PODSUMOWANIE WYJAZDU DO AZJI 2015 – TAJLANDIA, KAMBODŻA, WIETNAM!

Kolejny raz nadszedł czas na to, by podsumować naszą wyprawę, tym razem tą do Azji. Ponownie sprawiło nam to nie lada problem, bo pewnych etapów wcale nie chce się zamykać. Tak samo było w przypadku zeszłorocznego wyjazdu do Ameryki Południowej. Tu jednak jest nieco łatwiej, gdyż w Azji byliśmy o połowę krócej – 3 tygodnie, podczas gdy w Ameryce Południowej spędziliśmy niemal 6 tygodni – kawał czasu z dala od domu, od bliskich, w zupełnie innym świecie, świecie, który nam się dużo bardziej podobał niż polskie realia.

Faktem jest, że mimo wszystko, Ameryka Południowa zrobiła na nas dużo większe wrażenie niż część Azji, którą zwiedzaliśmy w tym roku. Wynika to głównie z tego, że w Ameryce Południowej obracaliśmy się przede wszystkim pośród cudów natury – rajskie plaże Rio w Brazylii, cudowne wodospady na granicy Brazylii i Argentyny, monumentalne, ośnieżone szczyty Andów, niesamowita pustynia Atacama, pustkowia na wysokości prawie 5 tys. m n.p.m. w Boliwii, w końcu lasy i puszcze w Peru. Ameryka Południowa zachwyca swoją wciąż nieskalaną tłumami turystów naturą i widokami pośród pustki. Mieliśmy szansę w wielu miejscach być zupełnie sami lub tylko w niewielkim gronie.

W Azji zaś to, co widzieliśmy, to przede wszystkim miasta, cywilizacja, tłumy. Tłumy, które po pewnym czasie aż męczą. Huk skuterów i zgiełk przepełnionych ulic, mnóstwa turystów i wszechobecny duszący smog. Walka o przejście z jednego końca jezdni na drugi, kiedy to niejednokrotnie trzeba po prostu zamknąć oczy i iść przed siebie nie bacząc na to, co nas spotka po drodze. Nie było w zasadzie miejsca, gdzie nie byłoby innych turystów. Nawet te rejony, które w przewodnikach uchodziły za pozbawione turystów, w rzeczywistości są nimi przepełnione. Nie chcemy oczywiście w żaden sposób odbierać uroku tej części Azji, którą zobaczyliśmy, bo oczywiście ma to swój urok , wiemy też, że to, co zobaczyliśmy to tylko malutka cząstka ogromnego kontynentu, na którym niewątpliwie znajduje się mnóstwo zapierających dech w piersiach miejsc, które jeszcze kiedyś będziemy chcieli eksplorować. Jednak Azja a Ameryka Południowa to dwa całkowicie odrębne, różne kontynenty. Inne są miasta, inni są ludzie, inne są widoki i atrakcje.

Kolejny raz, tak jak w przypadku podsumowania wyjazdu do Ameryki Południowej, postanowiliśmy usiąść przy winie i wybrać kilka „naj” spośród miejsc, które mieliśmy szansę odwiedzić.

1. PAŃSTWO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – KAMBODŻA
Co tu dużo mówić – pomijając niesamowite Angkor Wat, Kambodża różni się nieco od Tajlandii i Wietnamu. Tu ludzie wydają się dużo bardziej uprzejmi, pomimo biedy uśmiechnięci i starający się mimo wszystko cieszyć każdym dniem, który mogą razem przeżywać. Turysta nie jest dla nich okazją do zarobienia dużo większej kasy, tak jak w Wietnamie. Próbując się wdrożyć nieco w historię kraju, szczególnie tą podczas reżimu Czerwonych Khmerów – naród ten naprawdę przeżył swoją tragedię, która przecież jest jednak wciąż dosyć świeżą sprawą, jednak starają się jakoś wybić, a ich uprzejme i ciepłe uśmiechy napawają optymizmem.

IMG_6967

IMG_6909

IMG_7372

IMG_0764

IMG_7248

IMG_7449

IMG_7399

2. MIASTO, KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – BANGKOK
Ciężko było dokonać tego wyboru, gdyż widzieliśmy sporo miast i w każdym z nich spodobało nam się co innego. Ważąc jednak plusy i minusy miast wybraliśmy Bangkok. Bangkok, pomimo swojego ogromu (grubo ponad 8 mln ludzi zamieszkałych w mieście), wielkiego gwaru miejskiego oraz wszędzie obecnych tuk-tuków oraz skuterów, posiada także wiele miejsc świątynnych oraz kompleksów kipiących złotem i zdobieniami, które są zresztą bardzo dobrze zachowane i restaurowane na bieżąco. Poza tym tajski masaż stóp na ulicach Bangkoku to coś co bardzo przypadło nam do gustu 🙂

IMG_6265

IMG_6399

IMG_6362

IMG_6283

IMG_6369

IMG_6471

3. NAJDZIWNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ ZJEŚĆ – SKORPION
No może nie nam wszystkim, bo jedli tylko Piotrek, Kamil i Kondzio, jednak jednogłośnie stwierdzili, że nie była to rzecz, której zjedzenie chcieliby powtórzyć. Pancerzyk bardzo wchodził w zęby i był cholernie twardy. Kobieta, która sprzedawała skorpiony na ulicy w Bangkoku oblizywała palce i jadła skorpiona z uśmiechem – trudno stwierdzić, czy to jej ulubione danie, czy też chwyt marketingowy – cóż, o gustach się nie dyskutuje 🙂

IMG_6514

IMG_6518

IMG_6529

4. NAJDZIWNIEJSZE, CO UDAŁO NAM SIĘ WYPIĆ – WÓDKA Z WĘŻEM
Dla nas, Europejczyków, dziwne, w Azji wąż jest przysmakiem. Pija się wódkę, w której zatopiony jest wąż, pija się drinki z wciąż bijącym jeszcze sercem węży, je się mięso węży. Spróbować trzeba, my spróbowaliśmy tylko wódki z wężem podczas jednej z kolacji w Sajgonie. Buteleczkę kupiliśmy na targu w Sajgonie – fakt, trzeba było się ostro targować, bo wiadomo, że dla turysty to nie lada atrakcja, za którą są w stanie wiele zapłacić, a Wietnamczycy o tym dobrze wiedzą. Wódka sama w sobie – bardzo mocna, ostra woń spirytusu, kolor rudawy, smak – dyplomatycznie powiemy – może być.

IMG_20151016_201240

5. MIEJSCE (POZA MIASTEM), KTÓRE ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE – ANGKOR WAT I AYUTTHAYA
To chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem. Angkor Wat, choć po prostu oblegane przez turystów od samego świtu, robi niesamowite wrażenie. Ogrom świątyń z przed wielu wieków, ich idealna konstrukcja, która pozwoliła na to, że świątynie zachowały się w takim stanie do dziś, płaskorzeźby, potężne drzewa i ich korzenie oplatające mury świątyń, dzikość przyrody współżyjącej do dziś ze świątyniami…widoki zapierają dech w piersiach i murów nie chce się opuszczać…

IMG_0578

IMG_7028

IMG_6955

IMG_7049

IMG_7002

Ayutthaya robi nie mniejsze wrażenie, tym bardziej, że udało nam się nawet być w jednej ze świątyń bez towarzystwa wścibskich turystów. Wszechobecne posągi Buddy i czerwone mury wielowiekowych świątyń otoczone azjatycką roślinnością także uderzają swoim pięknem, a atmosfera jest niepowtarzalna. Polecamy wypożyczenie rowerów i objechanie świątyń na własną rękę!

IMG_6704

IMG_6612

IMG_6695

6. NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA – KOH RONG ISLAND (KAMBODŻA)
Tak naprawdę nie zobaczyliśmy po drodze zbyt wielu plaż, a na pewno znalazłyby się ładniejsze od tych na Koh Rong. Jednak nie plażowanie było naszym celem podczas tej podróży, czas niestety naglił, a chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim okresie czasu, jakim dysponowaliśmy. Kostek i Bartek dotarli ostatecznie przez dżunglę na drugą stronę wyspy i zobaczyli jeszcze piękniejszą plażę toteż tutaj wrzucamy zdjęcia tak nasze, jak i Kostka z plaż na Koh Rong Island.

IMG_0778

IMG_0780

IMG_7292

IMG_7329

IMG_7265

IMG_7259

7. NAJFAJNIEJSZY ZWIERZ, JAKIEGO SPOTKALIŚMY – NO OCZYWIŚCIE, ŻE MAŁPY !
Nic innego nie mogło tutaj przebić małp, które spotkaliśmy na drodze podczas powrotu z Angkor Wat. Zatrzymaliśmy się na drodze i dosłownie obsiadły nasze rowery. Bezczelnie wyrywały nam jedzenie z rąk, jednak uroku im odmówić nie można. Ciężko było się ich potem pozbyć z naszych rowerów, nie miały za bardzo ochoty zejść z nich, przez co w zasadzie nasz odjazd się nieco opóźnił i tym samym złapała nas ulewa.

IMG_0674

IMG_7120

IMG_7118

IMG_7133

IMG_3643

8. NAJBARDZIEJ MALOWNICZE WIDOKI PODCZAS PODRÓŻY – HA LONG oraz NINH BINH
Bez dwóch zdań najładniejsze widoki, jakie ukazały się naszym oczom to zatoka Ha Long, a w niej ogromne skały porośnięte lasami, wynurzające się z wody niczym latające wyspy. Mieliśmy okazję podziwiać je o zachodzie i wschodzie słońca, co tylko potęgowało nasz podziw. Jest to oczywiście obowiązkowy punktu podczas pobytu w Wietnamie.

IMG_9052

IMG_9170

IMG_9077

IMG_9099
Innym miejscem, które zrobiło na nas wrażenie to widoki w okolicach Ninh Binh, które przemierzaliśmy na skuterach i łódkach. To, co ukazało się naszym oczom było równie zachwycające, co potwierdzają zdjęcia poniżej.

IMG_8823

IMG_8858

IMG_8683

IMG_8719

9. NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE – NOWOCZESNY SAJGON (HO CHI MINCH CITY)
Gdybyśmy rozpoczęli zwiedzanie Wietnamu od północy w kierunku południa nasze zaskoczenie byłoby jeszcze większe. Jednak także na samym początku Sajgon zaskoczył nas swoją okazałością i nowoczesnością. Oczywiście obrzeża miasta oraz okolice poza centrum wyglądają nieco gorzej, gdzie widoczna jest bieda oraz wszechobecny brud. Jednak samo centrum to bardzo nowoczesna metropolia z wieloma wieżowcami tętniąca nocnym życiem, z wieloma pięknie zagospodarowanymi skwerami i parkami oraz drogimi restauracjami. Ceny w ścisłym centrum również znacząco wyższe. Tym samym to Sajgon wygląda jakby był stolicą Wietnamu, bo przyznać trzeba, że Hanoi to takie miasto bez większego wyrazu.

IMG_7723

IMG_7872

IMG_7731

IMG_7756

IMG_7739

IMG_1261

10. NAJWYGODNIEJSZY ŚRODEK TRANSPORTU – NOCNE AUTOBUSY Z MIEJSCAMI LEŻĄCYMI i SKUTERY
Jesteśmy już chyba ekspertami jeśli chodzi o nocne autobusy – oszczędza się czas, dzięki temu, że podróżuje się w nocy, pieniądze – zamiast wydawać na nocleg i samolot po prostu spaliśmy w autobusie. Po drodze regularne przystanki na toaletę i jedzonko, kocyki, woda w cenie, czasem też karaluchy (w sumie tylko w autobusie w Kambodży były 🙂  ), ale mimo wszystko wygody odmówić nie można. Czasem dość przerażające widoki, gdy ten piętrowy autobus jedzie nad przepaścią w górach ledwo wyrabiając się na zakrętach, ale te momenty lepiej po prostu przespać 🙂
Skutery z drugiej strony mają jeszcze więcej uroku. Można zatrzymać się w każdym miejscu po drodze, przemierza się zachwycającą wietnamską prowincję, nie ma problemu z zaparkowaniem i wciśnięciem się w niedostępne dla aut i autobusów zakamarki.

IMG_20151016_214854

IMG_20151016_214941

IMG_20151017_192356

IMG_1507

IMG_1108

To tak w skrócie, gdyż kategorii można mnożyć, dodawać bez końca, lecz my wypisaliśmy, te które najbardziej zapadły nam w głowach. Czas jednak przejść do podsumowania liczb – kilometrów, kosztów, transportu itd. Pewnie nie jedną osobę, która wybiera się w te rejony, koszty interesują. A przyznać trzeba, że Azja wyszła nam taniej niż Ameryka Południowa. Tak naprawdę najwięcej tutaj zapłaciliśmy za lot z Polski do Bangkoku i potem z Hanoi do Polski. Faktem jest, że bilet do Ameryki Południowej udało nam się kupić w bardzo atrakcyjnej cenie – 1002 zł, co się bardzo niewielu udaje (normalnie bilety kosztują od 3,5tys. w górę). Toteż za Azję nieco przepłaciliśmy (od razu widać, że tym razem bilet ogarniał Piotrek 🙂 )- bilety nas obojga razem kosztowały 4567 zł liniami Qatar Airways ( Wawa-Doha-Bangkok i Hanoi-Doha-Wawa). Zatem widać, że bilety do najtańszych nie należały, tym bardziej, że akurat do Azji można wielokrotnie trafić na bardzo okazyjne ceny. Jednak dlaczego kupiliśmy je w takiej cenie nie będziemy tłumaczyć, było to wynikiem wielu decyzji i splotów wydarzeń, które nie są tu istotne 🙂
Prócz tego lotu w Azji mieliśmy wykupiony jeden lot liniami Air Asia – czyli azjatyckimi tanimi liniami z Bangkoku w Tajlandii do Siem Reap w Kambodży. Za lot zapłaciliśmy 235 zł za osobę. Dzięki temu oszczędziliśmy trochę czasu, gdyż transport z Bangkoku do Siem Reap autobusem okazał się być bardzo skomplikowany i przydługi, stąd też wybór padł na samolot.
W przypadku Ameryki Południowej nie były nam potrzebne żadne wizy, gdyż do każdego z odwiedzanych przez nas państw mogliśmy wjechać na 90 dni bez obowiązku posiadania wizy. W przypadku Azji było inaczej – niezbędna była wiza do Kambodży i Wietnamu, do Tajlandii obywatele Polski mogą wjechać bez wizy. Wiza do Kambodży – można wyrobić elektronicznie, wystarczy wypełnić przez Internet wniosek, uiścić opłatę w wysokości 150 zł za osobę, wiza przychodzi mailem. W przypadku wizy do Wietnamu, konieczna jest wizyta w ambasadzie Wietnamu w Warszawie. Tam składa się wniosek o wizę, zdjęcia, uiszcza opłatę w wysokości 250 zł za osobę, zostawić swoje paszporty i przyjechać za mniej więcej tydzień odebrać paszporty z wizami. Nasze paszporty zawiózł Tata Kamila, za co mu bardzo dziękujemy 🙂 odebrał je później Kondzio, każdy wizę grzecznie dostał.

Do tego zabraliśmy ze sobą dolary w gotówce – na nas obojga wzięliśmy ze sobą w dolarach, przeliczając na polską walutę – 3400zł. Ważne, żeby sporą część dolarów wziąć ze sobą w jak najmniejszych nominałach – najlepiej 1 USD, 5 USD. Przydaje się to na miejscu, gdzie nie wydają reszty w USD i chcą brać resztę dla siebie. Za wiele zaś rzeczy, np. Tuk tuka, taksówkę, pamiątki, płaci się w dolarach. Tak więc w Tajlandii i Kambodży płaciliśmy w dolarach, w Wietnamie zaś bardziej opłaca się płacić w lokalnej walucie, toteż wymienialiśmy w kantorze nasze dolary na dongi. Dodatkowo w Wietnamie, gdy skończyła nam się gotówka, wybieraliśmy jeszcze 1968 zł na naszą dwójkę. Ostatecznie, podsumowując wszystkie koszty wraz z biletami lotniczymi, wszelkim transportem, noclegami, wyżywieniem, wstępami do atrakcji turystycznych, wycieczkami itd. Wydaliśmy za naszą dwójkę 11 205 zł, czyli 5602,5 zł na osobę. Odliczając koszty lotów z PL do Azji wychodzi więc 6638 zł na naszą dwójkę, czyli 3319 zł na osobę. Widać więc, że wycieczka do Azji wyszła nam sporo taniej niż ta po Ameryce Południowej. Pamiętajmy jednak, że w Azji byliśmy 3 tygodnie zamiast 6, podróżowaliśmy też w 6 osób, co wielokrotnie obniżało koszty transportu – np. tuk tuki, taksówki, noclegi (np. wynajęcie całego domku w Koh Rong dzielone na 6 osób, a nie na 2). Jednak nie ulega wątpliwości, że Azja jest znacznie tańsza od drugiej półkuli. Same koszty życia tam- wyżywienie, noclegi, pamiątki itd. są dużo tańsze. Za nocleg ani razu nie płaciliśmy więcej niż 7 dolarów za osobę, a 7 dolarów to już było naprawdę dużo. Ceny za nocleg oscylowały raczej wokół 5 dolarów za noc. Za jedzenie płaciliśmy dosłownie kilka złotych mając talerze wypełnione konkretną górą pysznych, azjatyckich, ulicznych przysmaków.

Podsumowując, łącznie z dojazdem z Krakowa do Warszawy oraz z lotami z PL i z drogą powrotną zrobiliśmy 24 970 km, w tym po samej Azji 5 680 km. Zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych, zupełnie innych niż w Europie miejsc. Azja okazuje się całkowicie odmienna od europejskich realiów – tak pod względem kulturowym, klimatu, ludzi, trybu życia. Nie ma się jednak, co dziwić, w końcu to druga strona półkuli – inna religia, historia, warunki. Zobaczyliśmy zapierające dech w piersiach świątynie buddyjskie kipiące od złota i wszelkich zdobień, gigantyczne metropolie przytłaczające ilością pojazdów na ulicach i ogromem nowoczesnych wieżowców, przepiękne plaże z krystalicznie czystą wodą, białym piaskiem i wielkimi rozgwiazdami na dnie, wspaniałe pałace królewskie ze wspaniale zachowanymi pamiątkami po monarchach, ale także przerażające więzienia i miejsca pamięci, świadczące o wielkim ludobójstwie w tej części świata, wszechobecne ślady wojny w Wietnamie i wynikające z przedwojennego podziału na Północ i Południe różnice społeczne i w podejściu do życia. Wróciliśmy ponownie pełni fantastycznych wspomnień i bogatsi o zupełnie inne doświadczenia, z nieco odmienionym podejściem do życia. Azja zachwyca w swój szczególny sposób i na pewno będziemy chcieli tam wrócić, by eksplorować kolejne części tego kontynentu, jednak naszym numerem jeden pozostaje wciąż Ameryka Południowa i to tam właśnie chcemy wrócić w pierwszej kolejności.

Tymczasem pozdrawiamy z lodowatej Polski, do której właśnie wróciliśmy z pięknej Portugalii. Już niebawem postaramy się uzupełnić bloga o wpisy z Izraela i Portugalii, także zapraszamy do zaglądania 🙂

Wasi mali podróżnicy – Karolina i Piotrek:)

IMG_2904

IMG_8846

IMG_9051

IMG_4165

IMG_9177

Pożegnanie z Wietnamem – powrót do Polski!

Do Polski, jak już wcześniej wspominaliśmy, wracać mieliśmy w pomniejszonej o Konrada i Kamila grupie, oni bowiem jadą jeszcze na miesiąc do Indonezji, gdzie mieli surfować. Nasz samolot z Hanoi wylatywać miał o godzinie 16, więc zaplanowaliśmy, że najpóźniej o 13 wyjedziemy na lotnisko.

Najpierw jednak skończyliśmy się pakować, wymeldowaliśmy się z hostelu i ruszyliśmy jeszcze okolicznymi uliczkami, szukając fajnego, lokalnego, ulicznego baru, gdzie zjemy jeszcze wietnamską zupę. Dołączył do nas Kamil, by jeszcze zobaczyć się z nami przed wyjazdem. Podążaliśmy przez uliczny targ, gdzie można było dostać jak zwykle wszystko – od owoców i warzyw, przez biegające po ulicy kraby, które kobiety próbowały łapać i wkładały znów do wielkich mis, przez na żywo patroszone ryby, wiszące do góry nogami kury itd, itd…:) A na stolikach w barach ulicznych na tymże targu takie oryginalne wazony – grunt to zachęcić klienta 🙂  :

IMG_9386Wybraliśmy jeden z barów i zamówiliśmy zupę i napój z trzciny cukrowej. Dotąd jeszcze nie wspominaliśmy o tym napoju, jednak przyznać trzeba, że jest przepyszny! Wietnamczycy przygotowują go mieląc trzcinę cukrową w specjalnie do tego przeznaczonych maszynach, od których roi się na każdej ulicy. Do tego wciskają pół limonki, dodają mnóstwo lodu i napój gotowy. Sok jest koloru żółtego, baaardzo słodki, ale za to podczas upalnych, intensywnych dni daje mnóstwo energii 🙂 Zupę już standardowo jedliśmy pałeczkami, Piotrek z resztą tak się przywiązał do pałeczek, że po powrocie do Polski wyciągnął pałeczki i jadł obiad właśnie nimi 🙂

IMG_9364IMG_9376Jeszcze ostatni rzut okiem na otaczającą nas ulicę i standardowy widok Wietnamskiej kobiety w charakterystyczny sposób niosącej swoje dobra:

IMG_9384I ruszyliśmy w kierunku hostelu, gdzie zostawiliśmy nasze plecaki.

Przy okazji zdjęcie wietnamskich papierosów, z pozdrowieniem dla wszystkich palaczy, którzy w Wietnamie na widok tych paczek raczej rzuciliby palenie 🙂

IMG_9396Na lotnisko mieliśmy jechać lokalnym autobusem, postanowiliśmy jednak popytać w kilku lokalnych biurach turystycznych, ile u nich kosztuje taksówka na lotnisko. Po odwiedzeniu kilku z nich, gdzie życzyli sobie 20-15 dolarów za taksówkę, natrafiliśmy na biuro, gdzie taksówka kosztowała 11 dolarów. Na naszą czwórkę cena bardzo atrakcyjna – 2,75 dolara na osobę – bierzemy! Kobieta spisała papierek, że zapłaciliśmy już wszystko i taksówka miała podjechać pod hostel za około godzinę. Naszej kumpeli z piwami na ulicy o tej porze nie ma, więc wróciliśmy do hostelu razem z Kamilem i poszliśmy na 5te piętro, gdzie znajdował się wielki common room z bilardem, piłkarzykami, gdzie też będąc w Hanoi pisaliśmy bloga. Godzina czasu wystarczy na rozegranie kilku partyjek w bilarda…:)

Punktualnie godzinę później podjechała po nas taksówka, pożegnaliśmy się więc z Kamilem i wsiedliśmy do auta. 45 minut jazdy i jesteśmy na miejscu. Oddaliśmy nasze bagaże i zrobiliśmy mały obchód po sklepach, by wydać ostatnie dongi, które zostały w naszych portfelach. Trzeba przyznać, że jak na lotnisko to ceny tu nie są takie tragiczne, jak zawsze. W każdym razie ostatecznie usłyszeliśmy informację, że już można wchodzić do naszego samolotu, więc ruszyliśmy w stronę naszego gate’u…Ostatnie kroki w Wietnamie – przewożenie czapek na głowie najlepszym i jedynym sposobem na zabranie ich do Polski 🙂

IMG_20151026_160450I żegnamy Wietnam, już z samolotu 😦

IMG_20151026_161218Po godzinie lotu mieliśmy postój w Bangkoku. Część ludzi wysiadała z samolotu, część wsiadała, my mieliśmy grzecznie siedzieć i się nie ruszać. Przy okazji tankowanie, sprzątanie samolotu, zmiana załogi. Odkurzają nam pod nogami, a my wciąż mamy grzecznie siedzieć. Po godzinnym postoju wystartowaliśmy już w stronę Doha w Katarze, gdzie mieliśmy mieć 3-godzinną przesiadkę, zanim wylecimy do Warszawy.  Ponownie żegnamy Bangkok!

IMG_20151026_180053I po 6,5 h lotu mamy u swych stóp nieziemskie Doha!

IMG_20151027_025445Wylądowaliśmy o godzinie 23, przed nami miały być 3 h oczekiwania na kolejny lot. W między czasie jednak ogłoszono, że nasz samolot wystartuje jednak za 6 h, czyli o 5 rano, gdyż w Warszawie jest mgła….Czyli całą noc mamy w plecy…

Karolina od razu poszła wypytać na stanowisku Qatar Airways, czy w nocy też są organizowane darmowe wycieczki do Doha, gdyż 6h to już wystarczająco długo, by coś pozwiedzać. Uzyskała jednak odpowiedź negatywną – ostatnia wycieczka była o godz. 19, w nocy wycieczek nie ma. Bez sensu! Ok, to w takim razie ile kosztuje wiza, by wyjść samemu z lotniska?? Pan z przekąsem rzekł 35 dolarów. SERIO?!

Na stronie ambasady znaleźliśmy informację, że wiza kosztuje 27 dolarów. Na różnych blogach ludzie pisali, że z lotniska można swobodnie dojść do centrum na nogach, gdyż lotnisko od centrum dzieli dosłownie kilka kilometrów. Niestety dotyczyło to starego lotniska, nie tego, na którym byliśmy my…Nasze lotnisko dzieli niestety większa odległość od centrum….Taksówka z lotniska – cena startowa 7 dolarów za wejście do taksówki, potem nalicza dalej, a jesteśmy w Katarze, więc można sobie wyobrazić, jakie są ceny. Ostatecznie po przekalkulowaniu kosztów stwierdziliśmy, że za 2godzinny spacer płacić 35 dolarów za wizę plus kolejne nie wiadomo ile za taksówkę to jednak za dużo…A szkoda, bo z lotu ptaka Doha wygląda niesamowicie, choć na zdjęciach, jak to zawsze na zdjęciach z samolotu, nie widać zbyt wiele. Ostatecznie więc poszliśmy do znanego już przez nas Quiet Room’u, gdzie chcieliśmy spróbować przespać się kilka godzin.

Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że klimatyzacja była ustawiona tak, by chyba zamarznąć, a my nie mieliśmy w podręcznym bagażu żadnych dodatkowych ubrań ani nic, by się okryć, ciężko więc było zasnąć…

IMG_20151027_011342Po 5 godzinach przewracania się z boku na bok i wszelkich prób podjętych, by nie zamarznąć, rozpoczęto wpuszczanie pasażerów na pokład samolotu do Warszawy. Sądziliśmy, że w takim razie mgły nie ma. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak mylne było to przekonanie 🙂 W każdym razie o 5 wystartowaliśmy z Doha do Warszawy, ostatni rzut okiem na Doha o świcie:

IMG_20151027_051940I zasnęliśmy. Kolejne 6h lotu przed nami, więc mogliśmy chociaż częściowo odespać przystanek w Doha.

Po 6h dotarliśmy nad Warszawę, jednak gdyby nie wierzchołek Pałacu Kultury i Nauki, ciężko by było rozpoznać, że to już nasza stolica…

IMG_20151027_111349Jak widać na powyższym zdjęciu tak jakby pomimo przesunięcia godziny wylotu, mgła wciąż utrzymywała się nad Warszawą. My za 2,5h mamy pociąg do Krakowa, bilety kupiliśmy jeszcze przed wyjazdem do Azji. Natomiast pod nami nie widać NIC. Kapitan informuje nas, że SPRÓBUJEMY WYLĄDOWAĆ, ale nic nie widać, więc nie wiadomo, czy damy radę. Hah. Schodzimy do lądowania, na ekranie wyświetla się, że jesteśmy już tylko 200m nad ziemią, a tu wciąż nie widać NIC. Nagle gwałtowne porwanie samolotu ku górze. No jednak nie uda się póki co wylądować 🙂 Kapitan informuje więc, że pokrążymy sobie troszkę nad Warszawą, może mgła opadnie. Mija 10 min, 20, 30, 40…NIC. Paliwo też kiedyś się może skończyć, więc z racji tego, że nie było widoków na to, by wylądować w Warszawie, wieża przekierowała nas do Katowic. Ucieszyliśmy się, bo choć przepadną nam bilety na pociąg z Warszawy, z Katowic będziemy mieć bliżej do Krakowa. Po 20 minutach byliśmy już nad Katowicami, widoczność idealna, lądujemy. Kapitan dziękuje za lot, podstawiane są schodki do samolotu, ludzie wstali ze swoimi rzeczami i stoją w kolejce, by wysiąść z samolotu. Jednak nikogo nie wypuszczają z samolotu, ludzie zaczynają się niecierpliwić. I co nagle? Kapitan oświadcza, że mgła opadła, jednak lecimy do Warszawy, proszę wracać na swoje miejsca. Nim jednak wystartujemy musimy zatankować samolot, jak ktoś jest głodny, spragniony, zapraszamy na tył samolotu. Więc jednak zamiast być w Katowicach i mieć blisko do Krakowa, wracamy do Warszawy, gdzie przepadł nam już bilet na pociąg.

Oczywiście wszystkie Polaczki rzuciły się do kolejki po jedzenie i picie, przez co nie można było nawet się ruszyć, bo przez cały samolot była kolejka. Jedna godzina siedzenia w samolocie, a oni już się zachowują, jakby mieli umrzeć z głodu. Ostatecznie po godzinnym postoju w Katowicach i tankowaniu samolotu, wystartowaliśmy znów do Warszawy, gdzie rzeczywiście już mgła opadła i widoczność była znacznie lepsza. Tym razem udało się wylądować, odebraliśmy nasze bagaże i chcieliśmy zdążyć na pociąg o 13:30, gdyż kolejne miały już jechać z przesiadkami, 5h, ten zaś był jeszcze sensowny – 2,5h. Złapaliśmy taksówkę z lotniska – 25 zł i ruszyliśmy w stronę dworca centralnego przez pokrytą kolorowymi liśćmi Warszawę.

Udało nam się zdążyć na wybrany przez nas pociąg, wsiedliśmy i od razu zasnęliśmy wymęczeni podróżą i powrotem do domu, który trwał dłużej, niż przewidywaliśmy. Cóż, matkę oszukasz, ojca oszukasz, ale pogody nie oszukasz!

W każdym razie około godz. 16 dotarliśmy do Krakowa, wysypaliśmy wszystkie rzeczy z plecaków na podłogę, zjedliśmy wykąpaliśmy się i o 18 padliśmy do łóżek, nie wiedząc jak się nazywamy po trwającym 34 h powrocie do domu.

Tak też dobiegła końca nasza wyprawa do Azji, nie zamykając jednak podróżniczego roku, gdyż kolejne plany są w toku realizacji 🙂

Niebawem ukaże się podsumowanie wyjazdu do Azji, podobne do tego, które robiliśmy po wyjeździe do Ameryki Południowej, musimy jednak podliczyć wszystkie koszty, by móc pisać o nich w podsumowaniu właśnie 🙂

Tymczasem Wietnamscy partyzanci pozdrawiają raz jeszcze, tym razem już z Krakowa, jednak mając w głowach wciąż wspomnienia o Azji! 🙂

IMG_9177

Hanoi – dzień 2

Kolejny dzień w Hanoi i zarazem ostatni już w Azji rozpoczęliśmy od wizyty w Parku towarzysza Lenina. Jak na niedzielę przystało, wypełniony był po brzegi Wietnamczykami i ich dziećmi świętującymi wolny dzień – istna sielanka. Mini wesołe miasteczko, kawiarenki na powietrzu, łowienie ryb prosto z jeziorka, ciuchcia dla dzieciaków. A my, jako duże dzieci wpakowaliśmy się do ciuchci by objechać sporych rozmiarów park. Nie wiedzieć czemu, z naszego wagonika rodzice zabrali swoje Wietnamskie dzieci, tak jakbyśmy im mieli zrobić krzywdę. Cóż, przynajmniej mieliśmy cały dla siebie 🙂 Park jest rzeczywiście duży i obejście go zajęłoby nam masę czasu, a niekiedy dobrze jest się cofnąć do dziecięcych lat…:)

IMG_9207IMG_9212

Okazało się, że prócz tego, że w parkach aż roiło się od Wietnamczyków ze swoimi pociechami, na każdym kroku w każdym innym miejscu natykaliśmy się na studentów, którzy tego dnia w swoich galowych strojach mieli sesje zdjęciowe ze swoimi dyplomami ukończenia studiów. Nie można się było od nich opędzić szczególnie w lokalnej Świątyni Literatury – dość przyjemnym jak na Hanoi miejscu. Niewątpliwie przyjemniej by było bez tłumów studentów i ich rodziców, aczkolwiek miało to też swój urok. Biali ludzie oczywiście byli dla nich sporą atrakcją 🙂

IMG_9228

Jako że nie było możliwości zrobienia jakiegokolwiek zdjęcia bez udziału studentów, to jak widać powyżej wykorzystaliśmy okazję to porobienia zdjęć ze studentami, czemu nie Emotikon smile Jednak przyznać trzeba, że Świątynia Literatury to bardzo ładne miejsce. Dodatkowo mała porada – panie w kasach oczywiście nie mają pojęcia o języku angielskim, więc wszystkim udało się wejść ze zniżką studencką za okazaniem polskiego dowodu osobistego 🙂

IMG_9233IMG_9240IMG_9246IMG_9249IMG_9263

Owoce, jak zwykle z tej części świata samym widokiem zachęcają do zjedzenia i pani w wietnamskiej czapce – standardowy widok w Wietnamie. Nie omieszkaliśmy przywieźć czterech takich czapek ze sobą do Polski 🙂

IMG_9188

Kolejnym punktem na naszej mapie Hanoi, w związku z wyborami w Polsce, były odwiedziny w polskiej ambasadzie, by wypełnić obywatelski obowiązek! Przemiła wizyta w ambasadzie, krzyżyk postawiony, szkoda tylko, że wynik ostatecznie nie po naszej myśli, ale robiliśmy, co mogliśmy! Tak my, jak i pozostałych 80 osób, zarejestrowanych tu, by oddać swój głos. Pamiętajmy o 65-leciu polsko-wietnamskich stosunków dyplomatycznych – plakaty porozwieszane dookoła ambasady wyraźnie o tym przypominają!

IMG_9273IMG_9280

Dzielnica ambasad znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie mauzoleum słynnego Ho Chi Minha – wietnamskiego przywódcy. Spoczywają tam zwłoki mentora, podczas naszej wizyty jednak ciało Ho Chi Minha “przebywały” w Rosji na delikatnym “restaurowaniu”. Nie jest żadną tajemnicą, że idea zbudowania mauzoleum wzięła swą inspirację z Rosji właśnie i mauzoleum towarzysza Lenina. Mauzoleum pilnują 24 h na dobę gwardziści, można je oglądać tylko z odpowiedniej odległości, każdy podejrzany ruch jest od razu rejestrowany. Ah ten komunistyczny kult jednostki…

IMG_9284

Zaraz zaś za mauzoleum znajduje się park z pałacem prezydenckim i posiadłościami Ho Chi Minha – samochód, którym jeździł, domek letniskowy, biurko i pióro, którym pisał, biurko, przy którym siedział. Relikwie narodowe. Wstęp mocno ograniczony.

IMG_9285IMG_9286

Dalej zaś należało odwiedzić kolejny punkt na komunistycznej mapie Hanoi – pomnik towarzysza Lenina, otoczony flagą oraz sierpem i młotem zrobionym z kwiatów. Przyjaciela narodu trzeba czcić, wiadomo.

IMG_9270IMG_9265

Po drodze oczywiście fryzjer uliczny, Konrad znów nie zdecydował się skorzystać z usług…:)

IMG_9230

Jednym z punktów na naszej mapie Hanoi był katolicki kościół, dość rzadki widok w tej części Azji:

IMG_9299

Na wieczór umówieni już byliśmy z Kamilem i jego przemiłą kuzynką na kolację pożegnalną w restauracji z wietnamskimi przysmakami, toteż powoli kierowaliśmy się w stronę hostelu, by zdążyć się przez kolacją odświeżyć i przebrać. Po drodze obowiązkowo ostatni spacer dookoła jeziora Ho Hoan Kiem, będącego w bliskim sąsiedztwie naszego hostelu:

IMG_9306IMG_9305

I odwiedziliśmy wyspę na jeziorze, gdzie znajduje się słynny żółw z Hanoi. Żółw ten jest częścią wietnamskiej historii, znaną każdemu wietnamskiemu dziecku. Według legendy, przywódca powstania Lê Lợi wypędził chińskich najeźdźców magicznym mieczem otrzymanym od mieszkańca jeziora Hồ Hoàn Kiếm – potężnego żółwia.

Kiedy już jako zwycięzca Lê Lợi poszedł nad jezioro, żółw zażądał zwrotu miecza (stąd nazwa zbiornika: Jezioro Zwróconego Miecza – Hồ Hoàn Kiếm), zanurzył się z nim głęboko w wodzie i ukrył do następnego razu, kiedy Wietnam znów będzie potrzebował obrony. Poniżej niejako legendarny żółw, do dziś czczony przez mieszkańców Hanoi:

IMG_9312IMG_9314IMG_9322

Wieczorem zaś śpiewającym krokiem dotarliśmy na kolację, gdzie spotkaliśmy się z Kamilem i jego kuzynką. Wybrali całą masę wietnamskich dań, które mieliśmy po raz ostatni skosztować, a nasz stół aż uginał się od lokalnych przysmaków:

IMG_20151025_184551

IMG_9323IMG_9333

Kolację szybciej opuścić musiał Konrad, który jechał tego samego wieczoru do Sapy oraz Kostek i jego brat, którzy koniecznie chcieli zobaczyć mecz, my zaś ruszyliśmy z Kamilem na spacer po Hanoi, które nocą jest dużo ładniejsze niż za dnia. Szczególnie okolice wspomnianego już jeziora robią duże wrażenie nocą.

IMG_9337IMG_9343

Tłumy na ulicach jednak są nie mniejsze niż za dnia i wciąż trzeba uważać, by nie skończyć śmiercią tragiczną pod jednym z tysiąca skuterów 🙂

IMG_9355IMG_9348

Przed snem jeszcze ostatni deser – owoce obowiązkowo z mlekiem kondensowanym – to niesamowite, jak słodkie danie potrafią jeść Wietnamczycy!

IMG_9350

I czas się pakować, następnego dnia jeszcze szybki lunch z Kamilem i zbieramy się do Polski, nie wiedząc jeszcze, jak skomplikuje nam się powrót do domu, o czym już w następnym wpisie!

Ha long Bay !

Wycieczkę do Ha long zakupiliśmy w jednym z biur turystycznych, których jest mnóstwo w Hanoi, szczególnie w dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hostel. Przejrzeliśmy niemal kilkanaście ofert w różnych biurach, ostatecznie wróciliśmy dp jednego z pierwszych, gdzie udało nam się wynegocjować dosyć atrakcyjną cenę – 53 dolary za wycieczkę. W cenie zawarty był dojazd autobusem w dwie strony, opieka przewodnika, pobyt na łodzi wraz z noclegiem, posiłki na łodzi i co ważne – podatki. Dlaczego ważne? Otóż we wszystkich ofertach, które nam proponowano oczywiście nic nie mówiono o podatkach, co oznaczało, że nie są one wliczone w cenę. W biurze, w którym ostatecznie zakupiliśmy wycieczkę, także podatek nie był wliczony w cenę, ostatecznie udało nam się wynegocjować cenę 53 dolarów wraz z podatkiem. Należy o tym pamiętać, by bardzo dokładnie czytać ofertę, gdyż Wietnamczycy jak to Wietnamczycy, chcąc standardowo już zarobić na białasach, sprzedając wycieczkę, nie mówią o ukrytych kosztach, czego efektem na łodzi już jest konieczność dopłacania. Dlatego też trzeba dokładnie czytać ofertę i wszystkie wątpliwości od razu wyjaśniać, jeszcze przed zapłaceniem. My w celu dodatkowego zabezpieczenia zażyczyliśmy sobie spisania kwitków, w których napisane zostało, że wszystko już zapłaciliśmy, łącznie z podatkiem i że niczego więcej płacić nie będziemy musieli z dopiętą wizytówką osoby, która sprzedawała wycieczkę. Niejednokrotnie na portalach internetowych można znaleźć wylewane żale turystów, którzy na łodzi, tudzież w autobusie, musieli dopłacać drugie tyle przez to, że nie doczytali i nie dopytali w biurze o resztę kosztów. Przy okazji pamiętać należy o tym, że napoje nie są wliczone w cenę, a za złapanie na wniesieniu swoich napoi na pokład płaci się karę w wysokości dolara za każdą puszeczkę i 20 dolarów za butelkę alkoholu 😛 Spodziewając się gigantycznie wysokich cen byliśmy ubezpieczeni mając w plecakach kilka puszeczek piwa, które schowaliśmy na dnie plecaków na wszelki wypadek, okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie, bo ceny na statku były całkiem przystępne 🙂

Autobus odebrał nas punkt 8:20 z hostelu i ruszyliśmy dalej po kolejnych uczestników tripa, by dalej wyjechać z Hanoi w kierunku Ha long. Wyjazd z Hanoi nieco nam się przedłużył, gdyż kierowca nie mógł znaleźć hostelu, z którego mieliśmy zabrać ostatnie 5 osób.

Po drodze obowiązkowo przerwa 20minutowa, tym razem chyba nie można było wybrać miejsca bardziej “turystycznego”, w którym można było kupić niemal wszystko – jedzenie, pamiątki, ubrania, obrazy, z tym że mniej więcej 5x drożej niż normalnie. Jedyne miejsce, w którym ceny były normalne, było zamknięte dla turystów z wielką czerwoną tabliczką “Staff only”, gdzie mogli sobie zjeść kierowcy i przewodnicy w normalnych cenach. Dlatego też wszyscy turyści tylko pokręcili się z nudów dookoła sklepu nie kupując niczego i czekając, aż kierowca łaskawie skończy konsumowanie posiłku 🙂

Dalej już jechaliśmy bez postoju aż do Ha long, gdzie dotarliśmy około 12:30, wyszliśmy z autobusu i zaatakowały nas wietnamskie kobiety handlujące charakterystycznymi wietnamskimi czapkami. I tu zaskoczenie – cena 20 000 dongów, zeszła ostatecznie do 15 000, czyli 0,7 dolara – jak dotąd najtaniej, więc zakupiliśmy od razu kilka. Czapki przydały się nawet na łodzi, gdyż idealnie chronią przed słońcem całą głowę i twarz, a w razie innych warunków pogodowych, są idealne także na deszcz 🙂

Po krótkim oczekiwaniu na ogarnięcie formalności przez przewodnika, wsiedliśmy na małą łódkę, która miała nas “zawieźć” na docelową łódź. Tu mieliśmy się przekonać za co dokładnie zapłaciliśmy, gdyż już byliśmy przygotowani na to, że pomimo zapewnień, łódź będzie wyglądać nieco inaczej niż na pięknych zdjęciach w folderze, które pewnie są sprzed 20 lat, aczkolwiek, jako że zapłaciliśmy za rzekomo droższą ofertę i lepszą łódź (licząc na to, że tu karaluchów i szczurów, o których krążą legendy) nie spotkamy, liczyliśmy chociaż na to, że będzie w miarę czysto 🙂 I tak też naszym oczom ukazała się łódź, która i tak wyglądała z zewnątrz lepiej niż te, które mijaliśmy po drodze 🙂

IMG_8954Od razu zaprowadzono nas do jadalni, gdzie zaserwowano nam lunch. I tutaj znowu zaskoczenie, gdyż czytaliśmy mnóstwo opinii na portalach, że jedzenie na łodziach jest bardzo słabe i w ilościach nie pozwalających na zaspokojenie głodu, u nas zaś jedzenia było aż za dużo i przyznamy, że było całkiem smaczne.

Po lunchu rozdano nam klucze do pokoi, byśmy mogli zanieść swoje rzeczy i statek ruszył w drogę do jaskini, które mieliśmy zwiedzać. Mała łódka dowiozła nas na brzeg, zeszliśmy na ląd i rozpoczęliśmy krótki spacer po jaskiniach, które były duuuużo większe, niż się spodziewaliśmy. Szkoda tylko, że tak zepsuli je poprzez kiczowate kolorowe lampki, ale cóż, Azjaci już tak mają, że lubią kolory 🙂

IMG_8999Po powrocie na pokład rozpoczęło się tzw. Happy Hours, dzięki czemu wszyscy oddali się podziwianiu widoków przy akompaniamencie muzyki z taniutkim piwem w ręce 🙂

IMG_9027Nocleg na łodzi był genialną okazją do tego, by móc podziwiać zachód słońca z samego środka Zatoki Ha Long i rozkoszować się widokami, a przyznać trzeba, że jest, co podziwiać. Dowody poniżej 🙂

IMG_9051IMG_9032IMG_9055Ostatecznie łódź zacumowała i mogliśmy skakać z łodzi do wody, czemu oddali się głównie nasi panowie 🙂

IMG_9101Dalej zaś zjedliśmy kolację i mogliśmy próbować swych sił w wędkowaniu i łapaniu kalmarów, jednak nikomu się nie udało nic złapać. Przynajmniej załoga na chwilę czymś zajęła większość wygłodniałych turystów 🙂

Ostatecznie wieczór skończył się na karaoke, które Wietnamczycy uwielbiają z tego, co zdążyliśmy zauważyć w miastach, gdzie roi się od knajp z karaoke. U nas popularne było lat temu kilka, o ile nie kilkanaście 🙂 W każdym razie po zaśpiewaniu przez Kondzia “No woman no cry” reszta niedobitków udała się do spania. My zaś posiedzieliśmy jeszcze chwilę i sami padliśmy, by wstać rano na wschód słońca – drugiej takiej okazji w zatoce Ha long nie będzie!

Pobudka 5:30, wyjście na pokład i oczekiwanie, aż słońce wynurzy się zza wzgórz…

IMG_9066IMG_9137

Pływający sklep obowiązkowo! 🙂

IMG_9139

Jeszcze chwila drzemki, a o 7 śniadanie, po śniadaniu zaś kajaki – póki jeszcze słońce nie dawało się aż nadto we znaki 🙂

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Po kajakach zaś jeszcze ostatnia możliwość skakania do wody z łodzi, czemu znów oddali się nasi panowie, kręcąc milion filmów, których tu nie wrzucamy ze względu na ich wielkość 🙂

Dalej zaś powoli ruszyliśmy ku portowi, opalając się na leżakach i podziwiając widoki nas otaczające…

IMG_9037IMG_8967IMG_9159IMG_9142

W drodze powrotnej można było spróbować swoich sił w przygotowywaniu słynnych sajgonek 🙂

IMG_9166I tak oto dobiegł końca nasz rejs po Zatoce Ha long, z którą smutno było się żegnać…

IMG_9177Z portu odebrał nas nasz autobus i ruszyliśmy w drogę do Hanoi, gdzie mieliśmy spędzić jeszcze tylko jeden, ostatni dzień w Azji, przed powrotem do Europy…

Podsumowując zaś nasz wypad do Ha long, przyznać trzeba, że zadowoleni jesteśmy z tego, że wybraliśmy opcję z noclegiem. Jednodniowy wyjazd nie pozwoliłby nam na wypłynięcie w głąb zatoki, podziwianie zachodu i wschodu słońca, spędzenia nocy na łodzi, gdy nie ma też tylu łodzi, ile jest ich w ciągu dnia. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć niemal opustoszałą zatokę, która za dnia jest przepełniona łodziami. Mogliśmy się wsłuchać w ciszę, której brakuje w wielkomiejskim zgiełku, szczególnie w Hanoi. Zaskoczeni też byliśmy też samą wycieczką, gdyż spodziewaliśmy się, że nasza łódź pomimo pięknych zdjęć w folderze, że będzie kompletną ruiną, a jedzenie będzie marne. Oczywiście łódź nie była pierwszej młodości i czasy świetności ma już za sobą, jednak legendy o szczurach i karaluchach są tylko legendami, przynajmniej na tej łodzi, na której my mieliśmy okazję być. Gdyby ktokolwiek wybierał się do Ha long i miał czas, polecamy opcję z noclegiem – warto dopłacić i móc spędzić w zatoce więcej czasu 🙂

Kolejny wpis o Hanoi już jutro, my zaś pozdrawiamy już z zimnej polskiej rzeczywistości, do której dotarliśmy po nieco skomplikowanej podróży powrotnej, o której będzie tu jeszcze mowa 🙂

Hanoi – dzien 1

Do Hanoi pomimo licznych przerw po drodze i nawolywania drugiego kierowcy przez otwarte drzwi w autobusie, by ludzi z ulicy dolaczyli sie do podrozy, dojechalismy na czas. Od razu mozna bylo zauwazyc, ze Hanoi znacznie rozni sie od pozostalych wietnamskich miast – z jednej strony jest bardzo duze, widac cale mnostwo samochodow, wiezowce. Z drugiej jednak strony jest tu wciaz cos takiego, co nie pozwala traktowac Hanoi jako wielkiej metropolii bedacej stolica panstwa. Osobiscie na nas wieksze wrazenie zrobil Sajgon, czyli Ho Chi Minh City i wedlug nas to miasto bardziej nadaje sie na stolice, ale wszystko jest kwestia indywidualnego gustu. Na pewno w Hanoi nie da sie opetac od turystow, ktorzy sa wszedzie, zawsze, na kazdym kroku.

Pierwsze, czego zaznalismy w Hanoi na powitanie – nasz autobus wjechal na dworzec, a na niego doslownie RZUCILI SIE kierowcy taksowek i skuterow, walac z calej sily w okna, drzwi. Ciezko bylo w ogole wydostac sie z autobusu, byla istna walka tubylcow o klientow, a ze przyjechalo duzo bialasow – bedzie okazja zarobic 🙂 Tutaj juz naprawde przeginaja, bo za 4 km jazdy taksowka chcieli 400 000 dongow czyli 18 dolarow. Popukalismy im w glowy i wyszlismy na cwaniaka z plecakami na plecach. Wciaz gonili nas niektorzy taksowkarze, jeden z nich nawet za nami jechal – ostatecznie zgodzil sie na 4,5 dolara za cala nasza piatke, wiec wszystko jest kwestia mozolnych negocjacji. Kazda ulica calkowicie przepelniona samochodami, skuterami, nikt nie respektuje zadnych praw pieszych, o czym tez przekonamy sie w ciagu dnia probujac isc chociazby ulica, na ktorej jest nasz hostel.

Jeszcze tego samego wieczoru postanowilismy zrobic lekki rekonesans odnosnie Ha Long Bay – cen, ofert i opcji, by nastepnego dnia wykupic wycieczke. Interesowala nas opcja z noclegiem na lodzi w zatoce, a z racji tego, ze wszedzie czytalismy i slyszelismy o jakis katastrofalnych cenach tego typu wycieczek, wiedzielismy, ze czeka nas ciezkie poszukiwanie i negocjowanie. Wiedzielismy, ze jest opcja tansza, gdzie rzekomo po statku lataja szczury i karaluchy, jedzenie jest marne, a statki wygladaja, jakby mialy zaraz zatonac i opcja minimum dwa razy drozsza, ale tez czystsza i bardziej komfortowa. Trzeba wiec bylo zastanowic sie, co jest silniejsze – nasza slynna cebula, czy tez obrzydzenie na widok biegajacych dookol nas “przyjaciol” 🙂

Zrobilismy obchod po kilku, o ile nie kilkunastu biurach i juz mniej wiecej dokonalismy wyboru, czekalismy jednak na decyzje Kamila, czy jedzie z nami, gdyz wiedzielismy, ze jeszcze nie do konca jest w dobrej kondycji, by jechac i spac na lodzi. Postanowilismy wiec wstrzymac sie z decyzja do dnia nastepnego, tymczasem na wprost naszego hostelu wyczailismy miejsce, do ktorego bedziemy juz wracac kazdego wieczoru w Hanoi – piwo za 0,2 dolara prosto z kegi na plastikowych krzeselkach na chodniku i przemila kobieta, ktora swoim blogim usmiechem zachecala nas do kolejnej wizyty 🙂

IMG_9184

Jak sie nastepnego dnia rano okazalo, Kamil wciaz jeszcze nie czul sie najlepiej, zdecydowal wiec, ze odpuszcza Ha Long, my zas poszlismy z samego rana wykupic wycieczke dla naszej piatki w biurze, ktore mialo najlepsza oferte poprzedniego dnia. O Ha Long – kosztach, organizacji itd bedzie mowa w nastepnym wpisie, totez tutaj ta kwestie pominiemy 🙂

Nasz hostel zlokalizowany byl przy jednej z najbardziej uczeszczanych ulic w sensie rozrywki – tu jest mnostwo knajp, restauracji, hosteli, imprez, koncertow. W zasadzie o kazdej porze dnia i nocy cos sie tu dzieje. Przy tym byl polozony bardzo blisko jeziora Hoan Kiem – rzekomo zyja w nim zolwie, jednak my nie widzielismy ani jednego. W kazdym razie jest to miejsce spotkan tubylcow, ktorzy od switu do nocy obecni sa dookola jeziora. Szczegolnie noca jest tu bardzo ladnie, gdyz caly deptak dookola jeziora jest bardzo ladnie oswietlony.

IMG_8877

IMG_8887

IMG_8942

Pierwszym punktem podczas naszego zwiedzania stolicy Wietnamu bylo Muzeum Narodowe  i Muzeum Rewolucji. Trzeba przyznac, ze bilety wstepu w Hanoi sa bardzo przyjemne dla kieszeni, znizki studenckie sa respektowane niemal wszedzie, a daja je na podstawie nawet dowodu osobistego 🙂

Muzeum Narodowe mialo bardzo ciekawe zbiory dotyczace dlugiej historii Wietnamu- oczywiscie nie zabraklo posagow Buddy, ale mozna bylo znalezc tez wiele eksponatow z czasow dynastii wietnamskiej. Ogolnie muzeum warte odwiedzenia. Wstep 15 000 dongow – 0,7 dolara.

IMG_8907

Po drugiej stronie ulicy zlokalizowane jest Muzeum Rewolucji, ktore dzis juz jest czescia Muzeum Narodowego. Spodziewalismy sie tam ciekawej wystawy o komunizmie, znalezlismy zas nudna wystawe skladajaca sie w wiekszosci ze zdjec osob, ktore pisaly cos o komunizmie i ich odrecznych notatek, paru zdjec Ho Chi Minha i obowiazkowo odrobiny propagandy dotyczacej Amerykanow w Wietnamie. Ogolnie nic specjalnego. Warto jednak przy okazji pamietac, ze wszystkie muzea w Hanoi w ciagu dnia maja przerwe w funkcjonowaniu – powiedzmy – sieste, ktora jest w okolicach poludnia, nalezy wiec o tym pamietac przy okazji planowania zwiedzania stolicy Wietnamu.

Po drodze jeszcze salon fryzjerski zlokalizowany na chodniku, fryzjer goli brzytwa, wszystko, co potrzebne do eleganckiej fryzury ma na miejscu 🙂 Konrad bardzo powaznie zastanawial sie, czy nie skorzystac z uslug.

IMG_8914

Dalej ruszylismy do Wiezienia Hoa Lo – wiezienia francuskiego, gdzie przetrzymywani byli w czasach francuskiej jurysdykcji wietnamscy wiezniowie polityczni, zas w czasach wojny wietnamskiej – amerykanscy jency polityczni. Nie obylo sie oczywiscie bez propagandy – zdjec, na ktorych pokazano jak to Amerykanie zniszczyli caly Wietnam, wymordowali mase ludzi, podczas gdy Wietnam pozwalal Amerykanow ubierac choinke w wiezieniu, organizowac swieta, ucztowac, bawic sie, wszyscy sa usmiechnieci i szczesliwi – istna sielanka. Oczywiscie nie oznacza to, ze popieramy amerykanska interwencje w Wietnamie, nie zamierzamy jej tutaj oceniac, ale ow kontrast na wystawie bardzo rzucil sie w oczy.

IMG_8934

Wieczorem zas umowilismy sie z Kamilem w kawiarni jego Dziadka, w ktorej serwowana jest kawa prosto z jego pol uprawnych. Kamil czul sie juz znacznie lepiej, ale na Ha Long sie jeszcze nie nadawal. Co by jednak nie powiedziec, kawka byla wysmienita, a przy tym swa wizyta zaskoczyl nas Wujek Kamila, ktory przejal interes Dziadka i zarzadza rodzinnym interesem. Wujek niegdys mieszkal w Polsce i mimo, ze przez 20 lat nie uzywal jezyka polskiego, staral sie komunikowac sie z nami w naszym ojczystym jezyku 🙂 Milo bylo wysluchac wspomnien o Polsce z czasow, gdy my jeszcze bylismy dzieciakami i choc wiadomo, ze w jakis sposob dzielil nas jezyk, to jednak mile towarzystwo bylo bezcenne. Na pozegnanie obdarowal nas wszystkich wlasna kawa z Dziadkowych popol z okolic Dalat, dzieki czemu bedziemy mogli do Polski przywiezc ow wysmienity aromat 🙂

IMG_8944

Fota z Wujkiem obowiazkowo 🙂

IMG_8946

Po drodze zaliczylismy jeszcze typowy wietnamski deser, czyli mleko kokosowe, mleko kondensowane i kawalki kokosa – taka zupka na slodko – specyficzny smak, ale bardzo dobre. Po tym deserze zas wrocilismy przepakowac rzeczy i przygotowac sie do wyjazdu do Ha Long, gdyz rano mielismy wyjechac na 2 dni na lodz. Kolejny wpis o Ha Long juz niebawem, tymczasem nasza podroz po Azji powoli dobiega konca i zaczynamy sie juz psychicznie nastawiac na powrot do zimnej Polski…

Ninh Binh

Dlugo zastanawialismy sie, czy wystarczy nam czasu, by zatrzymac sie gdzies jeszcze po drodze do Hanoi. Absolutnym “must see” w okolicach Hanoi jest oczywiscie Ha Long Bay, natomiast czas nas goni, wiedzielismy, ze na dniach mamy nasz samolot powrotny. Okazalo sie jednak, ze dotad wszystko szlo nam na tyle sprawnie, ze moglismy sobie pozwolic na dodanie jeszcze jednej atrakcji podczas naszej podrozy, czyli Ninh Binh.

Do wspomnianej wyzej miejscowosci dojechalismy znowu przed czasem – dosyc zaskakujace jak na wietnamskie warunki, gdyz dotad niemal wszystkie autobusy, ktorymi jechalismy w Wietnamie, przyjezdzaly na miejsce przed planowanym czasem – pomimo postojow na kawe, papierosa, toalete, ktorych jest po drodze cale mnotwo. Z drugiej jednak strony tutejsi kierowcy naleza raczej do tych szalonych- niewazne, jak kreta, jak zatloczona, niebezpieczna jest droga- jada w szalonym tempie!

Totez na miejsce dojechalismy o 4:30 nie majac noclegu i bedac nieco daleko od dworca, hosteli itd. To ze wzgledu na to, ze w samym Ninh Binh nie ma w zasadzie nic – nie jest to w sumie jakas rozwinieta baza turystyczna, ktora ma do zaoferowania nie wiadomo co. Z drugiej strony nie mielismy w planie zostawac tu na dluzej, tego samego dnia mielismy ruszyc dalej do Hanoi, wiec rezerwowanie noclegu wydawalo nam sie zbedne.

Okazuje sie jednak, ze kolejna juz noc w autobusie odbila sie troszke na naszej kondycji i ciezko nam bylo palac energia od 4:30, zbyt wiele juz mielismy takich porankow podczas naszej podrozy. Autobus zostawil nas przy swoim biurze turystycznym, oferujacym wycieczki, autobusy itd- 5 krzesel, 2 stoly, lozko polowe, na ktorym spac mial pracownik lokalu, toaleta. Pracownik zerwal sie na rowne nogi, gdy tylko nasz autobus zatrzymal sie przed jego drzwiami i za wszelka cene od razu chcial nam wcisnac autobus,nocleg,wycieczki itd. My tak naprawde nie bylismy niczym z tych rzeczy zainteresowani, ale jako ze wyweszylismy u niego dobra miejscowke na przeczekanie do switu, udawalismy, ze bardzo chcemy kupic u niego wycieczke, ALE musimy sie jeszcze zastanowic i przedyskutowac to miedzy soba, wiec zachecilismy go, by sie “chwilowo” polozyc spac, a my obudzimy go, gdy podejmiemy decyzje. Jakby rzekl Konrad – cebula jest w nas wciaz silna – gosc sie polozyl spac, a w tym czasie my zaczelismy organizowac sobie miejsce do spania – Piotrek na kocu na podlodze:

IMG_8655

Bartek na stole, a Kostek na czterech krzeslach. Tylko Karolina i Konrad czuwali nad towarzystwem, pracujac oczywiscie nad blogiem – zadna chwila nie moze sie zmarnowac!

Ostatecznie przy okazji przyjazdu kolejnego autobusu w okolicach 6 rano gosc wstal i cala nasza reszta tez musiala sie podniesc. Jako ze Kamil pojechal prosto do Hanoi (najprawdopodogniej troszke za dlugo siedzial na sloncu i bardzo zle sie czul), stracilismy jednego kierowce na skuter. Teoretycznie moglby prowadzic Kostek, ale nie do konca ufalismy jego umiejetnosciom, totez postanowilismy wykorzystac male rozmiary Karoliny i zmiescic sie na dwoch skuterach- 1x 3 osoby i 1x 2 osoby. Gosc pukal nam po glowie i probowal straszyc mandatami, gdyz jest to rzekomo w Wietnamie niedozwolone, ale juz nauczylismy sie, ze Wietnamczycy non stop probuja naciagnac bialasow i wszedzie wesza interes, wiec w bajeczki o mandacie na 300 000 dongow nie uwierzylismy i wiedzac, ze na codzien cale masy Wietnamczykow jada w 3,4, nawet 5 osob na jednym skuterze, postanowilismy wyprobowac ten patent. Moze nie byla to najwygodniejsza podroz, ale na pewno pelna atrakcji 🙂

W pierwszej kolejnosci postanowilismy zaspokoic nasz poranny glod i udalismy sie na lokalny targ, bo gdziez indziej znajdziemy lepsze i swiezsze jedzonko po 6 rano, jesli nie na targu???

IMG_8659

IMG_8671

IMG_8672

Jak juz wspominalismy zupy w Wietnamie maja pyszne, wiec na dzien dobry zupka! Piotrek jak zwykle dorzucil sobie garsc ostrych papryczek, a potem narzekal, ze pali mu buzie – standard.

IMG_8676

Jak juz wspomnielismy, samo Ninh Binh nie ma nic ciekawego do zaoferowania – wszyscy, ktorzy tutaj sie zatrzymuja, przyjezdzaja na rejs po rzece Tam Coc.

By wyruszyc w rejs, nalezy wyjechac za miasto. Mozna wybrac jedna sposrod dwoch opcji – albo rejs po grotach albo rejs pomiedzy polami ryzowymi. Jako ze my po rejsie planowalismy ogladac pola ryzowe z lokalnego szczytu, wybralismy rejs po jaskiniach. Za taka przyjemnosc trzeba dosc sporo zaplacic, jak na wietnamskie warunki – prawie 7 dolarow za 2-3 godzinny rejs, ale bylo warto. Zdjecia ponizej:

IMG_8719

IMG_8721

IMG_8726

IMG_8733

W jaskiniach bylo dosyc zabawnie, gdyz w wiekszosci musielismy sie klasc na lodce albo przynajmniej skulac, by w ogole przeplynac. Plynela nasza piatka plus kobieta, ktora wioslowala.

IMG_8750

IMG_8771

Co jakis czas lodka zatrzymywala sie przy brzegu, by wyjsc np. do swiatyni, czy tez na wzgorze z pagoda. Widoki byly niesamowite, woda kusila by do niej wskoczyc, a cisza, w ktora wsluchiwalismy sie byla ukojeniem dla naszych uszu po wielu dniach spedzonych w zgielku i huku skuterow.

IMG_8779

IMG_8788

IMG_8811

Pod koniec rejsu wracalo sie w tlumie, ale pierwsze dwie godziny mielismy przed soba pustki, pozwalajace na piekne zdjecia.

Chlopcy widzac kobiete wioslujaca, by pokazac nam wszystkie miejsca, postanowili jej nieco pomoc i na zmiane wioslowali razem z nia. Dosyc ciekawe, ze wszystkie lodki byly “sterowane” przez kobiety, w zasadzie mezczyzny wioslujacego nie mozna bylo zobaczyc. Troszke bylo nam przykro, gdy pod koniec rejsu zazyczyla sobie tipa, ktorego oczywiscie sami z siebie bysmy dali, jednak gdy dalismy jej napiwek zaczela krecic nosem, ze za malo i naprawde mielismy ochote wyrwac jej z reki pieniadze, ktore od nas dostala. Pozostawila po sobie lekki niesmak.

Po rejsie udalismy sie na skuterach w droge na wzgorze – Mua Cave, z ktorego mielismy podziwiac widoki na pola ryzowe. Wstep – 100 000 dongow, czyli 4,5 dolara. Samo poludnie, upal i skwar, zero cienia, 470 schodow w gore, ostatnia mala butelka wody. I co? I bylo warto! Efekty ponizej:

IMG_8823

IMG_8849

IMG_8851

IMG_8858

IMG_8863

Gdyby nie to, ze slonce naprawde tutaj swiecilo z calych sil, a wiatr nie dawal ulgi, bo go po prostu nie bylo, siedzielibysmy pewnie na szczycie godzinami podziwiajac widoki. Trzeba bylo niestety schodzic, chcielismy tez za dnia dojechac do Hanoi i zdazyc spotkac sie z Kamilem.

Wsiedlismy znow na skutery i jechalismy juz w strone Ninh Binh, mijajac po drodze ryz suszony na jezdni. Tak wyglada ryz zanim dotrze do europejskich sklepow 🙂

IMG_8868

Po drodze jeszcze zatrzymalismy w przydroznym “browarze”, ktorych w Wietnamie jest na peczki – swieze piwo prosto z kegi 5000 dongow, czyli 0,2 dolara – pycha! Gospodarze, choc nie mowia po angielsku, zawsze staraja sie dotrzymac towarzystwa i na migi porozumiec.

IMG_8875

Ostatni przystanek przed Hanoi to jeszcze obiadek w knajpce – olbrzymie porcje, pyszne jedzenie, brzuchy napelnione. Trzeba przyznac, ze umiejetnosc jedzenia paleczkami ryzu i zupy zostala juz przez nas opanowana do perfekcji! 🙂 A tutaj slynne sajgonki!

IMG_8876

Ostatecznie dotarlismy do naszej porannej noclegowni, by oddac skutery, najpierw jednak chcielismy na skuterach przewiezc nasze plecaki, gdyz dworzec nie byl zbyt blisko,  a jednak balastu na plecach mamy coraz wiecej. Po przewiezieniu bagazy jasnie pan, od ktorego wynajmowalismy skutery mial odwiezc Piotrka na dworzec skuterem. Jednak zazyczyl sobie za to 2 dolary, choc wczesniej obiecywal, ze bedzie to za darmo, tym bardziej, ze zostawilismy mu sporo paliwa w bakach. Reszta kupila juz bilety do Hanoi, autobus czekal, a Piotrka nie ma! Ostatecznie wkurzyl sie na tyle, ze poszedl z biura na nogach, wskoczyl do autobusu i wyruszylismy w droge do Hanoi!

Da Nang – Marble Mountain – My Son – Hoi An – Hue

Do Da Nang dojechalismy rano, wzielismy prysznic w hostelu i wynajelismy od razu skutery w hostelu i ruszylismy zwiedzac okolice. Juz w Da Lat przekonalismy sie, ze najszybciej i najwygodniej jest zwiedzac na skuterach, stad tez dalej wielokrotnie korzystac bedziemy z tego srodka transportu. Dysponowalismy trzema kierowcami, wiec nie bylo problemu by na nasza szostke wynajac trzy skutery. Paliwo jest tu naprawde tanie, tak samo wynajem skuterow -na caly dzien maksymalnie 5 dolarow na dwie osoby.

Najpierw ruszylismy poza miasto w kierunku wielkiego posagu tzw Lady Buddy- bogini milosierdzia, ktora osiagajac wysokosc 67 metrow spoglada czujnym okiem na miasto. Nie dalo sie pozbyc wrazenia, ze idea tego posagu jest dosc podobna do posagu Jezusa w Rio De Janeiro 🙂

IMG_8113 IMG_8114 IMG_8128

IMG_8137

Trzeba przyznac, ze tutaj upal dawal sie nam dosc dobrze we znaki. Dalej wsiedlismy na skutery i probowalismy wyjechac na wzgorze, z ktorego mial roztaczac sie piekny widok na okolice. Niestety nasze skutery okazaly sie zbyt slabe, a droga zbyt stroma. Lokalni nas przed tym przestrzegali, ale jako, ze juz przyzwyczailismy sie do tego, ze czesto sciemniaja, albo przynajmniej przesadzaja – postanowilismy sprobowac. Tym razem jednak mieli racje – droga jest na skutery za stroma. Dodatkowo cienia tu nie zaznasz, a jako ze zblizalo sie poludnie i slonce grzalo niemilosiernie – postanowilismy zawrocic i jechac w druga strone z miasto, by odwiedzic tzw. Marble Mountain.

Po drodze ze skuterow roztaczaly sie takie widoczki – dosyc ciekawe lodki rybackie 🙂

IMG_8152

Na Marble Mountain dotarlismy w samo poludnie, postanmowilismy wiec najpierw cos przekasic, a dopiero potem wybrac sie na szczyt. Skuter – piekna sprawa, dowiezie na obiad w kazde miejsce!

IMG_8157

Po zjedzeniu zupy – a zupy, trzeba przyznac, maja ogolnie w Wietnamie pyszne, mielismy juz dosc energii by zwiedzac dalej. Wstep na Marble Mountain – 0,7 dolara, jesli chce sie na szczyt wyjechac winda – kolejne 0,7 dolara.

Na szczycie czekalo na nas kilka pagod, posagow Buddy i widok na morze:

IMG_8175

A takze genialna jaskinia z oltarzykami Buddy, klimat niesamowity!

IMG_8192

Obeszlismy caly szczyt – polecamy wszystkim, zdjec za wiele nie wrzucamy z tego miejsca, by nie przesadzic z iloscia zdjec w tym poscie, ale jest naprawde warty zobaczenia! Szkoda tylko, ze u podnoza gory kwitnie gigantyczny handel marmurowymi wyrobami watpliwej urody, no ale co kto lubi. W kazdym razie sama gora jest przepiekna!

W ramach rekreacji i malego treningu dla chlopakow, widzac, ze warunki na tutejszej plazy sa naprawde fajne, postanowilismy sprobowac sil na desce. Wypozyczylismy 2 deski surfingowe – 4,5 dolara za jedna deske na caly dzien, gratis ciuchy do plywania na desce. Fale sa tu dosc konkretne, a przyajmniej zupelnie wystarczajace dla poczatkujacych 🙂

Co prawda wszedzie wisialy czerwone flagi i ratownik gwizdal, zeby nie plywac przy takich falach, ale panowie jako poczatkujacy surferzy nie oddalali sie zbytnio od brzegu, probujac lapac swoje pierwsze fale. Trzeba przyznac, ze Piotrkowi szlo najlepiej! Az zaczal zalowac, ze nie moze kontynuowac podrozy razem z Kamilem i Konradem, ktorzy po naszym powrocie do Polski jada jeszcze do Indonezji surfowac przez miesiac…Coz, nastepnym razem!

IMG_8207

Profesjonalizm w pelnej krasie 🙂

IMG_8252

IMG_8348

IMG_8362

IMG_8216

IMG_8396

Po zachodzie slonca robi sie tu jednak zimno, wiec trzeba bylo zbierac sie z plazy, choc chlopakow trudno bylo do tego zmusic. Ale zawsze najlepszym argumentem, ktory jest w stanie ich przekonac jest dobre jedzenie!

Wybralismy sie na kolacje inna niz dotychczas, probujac tzw Hot Pot’a, czyli gotujacej sie zupy, do ktorej dobiera sie konkretne skladniki i samemu dorzuca do zupy. Powiedzmy, ze takie wietnamskie fondue. Przepyszne! Za 2,5 dolara hot pot dla dwoch osob.

IMG_8405

Nastepnego dnia ruszylismy z samego rana – znow 5 rano (!), by zdazyc zobaczyc wszystkie atrakcje w okolicy Da Nang i ruszyc pod wieczor do Hue, gdzie mielismy spedzic kolejna noc. Pierwszym punktem, ktory chcielismy dowiedzic z samego rana bylo My Son, gdzie znajduja sie ruiny swiatyn. Chcielismy tam byc jeszcze zanim dotra tu autokary zapelnione turystami. Trzeba jednak przyznac, ze taka wyprawa z rana na skuterach, przed wschodem slonca, dosc dobrze nas wyziebila i przewiala, nie spodziewalismy sie, ze bedzie az tak zimno! W akcie desperacji trzeba bylo zalocy nawet peleryny przeciwdeszczowe jako izolacja przed lodowatym wiatrem 🙂 Ponizej przeprawa przez rzeke – mostu jeszcze nie ma, wiec jedyna opcja dostania sie na drugi brzeg jest prom. Wietnamscu oszusci jak zwykle postanowili zbic kase na bialasach i tu wygrali – od nas gnojki zazyczyly sobie 20 000 dongow, czyli prawie dolara, podczas gdy od Wietnamczykow 6 000 dongow. Probowalismy sie wyklocac, ale oczywiscie standardowo zaczeli udawac, ze nie rozumieja, co do nich mowili, a potem odwracac od nas. Gdyby nie to, ze to jedyny prom w okolicy to bysmy im nie zaplacili dla zasady, ale tu innej mozliwosci nie bylo – co nie zmienia faktu, ze kolejny raz przekonalismy sie, jak tutaj inaczej traktuje sie bialasow.

IMG_8415

Do My Son rzeczywiscie dotarlismy jeszcze przed tlumami, ktore pojawily sie, gdy my juz opuszczalismy to miejsce 🙂 W kazdym razie samo My Son delikatnie nas zawiodlo – wiele sie nie zachowalo, czesc zostala odbudowana, a by odbudowane czesci nie wygladaly jak nowe – brzegi nowych cegiel tluka mlotkiem, potem trzeba troszke pomalowac na ciemniejszy kolor, efekt starosci gwarantowany!

IMG_8430

IMG_8427

Dalej ruszylismy niezwykle malownicza trasa, wiodaca przez wietnamskie wiejskie tereny, pola ryzowe, pastwiska – istna sielanka rodem z pocztowek! Posrodku pastwiska i pol ryzowych- malutkie groby w ksztalcie pagodek!

IMG_8455

Momentami droga sie konczyla i trzeba bylo przenosic skuter tudziez probowac przejechac przez bagienko, lokalni patrzyli na nas z niedowierzeniem, ale dalismy rade!

IMG_8485

Malowniczymi drozkami przez pola i wioski dotarlismy do Hoi An, przepieknej miejscowosci Hoi An- kolorowe uliczki, kawiarenki, mosty przez rzeke, kamieniczki, chinskie domy jak z innego swiata. Czas sie tu zatrzymal, jest to z reszta najlepiej zachowane miasto portowe z tej czesci Azji. Trzeba przyznac, ze Hoi An naprawde nam sie spodobalo i wcale nie chcialo nam sie stad wyjezdzac.

IMG_8507

IMG_8519

IMG_8525

IMG_8546

Hoi An polecamy kazdemu, kto bedzie w okolicy. Odrobine zạ duzo turystow, tổ fakt, bộ sa ích cale tlumy, ale warto przyjechac na kilkugodzinny spacer, bộ jest tổ miasteczko zupelnie inne niz tế, ktore sa w okolicy.

Z Hoi An musielismy juz wracac do Da Nang, by zdazyc zlapac pociag do Hue, gdzie jak juz wspomnielismy, mielismy spedzic kolejna noc. Po drodze mijalismy jeszcze kukurydze suszona na jezdni – tak przygotowywany jest m.in. popcorn 🙂

IMG_8494

Pociag z Da Nang do Hue – 2 godziny, warunki noo….nie byly cudowne, co prawda byly wiatraki, wiec upalu nie bylo, ale twarde drewniane lawki przez 2 godziny zdazyly nam dac sie we znaki. Ale czego mozna bylo sie spodziewac za 1,5 dolara 🙂

W kazdym razie do Hue dojechalismy juz pod wieczor, dojechalismy do naszego hostelu, zjedlismy i padlismy spac. Tym razem postanowilismy nie wstawac na wariata o 5 ani 6, zaszalelismy spiac do 8 ha! 🙂

Na dzien dobry – oczywiscie wynajem skuterow, gdyz musielismy sie takze jakos dostac poza Hue, by zobaczyc grobowce tutejszych monarchow.

Najpierw ruszylismy do cytadeli i tzw. Zakazanego Miasta Hue – wstep mocno przesadzony jak na atrakcje czekajace w srodku cytadeli – 150 000 dongow czyli jakies 7 dolarow. W srodku za to praktycznie wszystko zostalo zniszczone podczas wojny wietnamskiej. Szkoda, bo wedlug zrodel miasto w obrebie cytadeli bylo niegdys potezne i bardzo rozbudowane. Teraz zwiedzic mozna 2 budynki, korytarze i staw, cal reszta jest systematycznie odbudowywana w miare zdobywania funduszy. Najwieksze wrazenie zrobil na nas chyba film pokazujacy plany restaurowania i odbudowywania kolejnych budynkow. Dlatego tez cena biletu mocno przesadzona, tak samo jak nazwa lokalnych “zakazane miasto”, bo z calym szacunkiem – do piet pekinskiemu Zakazanemu Miastu nie dorasta.

IMG_8559

IMG_8575IMG_8593

IMG_8589

Moze lekka przesada byloby stwierdzenie, ze nie warto tu isc, ale na pewno mocno nas cytadela zawiodla, albo spodziewalismy sie moze zbyt wiele…

Dalej na skuterach pomknelismy juz za miasto, by odwiedzic slynne grobowce monarchow – tu poszaleli. Nie sa one zbyt stare, gdyz pochodza z XIX/XX wieku, ale monarchowie nie bez powodu podwyzszyli podatki o 30% – na to, co stworzyli jeszcze za swego zycia -mowa o grobowcach, przeznaczyli na pewno fortune!

IMG_8598

IMG_8609

IMG_8617

IMG_8624

Jesli ktokolwiek ma watpliwosci czy dowiedzic grobowce czy cytedele – koniecznie jedzcie do grobowcow – az kipi od zdobien i naprawde warto je zobaczyc!

Ostatnim punktem byla jeszcze wycieczka za miasto na wybrzeze, gdyz czytalismy, ze okoliczne plaze sa warte odwiedzenia. Ostatecznie nie mielismy niesttey za wiele czasu, by pojechac tam, gdzie sa one najladniejsze, wiec zatrzymalismy sie jakies 10km za Hue. Niestety ta plaza nie byla jakas fenomenalna, wiec zrobilismy kilka zdjec i wrocilismy do Hue…

IMG_8638

IMG_8644

Oddalismy skutery i zebralismy sie na autobus do Ninh Binh- ok.10 godzin jazdy nocnym autobusem, 10 dolarow, lozka pietrowe. Nastepny wpis o Ninh Binh- przepieknym miejscu – juz niedlugo, tymczasem zbieramy sie do Halong Bay! 🙂

Da Lat

Do Da Lat dojechalismy wczesniej niz zapowiadano nam na dworcu- o 4 30 rano i powital nas zaskakujacy chlod, do ktorego nie bylismy dotad przyzwyczajeni majac codziennie temperatury ponad 30 stopni i wilgotnosc na poziomie ponad 90%. Szybko wyciagnelismy wszystkie nasze najcieplejsze rzeczy, ktore dotad byly na samym dnie plecakow i bylismy swiecie przekonani, ze pewnie nie bedzie okazji ich uzyc. Wyladowalismy na dworcu w Da Lat, gdy jeszcze bylo ciemno, zimno i bylismy totalnie wykonczeni podroza. Z jednej strony mielismy ochote sie jeszcze przespac, z drugiej wiedzielismy, ze jesli pojedziemy spac do hostelu to nie wstaniemy z samego rana i nie zdazymy zobaczyc wszystkiego, co zaplanowalismy i jechac dalej, a taki mielismy plan – tego samego dnia wyruszyc do Da Nang kolejnym nocnym autobusem.

Dlatego tez na godzinke polozylismy sie na krzeslach na dworcu przywiazujac do siebie plecaki i ubierajac na siebie wszystko, co tylko mamy, a gdy zrobi sie jasno – pojedziemy do pierwszego lepszego hostelu zostawic nasze rzeczy i wynajmiemy skutery.

Po godzince spania ochroniarz doszedl do wniosku, ze wyglada to dosyc slabo, gdy 6 osob okupuje dworzec i wyglada jak bezdomni, oznajmil nam wiec, ku naszemu zaskoczeniu hah, ze dworzec to nie nasz dom i lozka i ze nie mozemy tu wstac. Dlateego tez ok. 6 rano ruszylismy do jednego z upatrzonych przez nas hosteli i obudzilismy slodko spiaca recepcjonistke 🙂

Na szczescie dzien zapowiadal sie slonecznie, wic szybko mozna bylo sie zaczac pozbywac kolejnych warstw cieplych ubran! Zostawilismy bagaze i wynajelismy skutery w tymze hostelu – 4,5 dolara za caly dzien, benzyna w naszym zakresie – zatankowalismy za 2,5 dolara i spokojnie wystarczylo, a kilometrow troche zrobilismy.

Po szybkim sniadaniu ruszylismy na skuterach za miasto, by zobaczyc z wysokiego wzgorza panorame okolic – uprawe kawy i herbaty, rzeke, domki. Widoki przepiekne! Skutery nalezy zostawic u podstaw gory, na szczyt zas wjezdza sie jeepem – 9 dolarow za calego jeepa, czyli dla naszej szostki do podzialuIMG_7960Nad parkingiem z jeepami, bok napisu, ktory widac za Piotrkiem dosyc zabawna sytuacja – konie i ku naszemu zaskoczeniu…zebry?! Mozna usiasc i zrobic sobie zdjecie, oczywiscie za dodatkowa oplata. Zebra? Raczej ciezko uswiadczyc poza Zoo, za to wielka frajda dla dzieciakow. Co sie jednak okazalo przy blizszym spotkaniu?? Nie masz zebry – pomaluj w paski farba konia, wyglada bardzo profesjonalnie 🙂

IMG_7966

Jak juz wspomnielismy, na szczyt wjechalismy jeepem i naszym oczom ukazal sie taki oto widoczek:

IMG_7983

IMG_7990

Trzeba przyznac, ze bardzo sie nam na szczycie podobalo – mila odmiana- cisza, spokoj, swieze powietrze, zero wykanczajacej wilgoci i skuterow, ktorych wszedzie az pelno.

Karolina zaliczyla jeszcze spotkanie oko w oko z drapieznikiem:

IMG_8002

I pomknelismy na dol po nasze skutery.

Dalej pomknelismy znow w kierunku miasta, po drodze mijajac suszone na sloncu ziarenka kawy, lezace doslownie na drodze:

IMG_8011

W miescie najpierw pojechalismy na lokalny targ, gdzie moglismy zaopatrzyc sie w lokalna kawe i herbate – nigdzie w Wietnamie nie dostaniemy juz oryginalnej wlasnie stad, wiec targ okazal sie odpowiednim miejscem – moglismy przebierac w rodzajach i cenach oczywiscie

IMG_8042

I taki oto typowy wietnamski widoczek, ktory towarzyszyc nam bedzie do konca naszego pobytu w tymze kraju: 🙂

IMG_8047

Jezeli ktos ma ochote zakupic rybko albo…zolwika – nie ma zadnego problemu:

IMG_8050

Dalej zas pomknelismy w strone Chua Linh Phuoc Pagody w Da Lat, kolejnej swiatyni na naszej drodze. Jednak te w Wietnamie sa juz blizsze stylem tym chinskim, zupelnie inne zdobienia i wystroj. W Tajlandii i Kambodzy wszystkie swiatynie az kipia od zlota i wszelkich zdobien – tu mozna powiedziec, ze wszystko jest projektowane z wiekszym umiarem. Byc moze jest to zwiazane z tym, ze mieszkancy Wietnamu nie sa az tak religijni jak Tajowie czy mieszkancy Kambodzy.

IMG_8039IMG_8036IMG_8096Juz nawet mnichow jest tu duzo ciezej spotkac, podczas gdy w Tajlandii i Kambodzy byli oni na kazdym kroku.

Trzeba przyznac, ze na skuterach mozna bardzo sprawnie i tanio sie poruszac w Wietnamie. Zastanawialismy sie, ile jest tutaj wypadkow na drogach, gdyz z boku, z punktu widzenia pasazera droga wyglada bardzo groznie. Jednak perspektywa nieco zmienila sie, gdy moglismy obserwowac droge ze strony kierowcy i pasazera- wszyscy jada tu bardzo powoli i ostroznie. By informowac innych uczestnikow ruchu o swojej obecnosci uzywaja klaksonow, ktore z reszta w Wietnamie naleza do baaardzo glosnych. Jest to jednak dobry sposob na ostrzezenie innych, by uwazali. Okazuje sie, ze wypadkow w Wietnamie jest naprawde bardzo malo, wlasnie dlatego, ze Wietnamczycy na drodze sa bardzo ostrozni.

IMG_8019

Nastepnym punktem naszej wizyty w Da Lat byl Ogrod Botaniczny. Cala masa kwiatow z calego swiata , punkt centralny ogrodu, przy ktorym WSZYSCY Wietnamczycy robili sobie zdjecia – flaga Wietnamu zrobiona m.in. z Gwiazd Betlejemskich

IMG_8080

Mozna tez znalezc inne ciekawe roslinki, legalnie rosnace i pielegnowane tutaj 🙂

IMG_8085

Pod koniec odwiedzilismy jeszcze 2 cholernie nudne muzea , m.in. Crazy House, ktory reklamowany jest jako budynek w stylu Gaudiego – absolutnie nie polecamy. Ale za to na ulicy, przy ktorej muzeum jest zlokalizowane sprzedaja truskawki – moglismy wiec ostatni raz w tym roku ich posmakowac, nastepne niestety dopiero w czerwcu …

IMG_8105

Tak tez skonczyla sie nasza wizyta w Da Lat. Pojechalismy do hostelu oddac skutery i zabrac nasze rzeczy, po czym przyjechal odebrac nas autobus zmierzajacy do Da Nang- 10 dolarow, 14 godzin jazdy autobusem z lozkami pietrowymi. Kolejny wpis juz jutro, nadrobimy wszystkie zaleglosci, obiecujemy, juz mamy dostep do komputera, wiec bedzie latwiej! 🙂

Ho Chi Minh- dawny Sajgon

Sajgon to nazwa miasta z czasów Wietnamu Południowego. Po wojnie w Wietnamie i zjednoczeniu części północnej i południowej, Sajgon zmienił nazwę na Ho Chi Minh od nazwiska najsłynniejszego komunisty wietnamskiego, widniejącego na każdym banknocie, którego pomniki i obrazy są dosłownie wszędzie.
Do Sajgonu- wciąż wolimy starą nazwę – dotarliśmy po ok. 4 godzinach jazdy autobusem. Koszt biletu – 7 dolarów. Powiedzenie “nie chwal dnia przed zachodem słońca” naprawdę nam się sprawdziło. Jeszcze przed wyjazdem do Sajgonu, Kostek stwierdził, że mamy wielkie szczęście z pogodą i…ledwo dojechaliśmy do Sajgonu – zaczęło z nieba dosłownie walić żabami. Takiej ulewy dawno nie widzieliśmy. Wietnamczycy są na tyle mili, że przygarnęli nas w biurze pod dach, byśmy przeczekali ulewę, jednak mieliśmy w planie tego dnia jeszcze zaliczyć choć jedno muzeum, które jest oczsywiście do 17, więc mieliśmy 2 godz czasu do zamknięcia. Dlatego też ruszyliśmy opatuleni w peleryny przed siebie, do naszego hostelu.

 
Co ciekawe, w Wietnamie najdroższe lokale są te, które bezpośrednio sąsiadują z ulicą, dlatego też najczęściej wszystkie budynki od strony ulicy są bardzo wąskie, ale za to bardzo długie. Hostele zaś są zlokalizowane w wąskich uliczkach, nieprzejezdnych dla samochodów, dzięki czemu wynajem lokalu jest tańszy, ale…jego znalezenie przez turystów graniczy z cudem. Błądziliśmy dość długo nim znaleźliśmy nasz hostel i oczywiście zdążyliśmy przemoknąć do suchej nitki. W związku z tym niestety już nie zdążyliśmy tego dnia do żadnego muzeum.

 
Postanowiliśmy więc zjeść coś w ulicznej “knajpce” na wprost naszego hostelu i jednocześnie przeczekać ulewę. Jedzonko w Wietnamie już zupełnie inne niż w Tajlandii i Kambodży i trzeba przyznać, że dużo lepsze i bardziej wyraziste. Koszt pełnego talerza ryżu, mięsa, warzyw razem z kawą to cały 1,5 dolara. Wracaliśmy tu już na każdy posiłek, bo jedzenie mieli tu wyśmienite!

 
Gdy tylko przestało padać ruszyliśmy w kierunku Bitex-co, czyli 68-piętrowego szklanego wieżowca z punktem widokowym. Po drodze kilka razy popatrzyliśmy w oczy śmierci, próbując uskutecznić przewodnikowe porady, gdzie pisali, że by przejść przez ulicę należy zamknąć oczy, wejść na drogę i iść przed siebie nie bacząc na tłumy skuterów i aut, które jadą. Przechodzenie przez ulicę w Sajgonie może łatwo doprowadzić do zawału, a przynajmniej śmierci w wyniku potrącenia.

IMG_7722IMG_7723
Dotarliśmy do Bitex-co i na dzień dobry cena biletu na punkt widokowy zlokalizowany na 49 piętrze- 10 dolarów. EEEE nie nie nie, nie będziemy tyle płacić za widoczki. Ale…okazało się, że na 52 piętrze jest bar…czemu by nie spróbować tam wejść i udawać, że będziemy coś pić??? Tak, bardzo polskie podejście, ale udało się. Wjechaliśmy do baru, ceny wszelkich napojów kosmiczne i poza zasięgiem, pocykaliśmy zdjęcia i szczerze mówiąc nikt z obsługi baru nie był zaskoczony naszym wyjściem bez zamawiania. Może jednak nie tylko Polacy tak robią? 🙂

IMG_7739
Dalej ruszyliśmy na deptak, na końcu ktorego jest ratusz i siedziba partii w samym centrum, najdroższe sklepy – Chanel, Dior itd.

IMG_7762
Trzeba przyznać, że centrum Sajgonu jest bardzo zadbane, nowoczesne i ładne. Co prawda wszędzie wiszą propagandowe plakaty i flagi z sierpem i młotem, ale coś za coś.
Po ratuszu czas na pocztę główną w Sajgonie, projektowaną przez słynnego Eiffela, tego samego, który projektował paryską wieżę. To taka pozostałość z czasów francuskiej jurysdykcji i katedra Notre Dame, której zdjęcia nam nie wyszły. Za to przed katedrą z ciekawostek – wielka baza szczurów, które biegają między ludźmi- mniami! 🙂

IMG_7775
Poczta była już zamknięta, na koniec ruszyliśmy jeszcze na bazar, który przy bliższym spotkaniu powiał straszliwą chińszczyzną i oczywiście na każdym kroku próbowali nas naciągnąć – przecież to białasy, a białasy zawsze mają kasę. Zakupy skończyły się na oczekiwaniu aż przestanie lać, bo znowu rozlało się straszliwie. I znowu dotarliśmy do hostelu totalnie przemoczeni.
Na ranek następnego dnia zaplanowaliśmy wizytę w tunelach Cu Chi – czyli tunelach, które Wietnamczycy zaczęli budować jeszcze w czasach francuskiej jurysdykcji, natomiast rozbudowane zostały w czasach wojny wietnamskiej i używane przez Wietnamczyków. Nawet nam się w głowach nie mieściło, że mogą one być tak zaawansowane i niesamowicie rozbudowane. Trzypoziomowe podziemne tunele, z wieloma pułapkami na wypadek wejścia Amerykanów do środka, które prowadziły do ich natychmiastowej śmierci. Dodatkowo, były one tak zamaskowane, że naprawdę ciężko było je zlokalizować.
W tunelach była kuchnia, bunkry, pomieszczenie do opatrywania rannych, sypialnie, jadalnia, WENTYLACJA, dojście do rzeki, które wchodziło POD rzekę.

IMG_7782IMG_7787IMG_7790IMG_7797IMG_7807
Zwiedza się je razem z przewodnikiem, dla wytrwałych wejscie do srodka- przeżycie nie byle jakie. Chłopcy co prawda mieli lekkie problemy z przejściem tunelem, gdyż trzeba cały czas iść w kuckach, do dziś mają zakwasy na nogach 🙂
Dodatkowo- w środku żaby i nietoperze wlatujące prosto w twarz 🙂
Gry wróciliśmy do Sajgonu, przechodząc przez tamtejszy bazar

IMG_7832

IMG_7833

dotarliśmy do Pałacu Niepodległości, gdzie swoją siedzibę miał prezydent Wietnamu Południowego, gdzie też zostało ogłoszone zjednoczenie Wietnamu i kapitulacja południowej części. Sam w sobie pałac robi średnie wrażenie, tak naprawdę najfajniejsza część to bunkry. Co jednak ciekawe – jest on wykorzystywany do dzisiaj – w razie wizyty ważnych osobistości, jest on zamykany dla turystów.

IMG_7835
Ostatnim punktem było Muzeum Zbrodni Wojennych – bardzo ciekawe muzeum, w którym jest zbiór zdjęć z czasów wojny wietnamskiej, pokazujące ameerykańskie zbrodnie na Wietnamczykach. Oczywiście muzeum to nie jest pozbawione propagandy i raczej przedstawia wszystko w sposób stronniczy, jednak cała wystawa jest niewątpliwie warta zobaczenia- chyba najlepsze muzeum, jakie dotąd odwiedziliśmy. Dodatkowo, kilka samolotów amerykańskich, czołgów itd

IMG_7856
Na koniec jeszcze obiadek, obowiązkowo w przydrożnym barze i potem już tylko prysznic w hostelu, bagaże i w drogę do Da Lat – 8 godzin w autobusie, koszt 10 dolarów, miejsca leżące na piętrowych łóżkach w autobusie.

IMG_7867

Kolejny wpis o Da Lat – miejscowości w górach, która baaardzo się nam spodobała już niebawem! 🙂

Wjazd do Wietnamu i Delta Mekongu

Dojazd z Phnom Penh do Delty Mekongu nie jest najtańszą przeprawą. Wybraliśmy opcję autobus+łódka z Phnom Penh do Chau Doc w Wietnamie w Delcie Mekongu. Zapłaciliśmy za to 19 dolarów i niestety była to najtańsza spośród dostępnych opcji. Bus przyjechał po nas o 8 rano i wtedy też ruszyliśmy w kierunku Wietnamu. Po lekko ponad 2 godzinach dotarliśmy do granicy Kambodży, gdzie musieli podbić nam pieczątki wyjazdu z Kambodży. Więcej tu nie będziemy mogli podczas tej podróży wjechać, gdyż nasza wiza upoważniała nas tylko do jednorazowego wjazdu do Kambodży.

Tutaj też okazało się, że możemy mieć lekki problem na granicy z Wietnamem. Dlaczego? Otóż dlatego, że zmieniając lekko nasze plany nie zauważyliśmy, że nasza wiza do Wietnamu zaczyna się następnego dnia…Co oznaczało, że tego dnia nie możemy do Wietnamu legalnie wjechać. No chyba że…Pamiętajmy, że Wietnam to jednak wciąż komunistyczny kraj, korupcja jest na porządku dziennym, więc łapówka zawsze może ułatwić sprawę i doprowadzić do lekkiego przymknięcia oka przez panów kontrolerów 🙂 Cena przymknięcia oka- 15 dolców od osoby, nie było szansy ugrać mniej, ale przynajmniej mogliśmy sprawnie wjechać do Wietnamu.

Granicę z Wietnamem przekraczaliśmy już z łódki

IMG_7492Tak też dotarliśmy do ostatniego państwa, które będziemy zwiedzać podczas naszej podróży. 2 godziny przeprawy łódką przez Mekong:

IMG_7503

IMG_7512 IMG_7520I dotarliśmy do Chau Doc. Miasteczko to nie było punktem docelowym, do którego tego dnia chcieliśmy dotrzeć, gdyż stąd tego samego dnia dojechać chcieliśmy do Can Tho.

IMG_7530

Tutaj szybko wymieniliśmy pieniądze na dongi, czyli walutę wietnamską i zakupiliśmy od razu bilety autobusowe do Can Tho – 7 dolarów, jechaliśmy ok. 4 godziny. Cena- średni deal, ale Wietnamczycy tak już mają, że lubią oskubać białasów.

Celem wizyty w Chau Doc było wzgórze nad miastem, z którego roztaczał się widok na Deltę Mekongu. Najlepiej jest tam dotrzeć na skuterze z kierowcą, który zna drogę, toteż szybko dorwaliśmy tubylców, którzy mieli nas zawieźć na górę, poczekać aż się nacieszymy widokami i zawiozą znów do Chau Doc. IMG_7579

Cieszyli się jak głupi, bo pewnie zrobili na nas biznes życia – dostali jakieś 3 dolce od osoby, zaczynali oczywiście od dużo wyższej kwoty. W każdym razie widoki kształtowały się tak oto:

IMG_7546

IMG_7550

IMG_7556IMG_7557

IMG_7577

Dalej już tylko obiadek na lokalnym targu…

IMG_7589

I ruszyliśmy w drogę do Can Tho. To tutaj mieliśmy oglądać typowy Floating Market, czyli targ na rzece. Zaczyna się mniej więcej o 6 rano, czyli zaraz po wschodzie słońca, trwa jakieś 2 godziny.

Dojechaliśmy w can Tho do naszego hostelu i tam okazało się, że możemy właśnie w hostelu zarezerwować sobie łódkę na nastęopny dzień razem z “kierowcą”. Koszt – 5 dolców od osoby z taxą dowożącą do “portu”, łódką, floating market i wejściem do “fabryki” makaronów ryżowych.

Ruszyliśmy o 5 rano, by wypłynąć na czas i dopłynąć do targu zaaraz po jego ropzpoczęciu.

IMG_7609

Dopłynęliśmy do targu i na dzień dobry kawka po wietnamsku, czyli duża ilość słodkiego, gęstego mleka na dnie i trochę kawy nad tym, do tego lód i gotowe

IMG_7616

Trzeba przyznać, że nieco inaczej sobie ów pływający targ wyobrażaliśmy. Ten był przepełniony turystami, nie było w zasadzie nic poza owocami i warzywami. Nie wyglądało tak, jak sobie to wyobrażaliśmy, ale cóż, niestety nie mieliśmy więcej czasu, by wybrać się w inne miejsce.

IMG_7618

Upolowaliśmy jedzonko prosto z łódki, gorąca wietnamska zupka na dzień dobry  – pyyychaaa

IMG_7649

I jaka miła pani je serwowała 🙂

IMG_7672Potem jeszcze krótka wizyta w mini fabryce makaronu ryżowego – placek z ciasta ryżowego, suszony na ratanowych matach, a potem wycinany w makaron.

IMG_7696

I tym sposobem mogliśmy już zmierzać z powrotem do portu, z którego wypłynęliśmy na floating market. W drodze powrotnej mijaliśmy miejsce, gdzie odbywał się targ, ale widać było, że dobiegał już końca, więc wyprawa o 5 rano była jak najbardziej konieczna! Ale za to, jak widać, coraz więcej można zobaczyć wietnamskich czapek – jest klimat!

IMG_7701

Tak też wyprawa na Floating market dobiegła końca. Wróciliśmy do hostelu, zabraliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy autobusem w drogę do legendarnego Sajgonu, czyli dzisiejszego Ho Chi Minh – dawnej stolicy Wietnamu Południowego przed zjednoczeniem Wietnamu Północnego i Południowego. Kolejny wpis o Sajgonie – największego miasta Wietnamu!

Tymczasem pozdrawiamy z Da Nang – czyli środkowego Wietnamu! 🙂