednak nie mieliśmy czasu na to, by się przejmować deszczem, wymeldowaliśmy się i ruszyliśmy pieszo w kierunku Cmentarza Orląt Lwowskich, czyli część Cmentarza Łyczakowskich, gdzie pochowani są polscy obrońcy Lwowa. Cmentarz jest potężny, zaś polska część zlokalizowana na samym końcu, toteż wszystkich czeka długa wędrówka pośród mogił, nim dojdzie się do celu.

IMG_5464

Po drodze jednak można znaleźć wiele śladów polskiej obecności:

IMG_5482

Zaś sam Cmentarz Orląt Lwowskich, nazywany miejscem świętym dla Polaków, robi niesamowite wrażenie. Setki polskich mogił z biało-czerwonymi wstążkami to miejsce zadumy i refleksji dla każdego Polaka.

IMG_5471

IMG_5477
Poniżej zlokalizowana jest nowa część cmentarza, gdzie pochowani są polegli w obecnie trwającej wojnie na wschodzie kraju, Ukraińcy. Jeszcze świeże wieńce i kwiaty przypominają o wciąż toczącym się konflikcie, który w Polsce wydaje się czymś odległym, tu zaś jest namacalne.

IMG_5478
Do Starego Miasta wróciliśmy tramwajem, gdyż lekki deszcz zmienił się w ulewę z piorunami, przez co spacery przestały być najprzyjemniejszą częścią programu. Zaliczyliśmy jeszcze przepyszną lokalną kawę i ciacho:

IMG_5484
Ostatnie zdjęcia:

IMG_5489

IMG_5501
I ruszyliśmy w kierunku dworca, wiedząc, że czeka nas przeprawa przez granicę w przeciwnym kierunku, gdzie kolejki są już dużo większe, ale też musieliśmy dojechać do Krakowa. W bezpośredniej okolicy dworca jest mnóstwo barów samoobsługowych, gdzie na wagę można skomponować sobie wielki zestaw ukraińskiego jedzenia za grosze. My za naszą dwójkę zapłaciliśmy 8 zł! Przed rozpoczęciem poszukiwania transportu na granicę należało jeszcze zrobić zapasy alkoholowe – standard jeśli chodzi o Polaków na Ukrainie, nie mogliśmy być gorsi 🙂 Można przewieźć 2×0,5 alkoholu, toteż zaopatrzyliśmy się w 4 lokalne flaszeczki i ruszyliśmy poszukiwać busa. Wszyscy dookoła mówili, że w niedziele nie jeżdżą na granicę marszruty chcąc nas naciągnąć – w końcu na Polaczkach da się wyciągnąć więcej kasy, jednak nam się nie chciało wierzyć w to, że w niedzielę nie jeżdżą marszruty, więc wszystkim naciągaczom podziękowaliśmy za współpracę i ruszyliśmy przed siebie. Oczywiście upór się opłacił, marszruty jeżdżą normalnie, zapłaciliśmy jakieś 6 zł za osobę i pojechaliśmy na granicę.
Tutaj już trzeba było troszkę poczekać, choć nie jest już tak jak kiedyś, kiedy to można było stać i kilka-kilkanaście godzin, a kolejka ani drgnęła. Po niecałej godzinie oczekiwania w kolejce dla Polaków, gdzie każdy się przepychał i próbował kombinować, gdzie za siatką stała gigantyczna kolejka Ukraińców próbujących dostać się do Polski, po sprawdzeniu, czy nie przemycamy czegoś i czy nie mamy za dużo alkoholu, dotarliśmy na polską stronę, gdzie złapaliśmy busa do Przemyśla. Postanowiliśmy jeszcze przespacerować się po samym Przemyślu, gdzie też dotąd nie mieliśmy okazji się pojawić, odebraliśmy samochód i ruszyliśmy już prosto do Krakowa.

 

Trzeba przyznać, że Lwów jest idealną destynacją na weekendowy wypad, szczególnie dla tych, którzy nie mają zbyt daleko do granicy. Dodatkowo jest to okazja na wyjazd bardzo niskobudżetowy, gdyż wszystko jest tak tanie, że po kilku godzinach naprawdę nie wiadomo, na co wydawać pieniądze. Ale najważniejsze, że Lwów jest przepięknym miastem, w którym na każdym kroku obecne są ślady polskości i które każdy Polak powinien odwiedzić choć raz. Sami żałujemy, że nam tyle lat zajęło zorganizowanie się, by pojechać wreszcie za wschodnią granicę, choć tak blisko niej mieszkaliśmy. Warto też podkreślić, głównie dla tych, którzy mają obawy – we Lwowie prócz obecnych na każdym kroku wojskowych będących na przepustce, jest bardzo bezpiecznie, kompletnie nie czuć wojennej atmosfery i nie ma się czego obawiać.
Dlatego też polecamy Lwów każdemu, kto ma trochę czasu w weekend i ma już dość oklepanych miejsc dookoła Krakowa i na Podkarpaciu, kto też nie chce wydać zbyt dużo pieniędzy, lecz chce odwiedzić naprawdę piękne miejsce i odkryć małą cząstkę Ukrainy, która jest też bardzo ważną częścią naszej polskiej historii. Lwów jest piękny i zachwyci każdego! 🙂